Archiwa tagu: featured

Wszystko to kwestia podejścia

Stare norweskie porzekadło brzmi, że
nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ciuchy.
Kocham te mądre zdanie i przeinaczam je
na własny użytek.

Twierdzę, że nie ma złej pogody,
lecz niewłaściwe podejście.

W takie deszczowe dni jak dziś, myślę
o Norwegii właśnie.

O czasie, gdy pięć lat temu przerażona
i nieświadoma tego, co los mi niesie
wysiadłam z samolotu w mokrym Bergen
tocząc 30-kilogramową walizkę na małych
kauczukowych kółkach.

Pamiętam ten deszcz, który lał nieubłaganie.
W dniu mojego przylotu a także
każdego kolejnego dnia i każdej nocy.

Bywało, że zalewał piwnice
podwórza i ulice zatrzymując wszelkie pojazdy a wiatr targał
lekkimi jak piórko norweskimi domkami.Przed
wyjazdem uprzedzano mnie, że często pada.
Nie sądziłam, że ZAWSZE.

1452587_570264376377134_1761265027_n

To, co  fascynowało mnie w Bergen,
to fakt, że deszcz ludziom nigdy nie przeszkadzał.

W ręcz przeciwnie. Jako stały element ich
norweskiego świata był obecny w tym jak się ubierali, co kupowali,
co jedli, jak wypoczywali oraz jak dorastali.

Z zaciekawieniem obserwowałam bergeńskie przedszkola,
których naczelna zasada głosi, że dziecko 2/3 dnia powinno
spędzać na dworze, niezależnie od deszczu,
śniegu czy mrozu.

Najwyraźniej ta metoda świetnie się sprawdza,
bo Skandynawowie są silni, rośli i na ogół odporni .

Ale wróćmy, do Polski, bo przecież to jest nasze miejsce.

Jeszcze przez kilka ostatnich dni sierpnia
słońce próbowało przebić się przez chłodny
niż nadchodzącego miesiąca. Dopiekło nam w
środę i nagrzało ziemię w czwartek, tchnąc
nadzieję na ostatnie gorące dni lata.

Gdańszczanie w przypływie witalnej radości
pozbyli się kurtek, krytych butów i długich rękawów.

Wystawili muskularne ciało na ciepłe promienie,
które jakby oczekując własnego końca grzały
nieproporcjonalnie mocno do daty w kalendarzu.

Aż tu nagle nadszedł wrzesień i zaskoczył
tym, że wrześniem jest w całej swej istocie.

Mokrym, chłodnym, wietrznym i szarym.

Wyjęłam z szafy kurtkę, którą kupiłam
w sklepie żeglarskim na krótko przed wyjazdem
do Bergen. Jeden z najdroższych zakupów
w moim życiu, a jakże opłacalny. Kurtka
nigdy nie przemokła, i po wielu praniach
nawet się nie starła.

W takie dni jak dziś ludzie lubią ponarzekać,
tak po polsku, że pogoda jest brzydka,
że niskie ciśnienie lub niekorzystny biomet
i że w ogóle bezsensu, a w Hiszpanii mają fajnie.

A dla mnie pogoda jest piękna. Zakładam moją
żeglarską kurtkę w kolorze błękitu, wciągam
gumaki po kolana i wychodzę z Luną na świat.

Kocham jesień, za to że
jesteśmy do siebie podobne. Bo jesień to kobieta.
Czasem kapryśna, mocno refleksyjna i melancholijna.

Bywa że śmieje się ostrym wiatrem,
przyozdabia liśćmi niczym niezła ekscentryczka.
Czasem milczy, czasem płacze, zapada w stany nagłej
zmiany humoru więc nie sposób przewidzieć na co trafisz.

Lubię ją za to, że zamyka ludzi w domach
a na dwór wyciąga jedynie prawdziwych
wędrowców. Ciepło ubranych, w wygodnych butach
niekiedy z plecakiem i termosem w kieszeni u boku.

Takich, dla których świat piękny jest w każdej postaci.
Nawet piękniejszy, gdy piękna trzeba szukać.

I lubię ją za to, że ucisza na chwilę świat.

Wyłącza zgiełk cywilizacji, przycisza rozmowy,
zaprasza do introspekcji. Bo chyba temu ma służyć,
po czasie letnich szaleństw i głośnego hałasu. Zachęca
do odpoczynku i regeneracji i sprzyja nam,
introwertykom. To nareszcie nasz czas!

Moja jesień pachnie piernikiem i waniliowymi
świeczkami. Smakuje gorącym rooibosem
i zupą z czerwonej soczewicy. Jest ukochaną
przeze mnie muzyką deszczu stukającego o szyby,
ciastkiem przy lekturze Tolkiena i miękkim kocem.

Nareszcie mogę się odprężyć, bo nie czuję
dysonansu, który towarzyszy mi latem.
Na zewnątrz jest tak, jaka jestem w środku.

Reklamy

Zróbmy sobie Hygge

 

Parę dni temu czyszcząc komputer z nadmiaru
niepotrzebnych plików, odnalazłam stary folder
Pinterest, do którego wkładałam
ulubione zdjęcia i grafiki.

Te, które mnie fascynowały, inspirowały do czegoś,
lub przypominały o czymś ważnym.

To tam odnalazłam infografikę o hygge,
czyli duńskiej filozofii ciepła i dobrobytu.

Pamiętam, że rok temu ta skandynawska idea pochłonęła
mnie całkowicie. Na gwiazdkowe święta zażyczyłam
sobie książki o hygge w prezencie. A przypomnę, że
wówczas w Polsce na przełomie 2016/2017 roku
wychodziło ich siedem pozycji.

A potem o tym zapomniałam. Bynajmniej o książkach,
i o tej wszędobylskiej wówczas w mediach idei „robienia
sobie dobrze”. Jak dla mnie było o tym za głośno i za dużo
a sama filozofia została spłaszczona i skomercjalizowana
na potrzeby rynku meblowego i wyposażenia domu.

Kiedy jednak spojrzałam na tę wspaniałą infografikę odnalezioną
w folderowych szpargałach (przedstawiam poniżej)
zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy cała nauka duńskiej filozofii
życia nigdy nie była mi potrzebna. Bo ja żyję hygge od dawna.

hygge1

Kocham bibeloty, które docieplają wnętrze.
Sama robię ozdoby do domu, korzystając z miękkich faktur.

W deszczową pogodę w domu palą się waniliowe świeczki,
w szafie mieszkają jeansy i dzianinowe swetry a
wełniane skarpetki leżą wszędzie, a nuż się przydadzą,
gdy temperatura spadnie o dwa stopnie.

Kocham piec ciasta i kocham je jeść. A najbardziej lubię się nimi
dzielić. A to zaniosę sąsiadce kawałek cynamonowego piernika,
a to w gości zabiorę parę kawałków.

Codzienne śniadanie, to prawdziwy rytuał.
Pachnąca kawa w ulubionym kubku, a do niej
chrupiące grzanki grubo posmarowane masłem orzechowym
oraz półgodzinne skrobanie w pięknie oprawionym pamiętniku.

Moje ulubione sporty, to takie, które nie męczą w nadmiarze
a przynoszą dużo spokoju i radości. Na pierwszym miejscu
jest spacer z psiakiem po mokrym lesie, a na drugim łagodne
rozciąganie na ekologicznej macie.

Och, i książki! Mam ich pełno. Leżą na szafce nocnej
i na komodzie. Leżą ułożone w pionowe stosy na  meblach
w salonie i stoją poziomo na półce w przedpokoju.
To bajki i mitologie, powieści fantastyczne, książki
o lesie i drzewach, Terry Pratchet, Jonathan Carrol i Adam Wajrak.

Na oknie wisi biały łapacz snów z fikuśnymi piórkami, a
co dwa metry jakaś niepozorna, przygarnięta z lasu
szyszka oswaja się z domowym wnętrzem. Herbatę pijam
w żółtym kubku z zielonymi smokami podawaną w imbryku ręcznie
malowanym przez artystyczną znajomą.

A więc jestem hygge, choć nigdy tego nie nazywałam. Jestem taka, bo
tak zostałam wychowana. Moi rodzice w najwyższym stopniu
wprowadzają tę filozofię we własną codzienność. A więc nie jest
to wyłącznie skandynawski zamysł.

20170820_112711 (1)

Duży dom na wsi moich rodziców zawsze pełen jest ludzi, a ci się do nich
garną. Mama w zanadrzu dla gości zawsze trzyma coś słodkiego
w kuchni a i w samotności słodyczy sobie nie odmawia. Słodyczy
życia, oczywiście a nie tylko tych zmysłowych.

Od dziecka z resztą oby dwoje z tatą
wpajali mi, że życie należy sobie umilać. Dobrym filmem,
ciekawą książką, kolorową sukienką, wspólną randką
w miłej kawiarni, smacznym ciastkiem i miłymi ludźmi.

Dopiero dziś uczę się doceniać tę myśl.  Dopiero po trzydziestce,
gdy swoje przeżyłam oraz przeturlałam się z jednej
skrajnej filozofii w drugą, z drugiej w trzecią
i tak dalej aż do utraty sił.

Bo hygge ni mniej ni więcej oznacza:
bądź dla siebie dobry. Ukochaj się,
zadbaj, rozpieść i przytul. Jeśli nie Ty sobie,
to któż inny mógłby Ci to dać z taką miłością?

Kobiecość, Twórczość i Żeńska Zasada

Co to znaczy być kobietą? Czym jest żeńskość?
Czym mentalnie różnimy się od mężczyzn?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania już w 2014 roku,
gdy po raz pierwszy  natknęłam się
na Biegnącą z Wilkami, Clarissy Pinkoli Estes.

W międzyczasie poszłam na terapię do pięknej i silnej
kobiety, która pracowała ze mną metodą POP.
Zaczęłyśmy poruszać ważne tematy. Rozmawiałyśmy
o kobietach, mamie, przyjaciółkach, o moim stosunku
do bycia kobietą. I nagle zrobiło się niewygodnie.

Zaczęłam szukać wymówek.

Znalazłam.
Powiedziałam  terapeutce do widzenia.
I odeszłam.

Potem pojawiło 13 Pierwotnych Matek Klanowych,
książka o Kręgach Kobiet, siostrzeństwie, potrzebie
rozwoju i kontakcie z Matką Naturą.

Rozdział dziesiąty o miesiącu Październik
zawirował w sercu.

Bo to Mój osobisty miesiąc
Dziesiątej Matki Klanowej Tkającej Wątki.
Według Indian, To miesiąc plastyczek, malarek, pisarek, poetek,
ogrodniczek, kucharek. Wszystkich artystek życia.

I miesiąc mojego urodzenia. Może dlatego od zawsze żeńskość
była dla mnie tożsama z twórczością.

Nie mam na myśli spędzania wielu godzin
przy modelowo wyglądających sztalugach,
czy maszynie do pisania marki Continental.

Chodzi mi o twórczość rozumianą jako
umiejętność posługiwania się wyobraźnią
i wielką potrzebę kreowania dla samego aktu.
Bo my, kobiety jesteśmy kanałem, przez który
przepływa  ogień dający życie.

Tworzymy więc.
Pomagamy dzieciom wzrastać, przygarniamy psy,
dokarmiamy koty, podlewamy kwiaty,
pieczemy wymyślne ciasta, szyjemy
obrusy i malujemy ceramiczne kubki.

Coś chce się przez nas wyrazić. Przez
nasze dłonie, usta, naszą muzykę, nasze stopy,
nasze myśli, pióra, farbki, zmysł kochania,
ogarniania przestrzeni mieszkalnej i związków
międzyludzkich.

Może niektóre kobiety nawet o tym nie wiedzą.

Tworzą po cichu, po kryjomu, nieświadomie,
nie wiedząc jednocześnie,  że coś przez nie przepływa.
Tworzą z głęboko ukrytej, nienazwanej potrzeby rodzenia.

Tworzą siebie. I dom. Tworzą więź z drugim człowiekiem.
Tworzą obiad do pracy i własny wizerunek.
Tam posadzą kwiatka, tu przytną firanki,
a spośród tuzina sukienek, wybiorą tą, w której
zakwitną jak młode róże.

 

Wiele faz przeżywałam w byciu kobietą.
Bunt i złość- za swoją kruchość i eteryczność.
Niepokój i lęk- za niepokojącą seksualność.

Niezrozumienie, ciekawość, fascynację
a w końcu powolną akceptację, która zakorzenia
się we mnie podczas kolejnej terapii. Drugiej już, lecz
solidniejszej, bo z niej nie uciekam.

Terapeutka jest nieskończoną liczbą kobiet
którą spotykam zawsze podczas pojedynczej sesji.

Co tydzień inna, co tydzień różna od poprzedniej.
czasem ją lubię, czasem nie lubię. Czasem wygląda
jak wielka, włoska matrona, a czasem jak młode
dziewczę w kolorowej, zwiewnej sukience.

Niekiedy trochę się w niej zakochuję,
to znów nienawidzę. Bywa mi matką,
bywa koleżanką. Trochę starą szeptuchą,
moją własną babcią. Koleżanką, siostrą, wrogiem.

Jest dla mnie każdym żeńskim aspektem, który
wypierałam z siebie przez trzydzieści lat.
Wytrzymaj, mówi. Obserwuj. Poczuj to

Dziś jestem chłopczycą. Wczoraj byłam kokietką,
a jutro będę szarą myszką lub wojowniczką.

Każda kobieta we mnie jest taką,
jaką powinnam być w danym momencie.
Każdą uczę się wytrzymywać. Obserwować i czuć.

Żeńskie archetypy różnią się między sobą.
Wyrażają inne cechy i właściwości,
ale każdy z nich chce tworzyć, bo tworzyć znaczy żyć,
być w życiu i wyrażać się poprzez życie.

Więc dopóki jestem, tworzę.

Pozwalam własnej żeńskości rodzić,
to co chce być zrodzone. Nie powstrzymuję
pragnień i chęci, otwieram się na to, co nowe.

A potem w razie potrzeby dzielę się tym ze światem  lub
zamykam w głębokiej szufladzie na sekretny klucz.
Dostęp do tego ma tylko druga kobieta. Intuicyjna,
empatyczna, wiecznie tworząca.

Gmeranie w Duszy

Bywają w życiu czasem takie dni, że
resztę życia chciałabym spędzić  pod kocem
w wygodnej, miękkiej piżamie,
trzymając w rękach wielki kubek lodów
czekoladowych marki Grycan.

Chyba każdy tak ma raz na jakiś czas.

I nie dlatego, że życie jest paskudne,
wręcz przeciwnie, życie jest tak obficie
miłe, komfortowe i wygodne, że tracimy
imperatyw do działania i zachwytu.

W dobrobycie łatwo zgubić sens życia.
W dobrobycie nietrudno się znudzić.

Nuda jednak dla każdego jest czymś innym.
Dla jednych jest brakiem pobudzających bodźców,
dla innych kłopotliwym zastojem lub
nieumiejętnością wzbudzenia w sobie chęci,
by zrobić, podjąć, wyruszyć, zdobyć czy zobaczyć.

U mnie nuda pojawia się wtedy, gdy nie jestem
w stanie jakkolwiek wzbudzić w sobie inspiracji.

Pisanie wydaje się wówczas zbyt błahe, książki
mało zajmujące a każdy film, rozmowa czy potrawa
rozpoznane na wylot i zapamiętane w każdym szczególe.
Po cóż więc to kontynuować i powielać po stokroć?

Najgorsze jest jednak to, że sami nie dajemy sobie
przyzwolenia na nudę, a szkoda.

Bo z nudy mogą stworzyć się rzeczy całkiem
nowe i piękne.

Nuda powoduje, że dajemy umysłowi
i zmysłom odpocząć. Lub wręcz przeciwnie,
wyrywamy się z objęć nieznośnego letargu
i wyruszamy na spotkanie przygody lub…
własnego balkonu.

Nic mnie nie wydobywa z nudy tak bardzo
jak praca z kwiatami, sprzątanie balkonu
i gmeranie palcami w pachnącej ziemi.

Ziemia to życie. Gleba z której wyrasta
wszystko co piękne i pełne znaczenia.
Praca w ziemi, to praca z korzeniami.
Dosłownie i w przenośni.

Bo oto nagle przekładając brunatne okruchy
w dłoniach dotykamy własnej przeszłości.
zapisanej w tym żyznym DNA. Z Ziemi
powstałeś i do Ziemi wrócisz.

 

Kiedyś obcowanie z ziemią, oraz nasze z nią relacje
decydowały o naszym być lub nie być, jeść
lub głodować. A dziś pomaga się odnowić,
oczyścić i powrócić do samego siebie.

Moja sąsiadka, starsza, tęga pani w wieku 80 lat
spędza całe dnie na balkonie. Przesadza kwiaty,
wyrywa chwasty, podlewa zioła i śpiewa im piosenki.

Ubrana jest zawsze w kwieciste suknie,
niekiedy, w cienkiej chuście opala się między donicami,
wystawiając dojrzałe ciało na to, co przyniesie Wiatr.

Zachwyca mnie jej ciemnobrązowa skóra.
Widać, że Słońce ją kocha.

I choć postura i wiek zabrały jej sprawność, to
między kwiatami jakby ożywa , nabiera nowego blasku,
młodnieje i kwitnie razem ze swoimi kwiatami.

I dziś, gdy zabieram się do porządków na balkonie,
starsza sąsiadka towarzyszy mi parę metrów dalej,
zerkając co chwila na moje poczynania. Czy powinno się
usuwać zeschnięte liście? Czy to dobrze że dosypuję świeżej ziemi?
Czy nie leję za dużo wody? Czy te kwiaty wolą wschód czy południe?

Spoglądam na nią, jakby szukając odpowiedzi a może aprobaty,
Widzę że się uśmiecha i potakuje twierdząco głową.
Zdałam zielarski test, na który nauczyć się nie można,
za to można go poczuć, doświadczyć trochę zgadnąć.

20170813_184226

Gmeram więc dalej. Przesypuję ziemię, przesiewając
własne pomysły w głowie. Czasem jest to praca z pustką.
Przesiewam, przewalam, zmieniam, dosypuję a na dnie
i tak  nic nie ma, jałowa gleba zatkała twórczą inwencję.

Ale bez paniki. I tak przecież czasem być musi.
Czyszczę więc wielkie donice
i z umysłu usuwam wszystkie natrętne myśli.

Szoruję kafelki, oczyszczam się z nieżyczliwości
a woda obficie lejąca się z konewki powoduje że rosnę.

Kiełkuję ku lepszemu, kiełkuję ku słońcu,
ciesząc się już teraz z każdego niespodziewanego deszczu.
Burzy, wichury jak i małej mżawki,
która nawadnia glebę każdej wyjałowionej Duszy.

Sierpniowe historie

Co roku tak jest. Gdy tylko nastaje sierpień
staję się innym człowiekiem.

Nie obcym.
Raczej bliższym sobie. To tak,
jakbym docierała do własnego serca,
kosząc trawy błędnych koncepcji na własny temat.

Staję się zatem bardziej Kamilą,
ale inną, jakby tą z czasów dzieciństwa.

Zapalają się we mnie
stare marzenia i tęsknoty,
wracają twórcze pragnienia.
Zaczynam pisać wiersze, zachwycam się słońcem
w czerwonożółtym zachodzie i jem lody gałkowe.

Cóż jest z sierpniem, że czyni tak co roku?

Kiedy idziemy z Luną na spacer,
to przepadam. Wsiąkam w zapach traw
i pozwalam się kołysać muzyce świerszczy.

Kładę się na suchej ziemi i czuję się jej dzieckiem,
a jeśli jest mokra, to chwytam w dłonie krople rosy
i rozmasowuje je między palcami, tak jakbym
w linie papilarne chciała tchnąc więcej życia.

20170617_083218

Zachwyca mnie powietrze, które pachnie BARDZIEJ i pozwala
płucom oddychać GŁEBIEJ. Kolory są intensywniejsze,
zabawa śmieszniejsza, a smaki smaczniejsze.

Chce mi się szybko biegać i
chce mi się beztrosko lenić.
Tęsknię za rodzinnym domem i
pierogami z żółtym serem.

W sierpniu odpuszczam sobie dyscyplinę,
której mam nadto a pozwalam sobie na radość.
Tańczę, jem nabiał i czytam mało ambitne książki,
które zawsze kończą się tak samo. Żyli długo, banalnie i szczęśliwie.

Nic to, że pranie niezrobione, nic to, że trzeba, że muszę,
że wypada, nic to że przyszłość tak strasznie niepewna.

Sierpień rządzi się prawem teraźniejszości.

To miesiąc ludzkiej gotowości.
Na pracę, na zbiory, na życie.
To okres sianokosów i żniw.
To dojrzałość, obfitość i pełnia.
a według wierzeń ludowych, okres uzdrawiania.

Być może właśnie tak sierpień raz do roku, uzdrawia:
dając zachwyt i radość z najprostszych rzeczy.

20170617_082130(1)

Leczy duszę, bo uczy odpuszczania.
Karmi potrzebą tworzenia, dba o zmysły.
Mój osobisty sierpień jest Świętem Dożynek,

w którym raz do roku
pozwalam sobie bezwstydnie świętować
pracę i wytrwałość której
oddawałam się przez  rok.

Sierpień jest moim osobistym zbiorem.
Dobrych wrażeń, miłych uczynków,
i dyscypliny, która budowała przez rok lepsze nawyki.
Teraz jest czas je przeżyć i stać się bardziej ludzkim

Popełniać błędy, zatracić się w tańcu, zapomnieć o czymś.

 

O tym jak pies znalazł człowieka

W swojej najnowszej książce, Lolek
Adam Wajrak napisał, że prawdziwa przyjaźń
między człowiekiem i psem powstaje, gdy tych
dwoje nareszcie odnajduje się na wspólnej drodze życia.

Jak sam twierdzi, on nigdy nie szukał następcy Antoni,
dużej suczki, która przez kilkanaście lat pomagała mu tropić wilki.

Owszem, bardzo mu czegoś brakowało, gdy odeszła,
ale nie szukał psa. Czekał. Rozglądał się. Tęsknił.

Ale był cierpliwy. Wiedział, że nie chodzi o to, by jednego
przyjaciela zastąpić kolejnym. Bo pies w pewnym
momencie sam się pojawia, jakby mówił: „o to jestem!”.

Ja szukałam. Ale inaczej.
Szukałam z potrzeby serca,
które wołało o przyjaciela.

20170731_172425

Szukałam dlatego, że pies wyzwala
w człowieku ogromne pokłady uniwersalnej,
bezwarunkowej miłości, która okazana na zewnątrz,
jest jednocześnie pokarmem dla własnego
wewnętrznego dziecka, które chce być kochane.

Szukałam zatem psa, ale inaczej niż przywykło się sądzić.
Szukałam miłości czując, że na świecie, może
całkiem niedaleko jest ktoś, kto też szuka.
I faktycznie. Pewna psia istota pragnęła ludzkiej miłości.

 

Można zatem przyznać Wajrakowi rację-
pies pojawia się sam i po prostu w którymś
momencie dołącza do człowieka, który
wędruje swoją wybraną ścieżką.

Kiedy tylko spojrzałam w oczy Luny
wiedziałam, że od tej chwili będziemy razem kroczyć
przez życie.

W schronisku były inne psy. Ciekawe, radosne,
przemiłe, chcące miłości, mądre i zawadiackie.

Każdego głaskałam przez siatkę, każdemu
zaglądałam głęboko w oczy. Ale dopiero przy
boksie Luny serce zabiło mi mocniej.

Mój upór sprawił, że dziś jesteśmy razem.
Szukałyśmy się. Tęskniłyśmy do siebie.
Czekałyśmy nawzajem. I dziś wiem, że to nie ja znalazłam Lunę,
to cudowny pies znalazł potrzebującego człowieka.

Przypomniałam sobie o tym parę
dni temu, gdy lało jak z cebra.

Ludzie pochowali się w ciepłych domach i świat świecił
pustkami. Drugiego dnia było tak samo. Jakby
bóg deszczu karał ludzi za ich wygodnictwo.

20170731_090117 (2)

Luna jest energicznym psem, który kocha biegać.
Nie, nie zrobię ci tego drugi dzień z rzędu,
nie będziemy siedzieć w domu,

pomyślałam zakładając najlepsze, choć wciąż
przemakalne ciuchy. Ubrałam na siebie sztormiak,
Lunie założyłam szelki i poszłyśmy w ulewę do lasu.

Na naszej ulubionej polanie zrobiło się jeziorko.
Luna widząc je wskoczyła pełna radości
łapiąc w pysk krople deszczu i taplając się w wodzie.
Nie było tego dnia lepszego widoku. Stałam trzy metry od niej,
deszcz spływał mi po twarzy a stopy pływały w butach, ale
widoku takiego szczęście nic nie mogło zastąpić.

To nie ja uradowałam Lunę, to pies znów uradował
potrzebującego człowieka 🙂

Matka psychicznych dzieci

NIEWYGODNA PRAWDA

Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.

Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.

Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.

Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.

DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY

Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.

I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.

Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?

NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ

Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.

Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?

Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.

Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.

Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.

Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.