O dobru i złu, czyli refleksje podczas lektury Shantaram

20170104_160139


Czasami nasze przeznaczenie wydaje się być łaskawsze
niż początkowo sądziliśmy. Czasami jednak uderza znienacka
znajdując nas pod innym imieniem i w obcym zakątku świata.

Niekiedy przychodzi nam spłacać długi karmiczne
jeszcze w tym samym życiu, co popełnione błędy.
Tak jakby pokuta była wiecznym cieniem poczucia winy.

Jak to możliwe? Kto pisze kolejne rozdziały naszej codzienności?
Kto decyduje o tym co dobre, a co złe?
I wreszcie, kto decyduje o nas, o naszym złu lub cnocie?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania podczas lektury życia,
Shantaram, a potem kontynuowałam rozmyślania czytając Cień Góry.

Zapytacie, czemu „lektura życia”?
Bo coś robi z człowiekiem.
To nie jest miła książki to poduszki,
to raczej historia spłaty pewnego długo karmicznego.

To opowieść o tym, że czyny nie zawsze świadczą o tym kim jesteśmy.
Bo czyny to tylko jedna strona monety, a intencje są jej rewersem.

Lin, Linbaba, Shantaram i Gregory to jedna i ta sama osoba.
To człowiek, który trafił do australijskiego więzienia,
a potem z niego uciekł i znalazł się w samym sercu indyjskiej mafii, w Bombaju.

To człowiek, który każdego dnia oko w oko spotykał się ze swoją karmą.
Bił i był bity, trafiał do aresztów, potem cudem z nich wychodził.
Był torturowany, bohatersko gasił pożary w slumsach.
Pomagał Afgańczykom w wojnie z Rosjanami, uciekał przed łowcami głów,
kochał, nienawidził, grzebał przyjaciół i ścigał wrogów.

I mimo całej mafijnej otoczki i etykiecie gangstera, która do niego
przylgnęła, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto czytam o człowieku,
którego serce jest wypełnione dobrem i współczuciem.

Czytając dwa grube tomy pełne krwawych przygód, ciągle towarzyszyło
mi uczucie, że nigdy nie jest za późno, by coś zmienić. Że przecież los, fatum czy przeznaczenie są jedynie płynnym algorytmem,
którego nowa, dodana wartość zmieni wynik gry.

Że mimo błędów, które popełniliśmy, wciąż jest nadzieja.
Że jeśli dokonamy odpowiedniego wyboru to rozwiniemy
dobro które w sobie nosimy od czasów powstania Wszechświata.

Ostatni rok wielu nam dał mocno po dupie.
Moim kuksańcem okazała się jego końcówka i Nowy Rok.
A towarzyszyło temu uczucie, że przecież zasłużyłam.
Że gniew którym kipię i chciwość w której się kąpię,
musiały w końcu zebrać karmiczne żniwo.

Bo nie zawsze czyny świadczą o człowieku i jego charakterze,
czasem świadczy o nim również ich brak i myśli wypełnione
przekleństwami.

Czy ktoś z Was czytając Shantaram zwrócił uwagę na to,
ile razy Lin oddał komuś pieniądze bez powodu? Ot tak, bo chciał
się podzielić? Gdybym chciała to zliczyć, musiałabym kupić 90-kartkowy zeszyt
i zapisywać go kratka w kratkę bez akapitów. A i tak okazałby się zbyt cienki.

I dlatego każdego dnia, z miłością oddawałam się lekturze
tych dwóch książek. Bo budziły we mnie nadzieję. Że cokolwiek
się wydarzyło, cokolwiek zrodziło się w umyśle, zawsze jest szansa zmiany
i dokonania nowego wyboru pod tytułem „WYBIERAM DOBRO”.

I nie jest to postanowienie na Nowy 2017 Rok,
to raczej postanowienie na życie. Ok. Spłacę swój dług wobec
ludzi którym złorzeczyłam, nakarmię swój świat odrobinę
lepszymi myślami.

Po to, by kiedyś, może u schyłku tego życia lub w następnym
było lepiej. Nie tylko mi, lecz wszystkim, których spotkam na drodze.

 

Nie strzelaj bracie!

20161230_081534


Ostatnio straciłam rachubę czasu.
Na szczęście nie na tyle,
by zapomnieć jaki jutro jest dzień.

Sylwester. Czas znienawidzony przez
introwertyków i psy.

My ubolewamy z powodu zakłóconego spokoju.
chłamu w TV oraz ludzi krzyczących
pod oknami a psy cierpią z powodu
nadmiaru intensywnych dźwięków.

Jeżeli rozważacie zakup fajerwerków,
to zatrzymajcie się i pomyślcie przez chwilę,
czy rzeczywiście warto.

Oto kilka faktów o psach:

Z racji tego, że pierwotnie pies jest
dzikim zwierzęciem,
słuch jest drugim (po węchu)
najsilniejszym zmysłem.

Podczas, gdy uchem człowieka steruje
11 mięśni, o tyle u psa jest ich 17.

To oznacza, że pies słyszy więcej
i intensywniej.

Kiedy my maksymalnie rejestrujemy
dźwięk na poziomie 20.000 Hz, to pies
doświadcza dźwięku nawet o skrajnie
wysokim natężeniu 50.000 Hz.

I tak jak dla nas, delikatny odgłos z odległości
20 metrów jest już niesłyszalny,
o tyle pies zarejestruje cichy szmer
z odległości 80 metrów.

Czy wyobrażacie sobie, co się dzieje
w głowie psa podczas sylwestrowych wystrzałów?
Pies jest w samym sercu wojny! Dodatkowo jest
przerażony bo nie rozumie co się dzieje.

20161230_081543

Odkąd w marketach pojawiły się petardy
i fajerwerki, od kilku dni można usłyszeć
nieprzyjemne wystrzały między osiedlowymi blokami.

Jak na to reaguje Luna?
Kiedy jest w domu, to jeży sierść
i szczeka bez opamiętania jakby
zależał od tego los całego świata.

Nie przemawiają do niej, prośby,
głaski, rozkazy,zakazy ani psie chrupki.
Luna myśli, że dom jest zagrożony.

Wczoraj, gdy byłyśmy na wieczornym spacerze,
nieopodal parku głupa młodzików
urządziła sobie pokaz przedpremierowy.

Najpierw wystrzelili małe fajerwerki,
a potem zwiększając intensywność przeszli
do kolorowych ogni, które były
równie efektowne co głośne.

Luna  biegała wolno.

Po kilku krótkich wystrzałach
wpadła w popłoch, zaczęła biegać
w różnych kierunkach, a potem
przestraszona wbiegła między moje nogi
cały czas głośno szczekając.

Wniosek jest następujący:
nie obędzie się jutro bez ziółek.

Stwierdziliśmy  z Michałem, że w tym roku
odpuścimy sobie wyjście gdziekolwiek.
Zostaniemy z Luną, żeby ją wspierać,
głaskać i uspokajać i czuwać.

Nasza obecność trochę ją ukoi.

Kochani, miejmy serce i odmówmy udziału
w pokazie fajerwerków. Nie strzelajmy, nie kupujmy,
nie wspierajmy. Wiem, że to mało, ale zmiana zawsze
zaczyna się od świadomości i zasad wprowadzonych
do własnego domu.

Dobrej zabawy oraz dużo spokoju
i poczucia bezpieczeństwa dla waszych Pupili.
Widzimy się w 2017 roku!

Gdyby Kid Rock miał psa…

Mówi się, że po charakterze psa możesz poznać
cechy właściciela. Jaki pies taki pan i na odwrót.

Idąc tym tropem można przypuszczać,
że ja i Michał jesteśmy Kid Rockiem,
co ciągle balanguje, rozrabia i
podpala na scenie kolejne gitary.

Luna bowiem jest psem o niespożytej energii.
Ma mocny charakter niczym biszkoptowy labrador
z kultowego filmu na podstawie książki Johna Grogana,
Marley i ja.

W domu jest jako taki spokój. Czasem gdy się nudzi
podchodzi do stołu przy którym piszę, wskakuje mi na kolana
i dwoma łapami uderza w klawiaturę pisząc poetyckie zdanie:

-gzgzghjklljhgfdsdfghjklghjkdfl

No chyba że w ręku
trzymam długopis, to wtedy bierze go w pysk i ucieka.

-Nie będziesz teraz pisać! Teraz będziesz się ze mną bawić!

A gdy jesteśmy w lesie, włącza się w w niej
wilczy instynkt, który karze węszyć, ryć dziury
łapać wiewiórki i porywać w pysk wolno bytujące zużyte chusteczki.

Kilka dni temu miałam również okazję przekonać się
jak Luna reaguje na wieś. W wigilijny poranek
spakowani wsiedliśmy w trójkę do samochodu
i wyruszyliśmy do rodzinnej wsi nad Wisłą.

cam02064

Dwie godziny i dwa wymioty później
byliśmy na miejscu.

A tam, wśród wiejskich zapachów Luna oszalała.
kiedy tylko opuściła samochód wbiegła na
sam środek błotnistego pola, wyciągnęła z ziemi
marchew i seler, po czym zjadła je w ciągu trzech minut.

Żeby tylko na selerze się skończyło, ale nie.
Gdy następnego poranka zabrałam ją
na nadwiślańskie łąki, znalazła zdechłą żabę
i zaczęła ją przeżuwać jak stary kowboj tytoń.

-Luna, nie! Wypluj! Wypluj!

Krzyczałam ganiając ją po łące,
a ta machając ogonem zaczęła uciekać.

-Ale zabawa! Goń mnie! Ha ha ha!

Chwilę potem ją dopadłam. Ku mojej uciesze,
Luna sama stwierdziła, że żylasta żaba nie jest
żadnym przysmakiem. Wypluła ją wymiętoloną.

-Proszę, weź ją sobie. Wcale jej nie chcę.

Skoro żaba nie mogła służyć za śniadanie,
nasza psia przyjaciółka stwierdziła, że
trzeba upolować inne, najlepiej jeszcze żyjące.

Wilczy nosek wytropił w krzakach ptactwo.
Piękne, dorodne bażanty, które widząc drapieżnika
wystrzeliły z głośnym skrzekiem w powietrze.
Luna oczywiście pobiegła za nimi, ignorując fakt że za krzakami jest
płynna powierzchnia.

cam02070

Usłyszałam tylko głośny PLUSK.
Chwilę potem zza krzaków wyszła cała mokra,
wytrząsając z siebie resztę zimnych, błotnistych kropli.

-I co? Fajnie było się wykąpać w jeziorze?
-Niezbyt. Chyba jednak na śniadanie zjem psie chrupki.

Odkąd Luna zamieszkała z nami, byłam ciekawa
jak zareaguje na wieś. Znając jej energię, podejrzewałam,
że zakocha się w tej olbrzymiej przestrzeni
ciszy i mocnych zapachów.

Jednak, niektóre miłości nie zawsze nam służą.
Po tej wyprawie zaczęłam wyrażać dziękczynne
modły za to że mieszkamy w mieście,
Tu bowiem wszystko jest poukładane i przewidywalne.

Psy na siebie nie szczekają, lecz obwąchują z zaciekawieniem,
większość śmieci mieszka w śmietnikach a zapachy są
przytłumione miejskim powietrzem.

Jednym z najzabawniejszych akcentów pobytu na wsi
była końcówka. Chwila pożegnania i pakowania
rzeczy do samochodu.

Kiedy ja wkładałam walizkę do bagażnika,
poprosiłam mamę, żeby potrzymała Lunę
na smyczy. Nie chcieliśmy puszczać jej wolno przed odjazdem,
żeby nie pobrudziła łap w błotnistym polu tuż przy domu.

Luna widząc, że oddaję smycz komuś, kto nie jest jej panią,
wykorzystała okazję. Wystrzeliła jak z procy, ciągnąc po
podwórku mamę.

-Stój! Stój!– krzyczała mama.

A ja choć bardzo chciałam to zatrzymać,
nie byłam w stanie, bo zaśmiewałam się do rozpuku.
Nigdy, w całym moim trzydziestoletnim życiu nie widziałam,
żeby moja mama kiedykolwiek biegała. Nie sądziłam, że potrafi!

Od wczorajszego wieczora,
Luna wypoczywa po wiejskich wrażeniach.

Śpi na plecach i głośno chrapie, czasem przebierając we śnie łapkami.
Patrzę wtedy na nią i nie mogę się nadziwić jaka jest spokojna.
Jak ją znam, to śni o soczystych bażantach uciekających jej sprzed nosa.

Nauka dawania

 

Czasem myślę sobie, że gdyby nie mój pies,
byłabym skończoną egoistką.

Nie wiem czy to kwestia bycia jedynaczką,
czy może charakteru zlodowaciałego pod
wpływem życiowych doświadczeń,
ale od dawien dawna dbam
przede wszystkim o siebie.

Wiąże się to z różnymi rzeczami.

Poczynając od dyktowania warunków
na co idziemy do kina, po odmowę pomocy
osobie, której szczerze nie lubię, na
skrajnej asertywności kończąc.

Asertywności która wyraża
zdecydowane NIE na każdą propozycję,
która nie przypada mi do gustu.

Słyszałam już wiele opinii na swój temat.
Jedni podziwiają mnie za odwagę stawiania na swoim,
a inni uśmiechają się pod nosem komentując,
że to egoizm w najczystszej postaci.

Prawda o mnie bliższa jest jednak tym
mało przyjemnym etykietom.

Dbam o siebie, bo nikt inny za mnie tego nie zrobi.
Ale jestem też wygodna i bezkompromisowa,
i nie liczę się ze zdaniem innych bo jestem
pieprzonym egocentrykiem.

luna12

Od jakiegoś czasu w moim życiu jest jednak Luna.
Psiak przygarnięty ze schroniska, który potrzebuje
wiele uwagi, ciepła i bliskości.

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że
Luna jest moim ratunkiem.

Jedynym powodem dla którego
porzucam wygodny egoizm
na rzecz dobra drugiej istoty.

Daję jej najlepszą karmę, chodzę do weterynarza,
wstaję o 5.40 by wyjść z nią na siku, biegam po lesie
w obłoconych butach, gdy deszcz nieprzyjemnie
siąpi i a ciuchy pełne sierści piorę częściej
bo nigdy nie odmawiam jej przytulenia.

Gdy się czegoś boi
i głośno szczeka, nie krzyczę, nie złoszczę się,
tylko przemawiam z miłością.

Gdy o 2 w nocy hałasuje i
budzi mnie drugą noc z rzędu,
rozumiem, tulę i zawsze wybaczam.

kamcia

Serial, wciągająca książka czy własna wygoda
tracą na znaczeniu. Teraz mam
inne priorytety, bo pojawiły się czyjeś uczucia.

Głębokie spojrzenie Luny które mówi,
„wyjdźmy na spacer”.
Wystawiony brzuszek, który woła o głaska.
Głośny szczek, który świadczy o strachu.

A obok tego, ja. Ktoś kto może pogłaskać,
kto może uspokoić, przytulić i ofiarować
długi dwugodzinny spacer po leśnych polanach.

Kiedyś słynny buddyjski nauczyciel powiedział, że
posiadanie dziecka przynosi takie same
karmiczne rezultaty jak wykonanie wieloletnich
praktyk oczyszczających ciało i umysł.

Myślę, że z właścicielami zwierzaków jest podobnie.

Dajemy im czas, energię i ciepło, nie zważając na
własne CHCĘ-NIE CHCĘ. Kochamy bezwarunkowo,
nie żądając niczego w zamian.

Tak. Jestem tego całkowicie pewna.
Gdyby nie mój psiak, byłabym skończoną egoistką
i tylko ta miłość i chęć robienia czegoś dla innej istoty
trzyma mnie jeszcze po JASNEJ STRONIE MOCY.

Pies i wolność

cam02006


Szósta rano.
Poranek ledwie przedziera się
przez granat przeszłej nocy.

Jeszcze nie świta, choć noc
odeszła już w zapomnienie.

W tej szarej ciszy, w tej przestrzeni
mgieł i szronu rysują się dwie sylwetki.

Jedna zakapturzona, w puchowej kurtce
zapiętej pod sam nos,
druga mniejsza, czworonożna
o gabarytach młodego wilka.

To ja i Luna wychodzimy z domu
o pierwszym brzasku, szukać słońca
w parku i pobliskim lasku.

O tej godzinie świat jeszcze śpi.
Tu i ówdzie widać ptaki szukające
śniadania, rzadziej psiarzy z pupilami.

Zwykłych spacerowiczów
i rowerzystów brak.

A nam właśnie o to chodzi.
O ten intymny czas spotkania z naturą,
o swobodę biegania i powietrze głęboko
wciągane z radością w szerokie płuca.

Chodzi nam o WOLNOŚĆ.

Ludzie na ogół nie są tolerancyjni.
Gdy widzą Lunę biegającą bez smyczy
podnoszą raban, straszą policją,
zdobywając się na pseudoumoralniajace gadki.

Że pies powinien być na uwięzi,
że skoro jest duży to musi być agresywny,
że zje ich małego yorka, że zje ich dzieci,
bo w ogóle miejsce psa jest na krótkim sznurku.

Gdy to słyszę, na usta cisną mi się przekleństwa.
Resztką rozsądku powstrzymuję ten ekspresyjny strumień
wypowiedzi i odpowiadam dyplomatycznie.

Że mój pies jest niegroźny, a gdyby było inaczej
nie biegałby samopas.

Najgorsi są właściciele małych piesków. Robią im krzywdę
biorąc je na ręce, gdy tylko widzą, że podbiega większy pies.
Nic dziwnego, że to najbardziej zestresowane zwierzęta świata.

cam02024

Nie potrafię zrozumieć
właścicieli czworonogów, które
mimo ich łagodnej natury wiecznie
trzymają je na krótkiej smyczy.

Przecież w naturze psa leży wolność.

Bieganie, hasanie, wąchanie,
aportowanie, polowanie, tropienie.

Pozbywanie ich tych zabaw,
jest jak bycie rodzicem dziecka który
plac zabaw ogląda jedynie zza szyby
pozornie bezpiecznego domu.

Dlatego rozmawiam tylko z tymi psiarzami,
którzy naprawdę kochają swoje psy.

A poznaję ich po tym, puszczają swe pupile samopas.

Na świecie NIGDY nie zdarza się, by pies zaatakował
bez wyraźnej przyczyny innego psa.

Jeśli już, zazwyczaj jest to luźna i szybka walka
o dominację. Prawa lasu są natomiast takie,
że trzeba psom pozwalać na pewną niezależność i
zaufać ich mądrości oraz instynktowi przetrwania.
Niech sobie radzą.

Z dużą dozą pewności, mogę również wytrącić
przeciwnikom wolnego wybiegu argument o niebezpieczeństwie
wynikającym z biegania psa samopas na terenie, gdzie chodzą ludzie.

Statystyki w Stanach Zjednoczonych pokazały wyraźnie,
że wszystkie ataki dokonane kiedykolwiek przez
zdrowe psy, dotyczyły przypadków pogryzień
w obrębie rodziny.

A i te były zazwyczaj podyktowane samoobroną.
Gdy właściciel był w stosunku do psa agresywny
lub jego dziecko znęcało się nad nim za cichym
przyzwoleniem właściciela.

I żeby było jasne. Każdy taki atak jest poprzedzony ostrzeżeniem.
I zazwyczaj nie jednym.

***

Pewnego dnia, gdy tak z Luną biegałyśmy
po łące, ja rzucałam jej piłkę a ona ją aportowała,
na ścieżce obok pojawiła się młoda dziewczyna,
z czarnym kundelkiem średniej budowy.

Luna, radośnie merdając ogonem podbiegła
do niego chcąc się bawić.

-Zabieraj go, bo zadzwonię po straż miejską!
Krzyknęła oburzona dziewczyna.

-Ale o co ci chodzi? Czy mój pies zachowuje się
w stosunku do twojego agresywnie?

Nieważne, agresywnie czy nie. 
Pies ma być na smyczy!

cam02003

Na szczęście, jakby dla równowagi,
chwilę potem i dwa kilometry dalej
spotkaliśmy grupę psiarzy z dużymi czworonogami,
których już znamy od miesiąca.

Każdy z psów (złoty golden retriever, czarny
labrador, siwy husky i ciapkowaty dalmatyńczyk)
biegały samopas, ganiając się, obwąchując i
radośnie szczekając.

-Patrz Luna, nareszcie jesteśmy wśród swoich.

Gdy opowiedziałam tej grupie o sytuacji która
spotkała nas pół godziny wcześniej, właściciele
psiaków poklepali mnie po ramionach.

-Tak, tak.  Znamy to.

-Dwa dni temu straż miejska jechała przez park…-
zaczął właściciel dalmatyńczyka o imieniu Maja,
stary punkrockowiec, który nie jedno przeżył,
niejedno wypił i zażył…

-…a kiedy właścicielki małych yorków to zobaczyły,
wpadły w popłoch i zaczęły z przerażeniem ganiać swoje psy
by wziąć je na smycz.

-A pan nie?– zapytałam.
-Ja? Chrzanić to. Jak chcą wlepić mi mandat,
za to że daję trochę szczęścia mojemu psu, proszę bardzo!

Chyba właśnie dlatego całe życie marzyłam o domu na wsi.

Bo tam psy nie znają smyczy a ich właściciele biegają z nimi
po polach na bosaka.

Może kiedyś ludzie pójdą po rozum do głowy.
Może w końcu zaznają prawdziwej wolności.

A wtedy zrozumieją, że ta jest ważniejsza niż
wszystko inne. Zwłaszcza dla istoty której tętno
tańczy w rytm ognistego tanga z dziką naturą.

Skąd się wzięłam. Czyli prawdziwa historia Luny

cam01943


 

Historia Luny nie była jasna od samego początku.

Kierownik schroniska powiedział, że to suczka
dwóch skłóconych ze sobą dziewczyn, które
przestały ze sobą mieszkać.

To spowodowało, że
psiak wylądował na ulicy,
błąkając się bez celu między blokami.

Podobno jedna z dziewczyn dzwoniła do schroniska mówiąc, że
skomplikowała jej się sytuacja życiowa, więc chce oddać
swojego pupila do Promyka.

Kierownik jednak odmówił.

„Tu trafiają tylko przybłędy. 
Nie przyjmujemy psów od właścicieli,
gdy te im się znudziły”.

Kilka dni później znaleziono przybłędę.
Lunę.

***

Jakiś czas temu na blogu pod postem
otrzymałam dość enigmatyczny komentarz:

„Znam tego psiaka. Kiedyś miała na imię Keli”.

Nic nie mogło mnie powstrzymać.
Zaczęłam drążyć, zaprzęgając dociekliwość
do pracy.

Znalazłam IP, którego ktoś
użył, by napisać komentarz. A po adresie IP
niczym po nitce do kłębka, dotarłam
do adresu mailowego.

Napisałam.

„Cześć. Kim jesteś? Skąd znasz Lunę?
Czy możesz opowiedzieć jej historię?”.

Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.
Autorką komentarza i adresu mailowego
okazała się dawna właścicielka Luny, Wioleta.

Szczegółowo opisała jej życie i przysłała pakiet zdjęć,
gdy Luna (dawniej Keli) była jeszcze szczeniakiem.

11046523_827858700585391_1979493719721211284_n

A historia wyglądała tak.

Na początku 2015 roku Wioleta wraz ze swoim chłopakiem,
zamieszkała na jakiś czas u koleżanki.
Dziewczyny postanowiły przygarnąć 5-tygodniowego szczeniaka
i opiekować się nim na zmianę.

Sytuacja skomplikowała się,
gdy para zdecydowała się wyprowadzić.

Wioleta zostawiła suczkę pod opieką
współlokatorki, mimo że to ona była bardziej
do niej przywiązana.

Ta druga,
nie pałała zbyt dużym uczuciem do psiaka.
W wakacje pozbyła się więc „problemu”,
oddając Keli obcym ludziom.

Wioleta, gdy dowiedziała się że Keli
trafiła w niepowołane ręce,
odnalazła ją, zabrała ze sobą
i umieściła w mieszkaniu cioci, gdzie codziennie
jeździła, by wyprowadzać psiaka na dwór.

mala-luna mala-luna2

Sama mieszkała po rozstaniu z chłopakiem
u dziadków, więc jak twierdziła w mailu:
„Nie mogłam jej wziąć ze sobą. 
Dziadkowie się nie godzili”.

To jednak  nie koniec historii.

Wioleta musiała wyjechać na dwa dni z Gdańska,
więc poprosiła pierwszą właścicielkę Keli
o dwudniową opiekę nad psiakiem, by nie robić
kłopotu cioci, u której suczka mieszkała.

Kiedy to czytałam nie mogłam zrozumieć
jej motywu. Jak można ponownie
oddać psa komuś, kto go nie chciał i pozbył się
jak niepotrzebnego bagażu?

Wioleta twierdziła jednak, że była współlokatorka
kajała się po rozstaniu z psem, zaklinając
na wszystkich świętych, że psa już nigdy nie porzuci.
Więc dwa dni opieki zamieniły się w tygodnie,
a tygodnie w miesiące.

I zgadnijcie co się stało?

Dawna współlokatorka jakiś czas później
postanowiła się wyprowadzić, zostawiając
„problem” pod opieką mamy.
Tak przynajmniej twierdziła.

Tymczasem resztę prawdziwej historii
poznaliśmy w Promyku.
Opiekunka Keli, była współlokatorka Wiolety
chciała umieścić ją w schronisku.

Gdy kierownik odmówił przyjęcia psa,
który ma dom, dziewczyna bezpretensjonalnie
wyrzuciła go na ulicę.

Po anonimowym
telefonie, pracownicy Promyka znaleźli psiaka przy ul. Leszczyńskich,
przestraszonego i wychudzonego. Przywieźli go na Kokoszki,
a my trafiliśmy tam kilka dni później.

luna-i-jej-historia

Po tym jak poznałam historię Luny,
wszystko nagle stało się jasne.
Już wiem czemu nie chciała jeść przez pierwsze dni
i czemu wielokrotnie tak niespokojnie oddychała.

Zrozumiałam, dlaczego polubiła spać przy nas,
pod łóżkiem a w obcych pomieszczeniach
wpadała w panikę.

Jest w niej po prostu strach i brak stabilności.
Przez półtora roku Luna nie miała stałego domu,
a właściciele zmieniali się jak pogoda.

cam01948
Kiedy pojechaliśmy do schroniska wybrać psa
podchodziłam do każdego boksu
i zaglądałam w oczy wszystkim istotom.

W spojrzeniu Luny było coś niepojętego.

Dobro, ciepło ale też tęsknota, niepewność
i ogrom smutku. Kiedy Luna wtulała się w moją dłoń
przez siatkę boksu, patrząc mi głęboko w oczy,
wiedziałam już, że należymy do siebie. Na zawsze.

Tym razem, było to pierwsze dla niej,
w psim mocno niepewnym życiu,
NA ZAWSZE.

 

Subiektywnie o „Snowdenie”

Introwertyk chadza do kina, a jakże.
Introwertyk lubi tą cudowną chwilę, gdy na sali gasną światła,
publika milknie, a na ekranie pojawia się pierwsza z wielu scen.

Tym razem jednak zamiast ciasno wypełnionego multipleksu
wybrałam kino studyjne w najgorszej dzielnicy Gdańska,
(Nowym Porcie, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości).

Czy lubię kina studyjne?
To zależy od miejsca. Snowden był pokazywany tylko
w takim. Fimu nie wykupiły Helios ani Multikino.
Czyżby zbyt niepoprawny politycznie?

Kino Nowy Port. Mała salka z miejscami na 40-50 osób
i kameralna atmosfera szeptów i wysokich
kinomaniaków, którzy siadając w pierwszym rzędzie
zasłaniają obraz całej reszcie.

Po paru słodkich przekleństwach, które z siebie wydałam,
rzuciłam torbę na fotel i usiadłam na niej, by widzieć więcej,
boleśnie przekrzywiając się ku centrum sali, gdzie
brak foteli gwarantował przejrzystość obrazu.

Nie czytałam żadnych opinii ani recenzji przed seansem,.
Po co psuć sobie ogląd?

Wiedziałam kim jest Snowden,
wiedziałam co zrobił, obejrzałam rok wczesniej Citizenfour i
to wystarczyło w zupełności.

Dla tych, którzy nie wiedzą:
Snowden, to były pracownik CIA, który dowiedział się, że
rząd USA inwigiluje KAŻDEGO mieszkańca planety z dostępem do internetu.

Po nielegalnym skopiowaniu tych informacji,
opuścił organizację rządową,
uciekł z kraju i udostępnił prasie tajne akta.

Po tej sprawie stał się targetem nr jeden na liście USA.
Wydano na niego wyrok śmierci a do dziś (podobno) mieszka w Rosji,
gdzie ma azyl.

Film nakręcił dinozaur amerykańskiego kina, Oliver Stone.
Można polemizować czy to dobrze a może źle.
Moim zdaniem zrobił kawał dobrego kina,
które trzymało w napięciu przez ponad dwie godziny.

Może gdybym poszła do kina z chęci czystej rozrywki,
to czegoś by mi zabrakło.

citi

Może nawet nie uwierzyłabym reżyserowi w tę fabułę.
Film był jednak  dla mnie uzupełnieniem wiedzy,
tym, co dla wtajemniczonych jest niemal oczywiste.

Rząd USA może znaleźć informację o każdym człowieku,
który posiada dostęp do internetu. Może wiedzieć
o czym piszesz, co jesz, jak żyjesz i z kim sypiasz.
Nawet jeśli jest to bezprawne.

W postać Snowdena wcielił się Joseph Gordon- Levitt,
który znakomicie wywiązał się z roli zamkniętego w sobie
pracownika CIA.

Nie miałam wątpliwości, że poświęcił tej roli
sporo czasu.

Że upodobnił się nie tylko w sposobie mówienia i
tym jak się porusza, poczułam, że uwierzył w tę rolę,
podobnie jak Benedict Cumberbatch uwierzył w swoją postać
Juliana Assange w Piątej władzy.

Takie filmy nigdy w pełni się nie udadzą i zawsze będą zgarniać cięgi.
Bo są niepoprawne politycznie, często zbyt idealistyczne, a
historie bohaterów niekiedy rysowane grubą kreska, gdy
reżyser tylko ma domysły a fakty są niejasne.

Mimo to, zawsze będę ich bronić. Snowdena,
Piatej Władzy czy Big Short.

Takie produkcje pokazują jak jest,
nawet gdy jest to prawda mało kolorowa i niewygodna, bo każe skonfrontować się
z rzeczywistością którą sami stworzyliśmy i na którą się godzimy.

Więc. Dziewczyno, chłopaku.
Jeśli widziałeś Citizenfour,
jesli obejrzałeś przemówienie Snowdena na TED,
obejrzyj ten film i wyrób własne zdanie.

A potem sam zdecyduj, czy zakleisz kamerkę laptopa plastrem
i czy aby na pewno
odwiedzisz tę stronę na którą chciałeś wejść.

Instynkt wilka

Od zawsze lubiłam duże psy.
Nie tylko dlatego, że jest ich więcej do kochania.
Lubię je za siłę i dzikość, a także odwagę, którą mają w sercu.

Owczarki wszelkiej maści,
labradory, retrievery, springery,
posokowce i psy gończe.

One wszystkie mają w sobie pierwotną dzikość,
instynkt polowania i przetrwania w każdych warunkach
a te cechy pochodzą od wilków.

Oczywiście, dziś psy są udomowione i
posiadają ledwie cząstkę tej wilczej natury.

Myślę jednak, że każdy właściciel
doświadczył dzikich porywów serca własnego pupila,
kiedy te w sekundzie traciły wyuczone posłuszeństwo.

Bywa, że zjadają to, czego (jak sądzimy) nie powinny,
gonią kury sąsiadów, ryją w ziemi, albo biegną
bez opamiętania przed siebie nie reagując
na krzyki, komendy i nawoływania.

Martwić się? Prostować psa? Porządniej wytrenować?
Nie. Bo w jego żyłach płynie wilczy instynkt,
zew krwi, którego my, ludzie od dawna oderwani od
ziemi, nie pojmiemy.

Widziałam to u Luny tydzień temu,
gdy po raz pierwszy od czasu zabrania ją ze schroniska
zobaczyła kaczki na wodzie.

Na dworze  leżał topniejący śnieg,
temperatura powietrza ledwo wskazywała zero stopni,
a ta bezceremonialnie wpadła z całym impetem do wody,
chcą upolować  drób na obiad.

Kaczki na szczęście w porę się zorientowały
i wzbiły się do lotu głośno kwakając:
„wróg! wróg! uciekaj kto może!”

cam01218

Od tamtej pory, wybieramy ścieżkę nieco bardziej oddaloną
od małego jeziora, by Lunie nie przyszło do głowy
powtórzyć swój wilczy wybryk.

Czasami jednak, gdy tylko spuszczę ją z oczu,
biegnie co sił w nogach nad brzeg
a cała postura jej ciała mówi: POLOWANIE!

Dziś z kolei trafiliśmy na hasającą po trawie wiewiórkę.
Nieświadoma zagrożenia opuszczała jedno drzewo by
dostać się na to oddalone o pięć metrów.

Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam że to koniec.

Że Luny już nie zdołam pochwycić na smycz,
psie smakołyki nie wystarczą, a moje głośne komendy STÓJ!
nie zrobią na niej najmniejszego wrażenia.

Przecież tam jest wiewiórka! Rude, puchate stworzenie,
które można złapać w pysk i porządnie wytarmosić,
ewentualnie zjeść jako niedzielną przystawkę.

cam01361

Ewolucja na szczęście wyposażyła gryzonie w zwinność.
Mały rudzielec czmychnął na drzewo trzema susami i
patrzył na nas z najwyższej gałęzi podgryzając żołędzia
„Ha ha ha! Naiwniacy! I co teraz mi zrobicie?”

Luna jednak nie poddała się tak szybko.
Przez kwadrans stała pod drzewem, bacznie obserwując
swój rudozłoty obiad. Parę razy próbowała wskoczyć
na drzewo, oczywiście z mizernym skutkiem
ku mojej uciesze.

Gdyby jednak jakimś cudem udało jej zahaczyć pazurami
na korze, nie wątpię, że weszła by na sam szczyt
nie martwiąc się zbytnio tym, jak zejdzie.

W książce „Życie z Merle” Teda Kerasote,
czytałam o podobnych przygodach, które
niemal każdego dnia doświadczał właściciel Merla,
labradora przybłędy, którego znalazł
w okolicach Wielkiego Kanionu.

Ten miły, kremowy psiak kochający swego pana,
miękkie łóżko i gości, w nieoczekiwanych
momentach rzucał się na olbrzymie wapiti i jelenie,
a niekiedy zagryzał małe wiewiórki.

Mimo czternastu lat wspólnego życia Ted Kerasote
nie oduczył tych nawyków własnego psa.
cam01325
Po prostu się nie dało. Zaczął je więc akceptować
z ostrożnym bezpieczeństwem.

Pewnych zachowań nie zrozumiemy. W końcu jesteśmy
tylko ludźmi, którzy śpią w ciepłych łóżkach,
a gotowe obiady od wielu lat podgrzewają w
rakotwórczych mikrofalach.

Pies, bliski krewniak wilka
przypomina nam, czym jest instynkt przetrwania.

Uczy nas jak i ile jeść,
komu ufać, jak spać. I że największe szczęście
kryje się tam, gdzie tętni serce pierwotnych instynktów.

 

Stowarzyszenie Szczęśliwych Psiarzy

cam01155


Dlaczego ten wpis postanowiłam nazwać
w ten a nie inny sposób?
Czyżbym przystąpiła do jakiejś
enigmatycznej organizacji kynologicznej?

Nie. Po prostu w grupie szczęśliwych
ludzi jest każdy kto ma psa.

Bo przecież nie można być
smutnym posiadaczem zwierzaka.
To brzmi jak niezły oksymoron.

Ludzie, którym towarzyszą czworonogi
żyją dłużej, rzadziej cierpią na depresję
i choroby układu krążenia,
a infekcje i grypy omijają ich szerokim łukiem.

Jestem szczęśliwsza. Jestem zdrowsza.
I jestem bardziej fit.

Oto okazuje się, że
bajaderki i trufle nie idą w biodra, a
wszystkie zostają spalone na długich,
wielogodzinnych spacerach.

Jestem bliżej świata.
Jestem bardziej uważna,
jestem bliżej prawdy.

cam01173

Nieważne jaki był dzień.
Czy w pracy klient na mnie nakrzyczał,
czy w tramwaju ktoś wepchnął parasolkę w żebra,
po powrocie do domu, to wszystko traci na znaczeniu.

Rzucam wówczas torbę, biorę w rękę smycz
i biegniemy z Luną do parku i w las.

A tam całe zło mija, smutek opuszcza serce,
a zmysły wyostrzają się na to co jest.

Park i las należą do psiarzy.
Mijam ich wieczorami, gdy zwykły człowiek
siedzi w ciepłych kapciach, je chrupki i ogląda telewizję.

Mijam ich o wczesnym poranku
w świąteczny dzień niepodległości,
gdy Polska jeszcze głęboko śpi schowana w pierzynach.

Psiarze nie śpią. Idą w głębokim skupieniu
leśną, udeptaną ścieżką a koło nich drepczą
włochate, istoty merdające ogonem.

Spotykam ich na ścieżce w Parku Reagana
i nad morzem, gdy odciskają głębokie ślady
w miękkim piasku.

Nie znam ich imion, ale znam imiona
ich psów,a oni znają imię Luny.

Mówimy sobie dzień dobry, zatrzymujemy na chwilę,
by psiaki mogły się obwąchać, rozmawiamy o nich,
dzielimy radościami, nazwami karm i zabawnymi historiami.

Dziś o 8.00 rano świat był pusty.

Kocham tę nabożną ciszę świąt, w której
słychać muzykę Wszechświata. Pojedyncze ptaki,
chrupanie śniegu pod butami, szuranie kija,
którego Luna ciągnie za sobą.

cam01187

Dziś zobaczyła śnieg. Najpierw niepewna tego,
co się stało, delikatnie opuściła klatkę schodową,
otworzyła pyszczek i zaczęła łapać pojedyncze płatki.

-Dobre!– zamachała ogonkiem
i zaczęła zjadać śnieg z trawy.
-Taka zimna, twarda woda!

Mimo, że ludzie pochowani w łóżkach jeszcze
głęboko spali, my z samego rana spotkaliśmy już sąsiadkę
z wiecznie radosnym labradorem, a także boksera Rysia
i jego 70-letniego eleganckiego Pana który o każdej porze dnia
nosi spodnie w kant i czarne buty wypastowane na glanc.

Dwie godziny później, wiele kilometrów dalej,
na pustej, zaśnieżonej drodze zza zakrętu wyłonił się
nasz znajomy na rowerze, którego poznaliśmy tydzień temu.
Obok niego biegł rudy Alwin.

-Witaj Alwinie!– krzyknęłam.
-O, dzień dobry Luna!– odpowiedział właściciel.
-Dziś robimy z Alwinem małą przebieżkę.
Wie pani, w końcu to rasa gończa. Chłopak musi się wybiegać!

Och wiem. Luna też kocha biegać.
Ryje dziury, węszy w zaroślach, przynosi w pysku ogromne kije,
tarza się w liściach i na zdechłych żabach i zaprzyjaźnia z każdą istotą.

Zawsze ciągnie mnie tam, gdzie tętni życie.
Może wyczuła, że jestem samotnikiem, a to
nie zawsze dobrze mi służy. Czasem mam wrażenie, że specjalnie
ciągnie mnie w wirujący świat relacji. Tam gdzie dużo psów,
tam gdzie dużo szczęśliwych ludzi.

Sama bryka z poznanymi psiakami,
a i mnie stawia w sytuacjach
mocno towarzyskich.

-Luna, ale masz fajną koleżankę!– wołam do niej gdy ta
gania się z dużą złotorudą suczką po miękkiej trawie.

-Twój pies ma na imię Luna???– pyta jej właściciel,
trzydziestoletni chłopak stojący tuż obok.
-Tak, Luna. A czemu?
-Bo moja sunia, to też Luna! A myślałem, że będę oryginalny!

Kiedyś, w jednym z wywiadów na TVN ktoś zapytał
aktorkę, Beatę Tyszkiewicz jak radzi sobie z samotnością.
-Ależ panie redaktorze– odpowiedziała.
-Człowiek, który ma psa, nigdy nie jest samotny. 

Bo pies wyrywa z samotności i wprowadza cudowny zamęt.
Psy nigdy nie są samotnikami, więc
czynią życie pełnym ludzi, innych zwierząt a samymi sobą
kochają za dziesięciu.

Psiak i zmiany w moim życiu

cam01080


***

Czy zmieniło się coś od czasu, gdy Luna z nami zamieszkała?
Tak. W nasze życie wkradło się wiele drobnych zmian.

Zmieniły się priorytety. Spacer jest najważniejszy.
Żaden film, żaden serial, czy książka.
Żadne spanie do 9.
Najważniejszy jest spacer.

Przestaliśmy też dbać przesadnie o czystość.
Teraz bawi nas widok psich łap
odbitych na wyczyszczonych kafelkach
i ciuchy z pojedynczymi kłaczkami przylepionymi tu i ówdzie.

Dziś szukając w głębokiej kieszeni telefonu, by sprawdzić godzinę,
wyciągnęłam z niej garść psich chrupków.
Roześmiałam się w autobusie pełnym ludzi czując, że
to będzie dobry dzień.

***

W domu pachnie psem. Dużym, czasem mokrym psiakiem.
Uwielbiam ten orzechowo wietrzny zapach,
który zamieszkał w pościeli i metrażowych przestrzeniach.

Czasami podchodzę do Luny, wkładam nos w jej cieplutki kark
i wdycham te cudowne psie perfumy.
-Luna, jak ty pięknie pachniesz!- mówię jej do uszka.
-Ty także, jeśli się nie psiukasz.

Więc żeby nie psuć jej zabawy, nie używam perfum.
Zwłaszcza gdy idziemy w las, gdzie gnieżdżą się dzikie zapachy
a psi nos jest dziesięciokrotnie czulszy niż ludzki.

I kiedy ja szuram liśćmi wdychając aromat mokrej ściółki,
Lunę porywa zapach zgoła odmienny.
Obca psia kupa i porzucony zużyty papier toaletowy.
Zdechły kret okazuje się być psim Chanel no 5.

Kilka dni temu, będąc na rodzinnym obchodzie,
biegaliśmy beztrosko po wielkiej łące rzucając między sobą
tenisową piłkę.

Nagle ni stąd ni zowąd, Luna stanęła jak wryta, piłka
wypadła jej z pyska, źrenice się rozszerzyły, i nasza kochana
milutka sunia z miękką puszystą sierścią rzuciła się na plecy i
zaczęła tarzać grzbietem po trawie z wyrazem ekstatycznej radości.

Ja i Michał krzyknęliśmy w jednym momencie:
„Luna NIE!”, szczerze wątpiąc,
by ów wielką radochę dawała jedynie mokra trawa.

Luna wstała z zadowoleniem damy,
która przed chwilą opuściła luksusową perfumerię.

Na trawie, jak śnięta ryba
leżał zdechły kret brzuchem do góry.
Teraz trochę bardziej rozpłaszczony
i jeszcze bardziej śnięty.

Smrodek ostatecznie rozszedł się w powietrzu, a
my mieliśmy ubaw przez cały wieczór i niezłą
anegdotę do opowiadania w kolejne wieczory.

cam01073

***

Utraciłam intymność.
Gdy zamykam się w toalecie,
Luna otwiera drzwi pyszczkiem,
podchodzi gdy siedzę na ubikacji i czeka

-Co robisz?
-Siku.
-Ale jak to? Że w domu? Fascynujące!

A kiedy kąpię się w wannie,
Luna zagląda mi pod kotarę i  łapie w pysk
kropelki wody tryskające z kranu.

-Co tak pachnie? Co to? Co to?
-To mój jabłkowy żel pod prysznic.
-Wspaniale pachnie. Mogę go zjeść?
-Żel jest fu. Nie wolno zjadać żelu.
-No dobrze, to zjem trochę wody. Pyszna jest taka ciepła woda!

***

Zmieniły się także relacje
Pojawiły się nowe osoby.
Ja, 100% introwertyka w introwertyku
zaczęłam być istotą społeczną.

Uwielbiam to w naszym psiaku.
Jest niesamowicie towarzyski
i przyjaźnie nastawiony do każdej istoty.

Zauważyłam, że Luna nie ocenia.
Nie dzieli na płeć czy wygląd, młodych czy starych.
Lubi wszystkich bez wyjątku.

Ma już swoich stałych znajomych.
Małego, czarnego adopciaka z bloku obok,
sędziwego buldoga, który pręży przy niej muskuły
i zabawnego spaniela, który na widok Luny skacze z radości.

Dzięki niej codziennie poznaję nowe psy i ich właścicieli.

Wczoraj poznaliśmy rudego Alwina, rasy gończy polski.
Podszedł bez żadnych zahamowań.
Beztrosko porwał kij Luny, uciekł z nim w trawę,
a potem wrócił i zaczął prosić o głaski.

cam01086

Z ciemnej ścieżki chwilę potem wyszedł jego właściciel.
Energiczny mężczyzna w średnim wieku, który w ciągu dziesięciu minut
streścił nam historię Alwina i swojej rodziny, bawiąc się miedzy czasie
z Luną grubym sznurem, który miał przypięty do paska od spodni.

Potraktował nas jak starych znajomych,
a Lunę jak zaprzyjaźnionego psiaka.

Po takich spotkaniach rodzi się we mnie wdzięczność.
Gdyby nie nasze spacery, żyłabym pod kloszem
pozbawionym społecznych relacji.

Dzięki Lunie poznaję młodych i starych.
Wesołych i oziębłych.
Poznaję dziewczyny i chłopaków,
a także pary wiecznie trzymające się za ręce.

Sama przy tym łatwiej się otwieram,
bo spotkanie dwóch obcych sobie osób
nie znosi ciszy i milczącej pustki.

Pies ośmiela i otwiera na relacje.
Poznaję cudze historie, słucham, mówię, trwam.

Jestem bliżej ludzi, bliżej natury,
Nawet z chłopakiem jesteśmy bliżej,
bo spędzamy  ze sobą więcej czasu.

I jak tu nie kochać tej czarodziejki?
Psiak zabrał nam smutki a w zamian dał
ludzi a życie wypełnił włochatym sensem.