Archiwa kategorii: smak życia

Zróbmy sobie Hygge

 

Parę dni temu czyszcząc komputer z nadmiaru
niepotrzebnych plików, odnalazłam stary folder
Pinterest, do którego wkładałam
ulubione zdjęcia i grafiki.

Te, które mnie fascynowały, inspirowały do czegoś,
lub przypominały o czymś ważnym.

To tam odnalazłam infografikę o hygge,
czyli duńskiej filozofii ciepła i dobrobytu.

Pamiętam, że rok temu ta skandynawska idea pochłonęła
mnie całkowicie. Na gwiazdkowe święta zażyczyłam
sobie książki o hygge w prezencie. A przypomnę, że
wówczas w Polsce na przełomie 2016/2017 roku
wychodziło ich siedem pozycji.

A potem o tym zapomniałam. Bynajmniej o książkach,
i o tej wszędobylskiej wówczas w mediach idei „robienia
sobie dobrze”. Jak dla mnie było o tym za głośno i za dużo
a sama filozofia została spłaszczona i skomercjalizowana
na potrzeby rynku meblowego i wyposażenia domu.

Kiedy jednak spojrzałam na tę wspaniałą infografikę odnalezioną
w folderowych szpargałach (przedstawiam poniżej)
zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy cała nauka duńskiej filozofii
życia nigdy nie była mi potrzebna. Bo ja żyję hygge od dawna.

hygge1

Kocham bibeloty, które docieplają wnętrze.
Sama robię ozdoby do domu, korzystając z miękkich faktur.

W deszczową pogodę w domu palą się waniliowe świeczki,
w szafie mieszkają jeansy i dzianinowe swetry a
wełniane skarpetki leżą wszędzie, a nuż się przydadzą,
gdy temperatura spadnie o dwa stopnie.

Kocham piec ciasta i kocham je jeść. A najbardziej lubię się nimi
dzielić. A to zaniosę sąsiadce kawałek cynamonowego piernika,
a to w gości zabiorę parę kawałków.

Codzienne śniadanie, to prawdziwy rytuał.
Pachnąca kawa w ulubionym kubku, a do niej
chrupiące grzanki grubo posmarowane masłem orzechowym
oraz półgodzinne skrobanie w pięknie oprawionym pamiętniku.

Moje ulubione sporty, to takie, które nie męczą w nadmiarze
a przynoszą dużo spokoju i radości. Na pierwszym miejscu
jest spacer z psiakiem po mokrym lesie, a na drugim łagodne
rozciąganie na ekologicznej macie.

Och, i książki! Mam ich pełno. Leżą na szafce nocnej
i na komodzie. Leżą ułożone w pionowe stosy na  meblach
w salonie i stoją poziomo na półce w przedpokoju.
To bajki i mitologie, powieści fantastyczne, książki
o lesie i drzewach, Terry Pratchet, Jonathan Carrol i Adam Wajrak.

Na oknie wisi biały łapacz snów z fikuśnymi piórkami, a
co dwa metry jakaś niepozorna, przygarnięta z lasu
szyszka oswaja się z domowym wnętrzem. Herbatę pijam
w żółtym kubku z zielonymi smokami podawaną w imbryku ręcznie
malowanym przez artystyczną znajomą.

A więc jestem hygge, choć nigdy tego nie nazywałam. Jestem taka, bo
tak zostałam wychowana. Moi rodzice w najwyższym stopniu
wprowadzają tę filozofię we własną codzienność. A więc nie jest
to wyłącznie skandynawski zamysł.

20170820_112711 (1)

Duży dom na wsi moich rodziców zawsze pełen jest ludzi, a ci się do nich
garną. Mama w zanadrzu dla gości zawsze trzyma coś słodkiego
w kuchni a i w samotności słodyczy sobie nie odmawia. Słodyczy
życia, oczywiście a nie tylko tych zmysłowych.

Od dziecka z resztą oby dwoje z tatą
wpajali mi, że życie należy sobie umilać. Dobrym filmem,
ciekawą książką, kolorową sukienką, wspólną randką
w miłej kawiarni, smacznym ciastkiem i miłymi ludźmi.

Dopiero dziś uczę się doceniać tę myśl.  Dopiero po trzydziestce,
gdy swoje przeżyłam oraz przeturlałam się z jednej
skrajnej filozofii w drugą, z drugiej w trzecią
i tak dalej aż do utraty sił.

Bo hygge ni mniej ni więcej oznacza:
bądź dla siebie dobry. Ukochaj się,
zadbaj, rozpieść i przytul. Jeśli nie Ty sobie,
to któż inny mógłby Ci to dać z taką miłością?

Reklamy

Kobiecość, Twórczość i Żeńska Zasada

Co to znaczy być kobietą? Czym jest żeńskość?
Czym mentalnie różnimy się od mężczyzn?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania już w 2014 roku,
gdy po raz pierwszy  natknęłam się
na Biegnącą z Wilkami, Clarissy Pinkoli Estes.

W międzyczasie poszłam na terapię do pięknej i silnej
kobiety, która pracowała ze mną metodą POP.
Zaczęłyśmy poruszać ważne tematy. Rozmawiałyśmy
o kobietach, mamie, przyjaciółkach, o moim stosunku
do bycia kobietą. I nagle zrobiło się niewygodnie.

Zaczęłam szukać wymówek.

Znalazłam.
Powiedziałam  terapeutce do widzenia.
I odeszłam.

Potem pojawiło 13 Pierwotnych Matek Klanowych,
książka o Kręgach Kobiet, siostrzeństwie, potrzebie
rozwoju i kontakcie z Matką Naturą.

Rozdział dziesiąty o miesiącu Październik
zawirował w sercu.

Bo to Mój osobisty miesiąc
Dziesiątej Matki Klanowej Tkającej Wątki.
Według Indian, To miesiąc plastyczek, malarek, pisarek, poetek,
ogrodniczek, kucharek. Wszystkich artystek życia.

I miesiąc mojego urodzenia. Może dlatego od zawsze żeńskość
była dla mnie tożsama z twórczością.

Nie mam na myśli spędzania wielu godzin
przy modelowo wyglądających sztalugach,
czy maszynie do pisania marki Continental.

Chodzi mi o twórczość rozumianą jako
umiejętność posługiwania się wyobraźnią
i wielką potrzebę kreowania dla samego aktu.
Bo my, kobiety jesteśmy kanałem, przez który
przepływa  ogień dający życie.

Tworzymy więc.
Pomagamy dzieciom wzrastać, przygarniamy psy,
dokarmiamy koty, podlewamy kwiaty,
pieczemy wymyślne ciasta, szyjemy
obrusy i malujemy ceramiczne kubki.

Coś chce się przez nas wyrazić. Przez
nasze dłonie, usta, naszą muzykę, nasze stopy,
nasze myśli, pióra, farbki, zmysł kochania,
ogarniania przestrzeni mieszkalnej i związków
międzyludzkich.

Może niektóre kobiety nawet o tym nie wiedzą.

Tworzą po cichu, po kryjomu, nieświadomie,
nie wiedząc jednocześnie,  że coś przez nie przepływa.
Tworzą z głęboko ukrytej, nienazwanej potrzeby rodzenia.

Tworzą siebie. I dom. Tworzą więź z drugim człowiekiem.
Tworzą obiad do pracy i własny wizerunek.
Tam posadzą kwiatka, tu przytną firanki,
a spośród tuzina sukienek, wybiorą tą, w której
zakwitną jak młode róże.

 

Wiele faz przeżywałam w byciu kobietą.
Bunt i złość- za swoją kruchość i eteryczność.
Niepokój i lęk- za niepokojącą seksualność.

Niezrozumienie, ciekawość, fascynację
a w końcu powolną akceptację, która zakorzenia
się we mnie podczas kolejnej terapii. Drugiej już, lecz
solidniejszej, bo z niej nie uciekam.

Terapeutka jest nieskończoną liczbą kobiet
którą spotykam zawsze podczas pojedynczej sesji.

Co tydzień inna, co tydzień różna od poprzedniej.
czasem ją lubię, czasem nie lubię. Czasem wygląda
jak wielka, włoska matrona, a czasem jak młode
dziewczę w kolorowej, zwiewnej sukience.

Niekiedy trochę się w niej zakochuję,
to znów nienawidzę. Bywa mi matką,
bywa koleżanką. Trochę starą szeptuchą,
moją własną babcią. Koleżanką, siostrą, wrogiem.

Jest dla mnie każdym żeńskim aspektem, który
wypierałam z siebie przez trzydzieści lat.
Wytrzymaj, mówi. Obserwuj. Poczuj to

Dziś jestem chłopczycą. Wczoraj byłam kokietką,
a jutro będę szarą myszką lub wojowniczką.

Każda kobieta we mnie jest taką,
jaką powinnam być w danym momencie.
Każdą uczę się wytrzymywać. Obserwować i czuć.

Żeńskie archetypy różnią się między sobą.
Wyrażają inne cechy i właściwości,
ale każdy z nich chce tworzyć, bo tworzyć znaczy żyć,
być w życiu i wyrażać się poprzez życie.

Więc dopóki jestem, tworzę.

Pozwalam własnej żeńskości rodzić,
to co chce być zrodzone. Nie powstrzymuję
pragnień i chęci, otwieram się na to, co nowe.

A potem w razie potrzeby dzielę się tym ze światem  lub
zamykam w głębokiej szufladzie na sekretny klucz.
Dostęp do tego ma tylko druga kobieta. Intuicyjna,
empatyczna, wiecznie tworząca.

Sierpniowe historie

Co roku tak jest. Gdy tylko nastaje sierpień
staję się innym człowiekiem.

Nie obcym.
Raczej bliższym sobie. To tak,
jakbym docierała do własnego serca,
kosząc trawy błędnych koncepcji na własny temat.

Staję się zatem bardziej Kamilą,
ale inną, jakby tą z czasów dzieciństwa.

Zapalają się we mnie
stare marzenia i tęsknoty,
wracają twórcze pragnienia.
Zaczynam pisać wiersze, zachwycam się słońcem
w czerwonożółtym zachodzie i jem lody gałkowe.

Cóż jest z sierpniem, że czyni tak co roku?

Kiedy idziemy z Luną na spacer,
to przepadam. Wsiąkam w zapach traw
i pozwalam się kołysać muzyce świerszczy.

Kładę się na suchej ziemi i czuję się jej dzieckiem,
a jeśli jest mokra, to chwytam w dłonie krople rosy
i rozmasowuje je między palcami, tak jakbym
w linie papilarne chciała tchnąc więcej życia.

20170617_083218

Zachwyca mnie powietrze, które pachnie BARDZIEJ i pozwala
płucom oddychać GŁEBIEJ. Kolory są intensywniejsze,
zabawa śmieszniejsza, a smaki smaczniejsze.

Chce mi się szybko biegać i
chce mi się beztrosko lenić.
Tęsknię za rodzinnym domem i
pierogami z żółtym serem.

W sierpniu odpuszczam sobie dyscyplinę,
której mam nadto a pozwalam sobie na radość.
Tańczę, jem nabiał i czytam mało ambitne książki,
które zawsze kończą się tak samo. Żyli długo, banalnie i szczęśliwie.

Nic to, że pranie niezrobione, nic to, że trzeba, że muszę,
że wypada, nic to że przyszłość tak strasznie niepewna.

Sierpień rządzi się prawem teraźniejszości.

To miesiąc ludzkiej gotowości.
Na pracę, na zbiory, na życie.
To okres sianokosów i żniw.
To dojrzałość, obfitość i pełnia.
a według wierzeń ludowych, okres uzdrawiania.

Być może właśnie tak sierpień raz do roku, uzdrawia:
dając zachwyt i radość z najprostszych rzeczy.

20170617_082130(1)

Leczy duszę, bo uczy odpuszczania.
Karmi potrzebą tworzenia, dba o zmysły.
Mój osobisty sierpień jest Świętem Dożynek,

w którym raz do roku
pozwalam sobie bezwstydnie świętować
pracę i wytrwałość której
oddawałam się przez  rok.

Sierpień jest moim osobistym zbiorem.
Dobrych wrażeń, miłych uczynków,
i dyscypliny, która budowała przez rok lepsze nawyki.
Teraz jest czas je przeżyć i stać się bardziej ludzkim

Popełniać błędy, zatracić się w tańcu, zapomnieć o czymś.

 

Jest jak jest

Od kilku miesięcy coś mnie uwierało.
Jakby jakaś cicha tęsknota wołała o uwagę.
I to nie tak, że było mi źle lub niewygodnie.

Wręcz przeciwnie.
Na relatywnym poziomie nigdy nie układało się lepiej.

A jednak… Coś było nie tak.

Z mojego serca wiał chłodny wiatr,
jakby w jego centrum zrobiła się dziura.

Taka głodna pusta otchłań,
która pożera wszystko na drodze.

Nic nie dawało mi szczęścia czy zadowolenia.
Nic nie dawało pewności, że jestem tu w jakimś celu.

Poddałam się temu uczuciu.

Pozwoliłam  pustce by mnie pochłonęła.
Musiałam zrozumieć, a może bardziej poczuć,
że brak rozwoju duchowego zabija i pozbawia świat kolorów.

I pomyśleć, że niektórzy spędzają tak całe życie.

Oglądają filmy, czytają książki,
jedzą piją, śpią, podróżują do ciepłych krajów,
żenią się, rozwodzą, zdradzają, rodzą dzieci,
starzeją i umierają.

Bez jakiegokolwiek elementu
ducha w życiu. Och, nie mogłabym tak,
nie chciałabym tak żyć! Czułabym się pustą
kukłą wydrążoną przez nieubłagany czas!

Tydzień temu wróciłam do medytacji.

Dzień w dzień
siadam na twardej poduszce,
liczę oddechy nie licząc myśli.

I wróciłam na jogę- pierwszy raz
po dziesięciu miesiącach przerwy.

Znów czuję ciało. Znów uczę się
poszerzać przestrzeń w sobie.
Być w tym co niewygodne, w tym co trudne,
bolesne i wymagające bolesnego wysiłku.

Joga uczy oddychać i być TU.

Głęboki wdech,
zatrzymanie, pełny wydech.

Nie ćwiczone, zastygłe ciało boli, napina się i oponuje,
by nagle dzięki oddechowi puściło całkowicie i
uwolniło się od trudności.

Po pierwszej sesji jogi płaczę.

Bo gniew, smutek i lęk zastygły w ciele
tworząc szereg napięć. Joga poprzez nacisk
uwalnia te emocje, które wówczas wypływają na powierzchnię.
Zalewa mnie fala łez, niczym ocean wymywający suchy brzeg.

Łzy są dobre. Oczyszczają. Stare kobiety mówią,
że woda to element duchowy, że oto odzyskuję własną duszę.
Dobrze zatem. Niech płyną łzy.

Na drugiej sesji myślę, nie dam rady.
Wezmę plecak i ucieknę. Przecież to za trudne.
Boli za bardzo, niewygodnie. Po co mi to?!

Ale nagle, ni stąd ni zowąd
nauczyciel podchodzi do mnie,
poprawia układ ramion i mówi:

Jest jak jest.
Zaakceptuj.

Kilka dni temu zobaczyłam na
znanym portalu jogowym konkurs.

A w nim do wygrania dobre jakościowo
maty- Manduka, Jade Harmony, Joga Lab Travel. Ach!

Polubiłam, udostępniłam na swoim Facebooku,
dodałam komentarz i poprosiłam znajomych, by go polubili
bo mam szansę wygrać naprawdę porządną matę.

Nie spodziewałam się dużego odzewu.
Nie sądziłam, że będzie tyle lajków.
A jednak.

Znajomi nawet ci niewidziani rok, siedem czy dziesięć lat,
lajkowali komentarz życząc powodzenia.

Z niektórymi pogadałam dłużej.
Jedni żonaci, inni się postarzali,
Jednym urodziło się kolejne dziecko,
inni dopiero co zwiedzili świat.

W tej jednej chwili poczułam nagle falę wdzięczności
i jedność z każdym z osobna.

Zrozumiałam, że ludzie ze swej natury są dobrzy.
Że pomogą, że polubią, że poświęcą
swój cenny czas, by drugiemu było łatwiej.

Joga stała się zatem kluczem do
zobaczenia rzeczy łagodniej, z odmiennej,
może nieco wyraźniejszej perspektywy.

Teraz, każdego dnia stając na ekologicznej macie, którą mam
dzięki zaangażowaniu przyjaciół, będę poszerzać nie tylko przestrzeń ciała,
lecz również to, co wydawało się ciasne, ograniczone i pełne
zniekształceń w umyśle.

I będę to robić tak długo i tak wytrwale
aż pomysł, że z ludźmi trudno żyć, zastąpi myśl, że
ludzie są dobrzy 🙂

 

 

Rozkwitamy w nowym tempie

20170512_083455

Chciałabym napisać, że nadeszła z hukiem wiosna.
Tyle, że w tym roku nie było żadnego huku.
Ani wiosny. Nie tej, którą znamy.

Tym razem zabrakło wybuchu nagle
rozkwitającej zieleni, zważywszy
na to, że trzy dni temu pogoda przyniosła śnieg.

W tym roku wiosna zwolniła.

Przyszła niepewnie, jakby wątpiąc we własne istnienie.
Może chce nam coś powiedzieć?
Może uczy nas czekać? Może uczy doceniać?

Bo czyż w innym czasie i innym przypadku
widząc na termometrach ledwie trzynaście kresek w maju
nie marudzilibyśmy, że wszystko jest nie tak?

A tu proszę: cudowna zmiana perspektywy!
Trzynaście stopni wydaje się być spełnionym marzeniem!
Dobrobytem, miłą niespodzianką, wdzięcznością i zachwytem!

Ludzie ściągają puchowe kurtki, mieszczuchy rozkładają się na
chłodnej ziemi, stopami muskając ledwie zazielenioną trawę.

20170513_081938

Przysiadam na drewnianym pomoście i obserwuję jak Luna hasa
w pachnących kłączach dzikiej pokrzywy uniesiona
intensywnym zapachem wczesnego poranka.

Nic to, że czerwiec czai się za rogiem, nic to, że lata
podobno nie będzie. Nam wystarczy wiosna.

Ta majowa, pachnąca, delikatna jak i ta w umyśle.
Bo na wiosnę wszystko budzi się do startu:
przede wszystkim pragnienie o zmianie i marzenia o rozwoju.

Ewoluuje świadomość emocji, dusza wyrywa się
do twórczego tańca a ciało do ludzkiego kochania.

Ciału chce się kochać, chce się śpiewać, tańczyć i jeść.
Och jaki wielki mam apetyt! Na sernik, pomidory,
i na twórcze, intensywne życie!

20170512_081938

Wierzę, że wiosna to element człowieka a każdy z nas
ma w sobie po cząstce zimy, wiosny i lata.

Jest w nas mroźny smutek, który hibernuje od świata.
Jest i lato pełne pychy, rozkoszy i pragnień.
Refleksyjna jesień przynosi kosz duchowych owoców
zrodzonych z potrzeby tworzenia i dobrych myśli.

A wiosna? Wiosna jest zmianą.
Jest wydobyciem się spod śniegu.
Wiosna kształtuje nam skrzydlate marzenia
z poczwarek małych i wstydliwych snów.

Czasem się spóźnia. Czasem o nas zapomni i
przybywa dopiero po długich modlitwach.

Bez huku, bez ognia, subtelnie,
niemal niezauważalnie rozwijając nas
z miękkiego kokonu strachu i stagnacji.

A wtedy, gdy już rozwiniemy
skrzydła po raz pierwszy, jesteśmy czystym ruchem
i energią wiecznej zmiany. Jesteśmy słowem TAK.

TAK na miłość. TAK na ludzi. TAK na pełnię i na brak.
Jesteśmy TAK na dobre i TAK na złe. TAK na radość.
TAK na gniew.

Jak dwie strony jednej monety:
jesteśmy majem w pełnym słońcu, chmurą, deszczem
długim cieniem drzewa i mądrą pamięcią po zimie,
która wróci gdy skończy się pewien cykl:
WZROST-PEŁNIA-REFLEKSJA-SEN

 

Życie zmienia się po adopcji

Untitled design

Before/After.
Właśnie tak chciałam nazwać zdjęcie, które widzicie.

Pomysł zaczerpnęłam z prezentacji,
którą zobaczyłam kilka dni temu na tablicy Facebooka.

Prezentacja była podzielona na dwie części.
Pierwsza z nich przedstawiała psiaki zamknięte
w schroniskowych boksach, a druga część
zawierała zdjęcia tych samych psów, lecz
zaadoptowanych jakiś czas później przez dobrych ludzi.

Różnica na psich pyskach była ogromna!

Na pierwszych obrazkach psy były smutne i przerażone,
na drugich, te same istoty miały uśmiechnięte pyski.

Przez chwilę, przeszło mi przez myśl,
że ktoś zrobił tu niezły photoshop.
Bo przecież różnica nie może być aż tak wielka, prawda?

Zmieniłam zdanie, gdy przeglądając
nasze zdjęcia, odkryłam kilka fotek z okresu schroniska
i porównałam je z najnowszymi, które niedawno zrobiłam.

Te ze schroniska przedstawiały
biednego i przestraszonego zwierzaka.
Luna jest na nich chudziutka, ma położone uszy
i przestraszone spojrzenie.

Na zdjęciach zrobionych po
paru miesiącach mieszkania z nami-
z ludźmi którzy ją kochają i dają jej wszystko,
co najlepsze- Luna tryska radością i zadowoleniem.

Widzę to również u swoich znajomych,
którzy przygarnęli psiaki ze schroniska, a także
na kilku psich blogach, które przedstawiają
życie z adopciakami.

Zwierzęta przecież nie potrafią ukrywać emocji;
zawsze są autentyczne, niezależnie od uczuć,
które im towarzyszą.

Facebookowa prezentacja oraz nasza historia
przekonały mnie ostatecznie , że adopcja dla
wielu zwierzaków jest jedyną szansą na ich szczęście,
a i nam adopcje zmieniają życie na plus.

No bo popatrzcie sami.
Jak tu się nie uśmiechnąć widząc tyle szczęścia na psiej twarzy?

20170415_081456 (5)

Nauka dawania

 

Czasem myślę sobie, że gdyby nie mój pies,
byłabym skończoną egoistką.

Nie wiem czy to kwestia bycia jedynaczką,
czy może charakteru zlodowaciałego pod
wpływem życiowych doświadczeń,
ale od dawien dawna dbam
przede wszystkim o siebie.

Wiąże się to z różnymi rzeczami.

Poczynając od dyktowania warunków
na co idziemy do kina, po odmowę pomocy
osobie, której szczerze nie lubię, na
skrajnej asertywności kończąc.

Asertywności która wyraża
zdecydowane NIE na każdą propozycję,
która nie przypada mi do gustu.

Słyszałam już wiele opinii na swój temat.
Jedni podziwiają mnie za odwagę stawiania na swoim,
a inni uśmiechają się pod nosem komentując,
że to egoizm w najczystszej postaci.

Prawda o mnie bliższa jest jednak tym
mało przyjemnym etykietom.

Dbam o siebie, bo nikt inny za mnie tego nie zrobi.
Ale jestem też wygodna i bezkompromisowa,
i nie liczę się ze zdaniem innych bo jestem
pieprzonym egocentrykiem.

luna12

Od jakiegoś czasu w moim życiu jest jednak Luna.
Psiak przygarnięty ze schroniska, który potrzebuje
wiele uwagi, ciepła i bliskości.

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że
Luna jest moim ratunkiem.

Jedynym powodem dla którego
porzucam wygodny egoizm
na rzecz dobra drugiej istoty.

Daję jej najlepszą karmę, chodzę do weterynarza,
wstaję o 5.40 by wyjść z nią na siku, biegam po lesie
w obłoconych butach, gdy deszcz nieprzyjemnie
siąpi i a ciuchy pełne sierści piorę częściej
bo nigdy nie odmawiam jej przytulenia.

Gdy się czegoś boi
i głośno szczeka, nie krzyczę, nie złoszczę się,
tylko przemawiam z miłością.

Gdy o 2 w nocy hałasuje i
budzi mnie drugą noc z rzędu,
rozumiem, tulę i zawsze wybaczam.

kamcia

Serial, wciągająca książka czy własna wygoda
tracą na znaczeniu. Teraz mam
inne priorytety, bo pojawiły się czyjeś uczucia.

Głębokie spojrzenie Luny które mówi,
„wyjdźmy na spacer”.
Wystawiony brzuszek, który woła o głaska.
Głośny szczek, który świadczy o strachu.

A obok tego, ja. Ktoś kto może pogłaskać,
kto może uspokoić, przytulić i ofiarować
długi dwugodzinny spacer po leśnych polanach.

Kiedyś słynny buddyjski nauczyciel powiedział, że
posiadanie dziecka przynosi takie same
karmiczne rezultaty jak wykonanie wieloletnich
praktyk oczyszczających ciało i umysł.

Myślę, że z właścicielami zwierzaków jest podobnie.

Dajemy im czas, energię i ciepło, nie zważając na
własne CHCĘ-NIE CHCĘ. Kochamy bezwarunkowo,
nie żądając niczego w zamian.

Tak. Jestem tego całkowicie pewna.
Gdyby nie mój psiak, byłabym skończoną egoistką
i tylko ta miłość i chęć robienia czegoś dla innej istoty
trzyma mnie jeszcze po JASNEJ STRONIE MOCY.