Archiwa tagu: Gra o tron

Rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale się bałam

Podczas majówki stworzyłam listę,
która składa się z 26 punktów.

Zatytułowałam ją:
„TO DO”

LISTA RZECZY, KTÓRE ZAWSZE
CHCIAŁAM SPRÓBOWAĆ,
ALE SIĘ BAŁAM.

A wszystko pod wpływem
filmu, który obejrzałam
w jeden z tych wolnych dni:

„Then Came You”.

Główna bohaterka też
miała taką listę.

Zatytułowała ją:

„LISTA RZECZY DO ZROBIENIA
PRZED ŚMIERCIĄ”.

Bo choć miała dopiero 17 lat, jej czas
nieubłaganie się kończył.

To mnie natchnęło.

Bo sama nigdy nie zrobiłam
sobie takiej listy.

A przecież  rzeczy, które
zawsze chciałam zrobić,
ale nie zrobiłam z obaw
lub zahamowań jest wiele.

Na razie uzbierało się ich
26, ale tylko dlatego, że
skończyła mi się kartka.

Poza tym „26” to też dużo. 

Bo przecież nie chodzi o to, by
marzenia tylko spisać.

Chodzi o to, by to ZROBIĆ,
lub przynajmniej spróbować.

Zaczęłam od punktu pierwszego,
który brzmi:

„Śpiewać! Pójść na grupowy warsztat 
uwalniania głosu”.

Poszłam!

I to nie na pierwszy z brzegu,
ale taki, który prowadzi dziewczyna,
która przez kilka lat była częścią
sławnego Laboratorium Pieśni.

I choć ekscytacja poznaniem jej
oraz odkrycia nowych rzeczy
w sobie były oczywiste,

to jednak śpiew przed grupą obcych osób w obcym
miejscu przerażał mnie do tego stopnia, że na chwilę
przed wyjściem z domu zaczęłam kombinować!

Po co ci to?
Nie możesz pójść.
Pada deszcz, a to trzy kilometry rowerem.
Pobrudzisz się.
Zmokniesz.

Spóźnisz się, już nie warto. Poza tym
jesteś już dziś dostatecznie:

zmęczona
poddenerwowana
zestresowana
smutna.

Zobacz jak miło jest siedzieć
na miękkiej kanapie. O, tu jest
poduszka. A obok książka i kocyk.
Czego chcieć więcej po ciężkim dniu pracy?

O nie! Znam ten głos.
To głos lęku.

Towarzyszy mi od dziecka
i powstrzymuje przed życiem.

Nie pozwala doświadczać, tego
co ma być doświadczone.

Odbiera siły fizyczne i pakuje je
w układ nerwowy, który przejawia
się rozedrganiem i niepewnością.

I tak przez całe życie.

Chcę coś zrobić, ale lęk
jest tak wielki, że samo myślenie
o doświadczeniu pozbawiało
mnie resztek energii.

Bo to nie jest taki mini-lęk.
Straszek. czy stresik.

To lęk paniczny.
Taki, który czasem odbiera moc
w nogach.

Taki, który zalewa potem w skali makro,
i w ciągu minuty  mokre mam wszystko.

To taki lęk, że serce bije jak po
dobrym kardio w fitness clubie.

To taki lęk, który ściska żołądek
tak mocno, że czasem wyję  z bólu i jedyne
co mogę zrobić, to zwinąć się w kłębek.

W rezultacie połowę życia
spędziłam na kanapie
pod kocem i z książką w ręku.

Ale ile można sobie odmawiać?
Ile można uciekać przed życiem?

Poszłam.

Owszem, dotarłam po czasie, bo
zabłądziłam. W dodatku mokra
i ubłocona, bo jechałam przez las.

Ale wiecie co? Miałam wrażenie,
że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Liczyło się, że jestem.

Że próbuję. Śpiewam. Fałszuję.
Wydaję z siebie „zakazane dźwięki”.
Pianie, chrumkanie, pisk, krzyk, wycie, sapanie.

Wszystkie dźwięki życia złapane
w obszarze brzucha.

W końcu dałam im wolność.

Wczoraj nadszedł czas na kolejne wyzwanie.
Warsztat robienia Łapaczy Snów.

Mój punkt numer 3:

„Zrobić własny
rytualny przedmiot indiański”.

20190511_174557 (1)

 

I znów się bałam, a jakże.
Bo nowi ludzie, obce miejsce
i coś, czego nigdy dotąd nie robiłam.

I ten głos: zostań, nie idź, odpocznij.

Wiem, że dopóty nie wyrobię w sobie
nowego nawyku, tak długo będę walczyć.

Idę/ Nie idę.
Chce mi się/ Boję się.
Mam energię/ Opadam z sił.

Podobno nawyki tworzy się w 21 dni,
o ile powtarza się je codziennie. To
taka optymistyczna wersja.

Inna brzmi, że nawyk musi być
powtórzony co najmniej 10.000 razy…

Grunt, że robię. Że działam.
Że próbuję. Choć bardzo się boję.
Nauczyłam się już, że pomimo
głosu w głowie, muszę działać.

Jest trudno. Więc czasem
z nim gadam. Z lękiem.

Wiem, że się boisz i dziękuję, że jesteś.
Próbujesz mnie chronić i ja to rozumiem.

Zawrzyjmy układ – pójdę na warsztaty, i 
zabiorę cię ze sobą. Zrobię Ci gorącej herbaty
i pozwolę obserwować. Razem raźniej.

Po czymś takim lęk milknie.
Uspokaja się. Nie polemizuje.
Bo wie, że ma swoje miejsce.

Nie wyrzucę go. Nie zaneguję.
Nie uduszę. Po prostu dam mu
miejsce z dobrym widokiem.

A sama pójdę robić, to co jest do zrobienia,
i pognam ku temu , co woła od lat.

Życie.

 

„Nadchodzi zima…”

thebest

A wraz z nią wszystko co mroczne, groźne i nieznane.Wraz z zimą nadchodzi śmierć, głód i nieustanna walka o przetrwanie. Kto śledzi na bieżąco seriale HBO lub jest zwolennikiem książek fantasy, ten wie o czym mówię. Gra o tron bije rekordy popularności. Zarówno serial jak i kolejne tomy o losach rodziny Stark. 


Jak to zwykle bywa u outsiderów i kosmitów, przez długi okres buntowałam się przed sięgnięciem po zbyt popularną książkę, albo co gorsza- obejrzeniem ekranizacji w komercyjnej telewizji. Ale nadszedł dzień zmiany i oto się złamałam. Nie lubię nie wiedzieć o czymś, co wszyscy głęboko przeżywają. Dobrze- wszak mogę pozostać ignorantką odnośnie aktualnej sytuacji w Parlamencie Europejskim, ale muszę wiedzieć- o co chodzi z tą zimą? 

Winter is coming… To sławne powiedzenie i motto rodziny Stark, zwiastuje ciemne czasy, czasy niebezpieczne, mroczne, zagrażające życiu wszystkich. Jest zawołaniem do stanu gotowości i przyzwyczajeniem umysłu do tego, że będzie źle i niczym w stadzie wilków, każdy będzie musiał wywalczyć swoje prawo do bycia. Zima na głębokiej północy nie trwa trzech miesięcy. Czasami trwa lata, niekiedy wieki. Zapada wówczas głęboki mrok i zza muru wychodzą groźne potwory, które zabijają bez skrupułów.

winter-is-coming

Dlaczego się złamałam i śledzę losy tytułowej Gry o tron? Z powodu opinii znajomych, którzy zachwycali się książką lub serialem i z powodu kilku ciekawych zdań zasłyszanych w tramwaju:

Słuchaj, oni wszyscy giną. Każdy po kolei!
-A główny bohater też?
-Tam co chwilę jest inny główny bohater.
-Jak to możliwe?
-No bo Martin co kilka rozdziałów zabija pierwszoplanowe postaci. Przyzwyczajasz się do jednego bohatera, lubisz go a tu nagle CIACH, odrąbują mu głowę!
-I co wtedy?!
-A no nic, zaprzyjaźniasz się z kolejną postacią, która wysuwa się na pierwszy lub drugi plan i CIACH…!

winter_is_coming_by_contxu-d58h3r5

I chyba właśnie to czyni powieści George’a R.R. Martina czymś wyjątkowym. Pisarz bowiem łamie koncepcje o tym czym powieść być powinna. Szokuje i denerwuje czytelników poprzez śmierć i okrucieństwo jakich pełno w książce. To nie słodka lekturka, gdzie utożsamiasz się z głównym bohaterem idąc z nim na wojnę, płacząc z nim i śmiejąc się gdy upadnie. Tu nie pochodzisz z nikim zbyt długo za rączkę, bo bohater za rozdział już tej rączki mieć nie będzie. Lub głowy. Ile to ja się namartwiłam o mojego ulubionego karła. Przeżyje, czy go skrócą o kilka centymetrów?

I choć to dzieło bardzo komercyjne zrzeszające coraz większe grono fanów lubiących krew i akcję, to jednak warto też spojrzeć na nie z szerszej perspektywy. Mamy idealny dowód na to, że nie tylko dobry, wyrazisty bohater czyni powieść a po drugie, podczas lektury cały czas pracujemy z przywiązaniem i oswajamy się z wszechobecną śmiercią, w myśl zasady, że nic nie trwa wiecznie. Czy to nie piękne? Nareszcie ktoś odważył się złamać koncepcję „żyli długo i szczęśliwie”. Chociaż, ostatniego tomu jeszcze nikt z nas nie zna, może i tu Martin po raz kolejny zadziwi…?

harry

Książka nie schodzi z księgarnianych półek TOP 10- nawet tom pierwszy-  bo nowych fanów wciąż przybywa do czego jednak po części przyczyniają się również twórcy doskonałego serialu
(D. Beniofl, D.B. Weiss), który zgarnął kilkanaście nagród Emmy i Złote Globy. Wystarczy odwiedzić kilka serwisów filmowych, by zobaczyć, że serial jest nieustannie na podium i zbiera oceny 8,5-10/10. Lepszej reklamy chyba nie trzeba. Jeżeli przerażają was grube tomy Martina, polecam serial,wkrótce 5 sezon, każdy odcinek trwający około godzinę, ale w końcu… nadchodzi zima… Cóż więc innego moglibyście robić?

Zdjęcia:
1.) figure-of-l.deviantart.com
2.) gnightmoon2006.blogspot.com
3.) www.deviantart.com
4.) pudelekx.pl