Archiwa tagu: slow

Łatwo być szczęśliwym

Wielu ludzi nie może się nadziwić, że
w soboty i w niedziele wstaję o 5.30.

A ja uważam, że właśnie o takiej
godzinie najłatwiej być szczęśliwym.

O wczesnym poranku,
gdy słońce rozlewa
miodowe promienie na las i ulice
i gdy ludzki świat jeszcze głęboko śpi.

Może właśnie dlatego, chcąc wykorzystać te
ostatnie chwile ciszy las tętni  życiem,
śpiewem i miłosną muzyką.

Zwalniam.

W soboty nie muszę się śpieszyć.
I w soboty mogę być tym, kim naprawdę jestem.

W lesie, wśród przyrody, w ciszy, skąpana
śpiewem ptaków i zapachów rosy
to takie proste.

Być sobą.

Bez etykietek.
Bez imion i określeń.

Po zjedzeniu obfitego śniadania i wypiciu
kawy, gdy zegar z wieży kościelnej wybija siódmą,
wychodzimy z Luną na kilka godzin do lasu.

CAM00859

Idziemy bez planu przed siebie.

Czuję jak stopy miękko
stykają się z ziemią.

Dotykam łagodnej kory drzew,
będąc świadomą obfitości
tego leśnego życia.

Urzeka mnie ta naturalna cisza, 
która bierze się stąd, że człowiek wciąż śpi.

Nie zdążył wsiąść do auta, nie zdążył
jeszcze nakrzyczeć, zaśmiecić i ściąć,
zdenerwować się, zapalić i włączyć radia.

Wciąż śpi bezbronny w ciepłym łóżku,
nieszkodliwy. Spokojny. Prawdziwy.

Mimo to podczas wędrówek
zdarza się, że kogoś spotykamy.

Bywają psiarze, którzy z kompanami
na czterech łapach łykają świeże powietrze.

Bywają samotni wędrowcy, którzy
żwawym krokiem w stylu nordic walking
pokonują z kijami długie kilometry.

Bywają też marzyciele i długowłose
wiedźmy w brązowych spódnicach.

I choć czasem ze sobą
rozmawiamy, to jednak wszystkich nas łączy
wielka miłość do Matki Natury i potrzeba ciszy.

20190406_084226

Mijam kolejne polne rozwidlenie dróg.

Przystaję, bo słyszę dzięcioła.
Patrzę. Słucham.
I Luna też przystaje i słucha.

Jednocześnie czuję przyjemne mrowienie
w nogach, w palcach rąk i stóp i wiem, że
to jest właśnie to, czego wszyscy szukają.

Szczęście.

Stwierdzam wtedy, że ta sobotnia Kamila
znacznie różni się od tej poniedziałkowej

Że tamta rzadko odczuwa spokój
bo ten chowa się pod:

stresem
lękiem
smutkiem
napięciem.

Jak bardzo muszę udawać, żeby nikt
nie odkrył prawdy o mnie.

Że nie pasuję. Że się męczę.

Że praca w szklanym budynku
bez możliwości otwarcia okien
przy sztucznym świetle powoli
mnie zatruwa i zniekształca.

Zabiera sen.
Spokój. Ciszę. Uważność.

A w zamian narzuca tempo
i powierzchowne relacje.

W pracy zdarza mi się myśleć,
że jestem złym człowiekiem.

Bo tak innym.
Odstającym.

Nie umiem tam nawiązać relacji.

Bo przecież trudno otworzyć serce,
gdy wszystko w tobie do bólu napięte.

I gdy już wydaje mi się, że dłużej tego nie zniosę:

robienia rzeczy, które według
mnie nie mają wielkiej wartości, nagle…

przychodzi sobota. 

Czas, w którym wracam do formy
i miłej bo bezwysiłkowej lekkości.

20190406_084207

To dzień bez wiadomości, seriali, przemocy,
zakupów i muzyki.

To czas ciszy.
Wędrówek.
Bycia blisko z Naturą.

To czas świeżego powietrza.

Przytulania się do drzew.
Patrzenia na dzięcioły.

Czytania,
pisania i
wymyślania historii.

Sadzenia kwiatów, medytowania,
a czasami po prostu nic-nierobienia.

Znów siebie lubię.

I znów myślę o sobie dobrze.
Jestem szczęśliwa.

Jak łatwo to wszystko przychodzi:

Wśród wschodzących wiosennych krokusów.
Wśród smukłych buków, które puszczają pąki.

Wśród młodych listków wyciągających
główki do słońca. Wśród dzięciołów
szukających jedzenia.

Wśród trzmieli,
motyli, skowronków.

Gdy idę po ziemi pachnącej
kiełkującym życiem.

Wszystko wydaje się proste.
Nieskomplikowane.

Nagle bez trudu przychodzi mi
bycie dobrym człowiekiem.

A może zawsze nim jestem?

W dni wolne od pracy
zdejmuję z siebie maski.

Nagle znika napięcie,
Sztywność barków ustępuje lekkości
a tysiąc analiz rozwiewa się niczym mgła.

W soboty o poranku
tak zwyczajnie, po cichu….

JESTEM.