Archiwa tagu: terapia

Terapia ciszą

Też macie wrażenie, że pęd i hałas
zdominowały świat przekształcając
sztukę i media w ciąg nieustających
zmiennych?

Wszystko co szybkie, głośne
i pełne zwrotów akcji jest najbardziej pożądane
aby utrzymać nasze rozbiegane zainteresowanie.

A te jest ruchliwe niczym przestraszona gazela
skubiąca trawę sawanny w miejscu pełnym lwów.

Nie potrafimy usiedzieć w miejscu.

W sali kinowej wytrzymujemy jedynie z powodu
głośnych dźwięków i efektów 3D; pobieżną stronę
internetową przeglądamy w 7 sekund, a nowej
książki nie kupimy, jeśli nie ma krzykliwej okładki.

Bo prawda jest taka, że
nie potrafimy się nudzić.

Mało tego, zwalczamy nudę niczym
migrenowy ból głowy, likwidując
skutki szybkim działaniem mało
skomplikowanej tabletki.

I to nie jest tak, że kochamy się ruszać.
Nie. Nawet ruch, który nie przewiduje
zmiany szybko nas nuży, bo nasz umysł
chciałby więcej i bardziej słodko.

Przypuszczam, że i ten post zdążył
was znudzić, więc przejdźmy do konkretów.

Spójrzcie na box-office najpopularniejszych
pisarzy: w Polsce Bonda, w Ameryce Niksy
oraz kolejne powieści Stephena Kinga.

Trup, rewolucja, trup. W tej kolejności.

A seriale? Któż nie zna House of Cards, Gry o Tron,
Ja, Robot czy Narcosa? To one święcą dziś triumfy
w płatnych kanałach, czyniąc z nieznanych wcześniej
aktorów popkulturowe ikony.

Jaka jest cecha wspólna wyżej wspomnianych?

Po pierwsze, dynamiczna akcja, po drugie, władza,
a po trzecie przemoc. To są czynniki, które
utrzymują odbiorcę w fotelu.  Dobro wyszło
z mody, podobnie jak autentyzm i proste rozmowy.

Myślę, że dlatego filmy Allena
mają coraz słabsze noty. Allen nie
zadziwia, Allen nie krzyczy. Allen nie biega.

Pamiętam jak dwa lata temu
spontanicznie wybrałam się do kina, nie
sprawdzając uprzednio repertuaru.

Wszystkie filmy były już  w trakcie, a jeden
miał zacząć się lada chwila.

Kojarzycie Zwierzogród?
To był właśnie ten film. Bajka dla
najmłodszych z polskim dubbingiem.

I wiecie co? Nie zniosłam go.

Zbyt głośny dźwięk dubbingu
powodował, że zatykałam uszy,
a  tempo filmu i nadmiar bodźców
sprawiły, że straciłam resztkę cennej
energii zostawionej na koniec dnia.

Jeżeli dzieciom serwuje się tyle zmiennych
w ciągu godziny, gdy mają zaledwie siedem lat,
to co będzie im się proponować, gdy będą 20-latkami?

Zatykając uszy nagle zatęskniłam za dobrym kinem
poczciwego Japończyka, Miyazakiego.

Za kolorową kreską nie podrasowaną
programem komputerowym. Za naturą.
Za ważnym przekazem.

Ale do czego właściwie zmierzam?

Do tego, że raz na jakiś czas w naszej
hałaśliwej kulturze udaje mi się znaleźć
piękne filmowe perełki pośród łatwej w
odbiorze tandety na jarmarcznej ulicy.

Serial Terapia (In Treatment) jest
zaprzeczeniem tego, czego większość
szuka w telewizji i internecie.

Każdy odcinek rozgrywa się w jednym pokoju:
gabinecie terapeuty, któremu właśnie rozpada się małżeństwo.

Paul Weston jest terapeutą i głównym bohaterem,
Ma czwórkę pacjentów (przynajmniej tych, których poznajemy),
doświadczonego superwizora i niespełnioną żonę.

Statyczna akcja skupia się relacjach Paula z jego
pacjentami, ukazując równocześnie
prawdę o jego małżeństwie i niełatwej pracy.

Paul rozmawia, słucha, interpretuje i
pomaga pacjentom dojrzeć do zmian.

Dla jednych zmianą będzie samoakceptacja, a dla
innych uwolnienie się od niszczących wzorców z
przeszłości. Dla niego samego, terapia z drugim
człowiekiem stanie się odkrywaniem tego, co niełatwe,
mroczne i nieznane.

Film pokazuje czym jest terapeutyczny proces,
i zapoznaje z tajnikami pracy enigmatycznego
fachu. Oto nagle serial (którego powstały
3 sezony) proponuje widzowi rozmowę, refleksję
i zaprasza do własnego wnętrza.

To nie jest łatwa
rozrywka, która dobrze się
przyjmie podczas miłej kolacji.

Tutaj potrzeba zaangażowania i
pojemności widza. Na smutek, na łzy,
na zdradę, krzywdę i rozczarowanie.
Jak w tym serialu i jak w prawdziwej terapii.

Brakuje mi takich filmów.

Brakuje mi większej ilości dobrych książek
na czołowych półkach w księgarniach; w
miejscach gdzie byłyby łatwiej dostępne
bo zauważalne.

Dlaczego to, co łatwe, kolorowe
i przyjemne wiedzie prym?

Bo ludzie nie lubią nudy i wysiłku. Nie zostaliśmy
przyzwyczajeni do trudności. Nasze pokolenie
30-latków jest przekarmione materialną
formą miłości, która miała coś zastąpić.

Może czas, którego rodzice nie mieli.
Może przedmioty, do których nie mieli
dostępu. A może trudną rozmowę o uczuciach,
których nie uczyli się z nami prowadzić, bo ich
rodzice też nie potrafili.

I dlatego całe życie uciekamy.
Od trudnych emocji ku  łatwej lecz
śmieciowej rozrywce, która skutecznie
odwraca uwagę od tego co najważniejsze.

Od siebie.

Reklamy

Mój przyjaciel, psychiatra

Co najmniej 1,5 miliona Polaków rocznie trafia do psychiatry. Większość z nich stanowią kobiety. Tak przynajmniej mówią statystyki. Ja byłam trzy razy. I trzy razy czułam, że popełniam błąd.


Nie twierdzę, że ludzie nie powinni chodzić do psychiatry, bo pewnie niektórzy powinni. Znerwicowani, schizofrenicy, z psychozą maniakalno-depresyjną, niedoszli samobójcy. Ale czasem Ci „lżejszego kalibru” chcąc nie chcąc też potkną się o psychiatrę NFZ. Tacy  jak ja. Z wypłatą poniżej średniej krajowej, których nie stać na płatną poradę.

Czy coś mi dolegało?
To, co każdemu sfrustrowanemu życiem Polakowi.
Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy, smutek, lęk.

U pierwszego psychiatry nie było tak źle.
Odwiedziłam go, bo chciałam dostać skierowanie na terapię indywidualną.

Wie pan, w zasadzie to nic mi nie dolega. Po prostu jestem zamknięta w sobie, źle się czuję w towarzystwie większym niż trzy osoby. Jestem nieśmiała. Mam melancholijne nastroje.
-A czy pani to przeszkadza?
-Proszę?
-Czy pani przeszkadza to, że jest pani osobą nieśmiałą, która nie umie funkcjonować w dużych grupach?
-W zasadzie… to nie. Ale innym chyba przeszkadza…
-A to już nie pani problem. 

Lekarz powiedział, że nie może wystawić mi skierowania na terapię indywidualną, bo skończyły się fundusze z budżetu świadczeń NFZ. „Pula została w pełni wykorzystana”

-Ale jak tylko dostaniemy nowe środki od razu do pani zadzwonimy. O tu, w tej rubryce proszę numer telefonu zostawić. A póki co, żeby spokojniej się żyło, mogę przepisać odpowiednie leki.
-To ja już podziękuję.

Wyszłam a oni nigdy nie zadzwonili.

W międzyczasie byłam jeszcze u pewnej pani psychiatry o której wolę nie wspominać, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku znad ciasno zapisanego planera … Ale trzeci raz przekonał mnie definitywnie, że wszelkie chęci korzystania z psychoterapii na NFZ są bezcelowe i jałowe.

Otóż za namową koleżanki zapisałam się do psychiatry w Sopocie. To była publiczna placówka z dobrą renomą. Na recepcji upewniłam się, czy aby na pewno to działa tak jak koleżanka powiedziała. Że oto idę na konsultacje psychiatryczne, psychiatra potwierdza, że tak, że terapia indywidualna wskazana i daje świstek a ja z tym świstkiem co tydzień przychodzę do zakładowego terapeuty.
-Dokładnie jak pani mówi– potwierdził uprzejmy pan na recepcji.

Więc oto idę 10 stycznia, odświętnie ubrana, z rozwichrzonym włosem. Siadam w poczekali, trzęsę się i nerwowo macham nogą, czekając na zaproszenie. Otwiera stary, gruby lekarz, twarz nieprzyjemna, jakiś taki zgorzkniały, zmęczony życiem. Mówi:

-Siada pani. Co dolega?
-W zasad
zie to nic takiego. Po prostu chciałabym zacząć chodzić na terapię, bo sobie nie radzę.
-Z czym?
-Mam niskie poczucie własnej wartości, dużo kompleksów…
-W Polsce kompleksy nie są chorobą. Proszę znaleźć sobie terapeutę prywatnie!
-Ale na recepcji zostałam poinformowana, że…
-To pani została źle poinformowana! Daję skierowanie tylko własnym pacjentom w ciężkiej depresji. Pani nie wygląda na chorą!
-Proszę pana. Jak tak można ludzi traktować? Ja byłam umówiona od miesiąca. W pracy sobie wolne specjalnie wzięłam.
-To proszę złożyć zażalenie. A jak pani chce sobie na terapię pochodzić, to znaleźć taką za pieniądze.
-Łatwo panu mówić. Ja jestem zwykły człowiek. Żyję za 1500.
-Pani w Trójmieście spokojnie terapeutę znajdzie 100 zł za godzinę. Nie widzę problemu. Żegnam i proszę wpuścić kolejną osobę.

Nie wymyśliłam tego. Tak się z Tobą obchodzą na NFZ.
I jak tu pracować z emocjami? Jak nauczyć się odrzucać złe nawyki? Jak dostrzegać powtarzalne mechanizmy destrukcyjnych zachowań? Co zrobić z lękami, niską samooceną, co zrobić ze smutkiem?

kama2

Jeżeli masz osobowość neurotyczno-melancholijną albo jesteś nadwrażliwy i nie jesteś przy tym uzależniony od alkoholu/narkotyków/jedzenia/seksu/hazardu to lecz się sam lub za pieniądze.

Bo melancholia to najwyraźniej wymysł Woodego Allena a w Polsce nie ma na to miejsca. Jaka szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi z potencjałem, którzy na całe życie utkną w miejscu, bo sami nie potrafią czegoś przepracować na poziomie psychologicznym. Mi siebie samej jest szkoda. Zostają mi tylko terapeutyczne książki i tysiąc rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, a nie zrobię. Bo ludzie, bo strach, bo melancholia.