Archiwa tagu: minimalizm

Uniwersalizacja społeczeństwa. Dobry powód, by w końcu się zbuntować

Choć do swojej kawalerki wprowadziłam się
pod koniec lutego, to wciąż jeszcze jest
trochę do zrobienia. Ale bez presji.

Bez pośpiechu. Powoli.
W miarę możliwości.

Dwadzieścia cztery przeprowadzki
w życiu nauczyły mnie jednego:

gromadź jak najmniej.

Pozbywaj się na bieżąco tego,
czego nie potrzebujesz.

Rozdawaj,
dziel się,
utylizuj.

Dbam o przestrzeń.
Bo lubię mieć miejsce.

Zarówno w mieszkaniu jak i
w sobie i w życiu w ogóle.

Na relacje, na kwiaty,
na sztukę, na pomysły
lub na to co nieprzewidziane.

Niech idee oraz emocje wiedzą, że
zawsze znajdzie się tu dla nich kąt.
Bez dopychania butem, bez uciskania
w już i tak pełnej szafie.

Jakiś czas temu napisałam,
że kocham minimalizm i powoli
wprowadzam go w życie.

Z niepokojem jednak obserwuję,
że bywa opacznie rozumiany.

Bo oto co się zadziewa, gdy wpisuję
w pasek Googla zwrot: kawalerka
w minimalistycznym stylu:

Szarość
biel,
brąz,
szarość

..nuda…

I jeszcze raz szarość. Na ten widok
wszystko się we mnie buntuje.

szare

Minimalizm to nie uniwersalizm.
Bo być indywidualistą w minimalizmie
wciąż jest możliwe.

Nurtuje mnie pytanie:
skąd w ludziach taka potrzeba…

Ujednolicania?

Chcielibyście każdego dnia wracać po
pracy do szarych ścian?

Wystarczyło bym przykryła
kanapę nową, „srebrną” narzutą.

Wytrzymałam godzinę. Po
tym czasie miałam dość
odwracania wzroku.

Bo oczy szukały koloru. Radości.
Życia pełną gębą.

Istnieje przeświadczenie, że skoro
masowa popkultura jest głośna i
jaskrawa,to potrzebujemy
jej przeciwieństwa.

Czy na pewno?

galeria4

Moim zdaniem to najszybsza
ścieżka do polaryzacji
i życia w wiecznym konflikcie.

To jak próba zmieszczenia w jednym pokoju
mnicha i hedonisty.
Nie może wyjść dobrze.

A chodzi o drogę środka.

Ani o „za dużo”
Ani o „za mało”.

Ostatecznie, jakby nad tym dłużej się
zastanowić, to masowa popkultura też
jest efektem ciągłego ujednolicania.

Mam wrażenie, że większość filmów
serwowanych w multipleksach niczym się
od siebie nie różni. Zmieniają się tylko tytuły.

Tak samo jest  z modą.

Na ulicy wszyscy wyglądają
dobrze, ale… tak samo.

W końcu też i projektanci wnętrz chcą nam
zrobić z mózgu szarą papkę i ładują szarość
wszędzie gdzie się da. Bo tak jest bezpiecznie.

Jakim wielkim prezentem i radością
jest więc odwiedzić kogoś, kto idzie pod prąd.

Kto wyprowadził się z głośnego miasta na wieś
i zbudował chatę z całym tym wiejskim
przynależnym jej folklorem.

galeria3

Mariusza znam od wielu lat.
Był przyjacielem mojego
ówczesnego partnera

Bardzo szybko wpadłam w ich świat
I zostałam nawet gdy z dawnym partnerem
niewiele mnie już łączyło.

Iza malowała na szkle, a Mariusz angażował
lokalnych artystów do wspólnych inicjatyw
artystycznych. Dziś,po wielu latach z podziwem
obserwuję, jak wszystko pięknie urosło.

Mariusz stał się nicią, która zszyła społeczność
w jedną piękną tkaninę, choć tak różnorodną,
połataną, pstrokatą.

Wiejska galeria, dla której znalazł
miejsce we własnym domu oddycha
estetyką lokalnych twórców.

Jest tu wszystko.

Witraże.
Obrazy.
Szmaciane laleczki.
Wiklinowe plecionki.
Wełniane skarpety.
Dziergane poduszki.
Kolekcja ziół z pobliskiej łąki.
Konfitury, powidła.
Książki z aniołami.
I piękne szklane wisiorki.

Bez ujednolicania.
Bez nudy i szarości.

Każdy przedmiot ma duszę
i własną historię. Podobnie jak ich
twórcy. Poznałam kilkoro na święcie
żegnania lata.

Gdy miałam okazję, patrzyłam im w oczy.
Słuchałam. Pobyłam w ich obecności.
Przytuliłam na pożegnanie.

Tym jest dla mnie
prawdziwa sztuka.

Autentyzmem.
Niebanalną prostotą.
Folklorem.
Historią.
Kolorem.
Rewolucją.

A przede wszystkim zapisem
ludzkich emocji.

galeri6

Ok, ale jak się ma sztuka ludowa
do minimalizmu? Już mówię.

Życie na wsi wymaga współpracy.
Nie tylko sąsiedzkiej, ale również z Naturą,
żywiołami, ogrodem, z tym co jest.

Tak jest w domu moich rodziców:
nic się nie marnuje. A jak zaczyna się
marnować, to należy to szybko przetworzyć.

I tak samo jest ze sztuką ludową,
korzysta ze wszystkich dostępności
zamiast z tego, co jest oczekiwane.

Jest przez to niepowtarzalnym tworem-
wykonanym w sposób unikatowy i
często niedoskonały, a przez to tak
wyjątkowy właśnie.

I to, co kocham najbardziej –
sztuka ludowa bardzo często
przetwarza stare.

Daje przedmiotom drugie życie- wszystko za sprawą
pomysłu, farb, szlifu i demontażu.

Czy to nie wspaniałe, że zamiast
dokładać, do i tak już świata
pełnego przedmiotów, można
odmłodzić dawne?

W ten sposób eksponuje się historię.
Oto opowieść o przodkach zamknięta
w intencyjnie wykonanym przedmiocie.

Dom Mariusza, powstał na kaszubskiej
ziemi przed paroma laty. Ale nie jest
nowym domem.

Pierwotnie stał w Beskidzie Niskim.

Tam go rozebrano, a potem przewieziono
do Czapielska. Mariusz zbudował
go raz jeszcze odtwarzając pierwowzór
w skali 1:1.

Historia została nienaruszona. W tych stuletnich
murach wciąż mieszkają opowieści.

czapielsk123

***

Na kolejne urodziny, ku zaskoczeniu
najbliższych zrobiłam sobie artystyczne
zamówienie: obraz z akwareli.

„Ale jak to? Przecież potrzebujesz
nocnej lampki? Ale biurko ci się sypie…
Ale kuchnię trzeba wyremontować.”

Ja jednak czekam na okazję.
Na to aż znajdę starą maszynę
do szycia i skompletuję stary blat.

A lampka? Hmm. Może
sama pojawi się pod moim domem.
Kuchnia? Ma się całkiem dobrze,
nic nie przecieka 🙂

Mogę sobie pozwolić zarówno
na oczekiwanie i powolność jak
i na przygarnięcie tego, co unikatowe.

Bo daje  mi znacznie więcej niż
powierzchowna estetyka, która
dopóty jest „ładna”, dopóki jest modna.

Najważniejsze, że mam miejsce.
Po to właśnie jest minimalizm.

Świat jest wielki, a ja malutka

Jest taka przypowieść o starożytnym filozofie,
spisana przez jezuickiego duchownego,
Anthony’ego de Mello.

Nosi tytuł „Sokrates na targu”.

Jest mi bliska- bo pokazuje jak bardzo
lgniemy do tego, co materialne. I jak
trudno jest porzucić pomysły, że czegoś
wciąż nam brak.

SOKRATES NA TARGU

Będąc prawdziwym filozofem, Sokrates wierzył,
że człowiek mądry będzie instynktownie
wiódł skromne życie.

On sam nie nosił nawet butów;
jednakże stale ulegał czarowi targu
i często tam chodził, żeby popatrzeć na
te wszystkie wystawione towary.

Kiedy jeden z przyjaciół zapytał go,
dlaczego tam chodzi, Sokrates powiedział:
„Uwielbiam odkrywać, bez jak wielu rzeczy,
jestem doskonale szczęśliwy”.

***

Jak często łapię się na tym, że potrzebuję
tego i tamtego.

Że trzeba zmienić oprawki okularów,
dokupić obrazy do skromnego mieszkania,
żeby nie wydawało się takie skromne.

Och, i kupię sobie pierścionek z wizerunkiem
wilka, bo to moje duchowe zwierzę.

I zrobię sobie tatuaż. I zmienię firanki.
Chyba potrzebuję butów.

Rodzice zawsze mnie uczulali, że
porządna dziewczyna musi mieć
porządne, nieschodzone buty. Tak.

Idę kupić buty. W zasadzie nie mam
pieniędzy, ale buty muszę mieć.

UCIECZKA OD TU I TERAZ

Czasem mija sporo czasu zanim złapię się
na tym, że całkowicie odpływam.

Że uciekam od chwili obecnej i
próbuję w jakimś stopniu siebie
ulepszyć.

Bo przecież jestem tak
cholernie niedoskonała.

Tak bardzo zwykła na tle wszystkich
opalonych ludzi z nienagannym zgryzem.

Tak. Przyznaję. Bywa, że się porównuję.
Podświadomie.

To coś, jak zapalnik, który włącza się w momencie, gdy
przeglądam social media. A wierzcie lub nie,
ale muszę robić to często z uwagi na charakter
mojej pracy.

Pracuję w portalu internetowym
i bycie „na bieżąco” w życiu gwiazd
jest obowiązkowe. Skąd tu się wzięłam?

Co ja tu właściwie robię?

Zastanawiam się będąc w pracy
i klikając w kolejne Instagramy gwiazd
które jednego dnia są w Zanzibarze, a kolejnego
w Prowansji.

Pozują przy tym topless, lub chwalą
się nowym modelem kabrioleta tudzież sukienką
za miliony monet od #ochyiachyprojektanta.

WIARA W KŁAMSTWA CYWILIZACJI

Serio. Skąd ja tu się wzięłam?
Co ja tu właściwie robię?

Ale żeby nie było, że zwalam wszystko
na robotę. Bo życie jest jakie jest.

Czasem jedyne, co mogę zmienić,
to własne nastawienie do tego co robię.
I uleganie lub odmowa lgnięciu.

A tymczasem lgnę. Lgnę jak mucha
do tego co słodkie i lepkie.

Znam ten nawyk i wiem skąd się wziął.
A wziął się z poczucia bycia gorszym.

Jakby tego było mało, świat Zachodu
pomaga w utrwaleniu tego pomysłu.

Reklamy, billboardy, seriale i muzyka
karmią nas śmieciową informacją, że
aby zasługiwać na miłość musimy być jacyś.

Piękni.
Atrakcyjni.
Nienaganni.
Wyprasowani.

Jeśli masz 34 lata, w szafie masz tylko
cztery sukienki, a wszystkie pochodzą
z koleżeńskiej”wymianki” wiedz, że
jesteś gorsza.

Jeśli pozwalasz włosom rosnąć, tak
jak same tego chcą, nie farbujesz i
pozwalasz siwym kosmykom przebijać
się przez burzę rdzawych loków, wiedz,
że jesteś niechlujem lub kobietą „niezadbaną”.

Jeśli masz krzywy zgryz.
Nie masz samochodu.
Twoja kuchnia wygląda jakby powstała
za czasów Gierka…

Jeśli masz stary plecak,
któremu urwała się sprzączka,
jeśli Twój pies ma przybrudzone szelki,
jeśli chodzisz w dżinsach piąty rok…

Wiedz, że nie masz żadnej wartości.
Jesteś gorsza. Nieadekwatna. Nieprzystająca
do wymogów współczesnej kultury.

Więc wstydź się!

Wstydź się tak mocno i tak długo,
aż w końcu ulegniesz. Kupisz.
Zdobędziesz, zapożyczysz się, ale
przynajmniej będziesz przynależeć.

minimalist

„THE MINIMALIST”

Pamiętam, że w ubiegłym roku
obejrzałam dokument „Minimaliści”.

Po filmie oddałam do Caritasu pięć (!)
worków starych ubrań, a do Inicjatywy
Społecznej trafiły trzy wielkie kartony książek.

Film zainspirował mnie do tego,
co musiało się stać, bo byłam w trakcie
przeprowadzki.

Albo inaczej – byłam tymczasowo bezdomna
i pomieszkiwałyśmy z psem tu i tam,
w zależności od możliwości.

Nagle, bez tych wszystkich „gratów”
poczułam się lżej.

Pozbyłam się tożsamości.

Książek, które czyniły mnie „mądrą”,
ubrań, które czekały na każdą okazję.
Dupereli, które kupiłam nie wiedząc po co.

Miesiące życia na kartonach
udowodniły, czego naprawdę mi potrzeba.
Odpowiedź brzmiała: bardzo niewiele.

Podczas miesiąca spędzonego na
poddaszu u koleżanki pięć z siedmiu
kartonów nie rozpakowałam nigdy.

A więc ich zawartość
była całkowicie zbędna.

A przy tym tak ciężka,
przywiązująca,
obarczająca.

Na nowym mieszkaniu nauczyłam się
żyć trochę inaczej.
Staram się mieć minimum:

mebli
ciuchów
garnków
kubków
książek
czy ozdób.

Doszło do tego, że całkiem
niedawno ktoś zapytał z wyrzutem,
jak mogę żyć w „takich warunkach”,
czyli (zbyt) niskim jak
na człowieka Zachodu przystało standardzie.

I to był właśnie ów zapalnik.
„Jesteś gorsza”.

adventure-black-and-white-boat-910213

PEMA CZIEDRYN

Całkiem niedawno zaczęłam
czytać książki pewnej buddyjskiej
mniszki, Pemy Cziedryn.

Ta 70-letnia Amerykanka jeszcze jakiś czas temu
wiodła żywot typowy  dla Amerykanów
z zamożnej klasy średniej.

Miała piękny dom, wielki ogród
delikatną, chińską porcelanę,
i meble jak z żurnala.

A więc wszystko tak,
jak być powinno.

Do czasu.

Do tej pamiętnej chwili,
gdy popijając herbatę w zadbanym ogrodzie
jej mąż oświadczył, że odchodzi do innej kobiety.

Można przyjąć, że właśnie ta chwila
była pierwszym momentem przełomowym
w jej życiu – przebudzeniem ze snu.

Niedługo potem zostawiła wszystko,
co miała – przyjęła mnisie ślubowania
i zamieszkała w buddyjskim klasztorze.

Nie twierdzę, że to jedyna słuszna droga
do realizacji ludzkiego potencjału.

Twierdzę natomiast, że uzmysłowienie sobie, że
wszystko przemija, a żaden przedmiot czy
ambicja niczego nie dodadzą do naszej doskonałej
natury są kluczem do zrozumienia życia.

Są jak znak STOP, który każe zastanowić się,
czy abym na pewno obrała dobry kierunek?

Od tamtej pory, czyli mniej więcej trzydziestu lat,
Pema Cziedryn przestała mieć na własność cokolwiek.

I jednocześnie, jak sama opisała w jednej z książek,
po raz pierwszy w życiu doświadczyła czym jest szczęście.

ZERO WASTE

Łatwo jest czytać o wielkich bohaterach,
którzy zmieniają życie w mgnieniu oka.
Trudniej jednak spotkać kogoś takiego, kto
na prawdę inspiruje do działania.

Daję jednak słowo,
że tacy ludzie istnieją.

Dwa miesiące temu uczestniczyłam
w spotkaniu osób zainteresowanych
filozofią „Zero Waste”.

Poznałam na nim 40-letnią kobietę,
która nie tylko wierzy w tę modną filozofię.
Ona naprawdę nie marnotrawi niczego.

Jej szafa składa się z 20 ubrań, sama robi
kosmetyki do mycia ciała, a ostatni raz
kupowała coś do jedzenia
kilka miesięcy temu.

Dodam przy tym, że dziewczyna
jest dość słusznej postury. Jak to możliwe?

Jedzenie miała z supermarketów, które
każdego dnia w godzinach nocnych jest
wystawiane na śmietnik.

Bo banany mają kropki. Bo uwiądł liść kapusty.
Bo pękło jajko i zalało resztę opakowania.
Można wyliczać bez końca.

Uwierzyliśmy, że wszystko ma krótki
termin przydatności do spożycia.
I jedzenie, i ciuchy i samochody.

Dzięki temu gospodarka się kręci,
a wraz z nią rabunkowa eksploatacja
naturalnych zasobów, które są wyczerpywalne.

astronomy-dark-dawn-573238

MATERIALIZM BEZ KOŃCA

Czy życie w cywilizacji, która stawia
na zewnętrzne piękno i jednocześnie bycie
poza tym nurtem jest w ogóle możliwe?

Wierzę, że tak, bo wszystko jest kwestią
osobistych wyborów.

Obserwuję dziś z radością,
że coraz więcej świadomych osób podłapuje
trend „być” zamiast „mieć”, choć ostatecznie
nie wiemy w którą stronę to wszystko pójdzie.

Być może chodzi o to,
by było trudniej?

Może próba inwestowania w Umysł
zamiast w to, co przemijające ma boleć,
bo to ścieżka Duchowego Wojownika?

Bo jeśli życie stawia przed nami tyle
przeszkód, to i nasze mentalne mięśnie lepiej
się wykształcą i staną się przecież silne i mocne.

Świat jest wielki i zawsze taki będzie.

A ja jestem malutka i nigdy nie będę miała na niego
większego wpływu.

Dziś zatem zmieniam to, na co mam wpływ.
Zmieniam siebie.
Swoje podejście do świata.
Swoje podejście do myśli.

Przede wszystkim reakcje.

Zamiast pokryć cały świat miękką skórą,
przywdziewam miękkie buty. I idę naprzód.

Z siwymi włosami, krzywym zgryzem i sukienką
od koleżanki. Ostatecznie liczy się przecież to,
jakim jestem człowiekiem a nie co posiadam.