Archiwa tagu: pasja

Niech każdy dzień będzie Dniem Dziecka

DCIM102GOPRO

Niepostrzeżenie nadszedł czerwiec i przyniósł kolejne święto.
Dzień Dziecka.
Boże, mnóstwo tych świąt. Powoli się gubię.
Ale o Dniu Dziecka pamiętam zawsze.
Jest dla mnie ważniejszy niż Dzień Kobiet; ba! nawet od własnych urodzin.

Ale dlaczego? Przecież własnych dzieci nie mam…
Zanim jednak przejdę do wyjaśnień przeczytajcie pewną opowieść:

Było upalne lato. W dusznym pokoju siedziała młoda mama i jej trzyletni synek.
Chłopczyk bawił się klockami, a mama zaczytywała się w kolorowej gazecie. 
Nagle przez otwarte okno wleciała mucha robaczyca powodując mnóstwo hałasu i zamieszania. W końcu zdenerwowana kobieta zwinęła gazetę w sztywny rulon i zaczęła ganiać muchę po pokoju.
-Co robisz?!-krzyczy przerażony synek.
-Nie lubię much, trzeba ją zabić.
-Zostaw ją, proszę!
-A niby dlaczego?
-Bo dotrzymuje nam towarzystwa…

Niezależnie od wieku, każdy z nas ma w swoim sercu Dziecko
pełne empatii, miłości i sprawiedliwości. I dlatego tak lubię pierwszego czerwca.
Przypomina mi, że mały człowieczek wciąż jest we mnie obecny i jeżeli tylko dobrze go nakarmię, zabiorę na spacer i podaruję mu prezent on zrewanżuje się odwagą, radością i głęboką wdzięcznością. 

Zdaję sobie sprawę, że już wielokrotnie o tym czytaliście.
Pomyślicie, że Emocjonalna blogerka się powtarza.
A niech tam! Będę się powtarzać, bo dla mnie to temat tyle ciekawy,
co niezgłębiony.

Wewnętrzne Dziecko, to nie osoba, choć w przypływie
czułości tak możemy je traktować.
Wewnętrzne Dziecko, to cecha naszego serca, aspekt psychiki,
który powoduje ciekawość i budzi oryginalną kreatywność.

Wewnętrzne Dziecko to chęć zabawy.
Pragnienie wyrwania się z rutyny i wypłynięcia na głębokie wody.

Wewnętrzne Dziecko to życie w zgodzie z prawami natury
oraz z cyklem własnego serca.
To również głos intuicji i głębokiego przejawu miłości.

Dzieci nie różnicują, nie dzielą, nie tworzą barier.
Dla nich Wszechświat jest piękną i doskonałą jednością.
Nie boją się wchodzić na drzewa i robić fikołków na piasku.
Nie analizują czy sytuacja, w którą chcą wejść będzie dla nich
dostatecznie korzystna.

Pozwalają sobie być w tu i teraz. Po prostu.
I cieszą się z drobiazgów.

Pomyśl teraz przez chwilę o sobie.
Czy jesteś wdzięczny, odważny i radosny?
A może więcej analizujesz i wciąż się czymś zamartwiasz?

Podarujcie sobie prezent.
To nie luźna propozycja. To zadanie dla Was.

Ja zabieram dziś moje Dziecko na piknik z książką na trawie
a potem idziemy do kina na „Alicję po drugiej stronie lustra”.
Niczego nie oczekuję w zamian choć i tak dostanę sporo.

Wdzięczność za życie.
Radość istnienia
i miłość od świata.
Więcej niż mogłabym chcieć.

Reklamy

Długa droga pod górę

pexels-photo-48673-large

Wytrwałość.
Słowo dobrze znam znane.
Dla niektórych oznacza ciężką pracę do wykonania.
Dla innych nudną konsekwencję i dyscyplinę.
Jakkolwiek o niej myślimy, jest niezbędna, by odnieść sukces.
A gdy już nadejdzie, wytrwałość pomaga go udźwignąć i nie utonąć w odmętach samozadowolenia.

Zadam Ci teraz ważne pytanie:

Czy jesteś wytrwały?

Wyobraź sobie, że do sukcesu potrzebujesz jedynie wytrwałości, niczego więcej.

To nie pobożne życzenia.
Statystyki dowodzą, że wygrywają wytrwali i zdyscyplinowani.
Nie przebojowi, nie pyskaci i nie ci, którzy posiadają liczne znajomości.

Ba! Nawet nie utalentowani!
Talent, nawet największy jest niczym bez wytrwałości.
To ona go rozwija, to ona posuwa nas naprzód.

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie wykład mojego promotora podczas ostatnich zajęć podyplomowych. Nadszedł czas podsumowań i wygłoszenia inspirującej mowy dla przyszłych specjalistów od zarządzania treścią w krainie social mediów.

Piotr Bucki zachęcał więc do wytrwałości mimo przeszkód.
Do pisania, spełniania marzeń i realizowania celów małymi kroczkami.
Na dowód podawał nazwiska osób, którym się udało.
Pokazywał w internecie ich dokonania.
A przecież jeszcze do niedawna nikt o nich nie słyszał.
Wygrali, bo byli wytrwali.

Eksluzywny Menel, Abstrachuje.pl, Łukasz Jakubiak. 

Czyli byliby dziś tu, gdzie są gdyby nie ich determinacja?
Czy sam talent wyniósłby ich na piedestał?

Jako pasjonatce literatury przychodzą mi też do głowy nazwiska pisarzy.
Utalentowanych, ale i pracowitych, którzy po pierwszych nieudolnych próbach szli dalej.

Katarzyna Bonda, Elizabeth Gilbert, Katarzyna Grochola, Jack London i wielu innych.

Duchowi mistrzowie zwykli mawiać, że oświecenie smakuje potem, krwią i łzami.
Tak samo każdy sukces, zawodowy, osobisty czy partnerski
wymaga poświęcenia i całkowitego zaangażowania,
bo mimo pragnień, wielkie rzeczy nie przychodzą łatwo.

Gdyby tak było, ile mielibyśmy w sobie szacunku i wdzięczności za osiągnięty cel?

Mimo życia w epoce szybkiego zaspokajania nawet wyrafinowanych potrzeb zapomnieliśmy czym jest prawdziwa wytrwałość i dyscyplina. W trudne projekty angażujemy się na pół gwizdka, szukając jednocześnie łatwiejszych i przyjemnych.

I pewnie dlatego tak szybko się zniechęcamy.

Porzucamy dobre pomysły, niedokończone powieści, zamykamy małe firmy, bo wszystkie wymagają od nas zaangażowania i trudnej wiary.

Rozwiązaniem może być powrót do dawnych wartości, w których jakże dziś niemodna dyscyplina była kiedyś osią życia niemal każdego człowieka.

Potraktujmy więc własne pomysły niczym dzieci.

Nawet krnąbrne i szalone, poprzez uważną miłość i czas spokornieją i odwdzięczą się w najlepszy możliwy sposób. Dzięki temu być może uda nam się osiągnąć każdy cel, a w najgorszym wypadku i tak rozwiniemy mentalne skrzydła i umocnimy własny charakter.
Czyż gra nie jest warta całkowitego zaangażowania?

Zaadoptuj trzylatka

CAM00504


Ostatnie dni spędziłam u rodziców na wsi.
Z okazji jubileuszowej imprezy
zjechali się wszyscy z rodziny, nawet krewni zza granicy.
To był dla mnie moment powrotu do przeszłości.
Niektórych zobaczyłam po czterech latach przerwy,
innych po dziesięciu.

Przybyło zmarszczek, dzieci, kilogramów.
Ale nie ubyło pogody ducha, której krewniakom nigdy nie brakło.
Kiedyś, gdy byłam szkrabem, zjazdy rodzinne były cotygodniową normą,
A potem…
Dzieci dorosły, wnuki rozjechały się po świecie i jedyną okazją do uśmiechu
stały się kolorowe kartki wręczane przez listonosza.

Pamiętam, że co niedziela jeździliśmy do babci.
Na obiad były kartofle, mięso, buraczki i kompot z gruszek.
A gruszki rosły na podwórku.
Po obiedzie był deser. Wielki tort, który babcia wnosiła do salonu.
Kulinarny majstersztyk, którego nie powstydziłaby się sama Nigella.
Kto chciał rozmawiał, kto nie chciał, milczał.
Były zabawy, dziadek robił nam „samolota” a dorośli siorbali kawę.

Wykorzystałam tę okazję rodzinnego zjazdu, by skonfrontować się z przeszłością.
I w dniu po uroczystości odnalazłam w starych szafach albumy i kartony pełne zdjęć.

Znalazłam siebie, małą pyzę w długich lokach i siebie nastoletnią, chudą i przestraszoną.
Już jako trzyletni brzdąc byłam nieśmiała i zamknięta, a jako nastolatka uszczelniłam się jeszcze bardziej. Pamiętam tamte kompleksy chudych ramion i brzydkiej cery.
Pamiętam, że na dyskotekach podpierałam ściany.
I pamiętam że wiecznie się bałam.

Gdybym mogła teraz- jako dorosła- odwiedzić siebie tamtą, dziewczynę która biegała po łąkach i pisała wiersze, to przytuliłbym się mocno i powiedziała, „hej Kam, wyrośniesz na fajną kobietę i spotka cię wiele dobrego”. I choć wiele z dziecięcych marzeń nigdy się nie spełniło, to w zamian doświadczyłam wielu ważniejszych rzeczy.

Nie było białej sukienki, ale poznałam smak wyzwalającej miłości.
Nie zbudowałam drewnianego domu, ale jest metaforyczna przystań, w której ktoś zawsze czeka.
Nie ma satysfakcjonującej pracy, ale jest pasja życia, która rośnie po pracy.
Nie ma tuzina przyjaciół, ale są dobrzy ludzie wokół, na których zawsze mogę liczyć.

Przygarnęłam  z kartonu jedno zdjęcie.
I pamiętam moment, kiedy zostało zrobione.
Mam trzy lata i nie wiem dokładnie co się dzieje, ale widzę pluszowego psa.
A psy kocham od urodzenia.

„Śmiało, usiądź na nim”, zachęcają rodzice a fotograf macha ręką.
Nie wiem o co chodzi, ja widzę tylko wspaniałego, pluszowego psa.
„Mogę zabrać?”
„Nie, to dla innych dzieci”.
To była pierwsza nauka kolektywizmu i nie przywiązywania się.

Wzięłam zdjęcie, by mi zawsze przypominało, że nic się nie zmieniło.
Że wciąż jestem wewnętrznie małym szkrabem, które kocha psy i choć
czasem się gubi, to tylko dlatego że szuka własnej drogi do szczęścia,
lub drogi, która będzie szczęściem.

Zawsze gdy będę dla siebie niedobra, gdy będę mieć poczucie winy czy lęk, spojrzę na tą małą dziewczynkę. Cóż ona może chcieć? Cóż jej pomoże?
I przytulę się do siebie wewnętrznie i powiem „kocham cię”.
Kocham cię każdą. I trzyletnią na psie i mało urodziwą nastoletnią i
dwudziestoletnią naiwną.

Teraz ja jestem swoim rodzicem.
I mamą i tatą, dzieckiem i dorosłym.
Więc po ludzku i zdrowo dam sobie
miłość i akceptację, których niegdyś sobie skąpiłam.

Dla kogo chcesz być ważny?
Zawsze zaczynaj od siebie.

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Krótka historia pewnej znajomości

Od jakiegoś czasu prowadzę korespondencyjną znajomość z pewną 34-latką. Znalazłyśmy się cztery lata temu, gdy obie prowadziłyśmy amatorskie, choć pełne pasji blogi, po których zostały jedynie adresy widma.

CAM01579


 

Miałyśmy podobną wrażliwość i kochałyśmy czytać swoje teksty. Z tej wrażliwości urodziły się miłe i pokrzepiające komentarze, które zostawiałyśmy sobie pod postami, aż te nie mogąc już znieść bycia krótkimi formami zamieniły się w kilka maili. Jak to jednak bywa w życiu- zmiana goni zmianę i kiedy wyjechałam do Norwegii zaniedbałam bloga, inwestując czas w pisanie książki i kontakt się urwał.

W pamięci jednak miałam zachowaną wspaniałą energię Agnieszki, więc po jakimś czasie próbowałam odwiedzić jej bloga. Przeglądarka jednak wypluła napis: address does not exist. Hmm? Czyżbym pomyliła adres a może Aga przestała pisać?

Po powrocie z Bergen, jakieś dwa lata temu założyłam kolejnego bloga: emocjonalnie.com, z obietnicą że ten będzie lepszy a już na pewno bardziej profesjonalny. Bo przecież człowiek piszący musi mieć gdzie się wyżyć. Tak więc świadomie wybrałam WordPressa, kupiłam książkę o blogowaniu i przystąpiłam do dzieła. Na pierwszych czytelników nie musiałam długo czekać. Pojawili się nie wiadomo skąd, a jednym z nich była… Agnieszka. „To ty Aga?!”- dopytywałam z niedowierzaniem. „Tak, to ja. Znalazłam cię”- odpisała w komentarzu.

IMG_20151209_132136

Zaczęłyśmy ponownie mailować. Tym razem wiadomości były dłuższe i częstsze. Nie skąpiłyśmy emocji i wspierania się w trudniejszych chwilach. Okazało się, że Agnieszka zaczęła prowadzić profesjonalną stronę i zajęła się masażem. Jej największą miłością jednak pozostało pisanie, więc to jak i wspólna wrażliwość połączyły nas na nowo. Jak to również bywa u jednostek sobie podobnych, oby dwie ukochałyśmy tę samą książkę, „Wielką Magię” Elizabeth Gilbert.

Pewnego razu Aga zapytała mnie, czy kojarzę fragment, w którym Elizabeth opowiada o swojej przyjaciółce pisarce, z którą regularnie korespondowała. Robiły to, by wypisać się ze wszystkich obaw i marzeń związanych z pisaniem. „Może byśmy zrobiły tak samo?”– zapytała Aga- „Piszmy do siebie, żeby wspierać się w tworzeniu”. I tak zawarłyśmy pakt o twórczości. Pisujemy do siebie regularnie, motywujemy do pracy, do wysyłania tekstów do redakcji i wydawnictw i pocieszamy w razie odmowy.

CAM01373 (2)

A musicie wiedzieć, że pisanie to niełatwy kawałek chleba, bo trudno jest tworzyć w całkowitej zgodzie ze sobą. Zwykle wydawnictwa i zleceniodawcy mają własne wymogi, na potrzeby których musimy diametralnie zmieniać teksty. Bo są za długie, bo czytelnicy nie zrozumieją metafor, bo używamy zbyt trudnych słów, bo wszyscy lubią zdania pojedyncze a nie podrzędnie złożone. To jedna z niewielu profesji, która nieustannie wystawia nasze dzieła na krytykę. A uwierzcie mi- ta boli czasem mocniej niż uderzenie pioruna. Nawet jeśli to tylko mały prztyczek w nos, u wrażliwców może zamienić owo drganie w istne trzęsienie ziemi.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kogoś innego niż partner. Kogoś kto patrzy w tym samym kierunku i widzi podobnie. Odczuwa nawet drobne emocje, wspiera, pomaga ciepłym słowem, służy za przykład- bo on już to przeszedł. Niedawno Aga nazwała mnie Czarodziejką. Ja mogę ją nazwać Dobrym Duchem. Mimo, że nigdy się nie widziałyśmy, czuję że jest obecna w tej wspólnej, twórczej przestrzeni. Przestrzeni, która kocha marzycieli, twórców i wszystkich którzy mimo niesprzyjających warunków wciąż przypinają do ramion pierzaste skrzydła.

 

Cicha wędrówka do korzeni

Zawsze zadziwia mnie ile szczęścia mogą dać najprostsze rzeczy i czynności. A odkąd czytam „Biegnącą z wilkami” do tego, co najprostsze zaczynam powracać z wielką wdzięcznością i otwartym umysłem.

ścieżka1


Pamiętam jak będąc jeszcze małym skrzatem niewiele potrzebowałam do szczęścia. Odrobinę swobody i rodzicielskiego zaufania oraz łąki i kontakt ze zwierzętami.

Zwykle tak spędzałam każde lato- biegałam z psem po nadwiślańskiej plaży, wchodziłam we wszystkie chaszcze w poszukiwaniu saren, obserwowałam z ukrycia czaple i bażanty. Najbardziej interesowały mnie jednak te polany na których konie i źrebaki biegały samopas. To było idealne miejsce by skonfrontować się z dziką naturą. Dotknąć jeszcze nieoswojonego źrebaka, poczuć jego szorstką, długą sierść pod dłonią, pozwolić mu do siebie podejść w odpowiednim czasie.

O zachwyt nie było trudno. Zachwyt mieszkał w moim sercu a to czyniło mnie spełnioną. I oto pozwoliłam powrócić zachwytowi do mojego serca, bo tu jest jego miejsce. To on czyni nas na powrót dzieckiem- wdzięcznym, otwartym i całkowicie ufnym. Dzieckiem które kocha to, co widzi i słyszy bo nie sprzeciwia się rzeczywistości. Żyje w niej. Jest blisko Matki Natury.

morze3

A ona jest czymś więcej niż kilkoma drzewami i śpiewem ptaków. Jest naszym oddechem i ziemią po której chodzimy. Jest ciepłem i zimnem, pokarmem i serdecznym uściskiem.

Kiedy ostatni raz byłeś na długim, wielogodzinnym spacerze? Takim bez pospiechu?

Od tygodnia pozwalam sobie na powrót do dzikich korzeni. Otwieram szeroko oczy, wpuszczam do serca kroplę wdzięczności i udaję się na długie, nieśpieszne wędrówki. Odwiedzam las a w nim przytulam się drzew. Jeżeli masz na tyle odwagi i otwartości, zrób to również. Wybierz drzewo które cię woła, zdejmij wełnianą rękawiczkę i poczuj chropowatość jego kory a potem przyłóż do niej policzek. Stój tak chwilę w bezruchu. Nie myśl o niczym a już na pewno nie myśl, że to głupie. Po prostu pozwól sobie na chwilę ciszy. Może usłyszysz w niej słowa. Może śpiew ptaka. Stukot dzięcioła. A może bicie drewnianego serca?

napis

Gdy poczujesz, że jesteś pełen miłości idź z tym w świat a zobaczysz, że zaczną się spełniać życzenia. Nielogiczne? Ależ przeciwnie! To z wdzięczności i z zachwytu biorą się wszystkie prezenty Wszechświata.

Ja na przykład marzę o psie. A gdy mam zachwycone serce, te same mnie znajdują. Wyrywają się właścicielom, podbiegają, liżą ręce, skaczą na kurtkę. Dziś w lesie na zakręcie spotkałam huskiego, który biegł z taką szybkością, że nie zdążył wyhamować i wpadł na mnie zdziwiony z całym impetem. Chyba nawet powiedział „o przepraszam najmocniej”, ale nie jestem pewna bo pobiegł dalej dotrzymać kroku właścicielce uprawiającej jogging.

Nie jesteś mną, Twoją radością może być cokolwiek innego, cokolwiek co czyni Cię rozbawionym dzieckiem. Może twórczość? Może szycie sukienek? Kolorowanki? Gotowanie? Cokolwiek to jest, pozwól temu wrócić do własnego życia i oddaj mu należne ważne miejsce. Zachwyć się i idź w kierunku własnego zachodzącego słońca; bądź sobą i pozwól sobie na życie jakiego zawsze pragnąłeś. Wszyscy o czymś marzyliśmy będąc dziećmi, lecz przytłoczeni dorosłością, wiele z pragnień zagubiło się po drodze. Wciśnij zatem wsteczny i podejmij wędrówkę do własnego domu. Do korzeni.

 

 

Dobra marka- znana marka

Marketing jest dziś nieodłączną częścią każdego większego, czy mniejszego biznesu. Bez niego nie pociągniemy długo na rynku, nawet niszowym czy nietypowym, a jeżeli damy radę to w perspektywie czasu nie będziemy rozpoznawalni. A szkoda by było zginąć w gąszczu nic nieznaczących choć krzykliwych marek.

fresh-fruits-and-vegetables1


Podyplomówka z content marketingu zrobiła mi wodę z mózgu, bo oto zaczynam być zawodowo zboczona. A mianowicie, wszędzie tam gdzie widzę dobrą jakość lecz brak odpowiedniego brandingu czy strategii marketingowej zaczynam się poważnie niepokoić. Bo my, konsumenci jesteśmy zewsząd zasypywani reklamą i sprytnie kreowanymi potrzebami na rzeczy chałturnicze i byle jakie, podczas gdy kultura jakości chowa się w szarych okowach. Dlaczego? Przecież tak mało dziś dobrych jakościowo produktów wydobytych z rąk skromnych rzemieślników czy kucharzy, że przecież rynek aż się prosi. Pokaż, zaprezentuj, zadbaj!

Mam tak z kilkoma naprawdę moim zdaniem świetnej jakości produktami żywnościowymi, które niczym nieznane szaraki skromnie czekają na półkach wołając o zauważenie. A dziś doświadczyłam podobnego uczucia odwiedzając wegański bar w Trójmieście.

Bar odwiedziłam już po raz trzeci i kolejny raz miło się zaskoczyłam. Po pierwsze jakością potraw: wszystko jest robione na miejscu (dlatego na potrawy trzeba chwilę oczekiwać- duży plus) z warzyw i produktów zbożowych i strączkowych według własnych pomysłów (bez użycia gotowych półproduktów, jak to się gdzieniegdzie spotyka). Moje wrażliwe kubki smakowe wyczuły, że potrawy doprawiane są oszczędnie- głównie ziołami zamiast nadmiarem soli i pieprzu a właścicielka jest miłą i ciepłą osobą w dodatku pasjonatką. Moje zaskoczenie jest dodatkowo wzmocnione tym, że ów wegański bar nie zadbał jeszcze dostatecznie o markę, dlatego nie jest popularny, a szkoda. Naprawdę szkoda.

Na moje pytanie –czy posiadacie już państwo własną stronę internetową- pani odpowiedziała, że jeszcze nie, natomiast istnieje fanpage.

-Spróbujcie jeszcze z Instagramem. Użytkownicy uwielbiają zdjęcia smacznych potraw- podsunęłam.
-Niestety nie mamy dobrego aparatu a z komórki zdjęcia wychodzą słabo…
Nie szkodzi. W instagramie można na bieżąco edytować i upiększać zdjęcia zrobione najprostszym smartfonem- zachęcałam mimo to.

Czy właścicielka spróbuje? Chciałabym. Dziś odwiedziłam ich fanpge. 161 lajków. Mało. Aż prosi się by o nich zadbać. Dobre jedzenie, zdrowe, ciekawe potrawy, własnoręcznie robione mleko sojowe, wszystko niedrogie a w środku zimno, choć optymistycznie i kolorowo. Takich miejsc powinno być więcej a nasz kraj powinien im sprzyjać, zamiast utrudniać wysokimi podatkami.

Choć nawet gdyby państwo sprzyjało, to i tak bez reklamy czy strategii marketingowej się nie obejdzie. Wegetarianizm mimo iż zdobył w ostatnich latach sporo popularności nadal jest niszą, która wymaga odpowiedniej oprawy i fachowego podejścia. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie poszłam na marketing i nie odkryłam jak wiele jest kanałów dotarcia do odpowiedniego klienta, zaczynając od Facebooka, poprzez Instagram, YouTube, Twitter, Google+ poprzez blogosferę i prasę, ulotki, na bannerach kończąc. A właściwie nie kończąc, bo social mediów i nowych kanałów przybywa z każdym nowym miesiącem.