Archiwa tagu: szamanizm

Wszystkie religie są wtórne, a Ty pierwotna…

Duchowość zawsze była dla mnie
kluczowym aspektem życia.

I choć nigdy „religijnej” otoczce
nie nadawałam większego znaczenia,
to zawsze czułam się głęboko połączona
ze wszystkim naokoło.

Dziś myślę, że właśnie dlatego –

bo „religijność” nie miała
większego znaczenia.

W tej całkowitej łączności ze światem,
naturą i ludźmi spędziłam pierwsze
lata mojego życia na wsi.

A potem zaczęłam
kombinować.

W szkole pojawiła się religia
i nauka katechizmu. I odezwał
się mój racjonalny, wiecznie
czegoś szukający umysł.

Problem „oddzielenia”
pojawił się niedługo potem.

Coraz bardziej skupiałam się na
zewnętrznych formach praktyk,
niż na prawdziwej głębi.

Formułki zamiast modlitwy z serca.
Kościół i „wyjazdowe oazy” zamiast
biegania z psem po wysokich trawach.

I głęboka pustka…

Dość szybko zrozumiałam, że
w tym całym katolicyzmie coś
mi nie gra. A w coś wierzyć
trzeba, „bo bez Boga wszystko
jest bez sensu…”

Bóg. Czyli Kto? Lub Co?

Pojawił się deizm. Agnostycyzm.
Hinduizm. Buddyzm.

A każdy z nich ostatecznie
doprowadzał mnie do ściany.

Ściany zwanej poczuciem beznadziei i
braku połączenia z czymś poza mną.

W końcu, po trzydziestce
doszłam do punktu, w którym
poczułam się zbyt zmęczona, by dalej to robić.

Szukać,
czytać,
poznawać,
rozpoczynać dziwne praktyki,
które oddalają od meritum zamiast do
niego zbliżać.

Wróciłam więc do początku.
Zaczęłam żyć prosto. 

CAM00977

Odrzuciłam pisane zasady.
I skupiłam się na etyce własnego serca.
Serca, które z natury chce dobra i miłości.

Bo wierzę, że naprawdę każde
serce tego właśnie chce.

Wróciłam do swojego ciała,
które leżało porzucone, niczym
brudny parobek niewart uwagi
„uduchowionej” arystokracji.

Pomogła w tym joga. Pomógł Lowen. Pomogły
zajęcia ruchowe oraz warsztaty pracy z ciałem.

Ale, choć pomocne, to nie one były celem,
tylko palcem wskazującą na furtkę.

Porzuciłam więc wszystkie religie
i filozofie na rzecz życia.

Doświadczania.
Próbowania.
Pytania.
Dociekania.

Dawania sobie prawa do przyjemności.
Cieszenia się z najprostszych rzeczy.

Słońca na twarzy.
Zapatrzenia się na łąkę pełną kwiatów.
Głębokiego oddechu.
Chodzenia boso po lesie.

Kontakt z Naturą zawsze
mnie uzdrawiał.

Wyleczyłam się z choroby
nie przyjmując ani jednej tabletki.

W przeciwieństwie do wszystkich religii,
natura, cykliczność, śmierć i rodzenie
zawsze były pierwotne.

PIERWOTNE.

Natomiast każda
filozofia i religia – WTÓRNE.
I dlatego prowadziły donikąd.

Kiedyś znalazłam w sieci anonimowy cytat,
który mógłby posłużyć za moje życiowe motto:

„Natura jest moją religią,
a Ziemia moją świątynią”.

Tak czuję. Że gdy jeszcze nie było niczego:

człowieka, ani jego religii czy pomysłów na to,
jak żyć, Natura była zawsze.

Narodziny były zawsze.
Śmierć była zawsze.
Zmiana była zawsze.

Ziemia rodziła.
I Ziemia zabierała.
Karmiła i wysuszała.

Okazuje się, że najbardziej
uduchowionymi byli ci najbardziej
ukorzenieni, ci najbliżej Ziemi.

Ci najbardziej prości.

„Prymitywni”, których nazywano
ciemnym ludem –

Poganie. Szamanie.
Wiedźmy. Wiejscy Prostacy.
Uzdrowiciele. Szeptuchy.

Niestety, do dziś historia
przedstawia ich jako nieświadomych
ludzi, którzy wierzyli/wierzą w zabobony.

Ja to widzę inaczej.

Życie blisko Natury, z poszanowaniem
cykli i uważanie żywiołów za bogów,

to nic innego jak pokora
i mądrość doświadczenia.

To świadczy o zrozumieniu czym jesteśmy
wobec potęgi Matki Ziemi.

Bo jesteśmy tylko pyłkiem
i tylko na chwilę.
Przynajmniej w tych ciałach.

Szamani, uzdrowiciele, poganie
potrafią dostroić się do tego, co większe
od nich samych. I widzą jak działają cykle.

Kiedyś człowiek nie mógł inaczej.
Oddzielenie od Natury oznaczało
rychłą śmierć.

Trzeba było nauczyć się tego dzikiego tańca
z ogniem, wodą, deszczem i błotem.

Trzeba było poznać, zrozumieć i pokochać
cykliczność, zmianę, pogodę i niepogodę.

Nie chcę nazywać tego religią.
Ani nie chcę tego nazywać jakkolwiek.

Wiem że każda nazwa porusza się
po relatywnym poziomie tego, co widzialne,
podczas gdy zjawiska i połączenie
są czymś „ponad to” – absolutnym.

Bo choć są praktyki szamańskie,
które intencjonalnie wzmacniają
łączność z Ziemią, są pieśni i medycyny roślin,

to jednak wciąż uważam, że wszystko
jest tylko środkiem do celu.

A celem jest bycie jednością.
Być połączonym.

Ze sobą.
Ze swoim sercem.
Z drugim człowiekiem.
Z tym co karmi, co rodzi,
co uśmierca i przyjmuje
do siebie z powrotem.

Jeśli też w to wierzysz,
to czy tego chcesz czy nie,
jesteś Szamanem.

Ktoś mnie niedawno zapytał,
jak weszłam na tę drogę.

Próbowałam znaleźć odpowiedź
– jeden punkt, który do tego etapu
doprowadził. Nie znalazłam.

Bo choć przez kilka lat
mieszkania w betonowych blokach
trochę zapomniałam o tej głębokiej
prawdzie, to jednak powrót był naturalny.

W końcu odchodzenie i powroty
to też część tego naturalnego procesu.

To część Natury.

Czy to zaprzeczenie duchowości?
Nie. Bo ciało i duch, niebo i ziemia
śmierć i narodziny to zawsze dwie
strony tej samej monety.

Rewers i awers.

Chodzę boso po lesie.
Głaskam drzewa, mówię do ptaków,
wdycham powietrze. Siadam na zwalonym
pieńku i patrzę na łąkę usianą kwiatami.

Niczego nie muszę.

Żadnych zasad, żadnych praktyk,
czy wyuczonych regułek.

Tylko cisza.

Ziemia pod nagimi stopami,
która uzdrawia to co chore i
karmi to, co głodne.

Pasuję idealnie i jestem pełna.
Zdrowo nakarmiona
sensem i miłością.

 

 

Reklamy

Syndrom „Czarnej Owcy”

Masz czasem wrażenie, że nie
pasujesz do własnej rodziny?

Że jesteś tak całkowicie różny i
odstający, że aż nieprawdopodobne,
że trafiłeś właśnie tu?

Ja tak miałam przez całe życie.
Zawsze inna, zawsze pod prąd.

Podczas, gdy nadrzędną cechą
większości osób w mojej rodzinie
był ekstrawertyzm oraz całkowite
przystosowanie, to ja miałam odwrotnie.

Nie lubiłam spotkań towarzyskich,
ani co sobotnich wyjazdów do miasta.

Nie lubiłam nocnego trybu życia,
dużego zamieszania i hałasu,
a założenie rodziny nigdy
nie było moim celem.

Ale ta inność przejawiała się
głównie w formie planów,
marzeń i wartości życiowych.

W wieku 16 lat stałam się
agnostyczką, by potem przechylić się
w stronę ateizmu.

Międzyczasie przeszłam na wegetarianizm
a przy stole zaczęłam prowadzić gorące debaty na
temat wartości życia czujących istot.

W wieku 20 lat trafiłam na capoeirę
i wpadłam totalnie.

Dziś myślę, że wcale nie chodziło
o sztuki walki,  ale o głośny śpiew.

Po dwóch godzinach treningu stawałam
razem z innymi w wielkim kręgu
i w rytm uderzeń bębna
śpiewałam po portugalsku.

Rodzice myśleli, że jestem w sekcie.

To tam poznałam mojego pierwszego
chłopaka. Miał dredy do pasa
i palił marihuanę.

Potem, spędzając wakacje na wsi,
zwoziłam do domu książki o zen.

Celowo zostawiałam je
na widoku, żeby rodzice mogli pytać.
A ja żebym mogła merytorycznie
odpowiadać.

Międzyczasie zmieniali się partnerzy.
A także zainteresowania i książki na stole.

Pojawiły się podręczniki
o buddyzmie tybetańskim,
o prawach zwierząt, o jodze,
szamanizmie i psychologii.

Pisałam opowiadania,
czytałam baśnie,
tworzyłam wiersze.

Uczyłam się ajurwedy,
chodziłam na akupunkturę,
tworzyłam ziołowe mieszanki.

Próbowałam medytować, i
ćwiczyć jogę, choć jeszcze wtedy
w zasadzie jej nie znałam.

Moimi mentorami w zależności
od dnia byli: Kasia Miller,  Wojtek Eichelberger,
Victor Frankl, Carl Gustav Jung i Arnold Mindell.

A za zarobione pieniądze, zamiast
na Kretę jechałam na miesiąc pod namiot.

Rodzina twierdziła, że jestem
co najmniej… dziwna.

Mimo to, każdego roku przy wigilijnym stole
byłam pytana:

kiedy ślub?
kiedy dzieci?
kiedy stała praca?

No i kiedy  wreszcie się uspokoję
i skończę z tymi dziwadłami…?

Odpowiadałam zawsze, że jestem
powołana do innych rzeczy.

I o ile moi rodzice zrozumieli i zaakceptowali,
o tyle dalsza rodzina wciąż myśli, że to żart 🙂

Bo przecież nie wiem na czym polega życie.
Bo jestem jeszcze młoda.
Naiwna. Lub nie spotkałam właściwego:

mężczyzny,
szefa,
pracy,
instynktu.

Zaakceptowałam to. Choć czasem
kuło ludzkie niezrozumienie.

Aż do niedawna, gdy natrafiłam na cytat
Berta Hellingera (tego od rodzinnych ustawień).

20190422_075952

Po przeczytaniu coś puściło.
Poczułam spokój, bo znalazłam
prawdę o sobie. Oto on:

„Jesteś marzeniem
wszystkich swoich przodków”.

„Tak zwane ‚Czarne Owce’ rodziny są
w rzeczywistości poszukiwaczami dróg
wyzwolenia dla drzewa genealogicznego.

Ci członkowie drzewa, którzy nie dostosowują się
do zasad lub tradycji systemu rodzinnego,

którzy stale szukają, aby zrewolucjonizować
przekonania, w przeciwieństwie do dróg
naznaczonych tradycjami rodzinnymi,

ci krytykowani, osądzani, a nawet odrzucani,
powołani do uwalniania drzewa powtarzających
się historii, które frustrują całe pokolenia.

‚Czarne owce’, ci, którzy się nie adaptują,
ci, którzy krzyczą,
buntują się,
naprawiają,
detoksykują
i tworzą nową, kwitnącą gałąź.

Niezliczone niespełnione pragnienia,
niespełnione sny,
sfrustrowane talenty naszych przodków
manifestują się w ich buncie, szukając swego ujścia.

Drzewo genealogiczne, przez bezwładność,
będzie chciało nadal utrzymywać kastracyjny
i toksyczny kierunek swojego pnia,
co sprawia, że ​​twoje zadanie jest trudne
i problematyczne.

Jednak nikt nie może sprawić,
byś zwątpił.

Zaopiekuj się swoją
wyjątkowością jako najcenniejszym
kwiatem swojego Drzewa.”

Bert Hellinger

***
I nagle widzę jak
wszystko się zgadza.

Bo gdy patrzę wstecz widzę
moją mamę, która nigdy nie czuła
instynktu macierzyńskiego, ale
żyjąc na małej wsi, czuła, że „musi”.

I widzę moją babcię. Matkę czwórki dzieci.
Kobietę odważną, szaloną, przebojową,
od „zawracania chmur”, która chciała
żyć za dwie, ale wyszło … inaczej…

Ile jeszcze było takich historii
po stronie kobiet w mojej rodzinie?
Nie wiem, bo mam informacje
tylko z dwóch pokoleń.

Może cofnę się jeszcze, żeby
wysłuchać,
zrozumieć i
odpuścić.

Podziękować przodkiniom,
które miały marzenia,
ale poległy.

Zwolniły. Wycofały się.
Lub wystraszyły.

Ostatecznie przecież, to dzięki nim
jestem tu gdzie jestem. I jestem tym
kim mnie uczyniły.

Przez myśli,
słowa
działania
sny
i życzenia.

Dla Was i dla siebie zaopiekuję
się kwiatem naszego Drzewa.