Daj głaska! Czyli co kochają psy

cam01067-3


Po tygodniu spędzonym w cichym i spokojnym domu,
w którym głaski serwuje się równie często jak wodę,
Luna, nasz adopciak, nabrała pewności siebie.

Już nie piszczy.
Jeszcze do niedawna miała skulony ogonek,
ale ten ładnie się wyprostował
świadcząc o tym, że ukochała miejsce w którym się znalazła.

Nabrała apetytu i ciągłej ochoty na zabawę psim sznurem.
Oczywiście piłka została wyeksploatowana doszczętnie.
I to w szóstym dniu!

Zostały po niej strzępki, tu i tam poniewierające się
w parku i w mieszkaniu. Podobnie rzecz ma się z
kumkającą żabą. To duża maskotka przywiezioną niegdyś
z wycieczki. Żaba straciła dwa palce a oko zaczęło dyndać na chudej nitce.

Rozczłonkowaną żabę musiałam ukryć w szafie,
a w zamian kupiliśmy pakiet małego tenisisty.
Trzy sztuki pięknych seledynowych piłek,
które mają cudowną cechę. Są wytrzymałe i twarde!

Nie byłam pewna jak Luna  poradzi sobie w nowym miejscu
podczas naszej nieobecności. W końcu oby dwoje pracujemy.
Niepotrzebnie jednak się martwiłam.
Pod naszą nieobecność psiak śpi lub bawi się sznurem.

Kiedy nas nie ma, oficjalnie leży na swoim miękkim posłaniu.
Nieoficjalnie, na kanapie i sypialnianym łóżku.

Cóż, udajemy że nic o tym nie wiemy.
W końcu nie przyłapaliśmy jej na gorącym uczynku.
Koce zrzucone z kanapy i odbite wgłębienie w pościeli,
są jednak wystarczającym dowodem, że ktoś ukochał miękkie faktury.

Oficjalnie, jednak Luna wie, że łóżko jest nasze.
Czasem więc, gdy leżymy, sprytnie kładzie na nim łebek
potem łapki i brzuszek, a tylne łapy wciąż stoją na ziemi, choć gotowe
w każdej chwili się  poderwać.

-Luna nie wolno wchodzić na łóżko!
-Ale o co wam chodzi? Przecież stoję na podłodze-
odpowiada merdając ogonem, leżąc w 3/4 na miękkiej pościeli.

Nadal śpi w nocy obok nas, a raczej pod nami.
Ukochała tą niewielką przestrzeń pod łóżkiem.

Kiedy widzi, że wychodzę z łazienki w piżamie,
pierwsza idzie do sypialni i wczołguje się pod łóżko.
Kiedy przykrywam się kołdrą wystają spod niego już tylko długie łapy.

cam01082

I co za niespodzianka!
Luna jest niezwykle społeczna i towarzyska.
Uwielbia dom pełen gości i każdego prosi o głaski.

Mogłoby się wydawać, że psiak ze schroniska
wśród tłumu obcych zechce ukryć się w cichym miejscu,
i przetrwać ten niespokojny czas drzemając.
Ona jednak lubi być w centrum wydarzeń.

Podchodzi do każdego pytając:
Dasz głaska? A ty? Dasz głaska?
Wyciąga się przy tym jak długa,
i patrzy ludziom głęboko w oczy.

Na spacerach również szuka przyjaciół.
Podbiega do każdego czworonoga,
gotowa polizać psa po uchu i pobawić się w berka.

Jest posłuszna, zawsze wraca na przywołania, a to miła
odmiana po moim poprzednim piesku,
który dziesięć metrów ode mnie „tracił słuch” i
udawał że nie wie kim jestem.

Wciąż pozostaje nauka chodzenia na smyczy.
Żadna komenda tu nie działa a smycz często napręża się
do granic wytrzymałości. Czasem pomaga piłeczka,
schowana w głębokiej kieszeni.

Kiedy Luna zaczyna ciągnąć, pokazuję jej kieszeń.
Dla niej to obietnica dostania ślicznej, seledynowej
piłeczki, którą będzie można tarmosić, podrzucać,
aportować i skubać. Mniam!

Nasze życie też uległo zmianie.
Smutki i nuda rozpłynęły się jak we mgle.
Teraz jest do kogo wracać z pracy.

Lubię te chwile, gdy wysiadam z autobusu
i dochodzę do domu. Wiem, że zaraz powita mnie
włochata istota pełna miłości, która na mój widok
stanie na dwóch łapach przytulając się ze wszystkich sił.

Ach! Nareszcie wróciłaś! Tak bardzo tęskniłam!.
Ja też tęskniłam Luna.  Tęskniłam za takim życiem właśnie 🙂

Luna w nowym domu

cam01064


I.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień.Sobota.
Wyprawa do Gdańskiego Schroniska dla Zwierząt, Promyk.

Pani weterynarz podjęła w piątek decyzję, że bezdomna suczka,
którą poznaliśmy dwa tygodnie wcześniej, może opuścić szpital,
bo dobrze zniosła sterylizację.

Spakowaliśmy więc smycz i obrożę,
w samochodzie rozłożyliśmy kocyk,
i pojechaliśmy na Kokoszki.

Na miejscu był tuzin ludzi.
Kilka par, rodziny z dziećmi,
a wszyscy w sprawie adopcji.

Kiedy nadeszła nasza kolej,
kierownik powiedział, że
suczka jest w dobrej kondycji
i zaprowadził nas do boksu numer 3.

Stała w kojcu z innym, rozszczekanym wariatem, lekko
merdając ogonem. Była tak samo spokojna jak wtedy,
gdy ją poznaliśmy, choć nie miała już smutnego spojrzenia.
Teraz jakby trochę pewniejsza siebie, z nową nadzieją w sercu
i siłą zrodzoną z akceptacji, że schronisko jest domem.

Pracownik zapiął pasek na obroży, wyciągnął sunię,
po czym oddał mi smycz do ręki.
Trzymaj ją krótko…– zaczął, po czym ujrzał
jedynie wzbite tumany kurzu.

Najwyraźniej wszystkie schroniskowe psy tak mają.
Poza boksem, uciekają od niego jak najdalej, krzycząc:
WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ!! HA HA HA!

A że sunia jest owczarkiem niemieckim,
to ma w sobie sporo siły,
by biec w stronę zachodzącego słońca.

Poszliśmy na długi spacer po Kokoszkach, w trójkę.
Michał, ja i Luna. Jej imię przyszło do mnie pewnej nocy,
gdy zasypiałam. Nie wiedzieć czemu w uszach zabrzmiała
piosenka „La Luna” Belindy Carlisle. I wtedy wiedziałam.

Ma na imię Luna.

II. 

Na spacerze, trochę się uspokoiła i zwolniła tempo.
Przetestowaliśmy wszystkie komendy.
Umie podawać łapkę, reaguje na „siad”, aportuje.

W drodze powrotnej znalazła przed schroniskiem
starą, pękniętą piłkę tenisową i wzięła ją w pysk.
Cała postura jej ciała mówiła OCH JAK MI DOBRZE!
MAM PIŁECZKĘ, MAM PIŁECZKĘ.

Lubisz piłeczki? A to się dobrze składa, 
bo przywiozłam Ci jedną– powiedziałam i sięgnęłam do torebki.

Gdy Luna zobaczyła nowiutką, seledynową piłkę,
otworzyła szeroko oczy i wypuściła starą z pyska.

Miałam też smakołyk kupiony na tę okazję, więc
sprawdziłam jej posłuszeństwo.

Luna siad!-usiadła.
Daj łapę– podała.
Przynieś piłeczkę- przyniosła.

Czterdzieści minut później byliśmy już w samochodzie.
Zaskoczyło mnie, że tak dobrze to znosi.
Usiadłam z nią na tyle. Położyła pyszczek na moich
kolanach, wtuliła się we mnie całym ciałem i nawet nie pisnęła.

Och cudownie Luna! Będziesz z nami jeździła na wieś. 

III.

W domu okazało się, że to niesamowicie inteligentny pies.
Rozumiała: połóż się, idź jeść i zejdź!.
Obwąchała cały dom i zakochała się w nowym legowisku
zrobionego z dwóch dużych poduszek i cienkiej kołederki.

Na legowisko wzięła swoją
nową piłeczkę w łapy i
zaczęła ją rozrywać na strzępy.

Może ze stresu, a może
z czysto psiej potrzeby gryzienia czegoś.

Musiałam ją schować, żeby nie zjadła żadnych kawałków.
Nie było rady. Michał musiał pojechać do Zookrainy
po gruby sznur do gryzienia i paczkę twardych smakołyków.

Okazało się jednak, że sznur przegrywa z ukochaną piłką.
Będzie trzeba zatem kupić jej tenisowy zapas w Decathlonie.
Tych tak łatwo nie rozerwie.

cam01058

Już po pierwszym długim spacerku, doskonale wiedziała
gdzie jest jej dom. Kiedy wracając z lasu,
wstąpiliśmy między osiedlowe bloki,
zaczęła mocniej ciągnąć i zatrzymała się przed właściwym budynkiem.

Na spacerze natomiast obwąchiwała każde drzewo
i merdała ogonem na widok psów,
na żadnego nie szczekając.

Jedynym problemem pozostaje ciągnięcie na smyczy.

Wychodzę jednak z założenia,
że skoro poprzedni właściciel nauczył ją siadać,
aportować i podawać łapę, to na pewno też uczył ją
dotrzymywania kroku.

Przetestowałam
STÓJ,
NOGA,
DO NOGI.

Nic nie działa.
Zaczęłam więc przeszukiwać psie blogi i poradniki na youtube
aż odnalazłam PIESOLOGIĘ.

Vlogerka podała kilka prostych sposobów na naukę
chodzenia na smyczy a jednym z nich jest permanentne
i konsekwentne zatrzymywanie się gdy pies zaczyna ciągnąć.

Podoba mi się. Nie ma szarpania,
krzyczenia do psa, żadnej przemocy.

Ja sama odnalazłam też na nią sposób.
Jej ukochana magiczna (choć już nieco postrzępiona piłeczka).

Kiedy Luna widzi, że trzymam ją w ręce, zwalnia automatycznie,
spoglądając na nią co chwila, jakby myślała, NO RZUCISZ JĄ W KOŃCU?

IV.

Noc była trudna.
Kiedy położyliśmy się do łóżka,
Luna weszła pod sypialnię. Spod łózka wystawały tylko jej łapy.
Może chciała być bliżej nas i czuć nasz zapach.
Może tak czuła się bezpieczniej.

Parę razy obudziła nas w nocy popiskując.
Podchodziła wtedy raz do Michała, raz do mnie
wkładając pyszczek pod dłoń, prosząc o pieszczoty.
POMASUJ MNIE! NO POMASUJ!

Dziś zaczęła jeść, pije dużo wody, czasem popiskuje.
Jej podkulony ogonek wciąż mówi BOJĘ SIĘ.

Każdy psiak ze schroniska ma swoją historię i
serce pełne smutku, obaw i tęsknoty.
Pewnie zastanawia się czy ten dom jest na chwilę,
czy na zawsze? Czy jej nowi właściciele będą dobrzy
a może porzucą ją jak poprzedni?

Wołam ją od czasu do czasu,
a wtedy pochyla łebek, a ja masuję ją po karku,
szepcząc do spiczastego uszka, że wszystko będzie w porządku
i że będzie z nami już zawsze niezależnie od wszystkiego.

Potem zadowolona wraca na swoje legowisko.
Śpi jeszcze niespokojnie, a gdy robimy sobie kanapki
patrzy na nas strzygąc uszami.

Kiedy usłyszy hałas na klatce schodowej zdarza jej się szczeknąć
mocnym barytonem, stawia wtedy uszy i ogon do pionu,
jakby mówiła: NIE BÓJCIE SIĘ, OBRONIĘ WAS PRZED ZŁOCZYŃCĄ!

Patrzymy wtedy na nią
nie mogąc się nadziwić, jaka jest piękna.
Luna. Nasz kochany Komisarz Rex.

Czekając na nowego członka rodziny

MARLEY & ME


I.

Już od dziecka byłam psiarą, która bardziej od towarzystwa
rozkrzyczanych rówieśników wolała zwierzęta.
Nawet wtedy, będąc kilkuletnim brzdącem intuicyjnie czułam,
że szczęśliwa będę tylko, jeśli w moim życiu będzie pies.

I życie tak szczęśliwie się układało, że ten zawsze był.

Zwierzęta towarzyszyły mi w już w okresie przedszkolnym.
Potem, w liceum i na studiach moim wiernym towarzyszem był Czester,
który odszedł dwa lata temu w wieku czternastu lat.

Nic dziwnego, że dwuletni okres bez psich spacerów
i ogonka stukającego o drewnianą podłogę był jałowym okresem czekania.

Od śmierci Czestera czegoś mi brakowało.
Niewypowiedziana pustka wypełniła moje serce.

Chodząc samotnie po lesie cmokałam do wszystkich
napotykanych po drodze czworonogach skrycie marząc, że
do mnie też wkrótce dołączy jakiś futrzany przyjaciel.

Na tablicy marzeń umieściłam zdjęcie radosnego psa
w centralnym punkcie, licząc, że może kiedyś zejdą się odpowiednie warunki.

A te najwyraźniej się zeszły.

II.

Miesiąc temu, gdy szukaliśmy nowego mieszkania na wynajem,
za podstawowe kryterium uznaliśmy „lokum przyjazne czworonogom”.
Znając Michała, mogłam przypuszczać, że w grę wchodzi tylko kot,
z resztą sam wielokrotnie o tym mówił.

Zmienił zdanie w dniu, w którym oglądaliśmy
jedno mieszkanie na obrzeżach Gdańska.

Właściciel oprowadzał Michała po bogato urządzonych
48 metrach kwadratowych, szkicując zarys
podstawowych opłat a ja tymczasem rozmawiałam ze złotym spanielem,
psem lokatorów, który przylgnął do mojej nogi.

Nie interesowała mnie ani wielkość balkonu, ani oświetlenie kuchni,
czy wielkie sypialniane łóżko. Interesowała mnie tylko ta złotowłosa roześmiana istota
i jej ciepło pod moją dłonią.

„Zobacz jaka piękna sypialnia”
„Kama, popatrz jakie ogromne lustro w łazience”. Ogłuchłam.
Ja i pies merdający ogonem siedzieliśmy na kafelkach w przedpokoju
tuląc się jak para starych kumpli.

Myślę, że dokładnie w tym momencie,
Michał zrozumiał co czyni mnie najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.

No dobrze, przygarnijmy jakiegoś psa”, powiedział chwilę później,
gdy opuściliśmy sympatyczne mieszkanie.

III.

Dwa tygodnie później, gdy już znaleźliśmy idealne lokum, tuż przy lesie i
wielkim parku z wybiegiem dla psów, z właścicielami przyjaźnie nastawionymi
do najemców ze zwierzakami, pojechaliśmy do Gdańskiego schroniska
obejrzeć psiaki.

Bo czy nie lepszym rozwiązaniem jest
przygarnąć bezdomnego czworonoga i uratować mu tym samym życie,
niż brać szczeniaka z hodowli, których właściciele utrzymują się z tego, że
psia suka przez cały żywot służy za inkubator zwierząt zamawianych niczym przedmiot na allegro?

„Słucham was, czym mogę służyć?
Jakiego psa wam potrzeba?”- zapytał sympatyczny kierownik Promyka

Michał spojrzał na mnie, dając mi całkowitą wolność wyboru i
przestrzeń do wypowiedzenia potrzebnych słów.

„Żeby lubił biegać. Żeby lubił las, i inne psy. Żeby był trochę większy, co by 
go nie męczyły wielogodzinne leśne wędrówki. Aha, no i oby dwoje pracujemy i mieszkamy w bloku”.

Kierownik powiedział tylko jedno słowo.
„Leon.”

Leon okazał się być energicznym, niewyobrażalnie chudym wyżłem o czarnej maści.
Dotychczas jego panem był samotny mężczyzna ze skłonnością do alkoholu.
Oddał go, by sam udać się na leczenie do zamkniętego oddziału.
A że nie miał żadnej rodziny schronisko było jedynym miejscem, które mogło przyjąć czworonoga.

Na chwilę, przed poznaniem Leona, chodziliśmy po schronisku
rozmawiając ze szczekającymi psami i wkładając między kraty dłonie,
by te chociaż przez chwilę mogły poczuć ludzkie ciepło.

W boksie z enigmatyczną tabliczką KWARANTANNA,
spotkaliśmy łagodnego pieska,
podobnego do owczarka niemieckiego.

Podszedł do siatki i przylgnął całym ciałkiem prosząc o głaski.
Miał piękne, brązowe oczy, którymi opowiadał własną historię.
Podrapałam go za uszkiem, a gdy przestałam,
zamachał łapką w górze, mówiąc „jeszcze!

Nie mogłam i nie chciałam się oderwać, ale Leon czekał na to, by nas poznać.
Wolontariuszka ubrała Leonowi grubą smycz i oddała w moje ręce.

Psiak wystrzelił jak z procy, ciągnąc mnie za sobą niczym listek na wietrze.
Skąd tak chudy pies ma tyle energii?
Na nic zdawały się komendy „Noga! Stój! Leon!”.
Wyżeł i jego nos żyły własnym życiem, mając za nic szarpnięcia smyczy i ludzką rękę
niemal wyrwaną z barkowego stawu.

Kiedy doszliśmy na wybieg dla psów , Leon się uspokoił, choć
sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego dzikim życiem niż obecnością człowieka.
Ten pies, to naprawdę bliski potomek wilka, pomyślałam wtedy.

Michał trącił mnie łokciem w żebra.
„Fajny! To, co bierzemy go?”.
Nie. W głowie i sercu brzmiało głośne NIE.
Nie jestem na tyle silną osobą.

Pies z tak potężną energią potrzebuje kogoś stanowczego i pewnego siebie.
Z mocnym głosem i silną ręką do smyczy. Potrzebuje samca alfa.
Ja nim nie byłam, i Michał też nie.
Leon całkowicie by nas zdominował wchodząc nam na głowę.

Ale dlaczego, przecież jest piękny!– nalegał Michał.
-Znam się na psach. Nie udźwigniemy tej energii. 

Wróciliśmy raz jeszcze pod kojec KWARANTANNY.
Szarozłoty owczarek nas poznał, zamerdał ogonem i znów przylgnął
całym ciałem do siatki, tak jakby mówił:„Jak dobrze, że wróciliście”.

marl

IV.

Ach, ta suczka jest przemiła!- odpowiedział kierownik Promyka, gdy zapytaliśmy
o owczarka na kwarantannie.

-Niestety musi spędzić w zamkniętym boksie dwa tygodnie, bo trafiła tu z interwencji zaledwie trzy dni temu. Para dziewczyn, po rozstaniu chciała ją oddać do schroniska
ale się nie zgodziliśmy. Zaproponowano im, by same znalazły jej nowego właściciela.

-No i co z tym właścicielem? –zapytałam.
-A no nic, żadnego nie znalazły, więc wyrzuciły suczkę na ulicę.
Znaleźliśmy ją błąkającą się na ulicy Leszczyńskich.
Biedactwo nie wie co się dzieje i bardzo tęskni.

Jak tak można?
Jak można wyrzucić psa na ulicę,
po tym jak rok chodziło się z nim na spacery, karmiło i biegało?
Jak można wyrzucić jakąkolwiek istotę na ulicę?

Kierownik schroniska zapisał mój numer telefonu.
Sunia po kwarantannie będzie mieć szczepienia
i zabieg sterylizacji a dwa dni po zabiegu, będziemy mogli ją zabrać do domu.

Wracając z Promyka zajechaliśmy do Zookrainy.
Kupiliśmy miseczki, karmę Bosha, szampon na pchły i piłeczkę.
Brązowooka sunia za tydzień dołączy do naszego życia.
Ktoś kto potrzebuje domu i ciepła
a do zaoferowania ma wielkie serce i bezwarunkową miłość.

Może nie mamy domu z ogrodem, ani wielkiego mieszkania.
Ale wychodzę z założenia, że psiak do pełni szczęścia potrzebuje
jedynie uwagi, serca na dłoni, biegania i czułości.

Z tą miłością którą mamy w sercu i z laskiem pięć minut od domu
będzie mieć jak u Pana Boga za piecem.
A ten zawsze będzie nagrzany od serdeczności.

365 dni ciągłej zmiany

pex


Minął kolejny rok życia,
niby następny plusik przy trzydziestce.
Jeszcze jeden rok doświadczeń, wyborów i pytań
z odpowiedziami rzuconymi w odległą czasoprzestrzeń.

365 dni minęło niczym świst wiatru,
365 dni w których tyle się zmieniło
niemal na każdej płaszczyźnie życia.

Pamiętam, że rok temu siedziałam na wytartej
kanapie w starym mieszkaniu,
miałam znienawidzoną pracę w banku,
i usilnie starałam się, by świat mnie pokochał.

12 października 2016 roku spędziłam w ruchu,
wśród ludzi w nowej pracy,
zasypiając w nowym mieszkaniu, tuż przy morzu.

Widzę też, że rok później mam więcej z wojowniczej Ateny niż opiekuńczej Demeter.
Że jestem zupełnie kimś innym niż sądziłam przez całe życie.

I dobrze.
Bo codzienność to nie przejażdżka w wesołym miasteczku.
Tu nadal rządzą prawa Matki Natury.
Poddajesz się, umierasz.
Każda słabsza istota zostaje zjadana przez większą lub sprytniejszą.
Win-win to tylko słodka książkowa teoria a przyroda rządzi się własnymi prawami.

Dwa lata temu stworzyłam Tablicę Marzeń na której umieściłam
niemal wszystkie tęsknoty i pragnienia.
Dziś, kiedy na nią patrzę, ledwo dowierzam bo przynajmniej połowa z nich
się spełniła. To miła perspektywa dla trzydziestolatki,
choć dziś wiem, że nie najważniejsza.

Czasem spotykam starych znajomych.
takich, z którymi straciłam kontakt.
I o ile przez jakiś czas plułam sobie w brodę, że
odeszli kolejni ludzie, teraz widzę, że musiało tak być.

Już nie czuję tego co mówią i w co wierzą.
Już mam inne marzenia, wyznaję inne wartości.
Zabawnie jest widzieć siebie sprzed lat w ich oczach.
Słyszeć o tym, co też kiedyś było moje, a już nie jest.

„Jestem narzeczoną”,
„wzięłam ślub”, „będę mieć dziecko”,
„mam faceta” brzmią jak zaczarowane iluzje
a ja z radością stwierdzam, że takie potrzeby już dawno
opuściły progi mojego wewnętrznego domu i bawię się myślą,
że kiedyś byłam taka sama.

Więcej korzyści dostrzegam w ruchu, zmianie i niepewności.
Więcej w tym rozwoju, radości i prawdy.
Bo życie nie służy temu by osiąść w nim bezpiecznie i pić słodkie drinki.

Lecz odkrywać siebie i świat,
przyglądać się ludziom z ciekawością wiecznego wędrowca,
który lada chwila opuści to miejsce.

Mając 17 lat zapisałam pierwszą stronę pamiętnika cytatem T.S.Elliota
a dziś, po 14 latach z radością do niego powracam, bo czuję go sercem:
Tylko ten kto zajdzie za daleko
ma szansę przekonać się jak daleko potrafi zajść. 

 

 

O tym jak grzesznik zaczął żyć

eatbreakfast

Coś się ostatnio porobiło.
Runęły zamki z piasku,
a wszelkie blaszane prowizorki rozsypały się na wietrze.

Wszystkie moje koncepcje,
które przez tyle lat hodowałam w bezpiecznym cieple upadły.

Musiały upaść, bo odbiły się w przejrzystym lustrze czasu
a tam ujrzały fałsz. Przez chwilę nie mogłam tego zrozumieć.
Od kilku miesięcy coś mnie gniotło i uwierało.
Co się wyrywało, krzyczało wewnętrznie i buntowało.

To nieznośne uczucie nie dawało mi spać,
cierpiałam na bezsenność i wieczny smutek
I byłam zagubiona. Jak to?
Przecież robię wszystko jak należy!

Zdrowa dieta, sen po 8-9 godzin na dobę,
kochający partner, codzienna sesja 1,5 godzinnej jogi,
kolejna praca lepsza od poprzedniej, jestem wolna,
zdrowa i niezależna więc…

dlaczego do jasnej cholery nie jestem szczęśliwa?!

W tym okresie szamotaniny czułam się jakbym miała w sobie
małą , szaloną i niegrzeczną dziewczynkę ,
taką która kocha bawić się, jeść, smakować i żyć pełną gębą.
Ta mała wredota zaczęła mnie bić wewnętrznie,
czasami słyszałam jak krzyczy: Wypuść mnie!

Dziewczynkę niedoskonałą, która popełnia błędy,
ale potem otrzepuje kolana i idzie dalej, popełniać kolejne.
Bo przecież tym jest życie. Wiecznym doświadczeniem.

Mimowolnie, nie rozmyślając o tym zbyt wiele zaczęłam
robić wszystkie rzeczy, o których do mnie krzyczała.
Rzeczy, których do tej pory sobie zakazywałam.

Zaczęłam od dwóch bajaderek. No dobra, trzech.

Dlaczego? Bo od roku żyłam na diecie wegańskiej i mimo, że
zawsze miałam nos tęsknie przyklejony do szyby pobliskiej cukierni
nigdy się nie złamałam.

A potem na kolację posmarowałam sobie chleb grubo masłem
i położyłam plasterek sera. Na canal plus leciał dobry film,
więc pierwszy raz od pół roku położyłam się spać po 23
a wieczór później odwiedziłam znajomego, który na małej kawalerce
urządzał pożegnalną domówkę. Ostatni raz na imprezie byłam dwa lata temu.

Dziś na obiad zrobiłam sobie makaron z kurkami w myśl zasady
„pierzyć gluten” a po obiedzie puściłam na cały regulator, piosenkę
wszystkich diablic i grzeszników o jakże znaczącym tytule : Sinnerman, 
Niny Simone i dziko zatańczyłam przy otwartym balkonie.

Już niemal zapomniałam jak to jest cieszyć się
smakami. Jeść dla przyjemności, tańczyć z radości
wąchać, relaksować się, oglądać piękne obrazy,
słuchać Norah Jones.

Wolność? Niezależność?
Ha! Nieźle się okłamywałam.
Daleko było mi do wolności bo zrobiłam z siebie niewolnika
własnych zasad i ideałów, zapominając przy tym o przyjemności.

Było milion „muszę”, „trzeba” i „należy”,
a za mało niedoskonałości. Za mało zabawy.
Za mało życiowej, ludzkiej i zmysłowej rozkoszy.

Nic dziwnego że wiecznie chodziłam sfrustrowana i smutna.
Ja przecież żyłam w mentalnym klasztorze!

Dlaczego to robiłam? Dlaczego narzucałam sobie taki reżim?
Bo nigdy na żadnym polu nie odniosłam znaczącego sukcesu.

Stwierdziłam więc, że gdy będę ciężko pracować,
żyć pro-eko, mieć piękną cerę i wszystko poukładane
jak w magazynie wykrochmalonej pościeli, to
przynajmniej w tym udowodnię sobie i innym, że jestem coś warta.

Że coś potrafię. Że potrafię narzucać sobie zasady i według nich żyć.
Na szczęście pewna mała, kapryśna dziewczynka powiedziała basta!

No więc z tą ilością bajaderek zapewne wkrótce przytyję.
Może czasem będę niewyspana przez fajne filmy na canal plus.
Może będę tracić więcej kasy na mieście przysiadając czasami
w miłej kawiarni na kawę z pianką.

I dobrze. W pełni przyjmuję wszystkie konsekwencje
przyjemnego życia. Viva la Vida! Słodkie jest życie jeśli
poznajesz świat poprzez zmysły i serce
a nie tylko przez żelazne reguły i chęć bycia idealnym.

Cytując Muńka Staszczyka, pozwolę sobie czasem
być rozpieprzona jak to miasto.
Bo niedoskonałość jest blisko ludzi
a perfekcja dobrze wygląda tylko na okładkach kobiecych pism.

 

Introwertyk vs. nowa praca

the-hobbit-gandalf-radagast


Introwertyk znalazł nową pracę, lub żeby uściślić,
nowa praca znalazła introwertyka.

Mało tego, że go znalazła.
Zalała go potężną falą nieznanego przesuwając go
z bezpiecznej strefy kontroli i komfortu do miejsca
o jakże mile brzmiącej nazwie, „Panic Zone”.

Jeżeli ktoś z Was jest introwertykiem,
turbointrowertykiem, geekiem, dziwakiem
albo po prostu przerażonym boidudkiem,
ten wie jak straszna jest zmiana pracy.

Bo oto nagle musimy zmierzyć się ze wszystkim, czego
na co dzień unikamy jak ognia lub jak przeterminowanego sera.

Mierzymy się  z nowym, obcym miejscem.
Spotykamy nowych ludzi. Zazwyczaj więcej jak trójkę
w jednym (zbyt ciasnym według nas) pomieszczeniu.

A ci, przynajmniej przez pierwsze dni są jak
czarne charaktery z marvelowskich filmów.

Mają kły, przekrwione oczy i złe zamiary.
I zapewne chcą nas zniszczyć, bo nas nie lubią.
Bo dlaczego mieliby nas lubić?
Przecież jesteśmy zaprzeczeniem towarzyskości.

Próbujemy nawiązać relacje.
i wywrzeć wrażenie normalnej
i sprawnie funkcjonującej osoby
najczęściej z upłakanym skutkiem.

Pierwsze dn są jak obrazy z nocnego koszmaru
albo abstrakcyjne sekwencje scen z filmu Davida Lyncha.

Jeżeli nie wiesz o czym mówię, to zapewne jesteś ekstrawertykiem.
Albo już bierzesz jakieś pigułki od psychiatry
i masz zablokowany układ nerwowy 😉

POT, DRŻENIE GŁOSU, SZYBKI ODDECH

Dwa pierwsze dni są walką.
Powtarzasz sobie w głowie:
„tylko bez paniki, nie uciekaj, 
nie płacz” i jednocześnie będąc sprawnym  obserwatorem
zauważasz ciekawe zmiany we własnym ciele.

Pocisz się w nadmiarze,
drży ci głos i górne kończyny,
plącze się język i masz ściśnięty żołądek.

Oczywiście powtarzanie sobie „tylko spokojnie” nic nie daje.
I nawet jeśli faktycznie udaje ci się nie uciec
i nie wpadać w pracy w czarną rozpacz,
to w domu (pocieszając się paczką chipsów) odbijasz sobie z nawiązką.

GANDALF I RESZTA, CZYLI JAK PRZETRWAĆ?

Jako rasowy introwertyk wiem, że przede wszystkim
trzeba dać sobie czas i stworzyć własną, cichą przestrzeń.

Możesz milczeć, możesz zamknąć się w swojej
magicznej mikroprzestrzeni biurka, przynajmniej do czasu,
w którym zaczniesz swobodnie oddychać
a wszystkie funkcje ciała wrócą do normy.

Aby przetrwać, wytapetuj swoje biurko!
Odkryłam to w poprzedniej pracy.
Każdy, nawet mały drobiazg przyniesiony z ukochanego domu
ma moc podnoszenia na duchu.

Stwórz sobie własne, małe miejsce
tak żeby choć trochę poczuć się jak u siebie.
Otocz się ukochanymi bohaterami lub cytatami
i w chwilach paniki patrz na nie, czytaj a przede wszystkim oddychaj.
To taka prosta rzecz a potrafi tak wiele.

Ja obkleiłam swoje stanowisko zdjęciami.
Jest tam Gandalf, uśmiechnięty Stephen King,
J.R.R Tolkien kontemplacyjnie zaciągający się fajką i
Terry Pratchett w ogromnym, czarnym kapeluszu.

Z domu przyniosłam niebieski kubek z morsem, w którym
codziennie zaparzam aromatyczną herbatę z bergamotą,
zestaw bakalii i zapas miodu, w razie gdybym zasłabła.

05-niebieskie-18

Ważne jest również, by znaleźć swój rytm.
Podziel czas w pracy w ten sposób, by (jeśli to możliwe)
codziennie o tej samej porze zrobić sobie rytualną, pachnącą herbatę
albo zjeść ciepłą owsiankę czy poczytać coś miłego na przerwie.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ…

Introwertyk przetrwał.
Jest trochę bardziej odwodniony niż zwykle
ale żyje i ma się coraz lepiej.
Pojedyncze, ciche słowa rzucane raz na jakiś czas w otchłań sali
sprowokowały odzew a nieśmiałe  uśmiechy przyniosły ocieplenie relacji.

Nareszcie możesz zaobserwować, że ludzie się otwierają,
bo widzą że nie masz złych zamiarów.
O dziwo, oni też nigdy ich nie mieli!

Introwertyk zaczyna ogarniać swoje obowiązki,
popełnia coraz mniej błędów i zazwyczaj po tygodniu
wie już którzy ludzie to „swoi”.

Ci „swoi” to inni spokojnii zamknięci w sobie introwertycy
tudzież informatyczne geeki i dziwaki, przy których czujesz się
jak w domu. Zawsze się ktoś taki znajdzie.

W końcu jest nas więcej niż mogłoby się wydawać,
a każdy z nich był kiedyś tak samo przestraszony.
Czas jednak zawsze przynosi ukojenie i wyrywa kły
przerażającym sytuacjom i ludziom 🙂

 

 

Sto talentów, których nigdy nie miałam

florence


Wróciłam właśnie z filmu „Boska Florence”, z genialną Meryl Streep w roli głównej.
Mimo, że film był na faktach cała sala trzęsła się ze śmiechu, śledząc próby niemłodej już damy stania się wielką diwą operową.

I zastanawia mnie jedno.
Czy przy urodzeniu faktycznie każdy
z nas dostaje w prezencie jakiś szczególny talent?

Dar, który może wykorzystać ku uciesze swojej i innych?
Coś, co ułatwia światu życie lub dodaje mu piękna?

I dlaczego tak jest, że niektórzy przy niewielkim nakładzie pracy osiągają to,
na co innym nie starcza całego życia?

Bo są przecież wybitni pianiści.
I amatorzy.

Wielcy malarze.
I kopiści.

Projektanci mody
i zwykli krawcy.

A także pisarze
i… my. Pożal się boże blogerzy od siedmiu boleści.

Florence Jenkins nie grzeszyła talentem, a jednak spełniła wielkie marzenie o śpiewie.
Może dlatego, że miała pieniądze i znajomości.
Ale zapewne nie wydarzyłoby się nic gdyby nie serce, które wkładała w sztukę śpiewu.

Bywało, że czytałam książki, które zmieniały moje życie.
Zachwycały kunsztem, estetyką słowa i doskonałą formą.
A jednak okazywały się być jedynym dziełem pisarza.
Niech przykładem będą tu „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte.

Były też książki, przy których ręce opadały a na czole pogłębiała się
pionowa zmarszczka głębokiego niezrozumienia:
„Jak ktokolwiek mógł to wydać?”. Nie będę wredna. Nie podam nazwisk.
Sami znacie pewnie mnóstwo.

Ale teraz przyszło mi do głowy, że może o swoje trzeba walczyć
i wkładać serce niezależnie od rezultatów.
Bo świat bardziej jest zainteresowany sercem a nie doskonałością?

Świat jest pełen przeciętniaków.
Sama do nich należę.
W życiu próbowałam chyba wszystkiego.
Wkładałam wiele wysiłku w:

jogging
recytację
malowanie akwarelami
rysowanie pastelami
sztuki walki
pływanie
jazdę na rowerze
wyszywanie
robienie na drutach
pisanie wierszy
scenariuszy
copywriting
krytykę literacką i filmową

A ceramika i lepienie z gliny są w październikowych planach.

Żadne z powyższych nie wyłuskały ze mnie talentu.
Wszystko było ledwie przeciętniactwem,
więc robiłam to tak długo, dopóki było frajdą.

Do tej pory piszę bloga, wiersze i rysuję, bo lubię,
choć pogodziłam się, że Kingiem nie będę.
Drugim Kossakiem tym bardziej.

Ok. Gdyby się uprzeć, to coś by się znalazło.
Niech będzie, że mam umiejętności, których jednak
spieniężyć nie da rady.

Natychmiastowo łapię kontakt z każdym zwierzęciem.
Błyskawicznie wyprowadzam partnera z równowagi.
I mam wyjątkową wrażliwość, która
doprowadza mnie do łez gdy słucham Tori Amos
i do depresji gdy w autobusie ze słuchawek współpasażera usłyszę Linkin Park.

Dzięki pierwszej i trzeciej cesze
mocniej doświadczam zjawisk, zwierząt i ludzi.

Świat się nie wzbogaci materialnie, ale dostanie w prezencie człowieka
którego zachwyci deszcz poetycko stukający o szyby, klekot żurawi
i 7 symfonia Beethovena.

Poza tym ktoś musi też mieć serce i talent i podziwiania talentów innych.
A w tym jestem największym mistrzem.
Przynajmniej na moim małym osiedlu

 

Intymnie

jesień


Normalni ludzie zwykle szukają pierwszych oznak wiosny.
Ale ja do normalnych ludzi nie należę.
Z tęsknoty wyruszyłam dziś do lasu szukać jesieni.
I znalazłam.

Najpierw w deszczu, który pokręcił mi włosy,
a potem w pierwszych żółtych liściach opadłych z brzozy.

Znalazłam ją w zapachu butwiejącego leśnego podszycia
ale też w ciszy, która zagnieździła się na chodnikach
i parkowych ławkach.

Nadchodząca jesień przegoniła turystów do domu.
Molo opustoszało, podobnie jak rowerowe ścieżki
i leśna trasa, która jeszcze niedawno pełna była biegaczy.

Czy nie masz czasem wrażenia,
że w jesieni jest coś intymnego?

Wypełnia świat ciszą.
Taką dobrą bo pozbawioną krzyków i
elektronicznej muzyki z nadmorskich straganów.

Słychać ptaki, które zostały.
Słychać jak deszcz stuka o liście dębu.
Kap
kap
kap.

Idziesz parkową drogą, która jest pusta.
A nawet jeśli kogoś spotykasz, to ten ktoś jest inny niż latem.
Spokojniejszy, zadumany, pełen refleksji.

Jesień sprzyja spokojnym samotnikom.
To moje ukochane pory roku.
Wrześniowe babie lato i październikowa polska jesień
w których jest coś świętego.

To pewnie przez tą ciszę.
A może przez powagę szarych chmur,
które otuliło wesołe dotychczas niebo.

Mam wrażenie, że jesień smakuje intymnie w każdym miejscu.
Nie tylko w lesie i w parku.
Pachnie miodem z pieczonych pierników.
Smakuje cynamonem z gorącej kawy.

Ma fakturę ciepłego koca i swetra z dzianiny,
pachnie starą książką czytaną w łóżku,
jest dźwiękiem rozchlapanej kałuży za oknem
i deszczem , który puka o poranku.

Może jestem nienormalna, ale kocham jesień.
Spotkałam ją dziś w lesie.
Szła spokojnie, trzymając Pana Wrzesień za ramię.
„Dzień dobry. Czekałam na was!”

Pan Wrzesień, dostojny młokos w rdzawym kapeluszu
posłał wszystkie dzieci do szkoły,
a turystów sprowadził do domu.

„Oto czas refleksji”,
rzekł i ściszył wszelką muzykę.

Duże ptaki wyprawił w mapy, by te ruszyły z kraju,
porozwieszał pajęcze nici między płotami
a na koniec rozlał farby na drzewa,
by łagodnie przyjęły swą śmierć.

Po cichu i  z uśmiechem,
jak przystało na statecznych starców.

Lato na wsi

rowerowo


Od tygodnia spędzam czas na wsi,
w pięknej Krainie Dolnej Wisły,
gdzie żyją jaszczurki, zaskrońce,
czarne łabędzie i białe żurawie.

Tu żyje się inaczej.
Wolniej. Uważniej.
Choć z większym impetem.
Jak są wesela, to huczne i do białego rana.
Jak pogrzeby, to modli się cała wioska.

Niemal już zapomniałam jak to jest mieszkać na wsi,
a przecież byłam jej częścią przez większość młodego życia.
Przesiąkłam miastem niczym delikatna
tkanina chwytająca w długie rękawy mocne zapachy.

CAM00927 (1)

Uczę się więc na nowo,
jak uczeń, który wrócił z wakacji.
Zasypiam i wstaję z kogutami,.
Chodzę boso, by złapać kontakt z ziemią i
i odkrywam w sobie dawno zatracone instynkty.

Po tygodniu, czuję jak wraca do mnie życie.
Twarda ziemia wypełnia podeszwy stóp,
słońce zamieszkuje bladą skórę,
a dziki wiatr tańczy w rudych włosach.

Oto wracam do harmonii,
której brakowało mi w mieście i nagle zdaję sobie sprawę, że
na co dzień w gdańskim zgiełku pogrążam się  w stanie analitycznego letargu i półsnu.

CAM00967 (1)

Zapominam o własnych korzeniach.
Zatracam instynkty.
Nie potrafię zdrowo jeść,
nie umiem głęboko oddychać,
Nawet nie mówię z miłością.

Tu jest inaczej. Mniej skomplikowanie.
Inaczej sypiam,
więcej jem, mocniej śpię,
nawet z ludźmi jestem bardziej.

Kto z Was kiedykolwiek mieszkał pośród przyrody
ten wie. Na wsi nie ma czasu ani przestrzeni
na zbędne myślenie i analizy.
Tu toczy się zwykłe, proste życie.

Uczę się więc PROSTO ŻYĆ .Na nowo.
Najpierw ściągam buty, by poczuć nagrzaną ziemię.
I zanim słońce sięgnie zenitu wychodzę na spacer
popatrzeć jak Wisła wolno płynie.

byczki

Na małym stawie łabędzie
opływają w parze jezioro,
żaby wygrywają przy brzegu gorące serenady
a żurawie w mokrych zaroślach wyśpiewują swój odwieczny klekot.

Wchodzę na łąkę pełną muzyki.
Mieszkają tu pasikoniki, żaby, ropuchy,
jaszczurki, skowronki i myszy.
Wszystko gra, wszystko śpiewa
Cała łąka orgiastycznie się kołysze w rytm pierwotnej miłości.

Oto pierwsza, najważniejsza nauka prostego życia:
jedz, kochaj, tańcz, po prostu bądź,
zachwyć się tym, co chce Ci być ofiarowane.
W ten sposób gdziekolwiek będziesz
zawsze wrócisz na właściwe miejsce.

 

Psiarze i kociarze

Daszka1

Kocham zwierzęta.

I tak jak niektórym ludziom towarzyszy pragnienie podróży,
kupna mieszkania albo rychłego zamążpójścia, tak mi
stale towarzyszy pragnienie przygarnięcia pod dach włochatego stwora.

Rasowego, mieszańca czy przybłędy, to nie ma znaczenia.
Od zawsze bowiem w życiu wiernie towarzyszyły mi psy.

Najpierw Daszka.
Średniej wielkości suczka w kolorze przypalanej słomy.
Była psem mojego dziadka a jej dom znajdował się o kilometr drogi od naszego.
Nie zaważając na to, suczka postanowiła spędzać u nas każdy dzień.

Kiedy się budziłam, by pójść do przedszkola,
Daszka już czekała na podwórku pod drzwiami.
Kiedy wracałam kilka godzin później, ona wciąż tam była.
Do dziadka wracała tylko na noc, jak do obskurnego hotelu.

Niewiele mam z nią wspomnień, bo miałam ledwie kilka lat.
Zginęła pewnego popołudnia pod kołami samochodu.

Kiedy skończyłam siedem lat, pojawił się Pako.
Śmieszny biało czarny kundel bez ogona.
Zamiast niego miał mały kikut z sierści, więc
bujał całym tyłkiem, gdy tylko z czegoś się cieszył.

Pako

Hultaj był z niego ogromny.

Mieszkał z nami w domu, chodź naturę miał dzikusa.
Zawsze skory do bójki z większym od siebie psem
wielokrotnie lizał otwarte rany, a my wznosiliśmy pełne łez
modły do nieba, żeby i tym razem stanął na nogi.

Zawsze zdrowiał i cało wychodził z opresji.
Lecz jeśli chodzi o wszelkie komendy czy smycz,
był niereformowalny.

Daliśmy więc za wygraną, a on biegał po wsi samopas,
z agresywną radością gryząc rowerzystom nogawki.
Mieszkał w domu, ale jego serce kochało wolność.

I on zginął pod kołami, goniąc przez ulicę kota.

Kiedy miałam szesnaście lat, oszczeniła się spanielka mojej babci.
Ojciec? Nieznany.
To były czasy, kiedy psy rzadko się sterylizowało.

Z miotu przeżył tylko jeden szczeniak.
Czarne maleństwo z białym krawatem.
Po miesiącach mojego błagania, rodzice w końcu zgodzili się
przygarnąć Czestera pod dach.

Czester

Od dziecka przejawiał właściwości spanielcze.

Lubił tropić zwierzynę.
Rył dziury w ziemi, a kiedy natrafił na ślad dzikiego zwierzaka
włączał mu się instynkt łowiecki i gnał na oślep przed siebie
ignorując moje krzyki i nawoływania.

Podawał łapę i lubił chodzić na smyczy
Lecz i mnie i jego najbardziej cieszyły momenty, gdy odpinałam mu pasek
i biegaliśmy po nadwiślańskich łąkach ganiając nisko latające jaskółki
(od razu Was uspokoję, nigdy żadnej nie złapaliśmy).

Dzięki Czesterowi miałam fajne nastoletnie dzieciństwo.
Chodziłam po obłoconych szuwarach, podglądałam czaple i żurawie,
zwiedziłam wszystkie łąki, krzaki i polany.

Czester odszedł w listopadzie 2014 roku w wieku 14 lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo to przeżyliśmy. Czester był członkiem rodziny.
Miał swoje legowisko w sypialni rodziców.
Uwielbiał wskakiwać na łóżko (mimo gróźb, próśb i zakazów)
a pod naszą nieobecność oglądał świat przez okno balkonu.

Gdy zabrakło Czestera, dom rodzinny zrobił się pusty, cichy i … smutny.
Zawsze dziwnie się czuję, gdy jadąc z Gdańska wiem,
że nie ujrzę już psiej sylwetki w balkonowym oknie.

Po 1,5 roku nieobecności psa w moim życiu,
chciałabym przygarnąć jakiegoś pod dach.
Wstawać skoro świt by iść pobiegać do lasu,
i widzieć psią radość gdy wracam z pracy.

Niestety w mieście rzeczy nie wyglądają tak prosto.

Od czterech lat mieszkam w Gdańsku, gdzie nie mam własnego lokum ani podwórka.
W domu nie ma nas po osiem, dziewięć godzin.
Co jeśli zwierzak nie nauczy się chodzić przy nodze i reagować na komendy?
Pozostanie mu wieczne chodzenie na smyczy,
a to smutna perspektywa dla istoty, w której naturze leży wolność.

Po wielu rozmowach, stwierdziliśmy z Michałem, że przygarniemy kota.
Bo jest mniejszy, załatwia potrzeby w kuwecie i
jest mniej zależny od człowieka,  niż pies.

Kot,
hmmm.

Mówi się, że jeżeli ktoś jest zdeklarowanym psiarzem,
to z kotami mu nie po drodze.

Pewnie jest w tym sporo racji.
Nie znam kotów, bo nigdy z żadnym nie mieszkałam
(prócz Michała, który się zodiakalnym tygrysem wg chińskiego horoskopu).

Mają inną sierść, ostre pazury i dziwny rytuał mruczenia.
I chyba nie tak łatwo je udobruchać.
Jakiś czas temu przeczytałam, że koty nie reagują na komendy, bo choć „doskonale wiedzą co do nich mówisz, to zwykle mają to w dupie.”

Ale jeżeli pragnę dzielić mieszkanie z jakimś zwierzakiem, to nie mam innej opcji.
Pozostaje tylko kot (ku radości Michała, którego ciągnie do swoich).

Kilka tygodni temu „testowo” obdzwoniłam mieszkania do wynajęcia,
żeby zorientować się jak potencjalni właściciele
reagują na obecność zwierzaka.

Na pięć mieszkań, tylko w jednym właściciel wyraził zgodę.
Ludzie boją się odrapanych ścian, przegryzionych kabli
sierści fruwającej po domu i dziwnego zapachu.

A ja tego nie rozumiem.
Żyjemy już w wystarczająco sterylnym świecie.

Kąpiemy się w nadmiarze,
kafelki czyścimy chemikaliami
przestaliśmy zjadać maliny z krzaka, a
łazienki pełne są perfumów, byle
tylko się nie spocić!

Zwierzak jest integralną częścią życia i Przyrody.
Jest łącznikiem między tym co ludzkie a dzikie.

Zwierzę nie ocenia, nie rozmyśla, po prostu jest.
Śpi, bawi się, je, kocha, czasem pachnie wiatrem.
Człowiek w kontakcie ze zwierzęciem łagodnieje
i na nowo uczy się być w zgodzie z cyklem Natury.

Kiedy zabetonowaliśmy świat wysokimi budynkami
pozbawiając się ostatniego kawałka własnej ziemi,
tylko tak możemy wrócić do korzeni.

Obserwować zwierzęta.
Być wdzięcznymi.
Uczyć się.Jak jeść. Spać.
Dbać o równowagę. Cieszyć się.

Jak bezwarunkowo kochać.