Archiwa tagu: wegetarianizm

Syndrom „Czarnej Owcy”

Masz czasem wrażenie, że nie
pasujesz do własnej rodziny?

Że jesteś tak całkowicie różny i
odstający, że aż nieprawdopodobne,
że trafiłeś właśnie tu?

Ja tak miałam przez całe życie.
Zawsze inna, zawsze pod prąd.

Podczas, gdy nadrzędną cechą
większości osób w mojej rodzinie
był ekstrawertyzm oraz całkowite
przystosowanie, to ja miałam odwrotnie.

Nie lubiłam spotkań towarzyskich,
ani co sobotnich wyjazdów do miasta.

Nie lubiłam nocnego trybu życia,
dużego zamieszania i hałasu,
a założenie rodziny nigdy
nie było moim celem.

Ale ta inność przejawiała się
głównie w formie planów,
marzeń i wartości życiowych.

W wieku 16 lat stałam się
agnostyczką, by potem przechylić się
w stronę ateizmu.

Międzyczasie przeszłam na wegetarianizm
a przy stole zaczęłam prowadzić gorące debaty na
temat wartości życia czujących istot.

W wieku 20 lat trafiłam na capoeirę
i wpadłam totalnie.

Dziś myślę, że wcale nie chodziło
o sztuki walki,  ale o głośny śpiew.

Po dwóch godzinach treningu stawałam
razem z innymi w wielkim kręgu
i w rytm uderzeń bębna
śpiewałam po portugalsku.

Rodzice myśleli, że jestem w sekcie.

To tam poznałam mojego pierwszego
chłopaka. Miał dredy do pasa
i palił marihuanę.

Potem, spędzając wakacje na wsi,
zwoziłam do domu książki o zen.

Celowo zostawiałam je
na widoku, żeby rodzice mogli pytać.
A ja żebym mogła merytorycznie
odpowiadać.

Międzyczasie zmieniali się partnerzy.
A także zainteresowania i książki na stole.

Pojawiły się podręczniki
o buddyzmie tybetańskim,
o prawach zwierząt, o jodze,
szamanizmie i psychologii.

Pisałam opowiadania,
czytałam baśnie,
tworzyłam wiersze.

Uczyłam się ajurwedy,
chodziłam na akupunkturę,
tworzyłam ziołowe mieszanki.

Próbowałam medytować, i
ćwiczyć jogę, choć jeszcze wtedy
w zasadzie jej nie znałam.

Moimi mentorami w zależności
od dnia byli: Kasia Miller,  Wojtek Eichelberger,
Victor Frankl, Carl Gustav Jung i Arnold Mindell.

A za zarobione pieniądze, zamiast
na Kretę jechałam na miesiąc pod namiot.

Rodzina twierdziła, że jestem
co najmniej… dziwna.

Mimo to, każdego roku przy wigilijnym stole
byłam pytana:

kiedy ślub?
kiedy dzieci?
kiedy stała praca?

No i kiedy  wreszcie się uspokoję
i skończę z tymi dziwadłami…?

Odpowiadałam zawsze, że jestem
powołana do innych rzeczy.

I o ile moi rodzice zrozumieli i zaakceptowali,
o tyle dalsza rodzina wciąż myśli, że to żart 🙂

Bo przecież nie wiem na czym polega życie.
Bo jestem jeszcze młoda.
Naiwna. Lub nie spotkałam właściwego:

mężczyzny,
szefa,
pracy,
instynktu.

Zaakceptowałam to. Choć czasem
kuło ludzkie niezrozumienie.

Aż do niedawna, gdy natrafiłam na cytat
Berta Hellingera (tego od rodzinnych ustawień).

20190422_075952

Po przeczytaniu coś puściło.
Poczułam spokój, bo znalazłam
prawdę o sobie. Oto on:

„Jesteś marzeniem
wszystkich swoich przodków”.

„Tak zwane ‚Czarne Owce’ rodziny są
w rzeczywistości poszukiwaczami dróg
wyzwolenia dla drzewa genealogicznego.

Ci członkowie drzewa, którzy nie dostosowują się
do zasad lub tradycji systemu rodzinnego,

którzy stale szukają, aby zrewolucjonizować
przekonania, w przeciwieństwie do dróg
naznaczonych tradycjami rodzinnymi,

ci krytykowani, osądzani, a nawet odrzucani,
powołani do uwalniania drzewa powtarzających
się historii, które frustrują całe pokolenia.

‚Czarne owce’, ci, którzy się nie adaptują,
ci, którzy krzyczą,
buntują się,
naprawiają,
detoksykują
i tworzą nową, kwitnącą gałąź.

Niezliczone niespełnione pragnienia,
niespełnione sny,
sfrustrowane talenty naszych przodków
manifestują się w ich buncie, szukając swego ujścia.

Drzewo genealogiczne, przez bezwładność,
będzie chciało nadal utrzymywać kastracyjny
i toksyczny kierunek swojego pnia,
co sprawia, że ​​twoje zadanie jest trudne
i problematyczne.

Jednak nikt nie może sprawić,
byś zwątpił.

Zaopiekuj się swoją
wyjątkowością jako najcenniejszym
kwiatem swojego Drzewa.”

Bert Hellinger

***
I nagle widzę jak
wszystko się zgadza.

Bo gdy patrzę wstecz widzę
moją mamę, która nigdy nie czuła
instynktu macierzyńskiego, ale
żyjąc na małej wsi, czuła, że „musi”.

I widzę moją babcię. Matkę czwórki dzieci.
Kobietę odważną, szaloną, przebojową,
od „zawracania chmur”, która chciała
żyć za dwie, ale wyszło … inaczej…

Ile jeszcze było takich historii
po stronie kobiet w mojej rodzinie?
Nie wiem, bo mam informacje
tylko z dwóch pokoleń.

Może cofnę się jeszcze, żeby
wysłuchać,
zrozumieć i
odpuścić.

Podziękować przodkiniom,
które miały marzenia,
ale poległy.

Zwolniły. Wycofały się.
Lub wystraszyły.

Ostatecznie przecież, to dzięki nim
jestem tu gdzie jestem. I jestem tym
kim mnie uczyniły.

Przez myśli,
słowa
działania
sny
i życzenia.

Dla Was i dla siebie zaopiekuję
się kwiatem naszego Drzewa.

Chorujesz? Uważaj. Dla lekarza jesteś tylko maszyną z wadliwą częścią

„Epoka po antybiotykach będzie
oznaczała w praktyce koniec
takiej medycyny, jaką dziś znamy.

Zdarzenia tak banalne, jak angina lub
podrapane kolana, mogą znowu być,
jak przed laty przyczyną śmierci”

Dr Margaret Chan

Nie przydarza mi się to często.
Właściwie, nie przydarza
mi się to nigdy.

Ale przecież jestem tylko człowiekiem.
Silnym i słabym jednocześnie.

Zaczęło się od kilku dni bez snu.

Nie. Nie zarwałam nocy.

Po prostu miałam problem
z zapadnięciem w fazę NREM
która regeneruje cały organizm.

W efekcie tego, przez 72 godziny
byłam w stanie permanentnej czujności.

Jeśli dodać do tego stres związany z:
przeprowadzką,
meblowaniem,
podpisywaniem umów,
remontem,
i odwiedziny IKEI czterokrotnie,

nic dziwnego, że kilka dni później
obudziłam się z bolącym gardłem.

Trochę to ignorowałam, więc po kilku dniach
całkowicie straciłam głos.

Tej samej nocy, gdy z moich ust nie chciał się
wydobyć jakikolwiek dźwięk,
nie zmrużyłam oka do 4 rano.

Może głupio to zabrzmi, ale bałam się, że się uduszę,
lub  zachłysnę własną flegmą, która w nocy właśnie
postanowiła opuścić moje zatoki.

(Chór wzdycha! Wybaczcie tę dramaturgię)

Wiedziałam, że w takim stanie
nie pójdę do pracy.

Bo przecież nie spałam.
I nie mam głosu. I roznoszę zarazki.
Potrzebowałam lekarskiego zwolnienia!

Udałam się do publicznej przychodni
w której ostatnio byłam siedem lat temu.

Po wypełnieniu tysiąca druczków,
pod nadzorem burkliwej i najwyraźniej
nieszczęśliwej recepcjonistki weszłam
na piętro, żeby wysiedzieć swoje.

A tam wpadłam w depresję.

W poczekalni było trzydziestu ludzi.
Na ogół starsi, po 75-roku życia.

Smutni. Szarzy. Schorowani.
I z nadwagą.

Wyglądali dokładnie tak, jak wyglądała
ta pożal się boże postkomunistyczna przychodnia,
w której gumolit na podłodze świadczył o tym, że NFZ
lata świetności ma dawno za sobą.

Odrapane, brudne ściany i skrzypiące
drzwi, tylko jeszcze bardziej utwierdziły mnie
w przekonaniu, że jeśli chodzi o publiczną
opiekę zdrowia, to ich czas zatrzymał się w epoce Gierka.

A także „prozdrowotne” metody. 

Po odczekaniu trzech godzin w kolejce,
i wysłuchaniu litanii chorób pacjentów, którzy
najwyraźniej odwiedzają placówkę tak często,
jak ja warzywniak, nadeszła moja kolej.

-Pani Gulbicka? Zapraszam. 

Obyło się bez niespodzianek:

– Co to jest? – pytam lekarki,
która bez słowa wyjaśnień podsunęła mi
pod nos wydrukowaną karteczkę.

-Antybiotyk.

-Aha. Nie obędzie się bez?- pytam.
– Niestety. Z mojej strony to wszystko.
Do widzenia.

Nic dziwnego, że ludzie wciąż chorują. 

A jeśli nie chorują dosłownie, to coraz
gorzej się czują.

Gdybym co infekcję
łykała antybiotyki, moja zapadalność
na choroby też wynosiłaby 2-3 razy na rok.

Ale nie oszukujmy się.
Przyszłam tu tylko po L4.

Po wyjściu z przychodni, wsiadłam do SKM-ki,
która zawiozła mnie do Centrum Homeopatii.

I co za zmiana! 

Placówka była piękna, świeża, nowoczesna,
a w poczekalni siedzieli ludzie w kwiecistych
koszulach, którzy opowiadali dowcipy.

Recepcjonistka, z uśmiechem wskazała
mi miejsce, informując, że skoro się nie
zapisywałam, homeopata przyjmie mnie
na samym końcu.

I pyta przy tym, czy czegoś
mi trzeba? Może wody, ziół albo herbaty?

Po dziesięciu minutach z gabinetu
wyszedł lekarz.

Starszy, dziarski, szczupły, w kraciastej koszuli
i dobrze skrojonych dżinsach.

Uwagę
przykuły jego oczy.

Niebieskie. Duże. Żywe.
ŻYWE.

-Pani do mnie? – zapytał z uśmiechem.

-Tak. Ale nie zapisywałam się.
Pani w recepcji powiedziała, że
mam być ostatnia – wyjaśniłam.

-Dlaczego miałaby być pani ostatnia,
skoro pani już jest. Zapraszam – wskazał na
niebieski gabinet pachnący miętą.

(A może to był Amol?)

Nie będę Wam przytaczać
szczegółów całej wizyty.

Chcę tylko wskazać jak różne może
być podejście lekarza do pacjenta.

Ten człowiek mnie słuchał.

Patrzył w oczy. Uśmiechał się.
Wypytał o styl życia i aktywności.

I gdy na końcu dodałam że:
– Praktykuję jogę…- opowiedział mi
historię swojego życia.

O tym, jak w latach 60. wraz z dwójką
innych przyjaciół byli pierwszymi, którzy
propagowali jogę w Polsce.

I jak kilka lat później
napisał o tym doktorat.

I o tym, jak dzisiejsze podejście do jogi
różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat.

Z gabinetu wyszłam po trzydziestu minutach
z odręcznie wypisaną receptą na dwa leki
homeopatyczne, które wydała mi pani na recepcji.

Czy pomogły? 

Oczywiście.
Po trzech dniach
regularnego stosowania
poczułam się dobrze.

Owszem, jest jeszcze chrypka i kichanie,
ale zero skutków ubocznych, których
miałabym mnóstwo po antybiotykach.

Homeopatia, podobnie jak ziołolecznictwo,
ajurweda czy medycyna chińska traktuje
człowieka holistycznie, a więc jako organiczną całość.

Te metody mają ponad 2.500 lat i bazują na
zdolności organizmu do samoleczenia.

Medycyna zachodu natomiast, jest
gałęzią nauki, która wzięła swój
początek w XVII wieku.

Podąża za tęgimi umysłami: Kartezjuszem i
Newtonem, a więc traktuje
człowieka jak maszynę.

Naoliwić. Naprawić.
Zoperować. Wyciąć. Wstawić.

Podziękuję.

Nie twierdzę, że jest zła, bo w sytuacjach
nagłych jest często niezawodna.

Myślę jednak, że ludzie zbyt często
oddają odpowiedzialność za swoje zdrowie
w  jej techniczne zimne ręce.

I zamiast polepszać jakość życia,
tylko odwlekają chorobę.

Nasunęła mi się taka myśl.

Że zarówno w jednym jak i w drugim
gabinecie zostałam potraktowana
dokładnie tak jak powinnam.

Tzn. z zakładaną normą.

Lekarka NFZ odhaczyła mnie
na liście jako „załatwione”.

Przyszedł problem, odszedł problem.
Było chore gardło. Jest antybiotyk.

Zero rozmowy. Zero pytań. Zero kontaktu
wzrokowego czy zwykłego, ludzkiego ciepła.

W drugim przypadku otrzymałam nie tylko
zainteresowanie, ale również relację.

Taką, jaką powinien dać każdy człowiek
który zajmuje się medycyną holistyczną.

Widzę cię.
Słyszę cię.
Jesteś dla mnie ważny.
Pomogę ci zrozumieć problem.

Tak niewiele, a jednak tak wiele.
Różnica w podejściu, która bardzo
często przesądza o skutku.

Bo uwierzcie mi – to jak traktuje
nas lekarz też wpływa na rezultat leczenia.

Już słyszę te gromkie głosy przeciwników
starożytnej medycyny.

Że to zwykli hochsztaplerzy.
Że oszuści.
Naciągacze.
Znachorzy.
Że nie ma dowodów.
Że korzystają z naiwności.

Tak. Spotkałam się z takimi
zarzutami. I wiecie co myślę?

Że oszuści zdarzają się w każdej
profesji. Natomiast uprzedzenia do
całej gałęzi starożytnych metod leczenia
mogą wynikać tylko z jednego.

Z braku znajomości swojego ciała.
Z odcięcia od korzeni. Z życia w
betonowym świecie, do którego
Matka Natura nie ma wstępu.

Z braku intuicji w końcu.

Przyjdzie jednak dzień,
w którym Natura się o nas upomni.
Może poprzez chorobę czy ból.
A może poprzez śmierć (to na pewno!).

Jednak póki oddychamy, nie jest
za późno. Zamiast niszczyć to, co
w nas żywe, wsłuchajmy się.

Poczujmy.

Aż przyjdzie zrozumienie.
Ale nie poprzez logikę czy umysł.

Poprzez ciało.
Oddech.
Intuicję.

To najczęściej mieszka
prawda o nas samych.

Niezmyślona.
Ale zrodzona z korzeni przodków.
i każdej żywej istoty.

 

Babka orkiszowa

Pamiętam niemal każdą niedzielę
spędzoną u babci za Grudziądzem.

Pamiętam je ze względu na to, że
zjeżdżała się wówczas cała rodzina
a to sprawiało, że czułam się częścią
czegoś większego.

Byłam przynależna.
Stanowiłam element większej układanki.
Wielopokoleniowej rodziny.

Babcia czekała na nas z obiadem
i kompotem z gruszek, które
rosły w ogródku. A po obiedzie było ciasto.

Jeśli ktoś miał urodziny, były to
wykwintne wielokolorowe torty,
przekładane kremem cytrynowym
lub śmietankowym.

Babcia robiła je sama.
Nie uznawała kupnej łatwizny.
Potrafiła wstawać o 4 rano i piec, by
wszystko było gotowe w samo południe.

Pamiętam babciny sernik z budyniem,
i pamiętam babkę która była zawsze,
niezależnie od dnia tygodnia.

Pewnie dlatego najbardziej zapadła mi w pamięć.
Dziś, gdy chcę sobie dogodzić, gdy mam
potrzebę zatańczenia ze wspomnieniami,
piekę ją sama.

Dwukolorowa babka u babci była czymś tak pysznym
a jednocześnie oczywistym, jak to, że po niedzieli
następuje poniedziałek.

Piekę ją na oleju, jak w babcinym oryginale,
z tą różnicą, że zamiast białego cukru daję ksylitol
a zwykłą mąkę zastępuję ukochanym orkiszem.
Przepis jest prosty i nie może się nie udać 🙂

20171202_100157

BABKA ORKISZOWA:

Składniki:
-1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej typu 600 lub 700
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-3/4 i ciut szklanki ksylitolu (niepełna szklanka)
-3/4 szklanki oleju rzepakowego
-2-3 łyżeczki kakao
-4 jaja

Wykonanie:
Potrzebujemy dwóch misek. 
Do jednej wsypujemy 3 rodzaje mąk
i proszek do pieczenia i przesiewamy,
żeby się dobrze wymieszały

Do drugiej wbijamy 4 jajka, roztrzepujemy je
i dodajemy ksylitol. Ubijamy do lekkiej pianki.
Powoli dodajemy olej i mieszamy łyżką, żeby
masa pochłonęła go całkowicie. Teraz
stopniowo dosypujemy wymieszaną mąkę z
proszkiem i energicznie mieszamy.

Gdy masa jest już jednolita, dzielimy ją
na dwie równe części. Odlewamy 1/2 masy
do drugiej miski i dodajemy 2 lub 3
czubate łyżeczki 
kakao. Mieszamy.

Do keksowej (podłużnej) formy wyłożonej
papierem wylewam na spód masę kakaową.
Po minucie dodaję jasnego ciasta. Wylewam
je do formy pomagając sobie łyżką, tak żeby
w zupełności pokryła kakaową masę.

Wstawiamy do zimnego piekarnika
a temperaturę ustawiamy na 160 stopni.
Nagrzewamy sam dół (wtedy ciasto ładnie
wyrośnie). Po 30-35 minutach dodaję 
nagrzewanie z góry.

Ciasto jest gotowe po 60 minutach od
momentu wstawienia. Jeżeli widać na
jego wierzchu pęknięcia, to dobry znak.
Po 15 minutach od wyłączenia, można
otworzyć drzwiczki. Smacznego! 🙂

Poradnik łasucha

Gdyby jakiś laik przypadkiem otworzył
moją kuchenną szafkę, pomyślałby zapewne,
że w tym domu mieszka osobliwy chemik.

Szafki bowiem zawierają dziesiątki
produktów o mało wdzięcznych nazwach:
ksylitol, erytrol, malitol, karob,
demerara. 
Cóż to takiego?

Ci, co lubią eksperymentować w kuchni
i choć raz w życiu odwiedzili sklep ze zdrową
żywnością, wiedzą, że pod obcymi nazwami
kryją się słodkie skarby; to co łasuchy lubią
najbardziej, a więc CUKIER.

Słodki smak jest najbliższy mojemu serca.

Kocham go, choć wspólnie mieliśmy
różne momenty: rozstania i powroty,
miłość i nienawiść, ekscytację a w końcu
o ironio, gorzkie rozczarowanie.

Cukier, niczym toksyczny przyjaciel pomagał
zapominać o tym, co złe, mamiąc iluzją szybkiej
radości. Podnosił glukozę we krwi, trzustka strzelała
insuliną w zatrważającym tempie a moja głowa
uzależniała się coraz bardziej.

Trzykrotnie przekroczona wartość
amylazy w badaniach okresowych oraz podejrzenie
nowotworu zatrzymały jednak to błędne koło
kompensowania sobie miłych uczuć.

Cukier to jeden z najpoważniejszych czynników
powodujących choroby nowotworowe.

Tworzy kwaśne (a więc idealne) środowisko dla
grzybów, bakterii i obcych komórek oraz
sprawia, że większość organów jest w stanie
wiecznej ekscytacji a więc nadaktywności.

Dziś cukier nie odgrywa już tak wielkiej roli
w moim życiu. Nauczyłam się bez niego żyć.
Stwierdziłam, że prawdziwa słodycz mieszka
gdzieś indziej niż w białych kryształkach.

W drugim człowieku, w samoakceptacji,
kreatywności i rozwoju duchowym

Rok na detoksie sprawił, że zaczęłam
czuć słodycz naturalnych produktów a zamiast
uciekać od problemów, zaczęłam je obserwować,
akceptować a w końcu rozwiązywać.

Dzisiaj, po wielu latach walk, z czystym
sumieniem mogę powiedzieć, że jestem wolna.

Jestem wolna od cukru, a raczej od tego co
cukier mi dawał. Nie szukam w nim
ucieczki, od tego co przykre a przyjemność
odnajduję poprzez inne zmysły.

Piękne zapachy, słodkie widoki, ruch,
i dotyk. Dziś bawi mnie szuranie butami
w mokrych liściach i zabawa z psem w chowanego.

20171114_114625

Słodycze? Oczywiście, że jem. Ale takie,
które zrobię sama, z miłością do siebie
i wszystkich, których nakarmię.

Wybieram to, co zdrowe, sprawdzone
i bezpieczne. Przetestowałam: melasę trzcinową,
cukier kokosowy, demerarę, syrop klonowy,
syrop daktylowy, erytrol oraz ksylitol.

Oto garść moich wniosków 
popartych osobistym doświadczeniem:

DEMERARA (SUROWY CUKIER TRZCINOWY)
Najlepszy zamiennik cukru do ciast, ze względu

na podobną strukturę chemiczną i jakość smaku.
Nadaje się do wszystkich ciast, a jego GI (Indeks
Glikemiczny) wynosi 87. To dużo. Cukrzycy zatem
powinni 
go unikać, a osoby zdrowe mogą spożywać w
ograniczonych ilościach (nieoczyszczony cukier zawiera
łatwo przyswajalne żelazo i magnez). 

CUKIER KOKOSOWY
Zawiera dużo przyswajalnego żelaza,
bo aż 72mg/100g (co zaspokaja 514% dziennego
zapotrzebowania na ten składnik). Ma niższy
indeks glikemiczny od cukru trzcinowego, bo
jedynie 35 jednostek. Z powodzeniem można
dodawać go do ciast.

Moja jedyna uwaga: ten cukier
wysusza ciasto. Licz się z tym, by dodać
odrobinę więcej oleju. Z uwagi na barwę
(jest ciemnobrązowy) nadaje się tylko do
ciemnych wypieków (murzynek, piernik etc.)

KAROB I MELASA TRZCINOWA
Karob (melasa z chleba świętojańskiego)
 i melasa trzcinowa to słodziki o gęstej,
półpłynnej 
konsystencji o ciemnoczekoladowej barwie.

Nadają się do naleśników, racuchów, kaszy
owsianej lub jaglanki. 
Świetnie sprawdzają się
w okresie jesienno-zimowym. 
Podnoszą odporność
i pomagają osobom z 
problemami trawiennymi i
refluksem. Melasa może być stosowana

przez cukrzyków oraz osoby na diecie.
Posiada właściwości antyoksydacyjne, a więc sprawdza
się w profilaktyce przeciwnowotworowej.

Melasa przez wiele lat była uważana za
produkt uboczny (czyli to, co powstawało
przy produkcji cukru rafinowanego). Dopiero
kilka lat temu odkryto, że to co uważane
za produkt uboczny jest w zasadzie kilkukrotnie
bardziej odżywcze niż produkt  finalny,
czyli biały cukier. Ze względu na konsystencję melasy
możesz użyć jej przy pieczeniu ciastek  oraz
„mokrych ciast”. (Wkrótce zamieszczę
przepis na wegańskie ciasto bananowe słodzone karobem.)

ERYTROL
Erytrol odkryłam całkiem niedawno, zupełnie 
przypadkowo trafiając na promocje produktów eko
w gdańskim supermarkecie. Ten cukier to białe złoto
dla cukrzyków i odchudzających się.

Jego indeks glikemiczny
wynosi 0 i ma 10-krotnie mniej kalorii od zwykłego cukru.
Erytrol nie jest metabolizowany przez ludzki organizm.
W praktyce oznacza to, że zostaje szybko wydalony z organizmu
bez przykrych skutków trawiennych (choćby takich
jak wzdęcia). Jedna uwaga, jest mniej słodki od
cukru, czyli, piekąc ciasto pamiętaj, by dodać go więcej.
Kiedy w przepisie jest 1 szklanka cukru,
dodaj o 1/3 więcej.

KSYLITOL
A to mój ulubiony słodzik, który odkryłam
dzięki książkom Karoliny i Macieja Szaciłło.

Ksylitol jest pozyskiwany z kory fińskiej brzozy.
Ma 40% mniej kalorii od cukru i bardzo niski indeks
glikemiczny=7. Działa przeciwpróchniczo, pozwala 
przyswajać wapń i pomaga osobom z problemami
trawiennymi, bo nie fermentuje w żołądku.

Z powodzeniem może być stosowany przez osoby
chorujące na przerost drożdży w organizmie
(Kandydoza). Jeśli rozpoczynasz przygodę 
z ksylitolem, zacznij od małych dawek. W pierwszych
dniach ksylitol może powodować wzdęcia i
przeczyszczenie, ze względu na to, że organizm musi
przyzwyczaić się do tej organicznej substancji. Po kilku
dniach problem ustaje. Dla mnie jest mniej słodszy
od cukru (mimo że opakowania mówią co innego).

Nadaje się do suchych ciast takich jak babka. Ksylitol
nie ulega procesowi krystalizacji, więc dodając go do
babki możesz użyć mniej oleju (ciasto i tak będzie wilgotne).
Jeśli w przepisie mam 3/4 szklanki cukru dodaję pełną szklankę.
Dla mnie to idealny zamiennik białego cukru.

W swoją stronę

Zaczęło się jedenaście lat temu.
choć to nie była moja pierwsza próba,
lecz druga lub trzecia, przy czym obie
spaliły na panewce.

Pierwszy raz starałam się rok wcześniej,
gdy mieszkałam w akademiku.

Do małej pokojowej lodówki włożyłam
sześć pasztetów sojowych i dwie paczki
sojowych wędlin. Kupiłam cztery kilo
ziemniaków i surową marchewkę.
Myślałam, że to wystarczy.

Niestety, miałam za mało wiedzy.

Odpadłam w przedbiegach i po
miesiącu jedzenia pasztetów z soi wywiesiłam
białą flagę. Po prostu zabrałam się do tego
z nieodpowiedniej strony.

Zmądrzałam dopiero po roku.

Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam:
Szalonego Kowboja Howarda Lymana,
Spór o prawach zwierząt Petera Singera, a także polski
stary bestseller Wszystko o wegetarianizmie Marii Grodeckiej.

Oto nagle stało się jasne, gdzie popełniałam błędy.
Myślałam, że wystarczy pozbyć się mięsa (którego
i tak jadłam szczątkowe ilości), uzupełnić to soją
voilà! Wszystko gotowe! Otóż, wcale nie!

20171101_105645

Te pierwsze trzy książki, które przeczytałam
były ledwie wstępem do czegoś większego.

Nadały kierunek mojej drodze i choć
dalej popełniałam błędy, to też korzystając
z doświadczenia innych, dojrzalszych osób,
szybko modyfikowałam własne eksperymenty.

Najgorsze jednak było tłumaczenie
innym, dlaczego to robię. Bo przecież każdy pytał.

Mama, tata, oby dwie babcie, kuzynostwo,
najbliżsi znajomi, koledzy ze studiów.

Było najgorsze, nie dlatego, że nikt
nie podchodził do sprawy z otwartym
umysłem i szacunkiem ale dlatego, że
nikt nie potrafił zrozumieć mojego punktu widzenia.

A mianowicie, że swoich przyjaciół nie zjadam.

Moje serce było pełne miłości do zwierząt
już odkąd byłam małym szkrabem.

Kochałam psy, krowy i konie, głaskałam mokre ryjki
świni, które karmiłam z sąsiadką, pomogałam
pisklakom, które wypadały z ptasich gniazd.

Nigdy nie czyniłam między nimi żadnej różnicy,
czego pokłosiem było siedzenie nad zimnym
talerzem obiadu, do którego kapały łzy i smarki.

-Nie odejdziesz od stołu, póki nie skończysz
upominali rodzice.

Więc nie odchodziłam.
Siedziałam nad talerzem i płakałam godzinami.
To co dla nich było rarytasem, mnie przyprawiało
o mdłości.

******

Jakiś czas temu byliśmy z Michałem w kinie.
Pokot. Film Agnieszki Holland na podstawie
powieści Olgi Tokarczyk, Prowadź swój pług
prze kości umarłych.

Znałam książkę,
czytałam ją dwukrotnie, ale chciałam obejrzeć
to jeszcze w kinie. Zobaczyć Duszejko z perspektywy
sławnej reżyserki. Znów z nią trochę pobyć, niczym
ze starą znajomą. Po powrocie z kina usłyszałam:

-Chyba przestanę jeść mięso…
-Bo…?
-Ten film mnie wzruszył; dotknął mnie.

Spojrzałam na Michała podejrzliwie.
Właśnie kończył robić kanapkę z masłem i wędliną.

Wiedziałam, że nic z tego. Że to tak nie działa.
To nie jest rzucanie papierosów, bo kumolog
zabronił ci palić. To nie jest odstawienie cukru,
czy alkoholu, bo robisz po nim głupie rzeczy.

To coś więcej. To filozofia życia. Wyświechtane słowo,
a jednak olbrzymie znaczenie. Bo filozofia to idee
największe wartości i emocjonalne potrzeby. Coś
co jest na samym szczycie życiowych priorytetów.

Michał jest wrażliwy i empatyczny. Ale niejedzenie mięsa
i idea wegetarianizmu nigdy nie stała u niego na podium.

-Nie rób tego– odpowiedziałam
-Co? Jak to? Nie chcesz? Ty???
-Chcesz to zrobić z nieodpowiednich pobudek.

A to musi być głos serca. Głos, który krzyczy w tobie
przez wiele lat. To nie może być poświęcenie. To powinno
być całkowicie naturalne, twoje moralne poczucie słuszności.

Michał nie został wegetarianinem, i nawet nie jest mu blisko.
Zrobił inne rzeczy w które wierzy. Wpłacił pieniądze na konto
schroniska, rzucił palenie i zrezygnował z gier.
Każdy ma swoje priorytety i osobiste wartości.

Misjonowanie nigdy nie przyniosło
niczego prócz kłótni i rozlewu krwi.

******

Zawsze byłam za cichą rewolucją.
Czyli taką, która odbywa się we własnym sumieniu.

Nie krzyczysz światu o sobie, nie namawiasz innych
do własnych przekonań. Jak mawiał Mahatma Gandhi,
bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie. 

Te jedenaście lat bycia wegetarianką były i wciąż są
dynamiczną zmianą. Ta droga nigdy nie ma końca.

Zaczęło się od tego, żeby nie szkodzić istotom.
Prosta sprawa, prawda? Jednak ta mała rzecz
doprowadziła mnie dalej. Do prawdy, która
wcale nie jest jednolita i miła.

Oto okazuje się, że hodowle przemysłowe
powodują wzrost CO2 i metanu do atmosfery,
co przyspiesza zmiany klimatyczne w zatrważającym tempie.
(aktualnie +1 stopień Celsjusza). Topnieją lodowce,
w Ameryce robi się cieplej, a w Europie chłodniej.

Dalej. Bank Światowy wykorzystuje kraje Trzeciego Świata,
zadłuża je, a w ramach spłaty wymaga udostępnienia koncernom
przemysłowym wielkich połaci jeszcze nieskażonej ziemi pod uprawę zbóż.

Szczytny cel, prawda? Tyle, że zboża (głównie kukurydza i soja GMO)
nie mają służyć likwidacji głodu na świecie, a wykarmieniu
bydła hodowanego w niewoli, na to by napełniać ogromne
brzuchy Amerykańskich smakoszy.

Dalej. 90% popularnych zbóż, które dostępne są w sklepach,
są modyfikowane genetycznie.

Ludzie (zwłaszcza nasze pokolenie lat 80-tych)
chorują na nowotwory, co jak myślę, ma ze sobą
ogromny związek, jak również to, że od dziecka
nauczono nas spożywać śmieciowe, mocno przetworzone
jedzenie, które zawiera toksyczne substancje
(jak syrop fruktozowo-glukozowy),GMO, antybiotyki oraz pestycydy.

I żeby było zabawniej. Ci sami ludzie na ogół
nie widzą związku.

Uskarżają się na swój stan zdrowia, oddają się w ręce
lekarzy, a ci z reguły nie wiedząc nic o zdrowym żywieniu
( bo na 6-letnich studiach mięli o tym ledwie 25 godzin zajęć)
karmią pacjentów kolejną chemią i przetworzonymi farmaceutykami.

Moja koleżanka, która wiecznie choruje na zapalenie
górnych dróg oddechowych (i zawsze je cukier, nabiał
i pije gazowaną wodę) na moje pytanie, czemu w końcu
o siebie nie zadba i zmieni diety na zdrową, ciepłą i ekologiczną,
odpowiedziała, że JEJ NIE STAĆ (!).

Przy czym stać ją na firmowe buty
i nowe sukienki. Ręce opadają.
Ale nic nie mówię, bo ci, którzy nie chcą
wiedzieć, zamykają oczy i uszy na niewygodną prawdę.
Bo prawda jest taka, że ŚWIADOMOŚĆ bywa bolesna,
a IGNORANCJA zawsze jest miękka i puchata.

******

Jedna droga doprowadziła mnie w tysiąc podobnych.

Bo rozwijając świadomość liczysz się z tym, że dotrzesz w
obce rejony i będziesz musiał podjąć kolejne wyzwania.

O tym wszystkim przypomniały mi, Głosy rewolucji żywnościowej,
książka z 2014 roku, dwójki idealistów: Johna Robbinsa
i jego syna Ocena, która wpadła mi w ręce podczas wrześniowej wyprzedaży.

20171101_105738

Jest to zapis rozmów z najważniejszymi
niezależnymi ekspertami ds. żywności organicznej,
GMO, zadłużenia Krajów Trzeciego Świata, lekarzy, dietyków
ekologów, publicystów i zaangażowanych w Fair Trade.

Wiedza, którą oferuje lektura, była mi już znana
i oczywista, a ta pozwoliła mi ją usystematyzować.

Telomeraza, angiogeneza, BDMC. Te kosmicznie
brzmiące nazwy od wielu lat nie są mi obce.

Bo decydując się na życie w prawdzie i w zgodzie z własnym sumieniem
nagle dowiedziałam się o rzeczach o których świat nie mówi.
Bo politykom, wielkim korporacjom i 2% najbogatszych
ludzi świata jest to nie w smak.

I nie chodzi o to, by zwariować (a w natłoku sprzecznych
informacji, można), lecz by zrobić wszystko co w naszej
mocy, aby zadbać o siebie w tym trudnym, bo oderwanym
od Natury świecie. Może się wydawać, że naszą misją,
jest wegetarianizm lub zdrowa antynowotworowa dieta.

Tymczasem są to tylko drogi prowadzące do celu głównego.
A jest nim powrót do Natury i nauka życia w zgodzie
z odwiecznymi jej prawami, dokładnie tak,
jakby nas też dotyczyły.

Bo przecież dotyczą, bez wyjątku.
I dlatego, to co holistyczne wraca do łask.

Pełny rozkwit natomiast będzie miał miejsce dopiero wówczas,
gdy przestaniemy być ignorantami i rozbudzimy świadomość
na PRAWDĘ. Że to nie my władamy Naturą, lecz to ona
posiada nas.

 

Dobra marka- znana marka

Marketing jest dziś nieodłączną częścią każdego większego, czy mniejszego biznesu. Bez niego nie pociągniemy długo na rynku, nawet niszowym czy nietypowym, a jeżeli damy radę to w perspektywie czasu nie będziemy rozpoznawalni. A szkoda by było zginąć w gąszczu nic nieznaczących choć krzykliwych marek.

fresh-fruits-and-vegetables1


Podyplomówka z content marketingu zrobiła mi wodę z mózgu, bo oto zaczynam być zawodowo zboczona. A mianowicie, wszędzie tam gdzie widzę dobrą jakość lecz brak odpowiedniego brandingu czy strategii marketingowej zaczynam się poważnie niepokoić. Bo my, konsumenci jesteśmy zewsząd zasypywani reklamą i sprytnie kreowanymi potrzebami na rzeczy chałturnicze i byle jakie, podczas gdy kultura jakości chowa się w szarych okowach. Dlaczego? Przecież tak mało dziś dobrych jakościowo produktów wydobytych z rąk skromnych rzemieślników czy kucharzy, że przecież rynek aż się prosi. Pokaż, zaprezentuj, zadbaj!

Mam tak z kilkoma naprawdę moim zdaniem świetnej jakości produktami żywnościowymi, które niczym nieznane szaraki skromnie czekają na półkach wołając o zauważenie. A dziś doświadczyłam podobnego uczucia odwiedzając wegański bar w Trójmieście.

Bar odwiedziłam już po raz trzeci i kolejny raz miło się zaskoczyłam. Po pierwsze jakością potraw: wszystko jest robione na miejscu (dlatego na potrawy trzeba chwilę oczekiwać- duży plus) z warzyw i produktów zbożowych i strączkowych według własnych pomysłów (bez użycia gotowych półproduktów, jak to się gdzieniegdzie spotyka). Moje wrażliwe kubki smakowe wyczuły, że potrawy doprawiane są oszczędnie- głównie ziołami zamiast nadmiarem soli i pieprzu a właścicielka jest miłą i ciepłą osobą w dodatku pasjonatką. Moje zaskoczenie jest dodatkowo wzmocnione tym, że ów wegański bar nie zadbał jeszcze dostatecznie o markę, dlatego nie jest popularny, a szkoda. Naprawdę szkoda.

Na moje pytanie –czy posiadacie już państwo własną stronę internetową- pani odpowiedziała, że jeszcze nie, natomiast istnieje fanpage.

-Spróbujcie jeszcze z Instagramem. Użytkownicy uwielbiają zdjęcia smacznych potraw- podsunęłam.
-Niestety nie mamy dobrego aparatu a z komórki zdjęcia wychodzą słabo…
Nie szkodzi. W instagramie można na bieżąco edytować i upiększać zdjęcia zrobione najprostszym smartfonem- zachęcałam mimo to.

Czy właścicielka spróbuje? Chciałabym. Dziś odwiedziłam ich fanpge. 161 lajków. Mało. Aż prosi się by o nich zadbać. Dobre jedzenie, zdrowe, ciekawe potrawy, własnoręcznie robione mleko sojowe, wszystko niedrogie a w środku zimno, choć optymistycznie i kolorowo. Takich miejsc powinno być więcej a nasz kraj powinien im sprzyjać, zamiast utrudniać wysokimi podatkami.

Choć nawet gdyby państwo sprzyjało, to i tak bez reklamy czy strategii marketingowej się nie obejdzie. Wegetarianizm mimo iż zdobył w ostatnich latach sporo popularności nadal jest niszą, która wymaga odpowiedniej oprawy i fachowego podejścia. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie poszłam na marketing i nie odkryłam jak wiele jest kanałów dotarcia do odpowiedniego klienta, zaczynając od Facebooka, poprzez Instagram, YouTube, Twitter, Google+ poprzez blogosferę i prasę, ulotki, na bannerach kończąc. A właściwie nie kończąc, bo social mediów i nowych kanałów przybywa z każdym nowym miesiącem.

 

 

Chciwość

Zadaję sobie ostatnio pytanie dokąd zmierza świat. Próby wycinki drzew Puszczy Białowieskiej, „niebezpieczni weganie i rowerzyści”, świat na podsłuchu, żądza, chciwość, restrukturyzacje… Czy świat ostatnio oszalał i zmierza do samozagłady czy było tak zawsze?


Z tą samozagładą to oczywiście lekka przesada, ale w kontekście ostatnich wydarzeń zaczynam się niepokoić nie na żarty. Czy nie można już żyć spokojnie, próbując być prostym i szczęśliwym człowiekiem?

Pracuję w wielkiej firmie, która ostatnio ogłosiła „restrukturyzację”. W jej ramach zostanie zwolnionych około 1780 osób. Możecie zatem sobie wyobrazić co się dzieje. Odprawy są mało realne, a do odstrzału pierwsi pójdą ci, co nie wyrabiają targetu. Nie zawsze go wyrabiam, więc zaczęłam z ciekawości wchodzić na strony z pracą. A tam? To samo- handel, sprzedaż, target, prowizje od sprzedaży, mile widziana umiejętność pracy pod presją czasu i w dużym stresie. Nie dziękuję. Kilka lat życia w ten sposób całkowicie mi wystarczy.

Najtrudniej jednak przyjąć do świadomości, że nie bardzo jest w czym wybierać. Jak to powiedziała mądra biolożka, Jane Goodal światem rządzi chciwość. Firmy zajmują się głównie produkcją na wykreowane przez specjalistów potrzeby, a pośrednicy to sprzedają. W ostatecznym rozrachunku wygląda to tak, że spędzamy życie na nie-życiu, lecz na konsumpcji, zaspokajaniu kolejnych pseudopotrzeb, pracując na kogoś, a nie na siebie. Nieświadomi wzbogacamy wielkie koncerny farmaceutyczne, hodowle przemysłowe i produkcyjnych potentatów, takich jak Monsanto czy Nestle.

Chciałabym powiedzieć, że potrzebujemy świadomości, bo wtedy się zbuntujemy przeciw zachłannym firmom, które rujnują nasze zdrowie, portfele i uzależniają od suplementów i cukru, ale czy to nie jest pobożne życzenie? Ilu jest świadomych obywateli, którzy wybierają produkty eko, czytają etykiety i zamiast chodzić do lekarza zmieniają niszczące nawyki? Niewielu…

The-Big-Short-2

W piątek do kin w Polsce wszedł film Adama McKay’a „Big short” i widzę jak bardzo są nam potrzebne takie produkcje jak i twórcy, którzy kochają prawdę i nie boją się o niej mówić, mimo iż narażą się na krytykę i ostracyzm. Edward Snowden, bohater „Citizenfour” zaryzykował niemal wszystko dla przykrej prawdy o inwigilacji obywateli USA. Rozmowy z nim odbywały się w Hongkongu, bo musiał uciekać.

Sceptycy i konserwatyści będą mówić, że to czysta fikcja lub przerysowana groteska stworzona, by zadowolić ambitnych kinomaniaków. Czyżby? Czyż nie z powodu przekrętów i ludzkiej chciwości w 2008 roku rozpoczął się kolejny kryzys gospodarczy? Czyż możemy mieć absolutną pewnośc, że nasze maile, facebook, smsy są wciąż jedynie naszą prywatnością? Czyż kraje trzeciego świata nie są zadłużone z powodu obżarstwa mięsem krajów wysoko uprzemysłowionych?

Od razu odpowiadam, zanim padną pytania. Nie. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych. Jestem zwolenniczką faktów. Zbyt długo to zgłębiałam, by nie móc teraz powiedzieć, że przez kolejne nowoczesne telefony komórkowe które kupujemy w  salonach, w Afryce jest finansowana jakaś grupa przestępcza która akurat ma dostęp do tantalu. A sięgając po raz kolejny po mięso, zubażamy kraje trzeciego świata o pola uprawne i wodę, o śmierci niewinnych istot, nie wspominając. Banki wcale nie mają ochoty finansować naszych marzeń, chcą się jedynie wzbogacić. Naszym kosztem.

Żyjemy w świecie większych możliwości, ale czy to lepszy świat od tego sprzed wieku, kiedy tych możliwości nie oferował? Czy wciąż z ręką na sercu możemy przyznać, że żyjemy w bezpiecznym świecie? Coraz więcej mam w sobie niepokoju. Jestem niebezpieczna, bo jestem weganką, w dodatku z utopijnymi poglądami. Gdzież tu szczęście, gdzież tu spokojne życie bez pośpiechu, pełne wdzięczności i uważności na codzienne detale, które czynią świat pięknym wizualnie obrazem? Gdzie tu miejsce na głębokie relacje i sensowne, pasjonujące życie? Najzabawniejsze jest to, że statystyczny Kowalski, który właśnie zjada tabliczkę czekolady z tłuszczem palmowym, siedzi na kanapie kupionej na raty za 0%, w zadłużonym mieszkaniu, bezrefleksyjnie ogląda telewizję i cieszy się, że tak mu się w życiu powiodło. Oto Kowalski jest panem swojego życia…