Archiwa kategorii: smak życia

O potrzebie odprawiania rytuałów

Są dni, kiedy zupełnie o tym zapominam.
Bo mam mało czasu. Bo jestem zabiegana,
Bo mam na głowie tysiąc różnych rzeczy.

A tymczasem rytuały i małe, domowe
ceremonie mają moc zatrzymania
nas w teraźniejszości.

Zwracają uwagę na to, w którym miejscu
jesteśmy. Każą zadać sobie pytanie:
czy nadal wiem dokąd zmierzam?
czy nie biegnę bez sensu?

Przede wszystkim jednak
rozwijają wdzięczność.

Poprzez rytuał rozumiem czynność,
która sprawia, że wracam do siebie.
Nie egocentrycznie, ale duchowo.

Skupiam się na tym co robię, weryfikując
stan wnętrza. Nie myślę o przeszłości,
nie wybiegam w przyszłość. Jestem Tu.
I uczę się kochać, To co jest.

Rytuały uczą mnie pokory. A przede wszystkim
wdzięczności. Za to gdzie jestem, z kim jestem,
kim ja jestem i za to, co  mam.

Przede wszystkim jednak za to,
że JESTEM w ogóle, bo to wcale
nie jest oczywiste!

Kocham celebrować śniadania.
Przy cichej obecności Luny pod
kuchennym stołem, jadam z ulubionego
żółtego talerza kolorowe kanapki
popijając kawę z cynamonem.

Zawsze staram się, by przy tym wazon w kuchni
był wypełniony świeżymi kwiatami.

By jeszcze bardziej nacieszyć oko i nos, by przez tę
chwilę pożyć i doświadczyć zmysłami.

Gdy medytuję, palę świeczki. A Michał
odpala kadzidła, które jeszcze długo po
wypaleniu napełniają mieszkanie
sandałowym zapachem.

Sandałowy dym zamieszkuje
szafy, chowa się w kurtkach i zaskakuje
gości, których zawsze zdumiewa ten intensywny,
mocno drzewny aromat.

Ceremonie pomagają wyrażać dobre życzenia.
Nie dla siebie. Dla innych.

Bez rytuałów i ceremonii zapomniałabym
o potrzebie skierowania uwagi do wewnątrz,
oraz przesunięcia jej z ego do punktu „inni”.

A nawet gdybym pamiętała, to byłaby ona techniczną
metodą na uspokojenie umysłu. Ceremonie zmiękczają.
Łagodzą. Kołyszą. Wydobywają z nas to, co duchowe.
Kobiece. Wewnętrzne. Troskliwe. Bo pomyśl.

Dlaczego na Wschodzie od tysięcy lat zwraca się
uwagę na ceremonie? Czy dlatego, że to kraje zacofane?
A może ludzie naprawdę wierzą, że rytuały są jak czary,
które mają moc odsuwania tego, co negatywne?

Ja myślę, że mieszkańcy krajów „trzeciego świata”
wiedzą, że wdzięczność napełnia bogactwem. Nie tym
fałszywym, który chwilowo ułatwi życie. Ale
trwałym, który oznacza „być połączonym ze wszystkim”.

Potrzeba ich wykonywania
ma moc psychologicznej sztuczki. Bo im częściej
robimy coś z intencją dla innych, wyrażając dobre
życzenia, tym lepszymi ludźmi się stajemy.

Uspokajamy się. Bo czujemy się częścią
większej całości.

Szkoda, że świat Zachodu o tym zapomniał.
Kiedyś Słowianie palili ogniska i tańczyli wokół ognia,
który symbolizował  życie i potencjał twórczy.

Karmiliśmy „demony”, by nie psociły. Szukaliśmy
kwiatów paproci i okadzaliśmy mieszkania
suszem z szałwi.

A dziś? Pozamykaliśmy się
w betonach odseparowani od siebie i swoich
korzeni. I wciąż skupiamy się na sobie. Nie, na
duchu. Na ego. „ja, moje, mój, moja”.

Rytuał to podarunek od nas dla siebie samych.
Tak konieczny w tych szalonych czasach stresu,
pędu i bycia anonimowym człowiekiem bez historii.

Reklamy

Wszechświat sprzyja wierzącym

 

Znów to zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflad kredki,
nożyczki, klej i brystol a ze starych gazet otrzepałam
kurz i zaczęłam zaklinać przestrzeń,
aby zaczęła ze mną współpracować.

Mapa Marzeń, bo o niej mówię, jest tworem
utkanym z pragnień i celów oraz osobistych
wartości, zwizualizowanych i skleconych
w barwny kolaż.

Pierwszą Mapę zrobiłam ponad
dwa lata temu na starym mieszkaniu.

Byłam wtedy innym człowiekiem,
miałam inne cele i marzenia. Część z nich
się spełniła, a inne odeszły w niepamięć.
Najwyraźniej nie były dostatecznie ważne.

Dwa lata to długi okres czasu.

Zdążyłam skończyć podyplomówkę,
przeprowadzić się, zmienić pracę i wprowadzić
do rodziny nowego członka, Lunę. Międzyczasie
poznałam nowych ludzi; poszłam na terapię,
oraz zmodyfikowałam własne,
niekiedy zbyt sztywne poglądy.

20170917_120332

Nic dziwnego, że poczułam, że należy
raz jeszcze przyjrzeć się swojemu życiu.

Porównać to co jest, z tym czego chcę i w co wierzę.

Czy żyję w zgodzie ze sobą?
Czy podążam właściwą drogą?
Czy nadal mam w sercu te same wartości, a może coś
innego jest teraz dla mnie priorytetem?

Kilka tygodni temu na sobotniej sesji jogi
spotkałam Karinę Sęp, autorkę książek:
Mapa marzeń, mapa celów oraz Ogarnij swój dzień.

Kiedy zaczęła opowiadać o tej pierwszej, wiedziałam
już co chcę zrobić. Stworzyć nową Mapę, bo
ta pozwoli mi w końcu ruszyć do przodu, zamiast
kręcić się w kółko niczym w labiryncie Fauna.

Bo przecież człowiek jest w ciągłym procesie zmian i
potrzebuje ruchu. Mentalnego, fizycznego i duchowego.

Gdy się zatrzymuje, to tylko prowizorycznie, bo
przecież nie da rady wysiąść z jadącego pociągu.

A ja wolę wiedzieć dokąd jadę i w razie
gdyby kierunek mi nie odpowiadał,
przesiąść się na inny tor.

Skorzystałam z materiałów Kariny dostępnych
na jej stronie, skopiowałam plan Mapy Marzeń,
wyciągnęłam z szuflad kredki, nożyczki, brystol, klej i
stare gazety i zaczęłam bawić się w duchowego
kartografa, który starannie nanosi zmiany płyt
tektonicznych Gulbickiego umysłu.

20170923_093917

Końcowy efekt mnie zaskoczył. Bo marzeń,
których trzymałam się dwa lata temu, na obecnej
mapie nie ma. Są inne.

Niektóre z czasów wczesnego
dzieciństwa, gdy ledwie utrzymywałam
długopis w dłoni. Inne wyklarowały się niedawno.

Dziś, czymś innym są dla mnie bogactwo i przyjaźń;
a kariera i związek zmieniły kształt,
bo wygładziły im się ostre kanty.

Oto ja. Inna. Spokojniejsza ale bardziej zdecydowana.
O to moje marzenia, które nie są przedmiotami,
lecz energią: potrzebą określonych, aktywności, relacji
i pomysłów by uczynić z życia piękną transformację.

Myślę, że zatrzymanie się, by ze sobą pogadać
jest absolutną koniecznością. Wszystko bowiem się zmienia.

Nasze wartości, nasze uczucia i pomysły; świat
zewnętrzny jak i planeta wewnątrz nas podlegają
ciągłym wpływom i zmianom tras. A przecież chodzi
o to by wiedzieć dokąd zmierzamy i w razie czego docisnąć
gaz lub chwycić za hamulec. Bo przecież nikt inny
nie może prowadzić tego pociągu, prócz nas samych.

Czasem trzeba powiedzieć STOP

Planer wypełniony po brzegi:
praca, joga, terapia, upiec nowe rewelacyjne ciasto,
zrobić zakupy, oddać buty do szewca, posprzątać,
przeznaczyć więcej czasu rodzinie, powiesić
pranie, zdjąć pranie, zakupy (a przepraszam, już było),
aha i czasem zdrzemnąć się w nocy.

Czy to o czym mówię, jest Ci znane?

W weekend dobieram sobie jeszcze warsztaty z nauki
oddychania, i rozmyślam o propozycji terapeutki, która
zaprosiła mnie na grupowe ćwiczenia z Komunikacji Bez Przemocy.

Zaczynają się o 10.00, kończą o 16.00.
Jedynie mały kwadrans przerwy w środku.
.
Jak pięknie. Jestem zorganizowana
i nie tracę czasu na pierdoły.
Siłaczka. Heroska. Kobieta ogarnięta.
Rozwijająca się. Pracująca.

Niestety, nawet rozwój może szkodzić,
a bynajmniej jego nadmiar.

Nadszedł dzień, w którym ciało krzyknęło STOP!
Zapaliło czerwoną lampkę w okolicach pęcherza
i na ten sam kolor pokolorowało gardło.
Odebrało mowę. Unieruchomiło. Rozbroiło.

Ale jak to? Dlaczego? Myślę sobie. Przecież zdrowo
się odżywiam. Ciepło się ubieram. Mam solidne buty
i kurtkę na słotę.

Ciało jednak swoje wie.

A kto codziennie wstaje o 5.00 rano? A kto
wypija kawę za kawą, żeby udźwignąć grafik?
Kiedy ostatnio przespałaś dziewięć godzin?
Kiedy się zregenerowałaś i wyleniłaś za wsze czasy?
Kiedy pozwoliłaś sobie na zwykłe przyjemności?

Ciało jest mądre. Ciało jest szczere. Ciało nie kłamie,
bo nie potrafi. Odda ci wszystko z nawiązką. Każde
niedospanie, zbyt duży reżim, zbyt duży ruch w środku
przyniosą określone skutki. Podobnie jak przeciążony
silnik, zakaszlnie trzy razy i więcej nie pojedzie.

20170909_103518 (2)

I jeśli ja o nie nie zadbam, to ono zdecyduje się zadbać
o siebie samo. Zatrzyma w domu pod kocem,
zabroni aktywności i zmusi do snu i barłożenia.

Poddałam się więc. Niech i tak będzie.
Odwołałam warsztaty z oddychania i jogę
a dogłębnemu sprzątaniu i nauce
pieczenia skomplikowanego ciasta
o trzech kolorach powiedziałam NIE.

Zwalniam. Pozwalam sobie na bycie słabą
i niedoskonałą. Nie będę robić nic. Leżę.
Czytam. Oglądam Sherlocka Holmesa. Piszę,
gdy mi się chce. A jak mi się nie chcę, to nie piszę.

Wyłączyłam budzik. Zaparzyłam imbryk dobrej
herbaty z miodem i cytryną. Ukroiłam do herbaty babkę.
Włożyłam nowe kapcie, które czekały na wielki dzień
odarcia z metek. Otworzyłam biografię Tolkiena,
którą po trudach zdobyłam w Sopockim Antykwariacie.
O boże, jak cudownie! A więc tego było mi trzeba!

Dużo pisałam o hygge,
choć mało go miałam. Tak trudno przecież jest wyłączyć
wzorzec, że ruch oznacza życie, że trzeba, że muszę.

Układ nerwowy nie zna spoczynku. Faluje wysokimi krzywiznami
niczym dzieło Picassa na elektroencefalogramie.

STOP. Dbam o siebie. Nie o Ducha, nie o rozwój,
nie o dietę, i nie o pranie. O siebie.

Tak jak rodzic dba o dziecko.
Dopieszczam się, dogrzewam,
dosypiam, dojadam. Jestem dla siebie czuła i kochająca.
Jestem taka, jaka jestem dla innych, choć dla
siebie bywałam surowa i wymagająca.

Dogrzać się, dopieścić, dotulić, dokochać.
Jakie to ładne, miękkie słowa. Mięciutkie, puchate,
ciepłe. A więc po to jest jesień i po to
jest przeziębienie. By zwolnić. By ukochać się
mocniej. By odnaleźć wewnętrzną ciszę i zastój.

Każde życie chce być przecież w równowadze.
Skoro jest Yin to gdzieś musi być Yang.
Ruch wymaga spoczynku a hałas równoważy
się ciszą. I owszem, aktywność jest rozwojem.

Lecz rozwój, jak wszystko inne ma swoje miejsce
i określony czas przeznaczenia.
Karmi się ruchem, lecz wymaga też cienia
i bezwietrznej pogody. Bez tego żaden owoc nie
wyrośnie, lecz uschnie nierozważnym nadmiarem.

Wszystko to kwestia podejścia

Stare norweskie porzekadło brzmi, że
nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ciuchy.
Kocham te mądre zdanie i przeinaczam je
na własny użytek.

Twierdzę, że nie ma złej pogody,
lecz niewłaściwe podejście.

W takie deszczowe dni jak dziś, myślę
o Norwegii właśnie.

O czasie, gdy pięć lat temu przerażona
i nieświadoma tego, co los mi niesie
wysiadłam z samolotu w mokrym Bergen
tocząc 30-kilogramową walizkę na małych
kauczukowych kółkach.

Pamiętam ten deszcz, który lał nieubłaganie.
W dniu mojego przylotu a także
każdego kolejnego dnia i każdej nocy.

Bywało, że zalewał piwnice
podwórza i ulice zatrzymując wszelkie pojazdy a wiatr targał
lekkimi jak piórko norweskimi domkami.Przed
wyjazdem uprzedzano mnie, że często pada.
Nie sądziłam, że ZAWSZE.

1452587_570264376377134_1761265027_n

To, co  fascynowało mnie w Bergen,
to fakt, że deszcz ludziom nigdy nie przeszkadzał.

W ręcz przeciwnie. Jako stały element ich
norweskiego świata był obecny w tym jak się ubierali, co kupowali,
co jedli, jak wypoczywali oraz jak dorastali.

Z zaciekawieniem obserwowałam bergeńskie przedszkola,
których naczelna zasada głosi, że dziecko 2/3 dnia powinno
spędzać na dworze, niezależnie od deszczu,
śniegu czy mrozu.

Najwyraźniej ta metoda świetnie się sprawdza,
bo Skandynawowie są silni, rośli i na ogół odporni .

Ale wróćmy, do Polski, bo przecież to jest nasze miejsce.

Jeszcze przez kilka ostatnich dni sierpnia
słońce próbowało przebić się przez chłodny
niż nadchodzącego miesiąca. Dopiekło nam w
środę i nagrzało ziemię w czwartek, tchnąc
nadzieję na ostatnie gorące dni lata.

Gdańszczanie w przypływie witalnej radości
pozbyli się kurtek, krytych butów i długich rękawów.

Wystawili muskularne ciało na ciepłe promienie,
które jakby oczekując własnego końca grzały
nieproporcjonalnie mocno do daty w kalendarzu.

Aż tu nagle nadszedł wrzesień i zaskoczył
tym, że wrześniem jest w całej swej istocie.

Mokrym, chłodnym, wietrznym i szarym.

Wyjęłam z szafy kurtkę, którą kupiłam
w sklepie żeglarskim na krótko przed wyjazdem
do Bergen. Jeden z najdroższych zakupów
w moim życiu, a jakże opłacalny. Kurtka
nigdy nie przemokła, i po wielu praniach
nawet się nie starła.

W takie dni jak dziś ludzie lubią ponarzekać,
tak po polsku, że pogoda jest brzydka,
że niskie ciśnienie lub niekorzystny biomet
i że w ogóle bezsensu, a w Hiszpanii mają fajnie.

A dla mnie pogoda jest piękna. Zakładam moją
żeglarską kurtkę w kolorze błękitu, wciągam
gumaki po kolana i wychodzę z Luną na świat.

Kocham jesień, za to że
jesteśmy do siebie podobne. Bo jesień to kobieta.
Czasem kapryśna, mocno refleksyjna i melancholijna.

Bywa że śmieje się ostrym wiatrem,
przyozdabia liśćmi niczym niezła ekscentryczka.
Czasem milczy, czasem płacze, zapada w stany nagłej
zmiany humoru więc nie sposób przewidzieć na co trafisz.

Lubię ją za to, że zamyka ludzi w domach
a na dwór wyciąga jedynie prawdziwych
wędrowców. Ciepło ubranych, w wygodnych butach
niekiedy z plecakiem i termosem w kieszeni u boku.

Takich, dla których świat piękny jest w każdej postaci.
Nawet piękniejszy, gdy piękna trzeba szukać.

I lubię ją za to, że ucisza na chwilę świat.

Wyłącza zgiełk cywilizacji, przycisza rozmowy,
zaprasza do introspekcji. Bo chyba temu ma służyć,
po czasie letnich szaleństw i głośnego hałasu. Zachęca
do odpoczynku i regeneracji i sprzyja nam,
introwertykom. To nareszcie nasz czas!

Moja jesień pachnie piernikiem i waniliowymi
świeczkami. Smakuje gorącym rooibosem
i zupą z czerwonej soczewicy. Jest ukochaną
przeze mnie muzyką deszczu stukającego o szyby,
ciastkiem przy lekturze Tolkiena i miękkim kocem.

Nareszcie mogę się odprężyć, bo nie czuję
dysonansu, który towarzyszy mi latem.
Na zewnątrz jest tak, jaka jestem w środku.

Zróbmy sobie Hygge

 

Parę dni temu czyszcząc komputer z nadmiaru
niepotrzebnych plików, odnalazłam stary folder
Pinterest, do którego wkładałam
ulubione zdjęcia i grafiki.

Te, które mnie fascynowały, inspirowały do czegoś,
lub przypominały o czymś ważnym.

To tam odnalazłam infografikę o hygge,
czyli duńskiej filozofii ciepła i dobrobytu.

Pamiętam, że rok temu ta skandynawska idea pochłonęła
mnie całkowicie. Na gwiazdkowe święta zażyczyłam
sobie książki o hygge w prezencie. A przypomnę, że
wówczas w Polsce na przełomie 2016/2017 roku
wychodziło ich siedem pozycji.

A potem o tym zapomniałam. Bynajmniej o książkach,
i o tej wszędobylskiej wówczas w mediach idei „robienia
sobie dobrze”. Jak dla mnie było o tym za głośno i za dużo
a sama filozofia została spłaszczona i skomercjalizowana
na potrzeby rynku meblowego i wyposażenia domu.

Kiedy jednak spojrzałam na tę wspaniałą infografikę odnalezioną
w folderowych szpargałach (przedstawiam poniżej)
zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy cała nauka duńskiej filozofii
życia nigdy nie była mi potrzebna. Bo ja żyję hygge od dawna.

hygge1

Kocham bibeloty, które docieplają wnętrze.
Sama robię ozdoby do domu, korzystając z miękkich faktur.

W deszczową pogodę w domu palą się waniliowe świeczki,
w szafie mieszkają jeansy i dzianinowe swetry a
wełniane skarpetki leżą wszędzie, a nuż się przydadzą,
gdy temperatura spadnie o dwa stopnie.

Kocham piec ciasta i kocham je jeść. A najbardziej lubię się nimi
dzielić. A to zaniosę sąsiadce kawałek cynamonowego piernika,
a to w gości zabiorę parę kawałków.

Codzienne śniadanie, to prawdziwy rytuał.
Pachnąca kawa w ulubionym kubku, a do niej
chrupiące grzanki grubo posmarowane masłem orzechowym
oraz półgodzinne skrobanie w pięknie oprawionym pamiętniku.

Moje ulubione sporty, to takie, które nie męczą w nadmiarze
a przynoszą dużo spokoju i radości. Na pierwszym miejscu
jest spacer z psiakiem po mokrym lesie, a na drugim łagodne
rozciąganie na ekologicznej macie.

Och, i książki! Mam ich pełno. Leżą na szafce nocnej
i na komodzie. Leżą ułożone w pionowe stosy na  meblach
w salonie i stoją poziomo na półce w przedpokoju.
To bajki i mitologie, powieści fantastyczne, książki
o lesie i drzewach, Terry Pratchet, Jonathan Carrol i Adam Wajrak.

Na oknie wisi biały łapacz snów z fikuśnymi piórkami, a
co dwa metry jakaś niepozorna, przygarnięta z lasu
szyszka oswaja się z domowym wnętrzem. Herbatę pijam
w żółtym kubku z zielonymi smokami podawaną w imbryku ręcznie
malowanym przez artystyczną znajomą.

A więc jestem hygge, choć nigdy tego nie nazywałam. Jestem taka, bo
tak zostałam wychowana. Moi rodzice w najwyższym stopniu
wprowadzają tę filozofię we własną codzienność. A więc nie jest
to wyłącznie skandynawski zamysł.

20170820_112711 (1)

Duży dom na wsi moich rodziców zawsze pełen jest ludzi, a ci się do nich
garną. Mama w zanadrzu dla gości zawsze trzyma coś słodkiego
w kuchni a i w samotności słodyczy sobie nie odmawia. Słodyczy
życia, oczywiście a nie tylko tych zmysłowych.

Od dziecka z resztą oby dwoje z tatą
wpajali mi, że życie należy sobie umilać. Dobrym filmem,
ciekawą książką, kolorową sukienką, wspólną randką
w miłej kawiarni, smacznym ciastkiem i miłymi ludźmi.

Dopiero dziś uczę się doceniać tę myśl.  Dopiero po trzydziestce,
gdy swoje przeżyłam oraz przeturlałam się z jednej
skrajnej filozofii w drugą, z drugiej w trzecią
i tak dalej aż do utraty sił.

Bo hygge ni mniej ni więcej oznacza:
bądź dla siebie dobry. Ukochaj się,
zadbaj, rozpieść i przytul. Jeśli nie Ty sobie,
to któż inny mógłby Ci to dać z taką miłością?

Kobiecość, Twórczość i Żeńska Zasada

Co to znaczy być kobietą? Czym jest żeńskość?
Czym mentalnie różnimy się od mężczyzn?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania już w 2014 roku,
gdy po raz pierwszy  natknęłam się
na Biegnącą z Wilkami, Clarissy Pinkoli Estes.

W międzyczasie poszłam na terapię do pięknej i silnej
kobiety, która pracowała ze mną metodą POP.
Zaczęłyśmy poruszać ważne tematy. Rozmawiałyśmy
o kobietach, mamie, przyjaciółkach, o moim stosunku
do bycia kobietą. I nagle zrobiło się niewygodnie.

Zaczęłam szukać wymówek.

Znalazłam.
Powiedziałam  terapeutce do widzenia.
I odeszłam.

Potem pojawiło 13 Pierwotnych Matek Klanowych,
książka o Kręgach Kobiet, siostrzeństwie, potrzebie
rozwoju i kontakcie z Matką Naturą.

Rozdział dziesiąty o miesiącu Październik
zawirował w sercu.

Bo to Mój osobisty miesiąc
Dziesiątej Matki Klanowej Tkającej Wątki.
Według Indian, To miesiąc plastyczek, malarek, pisarek, poetek,
ogrodniczek, kucharek. Wszystkich artystek życia.

I miesiąc mojego urodzenia. Może dlatego od zawsze żeńskość
była dla mnie tożsama z twórczością.

Nie mam na myśli spędzania wielu godzin
przy modelowo wyglądających sztalugach,
czy maszynie do pisania marki Continental.

Chodzi mi o twórczość rozumianą jako
umiejętność posługiwania się wyobraźnią
i wielką potrzebę kreowania dla samego aktu.
Bo my, kobiety jesteśmy kanałem, przez który
przepływa  ogień dający życie.

Tworzymy więc.
Pomagamy dzieciom wzrastać, przygarniamy psy,
dokarmiamy koty, podlewamy kwiaty,
pieczemy wymyślne ciasta, szyjemy
obrusy i malujemy ceramiczne kubki.

Coś chce się przez nas wyrazić. Przez
nasze dłonie, usta, naszą muzykę, nasze stopy,
nasze myśli, pióra, farbki, zmysł kochania,
ogarniania przestrzeni mieszkalnej i związków
międzyludzkich.

Może niektóre kobiety nawet o tym nie wiedzą.

Tworzą po cichu, po kryjomu, nieświadomie,
nie wiedząc jednocześnie,  że coś przez nie przepływa.
Tworzą z głęboko ukrytej, nienazwanej potrzeby rodzenia.

Tworzą siebie. I dom. Tworzą więź z drugim człowiekiem.
Tworzą obiad do pracy i własny wizerunek.
Tam posadzą kwiatka, tu przytną firanki,
a spośród tuzina sukienek, wybiorą tą, w której
zakwitną jak młode róże.

 

Wiele faz przeżywałam w byciu kobietą.
Bunt i złość- za swoją kruchość i eteryczność.
Niepokój i lęk- za niepokojącą seksualność.

Niezrozumienie, ciekawość, fascynację
a w końcu powolną akceptację, która zakorzenia
się we mnie podczas kolejnej terapii. Drugiej już, lecz
solidniejszej, bo z niej nie uciekam.

Terapeutka jest nieskończoną liczbą kobiet
którą spotykam zawsze podczas pojedynczej sesji.

Co tydzień inna, co tydzień różna od poprzedniej.
czasem ją lubię, czasem nie lubię. Czasem wygląda
jak wielka, włoska matrona, a czasem jak młode
dziewczę w kolorowej, zwiewnej sukience.

Niekiedy trochę się w niej zakochuję,
to znów nienawidzę. Bywa mi matką,
bywa koleżanką. Trochę starą szeptuchą,
moją własną babcią. Koleżanką, siostrą, wrogiem.

Jest dla mnie każdym żeńskim aspektem, który
wypierałam z siebie przez trzydzieści lat.
Wytrzymaj, mówi. Obserwuj. Poczuj to

Dziś jestem chłopczycą. Wczoraj byłam kokietką,
a jutro będę szarą myszką lub wojowniczką.

Każda kobieta we mnie jest taką,
jaką powinnam być w danym momencie.
Każdą uczę się wytrzymywać. Obserwować i czuć.

Żeńskie archetypy różnią się między sobą.
Wyrażają inne cechy i właściwości,
ale każdy z nich chce tworzyć, bo tworzyć znaczy żyć,
być w życiu i wyrażać się poprzez życie.

Więc dopóki jestem, tworzę.

Pozwalam własnej żeńskości rodzić,
to co chce być zrodzone. Nie powstrzymuję
pragnień i chęci, otwieram się na to, co nowe.

A potem w razie potrzeby dzielę się tym ze światem  lub
zamykam w głębokiej szufladzie na sekretny klucz.
Dostęp do tego ma tylko druga kobieta. Intuicyjna,
empatyczna, wiecznie tworząca.

Sierpniowe historie

Co roku tak jest. Gdy tylko nastaje sierpień
staję się innym człowiekiem.

Nie obcym.
Raczej bliższym sobie. To tak,
jakbym docierała do własnego serca,
kosząc trawy błędnych koncepcji na własny temat.

Staję się zatem bardziej Kamilą,
ale inną, jakby tą z czasów dzieciństwa.

Zapalają się we mnie
stare marzenia i tęsknoty,
wracają twórcze pragnienia.
Zaczynam pisać wiersze, zachwycam się słońcem
w czerwonożółtym zachodzie i jem lody gałkowe.

Cóż jest z sierpniem, że czyni tak co roku?

Kiedy idziemy z Luną na spacer,
to przepadam. Wsiąkam w zapach traw
i pozwalam się kołysać muzyce świerszczy.

Kładę się na suchej ziemi i czuję się jej dzieckiem,
a jeśli jest mokra, to chwytam w dłonie krople rosy
i rozmasowuje je między palcami, tak jakbym
w linie papilarne chciała tchnąc więcej życia.

20170617_083218

Zachwyca mnie powietrze, które pachnie BARDZIEJ i pozwala
płucom oddychać GŁEBIEJ. Kolory są intensywniejsze,
zabawa śmieszniejsza, a smaki smaczniejsze.

Chce mi się szybko biegać i
chce mi się beztrosko lenić.
Tęsknię za rodzinnym domem i
pierogami z żółtym serem.

W sierpniu odpuszczam sobie dyscyplinę,
której mam nadto a pozwalam sobie na radość.
Tańczę, jem nabiał i czytam mało ambitne książki,
które zawsze kończą się tak samo. Żyli długo, banalnie i szczęśliwie.

Nic to, że pranie niezrobione, nic to, że trzeba, że muszę,
że wypada, nic to że przyszłość tak strasznie niepewna.

Sierpień rządzi się prawem teraźniejszości.

To miesiąc ludzkiej gotowości.
Na pracę, na zbiory, na życie.
To okres sianokosów i żniw.
To dojrzałość, obfitość i pełnia.
a według wierzeń ludowych, okres uzdrawiania.

Być może właśnie tak sierpień raz do roku, uzdrawia:
dając zachwyt i radość z najprostszych rzeczy.

20170617_082130(1)

Leczy duszę, bo uczy odpuszczania.
Karmi potrzebą tworzenia, dba o zmysły.
Mój osobisty sierpień jest Świętem Dożynek,

w którym raz do roku
pozwalam sobie bezwstydnie świętować
pracę i wytrwałość której
oddawałam się przez  rok.

Sierpień jest moim osobistym zbiorem.
Dobrych wrażeń, miłych uczynków,
i dyscypliny, która budowała przez rok lepsze nawyki.
Teraz jest czas je przeżyć i stać się bardziej ludzkim

Popełniać błędy, zatracić się w tańcu, zapomnieć o czymś.