Życie zmienia się po adopcji

Untitled design

Before/After.
Właśnie tak chciałam nazwać zdjęcie, które widzicie.

Pomysł zaczerpnęłam z prezentacji,
którą zobaczyłam kilka dni temu na tablicy Facebooka.

Prezentacja była podzielona na dwie części.
Pierwsza z nich przedstawiała psiaki zamknięte
w schroniskowych boksach, a druga część
zawierała zdjęcia tych samych psów, lecz
zaadoptowanych jakiś czas później przez dobrych ludzi.

Różnica na psich pyskach była ogromna!

Na pierwszych obrazkach psy były smutne i przerażone,
na drugich, te same istoty miały uśmiechnięte pyski.

Przez chwilę, przeszło mi przez myśl,
że ktoś zrobił tu niezły photoshop.
Bo przecież różnica nie może być aż tak wielka, prawda?

Zmieniłam zdanie, gdy przeglądając
nasze zdjęcia, odkryłam kilka fotek z okresu schroniska
i porównałam je z najnowszymi, które niedawno zrobiłam.

Te ze schroniska przedstawiały
biednego i przestraszonego zwierzaka.
Luna jest na nich chudziutka, ma położone uszy
i przestraszone spojrzenie.

Na zdjęciach zrobionych po
paru miesiącach mieszkania z nami-
z ludźmi którzy ją kochają i dają jej wszystko,
co najlepsze- Luna tryska radością i zadowoleniem.

Widzę to również u swoich znajomych,
którzy przygarnęli psiaki ze schroniska, a także
na kilku psich blogach, które przedstawiają
życie z adopciakami.

Zwierzęta przecież nie potrafią ukrywać emocji;
zawsze są autentyczne, niezależnie od uczuć,
które im towarzyszą.

Facebookowa prezentacja oraz nasza historia
przekonały mnie ostatecznie , że adopcja dla
wielu zwierzaków jest jedyną szansą na ich szczęście,
a i nam adopcje zmieniają życie na plus.

No bo popatrzcie sami.
Jak tu się nie uśmiechnąć widząc tyle szczęścia na psiej twarzy?

20170415_081456 (5)

5 pięknych filmów o niezależnych kobietach, które musisz zobaczyć

Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że w marcu
nie stworzyłam żadnego wpisu o kobietach.
A przecież marzec jest miesiącem kobiet.
Przynajmniej z tych oficjalnych powodów.

8 marca jest Międzynarodowym Dniem Kobiet
obchodzonym w 57 krajach wszystkich kontynentów.

Ale czy którakolwiek z Was zgłębiła informację:
dlaczego akurat 8 marca?

Data wzięła swój początek w Ameryce w 1908 roku,
kiedy to nasiliły się socjalistyczne ruchy robotnicze
domagające się większych praw dla kobiet wyzyskiwanych w
przemyśle odzieżowym. Na ulice wyszło wówczas około
15 tysięcy pracownic , które żądały równych
praw ekonomicznych i politycznych.

Kiedy oczami wyobraźni widzę, ten żeński pochód
maszerujący ulicami ponad sto lat temu
przypomina mi się film Sufrażystka w reżyserii
Sarah Gavron.

Film, który mimo licznych niedociągnięć
powinna zobaczyć każda kobieta, zainteresowana własną historię.
Bo przecież to historia o nas. O Tobie i o mnie. To dzięki
sufrażystkom  decydujemy dziś o sobie. Głosujemy, pracujemy,
rozwodzimy się i decydujemy o założeniu lub niezakładaniu rodziny.

Dziś, wydaje nam się oczywiste, że
zarabiamy te same pieniądze co mężczyźni, i chodzimy do urn.
Ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu musiałyśmy o to głośno
krzyczeć a wiele z nas oddało za to wolność, krew i życie.

Pomyślałam sobie zatem, że dziś stworzę wpis o filmach
z głównymi rolami żeńskimi. Niech to będą filmy,
które każda kobieta powinna zobaczyć, by wesprzec
swoją żeńskość, intuicyjność i głęboką mądrość.

Niech to będą historie o bohaterkach, które na różne
sposoby walczyły o własną wolność i prawo do bycia sobą.
Popatrzcie:

1. Sufrażystka (reż. Sarah Gavron; 2015)



Jest rok 1912. Maud, młoda matka i żona całe dnie poświęca
ciężkiej fizycznie pracy w pralni. Dostaje niskie wynagrodzenie
i jest narażona na szykany ze strony mało przyjemnego szefa.
Pewnego dnia Maud poznaje zwolenniczkę ruchu na rzecz
wyzwolenia kobiet i trochę od niechcenia a trochę przez przypadek
zostaje wytypowana przez jej grupę na reprezentantkę postulatu
aby kobiety mogły głosować.

Choć film przedstawia ideę i historię feminizmu
dość grubą kreską, nie wgłębiając się zbytnio w psychologię bohaterek, to
film warto zobaczyć, choćby po to, by poznać ogólny zarys historyczny
ruchów na rzecz wyzwolenia kobiet, a ten może nas poprowadzić dalej,
Chociażby w prawdziwe bogactwo literatury feministycznej
od Simone de Beauvoir  poczynając.
.

2. Godziny  (reż. Stephen Daldry, 2002)

Oglądałam go po raz pierwszy, gdy miałam 17 lat,
ale wówczas nie zrozumiałam go należycie.
Dorosłam do niego zaledwie trzy lata temu, kiedy szukając
filmów z głównymi postaciami żeńskimi natknęłam się na ten tytuł
ponownie. Oto nareszcie mogłam zgłębić historię wielkiej pisarki,
Virginii Woolf, która namawiała kobiety, by walczyły o swoją niezależność.

„Każda kobieta powinna mieć własne pieniądze, oraz osobny pokój”.
mawiała. Jej smutna, choć jakże prawdziwa powieść, Pani Dalloway
pokazuje czym kończy się osobiste niespełnienie i przekładanie cudzych potrzeb
nad własne. Stephen Daldry pokazał to z perspektywy trzech na pierwszy rzut oka
różnych kobiet, których historia łączy się poprzez powieść Woolf.

3. Smażone zielone pomidory (reż. John Avnet, 1991)

Evelyn Couch, to przykład małomieszczańskiej żony,
całe życie oddanej mężowi, który ani jej nie szanuje,
ani nie dba o partnerskie relacje. Wszystko jednak ulega zmianie,
w dniu, gdy Evelyn poznaje charyzmatyczną 80-letnią Ninny na
szpitalnym oddziale dla starszych ludzi.

Zafascynowana Evelyn zaczyna regularnie odwiedzać szpital,
by słuchać jej burzliwych opowieści z lat 30.

Silne i pewne siebie bohaterki, które kreśli Ninny budzą w niej drzemiącą
mądrość i skrywane dotąd instynkty. Oto nagle Evelyn zaczyna wyrażać
własne opinie, sprzeciwia się utartym schematom i walczy
o własną niezależność, w małżeństwie jak i poza nim.

Ten film to dowód na to, że nam kobietom
potrzebne są relacje z innymi kobietami, które staną się lustrem
dla naszych głęboko skrywanych cech i pragnień. Film powstał na
podstawie książki Fannie Flag.

4. Stalowe magnolie (reż. Herbert Ross, 1989)

Kolejny, piękny przykład kobiecego siostrzeństwa w kinie.
Na pierwszy rzut okaz wydaje się, że kobieca przyjaźń bywa
łatwa i powierzchowna. Przyjaciółki spędzają czas na
plotkowaniu, układaniu fryzur i rozmowach o urodzie.
A tymczasem pod płaszczykiem przyziemności kryje
się trwały gorset wzajemnego wsparcia.

Ten film jest nie tylko o sile przyjaźni ale o sile psychiki i emocji.
Bo kiedy żaden nie mężczyzna nie jest w stanie wytrzymać,
tego co najgorsze i najbardziej trudne, tam wytrzyma oddana kobieta.
Reżyser udowadnia, że jesteśmy w stanie udźwignąć więcej, zarówno
chorobę, przemijanie jak i bolesną śmierć. Bo jak tytułowy kwiat,
mimo swej delikatności, kobiety ze swoją psychiką, są istotami ze stali,
które potrafią wesprzeć nawet gdy jest trudno i niewygodnie.

5. Sztuka kochania (reż. Marysia Sadowska, 2017)

Ten film mnie zauroczył! Panie i panowie, czapki z głów
dla Marysi Sadowskiej, która po raz kolejny udowodniła, że
jest człowiekiem renesansu. Jej wcześniejszy film, Dzień kobiet
poruszył ważną kwestię walki o prawa kobiet, a teraz reżyserka
poszła jeszcze dalej. Jej film o Michalinie Wisłockiej pokazuje,
że nie było łatwo być kobietą w latach w czasach PRL, i nie jest
łatwo również dziś, zakładając że jesteś szeregowym pracownikiem
w wielkiej korporacji (Dzień kobiet).

Wisłocka walczyła o wydanie Sztuki kochania przez kilka lat.
A ta książka była niewygodna, bo sprzeciwiała się polskiej kulturze
patriarchatu i głęboko zakorzenionemu katolicyzmowi. Autorka
namawiała kobiety, by dbały o własny orgazm nawet wówczas, gdyby
miały go sobie zapewniać w samotności. Wisłocka zdobyła szacunek
i uznanie kobiet w całym kraju, nie tylko jako
lekarz ginekolog, ale również jako pierwsza kobieta która walczyła
o prawo kobiet do powszechnej antykoncepcji.

Romans słów, czyli poetycko o pisaniu

CAM02191
Każdego ranka, gdy piszę przy biurku, Luna wskakuje mi na kolana i przygląda się  akcie tworzenia 

ROMANS SŁÓW

Kocham słowa zamieszkałe na papierze.
Mogłabym się w nich schować
i zatańczyć solo w przestrzeni akapitów.

Zaślubiona z ciszą,  wciąż żyję w
ukradkowym romansie długich wyrazów,
które koją rozedrgane emocje i
rozłupują twardą obojętność utraconych marzeń.

Tańczę więc tango z wielokropkami,
chwytam za ręce bezmyślne przecinki
i układam słodką melodię o życiu,
którego nigdy nie było.

I choć nie potrafię pisać wierszy,
ani opowiadać bajek, me serce
wciąż próbuje śpiewać poetyckie piosenki.

O marzeniach, które wygasły,
o porzuconej miłości, zbyt krótkich podróżach,
i niedokończonych pomysłach.

Posiałam opowieści w pamięci wspomnień
gdzie czekają niby wierne żony, na powrót męża odwagi.
Może w końcu powróci z wiecznej wojny wyborów,
a jeśli nie on, to ciekawość jego wieczny towarzysz.

Usiądziemy wówczas na ławce w parku
i przemilczymy głośno własne historie.
Złapiemy się pod ramię, bo każde z nas
ma po jednym skrzydle i

Wzlecimy do nieba
gdzie zbierzemy gwiazdy zrodzone
z cudzych wyobraźni, by
nakarmiły nas światłem w bezsenne noce.

 

Pokot, Wilki i minister Szyszko

W dobie polskich absurdów, gdy minister Szyszko zachęca do wycinania drzew i wpuszcza do rezerwatu myśliwych, aby odstrzeliwali jelenie, bo”szkodzą przyrodzie”, POKOT Agnieszki Holland oraz WILKI Adama Wajraka nabierają wyjątkowo aktualnego znaczenia…

Tak się złożyło, że w ciągu jednego tygodnia
mocno zgłębiłam wiedzę z zakresu przyrody i kłusownictwa.
Tego legalnego, jak i tego poza prawem.

Najpierw, przechodząc obok księgarni we Wrzeszczu zobaczyłam
napis SALE, a na witrynie sklepowej ujrzałam książkę,
którą zapragnęłam mieć już w ubiegłym roku, ale koniec końców,
zawsze było coś ważniejszego- WILKI Adama Wajraka.

Nie namyślając się długo, minutę później biegłam na autobus
trzymając ją pod pachą.

Parę dni później, do kin wszedł film Agnieszki Holland, POKOT.
Film przeze mnie wyczekiwany, z powodu miłości,
do oryginału napisanego przez Tokarczuk.

PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH
było dla mnie jak powrót do domu.
Wszystko, co autorka zawarła w książce
zgrywało się ze mną na każdym poziomie.

Wegetarianizm, głębokie poszanowanie dla sił pryrody, miłość
do zwierząt, życie w rytmem dnia i natury, ba! nawet teza, że każde życie
zapisane jest gdzieś w gwiazdach. Ostatecznie, ja sama widzę w sobie Duszejko.
Nieco młodszą, może odrobinę mniej radykalną, ale jednak.

Na małej wsi gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej mieszka sześćdziesięcioletnia nauczycielka
angielskiego i pasjonatka astrologii, Janina Duszejko.
Ma dwa psy, jest wegetarianką i zdecydowaną przeciwniczką kłusownictwa
oraz polowań na dzikie zwierzęta.

Jest również bardzo samotna, bo wśród społeczności
przyzwyczajonej do polowań, cieszy się
niepochlebną opinią starej dziwaczki.

Agnieszka Holland świetnie zobrazowała historię Tokarczuk.
Nie mogłabym sobie tego lepiej wyobrazić. Sceny kręcone były w plenerze
Kotliny Kłodzkiej, nieopodal czeskiej granicy, co świetnie
oddawało mroczny klimat życia na
podupadłej prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc.

I choć film jest ryzykowny a Holland naraża się na ostracyzm,
to jestem pewna, że dotrze do świadomości przynajmniej pojedynczych osób.

Tych wrażliwych, empatycznych i żyjących blisko natury. Do osób inteligentnych,
otwartych i mających po prostu dobre serce. W kinie byłam w sobotę.
Smutno było patrzeć na pustą salę, kiedy z sali tuż obok,
z Greya wychodziły tłumy gapiów…

WILKI Wajraka uzupełniły wiedzę o kolejne detale.
Np. takie, że wilki panicznie boją się ludzi i nigdy ich nie atakują.
Dlaczego? Bo człowiek to najgroźniejsza istota na naszej planecie.
Zabija dla zabawy i dla trofeów, je wtedy gdy nie musi i za wszelką cenę
próbuje podporządkować sobie każde życie.

Obecnie w Polsce żyje około 2000 wilków. To zasługa stowarzyszeń
i ruchów na rzecz obrony zwierząt, które doprowadziły do zakazu
polowań na wilki i inne zagrożone wyginięciem gatunki. Jeszcze parę lat temu
była ich zaledwie setka.

Nie bądźmy jednak zbyt wielkimi optymistami.
Jak pisze Wajrak, mimo groźby grzywny,
w lasach wciąż można znaleźć wnyki,
które skazują zwierzęta na śmierć w męczarniach.

Może to pokłosie władzy, będącej w rękach niebezpiecznych ludzi,
takich jak minister Szyszko?

Człowiek, który ma stać na straży przyrody,
bierze udział w polowaniach na bażanty wypuszczane
prosto z klatek pod lufy (Newsweek 08.03.2017),
chce wpuszczać do rezerwatu warmińskiego myśliwych,
by odstrzeliwali jelenie (Gazeta Wyborcza Olsztyn, 09.03.2017),
o ustawie o wycince drzew, która weszła w życie 1 stycznia
nie wspominając ( WP Money, 08.03.2017)

Na szczęście, coraz częściej wychodzimy na ulicę,
gdy coś nam nie odpowiada. Dziwny z nas naród, ale
jednej cechy nie można nam odmówić. Wytrwałości i uporu
Może dzięki nim, władza zmieni się na korzyść ogółu.
Nie tylko ludzkiego, ale każdego pojedynczego życia.

Zdjęcie: źródło film.org

Do lasu po szczęście

img_20170225_133031692


Kiedyś las mnie przerażał.
Jako dziecko wychowane na rozlewiskach
wolałam otwartą przestrzeń zielonych łąk.

Jednak, gdy wyprowadziłam się do Gdańska,
i poznałam Izę oraz jej mały, drewniany dom
schowany na granicy Kaszub tuż przy lesie,
zaczęłam go rozumieć i czuć.

Jeździłam do niej często. A że Iza jest artystką,
i maluje całe dnie na szkle, to podczas wizyt
dawała mi dużo przestrzeni na wielogodzinne wędrówki.

Zabierałam wówczas jej psa przybłędę,
który był mi kompanem i strażnikiem
i wychodziliśmy wspólnie do gęstego lasu.

Kiedy wchodziłam w jego gęstwinę,
nieustannie towarzyszyło mi uczucie czyjejś obecności.

I chyba to mnie tak przerażało. Stwierdziłam jednak,
że z lasem jest jak z nieufnym człowiekiem.
Najpierw cię obserwuje, sprawdza motywację i charakter
a na końcu otwiera szerokie ramiona.

Zaczęłam więc go przekonywać.
Tuliłam się do drzew. Najpierw do chudziutkich brzóz,
potem tęższych i wyniosłych buków. Przykładałam
wówczas policzek do chropowatej kory powtarzając
„zaopiekuj się mną” i czułam się tak jakby drzewo
obejmowało mnie zieloną energią.

Od tamtej pory, gdy wchodzę do lasu
zawsze powtarzam „Dzień dobry”. Wybieram stare
drzewa by czerpać z ich mądrości.

Spoglądam na chore i słabe drzwka, na których ktoś
namalował czerwoną kropkę skazując je na wycinkę
i wówczas dodaję im otuchy, bo przecież
nic nigdy się nie kończy.

Już się go nie boję. Tęsknię nawet.
Gdy wychodzimy z Luną na spacer,
zawsze kierujemy ku niemu swe kroki.

Luna lubi go za milion zapachów i miękkie podłoże,
a ja za dzięcioły wystukujące pieśń życia, za pliszki wdzięcznie
przefruwające między gałęziami, za zapach mokrej ściółki
i ochronę między drzewami.

Dziś w lesie czuję się bezpiecznie.
Czuję się jakbym powracała do rodzinnego domu.
Zawsze gdy wychodzimy w trójkę na spacer, Michała
ciągnie nad morze, a mnie do lasu. I choć zapach morza,
miękka plaża i niebieski horyzont są piękne, nie są moim żywiołem.

Już nie raz las wyleczył mnie z kataru świerkowymi
olejkami. Już nie raz schował mnie
przed ulewą z urwanej chmury. Wyleczył ze smutku,
ukoił zszargane nerwy i napełnił miłością, gdy byłam samotna.

Za każdym razem, gdy wracamy z półtora godzinnej wędrówki
po lesie, kładziemy się z Luną na kanapę by
błogość wypełniła ciało. Zamykamy wówczas
na chwilę oczy, oddychamy powietrzem przyniesionym
w płucach z lasu, myśli odpływają a ciało regeneruje dobra energia.

Kiedyś las mnie przerażał, kiedyś się go bałam.
Dziś wiem, że wyczuwalna obecność między drzewami
była energią życia swobodnie krążącą między jednym a drugim liściem.
I za to dziś go kocham. Za pełne miłości życie.

 

Przyjaciel potrzebny od zaraz

mis


Gdybym chciała go znaleźć w sieci…

Imię: Kamila
Nick: Emocjonalna
Płeć: kobieta
Wiek: 31 lub 32 (brak pewności)
Zawód: Dziennikarz/Copywriter
Kogo szuka: wyrozumiałego przyjaciela
z silną potrzebą zachowania
przestrzeni osobistej

Albo gdybym urodziła się dwadzieścia lat wcześniej
i korzystała z rubryki towarzyskiej w prasie codziennej…

Wrażliwa i zadbana trzydziestolatka
pozna panią lub pana do rozmów o życiu, sztuce,
kulturze i szeroko pojętym mistycyzmie. 
Wiek i wygląd nie grają roli. Wymagane: ciekawość świata, 
inteligencja, błyskotliwość, niezależność i krytyczne myślenie. 
Zamieszczająca ten anons uprzedza, że nie odpisuje na 
ogłoszenia energetycznych wampirów tudzież osób,
które kochają powielać wzorce i stereotypy. 

Lub gdybym znów miała 15 lat a zamiast internetu
ŁĄCZKĘ TELEZAJĄCZKA w telegazecie…

Cześć. Jestem spokojną duszą, która  kocha Tolkiena,
Ursulę Le Guin, kino i długie spacery po lesie z psem.
Chętnie nawiążę kontakt z rówieśnikami z całej Polski,
którzy mają ochotę na korespondencyjną znajomość
z dziewczyną  ślącą listy w ręcznie robionych kopertach.

Tymczasem…

W całym swoim życiu wielokrotnie szukałam przyjaciół.
Najpierw w podstawówce, gdy walczyłam o to, by mimo
sprzeciwu rodziców i nauczycieli móc siedzieć w ławce
z najmniej grzeczną dziewczyną i w liceum, gdy
opowiadałam o sobie bzdury, żeby ludzie w końcu
mnie polubili.

I choć przez cały czas zawsze ktoś był obok,
to ze smutkiem stwierdzam, że jestem niestała
w uczuciach. Żadna z moich znajomości
nie przetrwała próby czasu a wszystkie przyjaźnie
kończyły się po trzech latach.

Co ciekawe, zawsze ciągnęło mnie do podobnych ludzi.
Innych. Dziwnych. Kosmitów. Na swój sposób silnych
i niezależnych od społecznych konwenansów.

Przyjaźń jednak wiele wymaga.
Przede wszystkim czasu, spotkań i wysiłku.
Niestety jestem tą, która wiecznie
przekłada spotkania i tą która się spóźnia.

Jestem tą, która powie prawdę w oczy, choć nie zawsze
jest miła. Jestem wybuchowa, kłótliwa i klnąca jak szewc,
gdy autobus spóźnia się trzy minuty.

Trudno się ze mną wytrzymać, zwłaszcza w okresie dołków,
bo czuję całym sercem. Jak jest mi źle, to umieram,
a kiedy jest mi dobrze to skaczę pod sufit ze szczęścia.

Wczoraj medytowałam, dziś uprawiam jogę,
a jutro zapiszę się na ceramikę dla początkujących.
Nie zdziw się, gdy będę chciała postawić ci tarota
lub zapytam o twój znak w chińskim horoskopie.

No i lubię ciszę i święty spokój; cholera, ja kocham ciszę!
Często udaję więc, że mnie nie ma. Nie odbieram,
nie oddzwaniam, jestem off-line i zapominam
o bożym i rzeczywistym świecie.

Jednak mimo tych wszystkich wad i przywar,
brakuje mi przyjaciela. Kogoś, kto by mnie nie krępował.
Kogoś, komu nie przeszkadzałby brak makijażu w sobotę
i to, że wolę wypić litr zielonej herbaty pod ciepłym kocem
niż litr wódki na gorącej imprezie.

Brakuje mi śmiesznych smsów za dnia
i ciekawej wymiany zdań na każdy temat.
Brakuje mi czyjejś tęsknoty i potrzeby spotkania.
Tego, żeby ktoś w ciągu dnia napisał „kawa?”
albo  wpadł niezapowiedziany, bo odkrył ciekawą książkę.

Czy zauważyłeś, że większość kultowych seriali, to
historie o grupach przyjaciół?

Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę, Teoria Wielkiego Podrywu...
Może ludzie tęsknią za życiem w komunie, w której każdy
przyjmuje na siebie jakąś rolę a dzięki temu znajduje w świecie
wyjątkowe miejsce…? Nie potrafię się przyjaźnić, choć
chciałabym umieć. Ale jak powiadają, najlepsza
nauka to ta, która wydarza się podczas doświadczania.

I nadeszła z hukiem wiosna

pexels-photo-92332

Odkąd pamiętam zawsze chciałam tworzyć.
Najczęściej były to słowa złożone w wiersz,
piosenkę lub opowiadanie.

Czasem brałam pastele i malowałam.
Tworzyłam świat widziany oczami dziecka.
Rysowałam skrzydlate anioły, uśmiechnięte kwiaty
i serdecznych ludzi o ciepłych, żywotnych sercach.

Bo tym zawsze było dla mnie tworzenie.
Życiem. Dowodem na to, że jestem i czuję.
Było powrotem do siebie, własną rozmową
i mocnym, głębokim aktem oddania.

Pisałam po to, by nie eksplodować uczuciem.
Malowałam, bo ujrzałam zachód słońca.
Wyszywałam filcowe zakładki do książek
a ze starych gazet wyklejałam kolaż wspomnień.

Bywało, że w pracy między jednym a drugim klientem
lepiłam małe zwierzaki z miękkiej plasteliny,
by znieść pracę, by nie zwariować,
by poczuć, że wciąż jestem.

Teraz, gdy śnieg nareszcie powoli topnieje,
i gdy słońce romansuje z ludzkimi policzkami,
wracam do życia. Znów piszę, znów sadzę kwiaty,
hoduję rzeżuchę i rysuję dziecinne anioły.

I gdy widzę, jak Luna biega za ptakami
rozochocona ciepłem i śpiewem to i we mnie
pęka skorupa pod którą skryłam się na zimę,
by nie utracić ostatków wewnętrznej wiosny.

Wiosna, ach wiosna. Im więcej słońca,
im więcej śpiewu ptaków i psów radośnie
biegających po lesie, tym więcej wiosny we mnie.

Ta wiosna jest zieloną, tętniącą energią.
Powodem dla którego wstaję z łóżka.
Przyczyną malowania, układania wierszy
i pieczenia ciasta z bananami.

Jest wesołą piosenką o życiu, które łączy się
ze wszystkim naokoło.

Jest pieśnią o przyjaźni,
jest seksualnym aktem,
gorącem i potrzebą tworzenia.

Czasem będą to pastelowe anioły a czasem wysoki kwiat.
Raz będzie historią powstałą w głowie a raz dobrą relacją
z drugim człowiekiem. Być może z kimś, kto wciąż żyje
pośród śniegu własnego losu.

Czasem gubimy wiosnę. I Ty i ja zapominamy o tym,
co sprawia, że wszystko ma swój mistyczny sens.
Żyjemy od-do aż rzeczywistość zaczyna przytłaczać
ciężką od chmur dołującą szarością.

Ale wiosna jest w nas zawsze.
Ta potrzeba życia, tworzenia i śpiewania.
Ta niesamowita moc która sprawia, że nasiono
staje się kiełkiem, kiełek łodygą i listkiem, tkwi w
każdym z nas.

I tylko dobrze zachowane igloo wzniesione
własnymi rękami wciąż broni nas przed słońcem.
Kap, kap, kap, czy słyszysz? Niech stopi się śnieg kontroli,
niech puszczą śnieżne obawy. A energia wystawiona na słońce
wykiełkuje z nas to, czym naprawdę jesteśmy od zawsze.

Harry Potter i Komnata Wspomnień

20170212_124758

Od miesiąca czytam Harrego Pottera.
Gdy został wydany w Polsce, broniłam się
przed lekturą, bo było mi wstyd.

Był wówczas rok 2000  a ja miałam 15 lat.
W takim wieku czytało się Alchemika,
Dżumę i Pod mocnym aniołem.

To musiały być trudne tematy, przepełnione
metaforami, a nie jakieś śmieszne fantasy
dla bezmyślnych dzieciaków.

Wiek nastoletni to okres kiedy
cały czas udowadniasz światu, że
jesteś poważniejszy niż zdradza twój wygląd.

To jednak nie przeszkadzało mi zachwycać się autorką
i jej historią sławy:  od zera do bohatera.

Jakiś czas temu, ze starego rodzinnego domu
przywiozłam swoje intymne zeszyty
pełne wierszy, wspomnień i zapisków.

W jednym z nich, znalazłam stronę wyklejoną
artykułami o J.K. Rowling. Historia zatacza koło,
pomyślałam sobie przeglądając stare notatki.

Nie czytałam wtedy Pottera, bo uważałam się za dorosłą,
a wzięłam się za niego teraz, kiedy czuję się dorosła za bardzo.

20170212_123328

Gdy tak zatapiałam się w młodzieńczych pamiętnikach
przekonałam się, że człowiek niewiele się w życiu zmienia.
Przybywa mu zmarszczek, doświadczeń i (oby)mądrości,
ale nić emocji pozostaje ta sama.

Jako szesnastolatka miałam może trochę więcej nadziei,
wiary w siebie i we własne marzenia, ot optymizm
młodych, który chce zdobyć świat, ale pasje i
właściwości pozostały niezmienione.

Na marginesach znajduję te same
pytania, które zadaję sobie dziś,
a na które odpowiedzi wciąż brak.

Kartki wypełniają cytaty T.S Elliota,
urywki poezji Williama Blake’a, i moje własne
wiersze, krzyki o miłość i pytania o to, czym jest człowiek.

Może i umiem lepiej konstruować zdania,
może celniejsze mam  metafory,
ale wciąż widzę w sobie tę małą, nastoletnią istotę,
która chce fascynować się życiem i pisze po to,
by nie eksplodować nadmiarem myśli.

Dziś już nie zważam, na to co ludzie powiedzą.
Dziś już nie potrzebuję być dorosła nad wyraz.

Raczej ponownie szukam w sobie dziecka,
które kocha na zabój, beztrosko marzy
i tworzy dla siebie a nie dla poklasku.

I jak kiedyś pragnęłam szybko dorosnąć
tak dziś tęsknię za młodzieńczą nadzieją i naiwnością.

 

List do Wszechświata

cam01431


LIST DO WSZECHŚWIATA

Drogi Wszechświecie, który jesteś Bogiem,
spraw proszę, bym kochała mądrzej.

Bym mimo zadr i wielu łez pozostała wierna
tej jedynej przyczynie wszelkiego istnienia.

Bym potrafiła dawać bez chęci brania.
Bym kochała ludzi mimo ich nienawiści.
Bym porzuciła ego, zanim zagarnie
piękne słowa na własne użytki.

Drogi Wszechświecie, obdarz mnie miłością,
tak jak napełniasz skorupę twardym orzechem.

Nakarmię nim głodnych gorącym uczuciem.
Napoję nim spragnione istoty słodką poezją.
Utulę nim smutek radosną piosenką,
której nuty wibrują cichym współczuciem.

Drogi Wszechświecie, który jesteś Bogiem,
obiecuję, że będę to robić, dopóki starczy mi sił,

Aż pytanie o sens stanie się nonsensem.
Aż miłość będzie odpowiedzią
na każde dlaczego.

K.G.


Czy zastanawiałeś się kiedyś,
ile masz w sobie miłości?

Sporo ostatnio o niej myślę.
Nie o miłości  między dwojgiem partnerów,
lecz o samej przyczynie istnienia.

Dwanaście lat temu po raz pierwszy
przeczytałam wiersz Krzysztofa Pieczyńskiego:

Miłość jest pierwszym z powodów,
dla których 
Wszechświat istnieje.
Po co troszczyć się o pozostałe?

I od tamtej pory mieszka we mnie
i napełnia nadzieją, gdy emocje podkładają
ładunki wybuchowe pod dobre wrażenia i relacje.

Myślę wówczas, a ile ja mam w sobie miłości?
czy na co dzień kieruje mną miłość?
A może kieruje mną strach?
A może kieruje mną gniew?

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, czy kierujesz
się w życiu prawdziwą, czystą miłością, zapytaj:
Co stoi za Twoimi czynami?

Za tym, że piszesz za tym że robisz ciasto,
za tym, że się budzisz, ubierasz, wstajesz,
że wychodzisz z psem na spacer
a w lesie tulisz się do chuderlawych brzóz.

Gdybyś pozwolił miłości kwitnąć w swoim świecie
byłbyś szczęśliwszy i ludzie obok, byliby szczęśliwi,
Życie  wówczas nie wymagałoby wyjaśnień
czy pytań o sens.

Bo samo życie byłoby miłością.

Paterson, czyli tydzień z życia antybohatera

paterson


Świat zwariował na punkcie archetypu bohatera.

W kinie spotykamy Kapitana Amerykę,
który ratuje świat przed zagładą,
lub Doctora Strange’a który szuka sensu życia.

W telewizji to samo.

Serialowe triumfy zgarnia Bruce Wayne, nieśmiały,
przyszły Batman w miasteczku Gotham pełnym zła i nienawiści
lub osławiony Sherlock, który zawsze wie więcej i lepiej, co
stawia go na podium w detektywistycznym światku.

A tymczasem prawdziwy świat pełen jest szaraczków.

Takich jak Ty i ja, którzy codziennie wstają o 6.00,
wychodzą z psem na spacer, jedzą śniadanie, idą do nudnej pracy,
jedzą obiad, czytają, coś popiszą i idą spać.

I dlatego zakochałam się w najnowszym filmie Jarmusha.
Bo pokazał prawdziwego człowieka.
Jednego z wielu, jakich
spotykamy w potoku codzienności.

Tytułowy Paterson ma nudne życie.

Wstaje codziennie o tej samej godzinie,
pracuje jako kierowca autobusu a w domu wysłuchuje
kolejnych „genialnych” pomysłów swej partnerki.

Co wieczór odwiedza pobliski pub, by posiedzieć przy barze
i napić się piwa. Czasem z kimś pogada,
czasem z kimś pomilczy. Ot dzień jak co dzień,
nic nadzwyczajnego.

W tej jałowej (jak mogłoby się wydawać) egzystencji jest
jednak mała, błyszcząca perełka. A jest nią poezja.

Paterson między rozpoczęciem pracy a powrotem do domu
zapełnia swój sekretny notatnik wierszem. Opowiada krótkie
historie o miłości, opiewa genialny kształt zapałek i
zakłada szarej rzeczywistości skrzydła pełne poetyckich metafor.

Jestem Patersonem, och jak bardzo nim jestem.
Z resztą, któż z nas nim nie jest?
Moja rzeczywistość złożona jest z nudnych i powtarzalnych
rytuałów a odskocznią są książki i zeszyty pełne wierszy.

Myślę, że Jarmush kręcił film
właśnie z tą intencją.
Chciał pokazać, że otacza nas zwykłość
i że tkwi w niej mały cud.

Nie musimy zdobywać szczytów.
Ani robić zawrotnej kariery.
Każdy bowiem ma własną poezję
ukrytą w codziennym życiu.

Dla mnie jest nią pisanie.
Blog, wiersze zapisywane na marginesie pamiętnika.

Dla Ciebie może to będzie gra na gitarze,
rysowanie, lub umiejętność słuchania.

Gdyby o cenie życia świadczyła jego niezwykłość,
to świat zapełnialiby mentalni nędzarze.
Prawdziwą wartością życia jest zachwyt
i widzenie i znajdywanie w nim cudu.

Niech to będzie kojący śpiew ptaka,
lub  filiżanka pachnącej kawy,
to nie ma większego znaczenia.

Paterson to oda do zachwytu
i poemat na rzecz tego, co najprostsze.
To my wybieramy prozę lub poezję.
To nastawienie umysłu umila lub
zasmuca nam życie.

Jak pisał pewien wielki poeta, Whitman:
Musimy zaryzykować zachwyt.
Musi nam starczyć uporu,
by akceptować swoje zadowolenie
w bezlitosnym piekle tego świata.