Archiwa tagu: Trójmiasto

Miasto. Kochać czy nie kochać?

Czym jest dla Ciebie miasto? Czy potrafisz je kochać mimo zgiełku, hałasu i anonimowości?
Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone może być inspiracją i pakietem wspaniałych możliwości. Wybór należy do Ciebie.


city-bike

When you’re alone and life is making you lonely
you can always go Downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
seems to help I know, Downtown

(Gdy jesteś sama i życie czyni cię samotną możesz zawsze pójść do miasta. Gdy masz zmartwienia, cały ten hałas i pośpiech wiem, co powinno ci pomóc. ­Miasto. Posłuchaj tylko muzyki miejskiego zgiełku. Przystań na chodniku, gdzie piękne są neony.
Jak możesz zbłądzić?)

Petula Clark śpiewała w latach sześćdziesiątych, że światła neonów miast potrafią ukoić zszargane nerwy. Do niedawna nie wierzyłam. Przecież wieś jest oazą, która wypełnia umysł spokojem i pozwala się odprężyć po tygodniu czy miesiącu wielkomiejskiej gonitwy. I pewnie miałam dużo racji, co nie wyklucza teorii, że w mieście da się żyć, można je polubić, nawet pokochać, nie będąc jednocześnie miłośnikiem betonowego świata.

Moje życie w ostatnim czasie układało się tak, że większość czasu spędzałam w Gdańsku, nawet podczas lata czy wykorzystywanego urlopu. Przeszkody? Nie. Świadomy wybór. W mieście tętni życie; nawiązanie relacji jest tak proste jak zaparzenie czarnej herbaty a samotność jest tylko wyborem. To my decydujemy czy poznamy streszczoną historię życia pani z szorstkowłosym jamnikiem w tramwaju i czy zamiast grubej książki, tym razem oddamy się słuchaniu gwaru, szmerów i śmiechów na przystanku. Hałasu, który nie musi męczyć a może być inspirujący. W ludzkich historiach, opowieściach zamieszkanych w głębokich zmarszczkach i rozbieganych oczach mieszkają ludzkie emocje i gotowe scenariusze na : powieść, obraz, wiersz czy rozwiązanie własnego problemu.

Nie bez powodu większość filmów Woodego Allena rozgrywa się w Nowym Jorku. Reżyser kocha miasto. I choć (jak sam twierdzi) jest neurotycznym samotnikiem, który najchętniej spędza czas we własnym mieszkaniu, to jego miłość jest odwzajemniona. Mimo, iż ostatnimi czasy mistrz stracił formę, bo „Nieracjonalny mężczyzna” czy „Magia w blasku księżyca” nie zachwycają tak jak „Hannah i jej siostry” czy „Annie Hall”, to jednak perspektywa miast widziana oczyma Allena urzeka i przekonuje, że miasto przygarnia wszystkie jednostki, łącznie z tymi trudnymi, neurotycznymi i wiecznie samotnymi, nad którymi chętnie podumaliby Freud i Jung.

I choć przeciwnicy szybkiego tempa życia i wysokich wieżowców (ja sama do niedawna) upierają się, że prawda jest tam gdzie dzika natura, to zadziwiającym faktem jest, że Aborygeni uważają miasta za następstwa energii- jak mówią, powstały ze „śnienia”. Są naturalnym i oczywistym zjawiskiem wynikającym ze skumulowanych energii (bardziej szczegółowo opisał to Arnold Mindell, założyciel szkoły Psychologii Procesu w książce „Śnienie na jawie”).

Jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, to trzeba Mindellowi przyznać rację. Z reszta nawet nie trzeba się zastanawiać, wystarczy doświadczyć. Wyjść pewnego popołudnia czy wieczoru z domu. Samemu. I niczym bohaterowie allenowskich komedii, pójść przed siebie, wypić powoli machiatto w małej kawiarni, a potem odwiedzić galerię sztuki i zakończyć wieczór koncertem jazzowym. Przecież miasto zawiera wszystkie możliwości. Uczy nas, rozwija, wkłada w sam środek społecznej spirali w myśl zasady, że przetrwasz albo zginiesz w tym wielkomiejskim świecie. Miasto jest kolażem biedy i bogactwa, kolorów i szarości. Karmi złaknionych wiedzy i rozrywki, podsyła nieoczekiwane spotkania. Gdzież będziemy bliżej sztuki i ludzi jeżeli nie samym środku miasta?

Ja, wychowana na wsi, cicha, spokojna (tudzież neurotyczna) Kamila Gulbicka przyznaję: napisałam odę do miasta. I dobrze mi z tym. Mogę się przeciw niemu buntować, lub mogę je kochać. Każdy wybór przyniesie identyczne w skutkach sprzężenie zwrotne. A przecież łatwiej żyć we wzajemnej miłości. Więc mój drogi, moja droga…

Światła są tu jaśniejsze
Możesz zapomnieć o wszystkich swych problemach, zapomnieć o wszystkich troskach
Więc idź do miasta, gdzie jaśnieją wszystkie światła
Miasto – czeka na ciebie tego wieczoru
W mieście – wszystko będzie już dobrze


Cytaty: „Downtown” Petula Clark. 1964 rok.
Zdjęcie: wallpaperbeta.com

Zaprzyjaźnij się z antykwariuszem

CAM00908

Czy macie swoje ulubione miejsca w mieście? Takie do których powracacie z laptopem, książką a niekiedy z przyjaciółmi, chcąc zapoznać ich z owym, uroczym klimatem, który zachwycił was od pierwszego wejrzenia? 


Nieczęsto relaksuję się poza domem, bo uwielbiam spokój i względną przestrzeń, która pozwala mi pomyśleć, popisać czy po prostu pobyć ze sobą. Ostatnio jednak  całkiem przypadkiem zapoznałam się z dwoma przyjaznymi miejscami w Trójmieście, które urzekły mnie aurą spokoju i domowej atmosfery.

Pierwszym z tych miejsc był antykwariat w centrum Gdańska przy ulicy Kowalskiej 7. Już od dawna nosiłam się z zamiarem odszukania antykwariatu w Trójmieście, jednak na ogół wygrywała wygoda- używane książki kupowałam na allegro. Zapytacie, co takiego widzę w starych, zakurzonych książkach? Moim zdaniem są cenniejsze od kupionych w księgarni albo co gorsza- w empiku lub innej tego rodzaju popularnej sieciówce. Po pierwszemają własną historię i same w sobie są ciekawą opowieścią razem z ich zapachem, plamami, pozaginanymi rogami i niezliczoną ilością czytelników, którzy niczym opiekunowie książek, dawali im tymczasowe schronienie na jednej z drewnianych półek. Wychodzę z założenia, że książka nie jest zwykłym przedmiotem lecz narzędziem służącym do mentalnego poruszania się w innym wymiarze, gdzie można pobawić się własną fantazją lub doświadczyć emocji, których na ogół nie doświadczamy na co dzień. Przeszłość używanych książek dodatkowo pogłębia wyobraźnię.

Po drugie, wychodząc z pragmatycznego założenia- używana książka jest rozwiązaniem ekologicznym i tańszym. Nabywacie coś, co istnieje od bardzo dawna, a więc nie ma konieczności napędzania procesu dodrukowywania. Po jakimś czasie, sami oddajecie to dalej w obieg. Nie bez powodu e-booki i czytniki Kindle’a stają się coraz chętniej kupowanymi prezentami pod choinkę. I dlatego właśnie antykwariaty będą rosły w siłę- zwolenników papieru i słowa pisanego wciąż nie brakuje. Czytniki nie przemówią do każdego mola książkowego.

Po trzecie, w antykwariacie znajdziecie książki, o jakich Empik i Matras nawet nie słyszały, bo (posługując się tolkienowską mitologią) są literaturą z Zamierzchłych Dni, zapomnianych autorów, albo po prostu literaturą na wymarciu, w żaden sposób nie związaną z dzisiejszą erą wszechobecnego rozproszenia.

Ale do rzeczy. Przypadkiem klucząc po wąskich uliczkach Gdańska Głównego natrafiłam na mały sklepik prowadzony przez szczupłą panią o niebieskich oczach, ubraną w kożuchową kamizelkę, z powodu zimna dostającego się weń, przez niedomykające się, ciągle skrzypiące drzwi. Zimno powietrza jednak nie ujęło ani trochę z ciepłej atmosfery panującej w ciasnym, małym pokoiku, zastawionym kilkudziesięcioma stosami najróżniejszych książek. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałam równie wielkiej ilości literatury w tak małym pomieszczeniu. Przechodzenie obok siebie graniczyło z cudem i aby umożliwić przepuszczenie nawet szczuplej osoby ku końcowi pokoju, należało wziąć głęboki oddech by spłaszczyć się możliwie najmocniej.

CAM00905

Delikatna, niebieskooka pani zaprowadziła mnie na sporych rozmiarów dział (czy inaczej- stos) fantasy, gdzie znalazłam takie skarby jak: U. Le Guin (Świat Rocannona), G. Wolfe (Żołnierz z mgły), czy  E. Colfer (Artemis Fowl). Najstarsze i najbardziej zniszczone książki zaczynały się od 4,50 zł, te w lepszej kondycji były po 7-8 zł, a najnowsze 10-12 zł.

Polubiłam to miejsce i choć poszłam po jedną z książek ulubionego Tolkiena, to nie znajdując tego, czego ja sama bym już nie posiadała, wyszłam z inną- dla samej zasady- bo chciałam wesprzeć antykwariat. Książka, którą nabyłam (Artemis Fowl) choć jest raczej książką dla młodzieży, znajdzie u mnie ciepłe, zaszczytne miejsce między innymi, które również przebyły do mnie długą drogę poprzez wielu innych czytelników i pocztę polską.

Klimat antykwariatu przemówi do osób lubiących takie miejsca jak biblioteki czy czytelnie, bo panuje w nich niepisana reguła ciszy i skupienia. Trzeba lubić intensywny zapach starych książek i oczywiście umieć dostosować się do mikroświata krążenia po wąskich tunelach między stosami literatury powszechnej jak i pereł należących do światowego kanonu dzieła pisanego.