Archiwa tagu: featured

Rzecz o imbryku

Wisława Szymborska powiedziała kiedyś,
że z domu w którym nie ma atlasu należy się
natychmiast wyprowadzić.

Cóż. Ja atlasu nie posiadam,
bo nie jest mi do niczego potrzebny.

Jeśli podróżuję to głównie przez
karty kolejnych powieści, tudzież
do ulubionej biblioteki.

Przekształciłam więc zdanie sławnej
poetki na własny użytek.

Dziś twierdzę, że dom w którym
nie ma porządnego imbryka na herbatę
należy czym prędzej opuścić.

No chyba, że lubi się dom.

Wtedy należy natychmiast zakupić imbryk
i kilka dobrych paczek smacznej herbaty.

Bo imbryk kojarzy mi się z ciepłem.
Z atmosferą domowych pieleszy,
i wygodnego barłożenia z książką
na miękkiej kanapie.

20171209_103726

Porządny imbryk symbolizuje spokój i
bezpieczeństwo. Miejsce, w którym nic
nie trzeba, a jedynie można.

Nie znoszę miejsc, w którym nie ma
imbryków.

Omijam kawiarnie, w których gorące
napoje serwuje się w małych filiżankach.

I omijam tych ludzi, którzy w kuchni mają
wyszczerbione, bezosobowe szklanki
a jedyna herbata w ich szafce, to czarna.

Wszyscy najbliżsi mi ludzie rozumieli te moje
dziwne fanaberie, bo sami mieli podobne.

Michał przed podaniem herbaty w wielkim
dzbanku i ręcznie malowanych kubkach
najpierw kazał mi wąchać zawartość
barwnych puszek.

Z truskawkami, z pigwą,
z pomarańczą, i tą jego ulubioną, obłędnie
słodką i pachnącą, kaktusową.

Ta, która przemówiła do mojego nosa
lądowała na spodzie 1,5 litrowego dzbanka.
A my siadaliśmy naprzeciw siebie z kubasami,
w dłoniach z których unosiły się ciepłe obłoki pary.

Ola na powitanie po roku rozłąki zawsze
wciska mi w dłonie indyjską Yogi Tea z lukrecją
a z Martą, moją licealną przyjaciółką, wszystkie
rozmowy prowadziłyśmy w kuchni, nieopodal czajnika,
w wiecznej gotowości, by dolać, by raz jeszcze dać się
rozgrzać smacznej herbacie.

Dwa tygodnie temu zbiłam ukochany imbryk.

Ręcznie malowany, wypalany w piecu,
żółty z pszczołami, zakupiony na
Jarmarku Dominikańskim.

Kolega grafik uczył mnie wtedy
kadrowania aparatem wbudowanym w telefon.

20171111_092839

Tak kadrowałam, że trąciłam łokciem imbryk,
który w zetknięciu z panelami rozszczepił się
na tysiąc żółto niebieskich kawałków.

Żałoba jednak nie trwała długo.
Po opłakaniu przystąpiłam do szukania kolejnego.

Miał być jedyny w swoim rodzaju, inny niż
wszystkie chińskie wyroby dostępne w sklepach.

Wyjątkowy, sympatyczny, duży, inny.
Z podgrzewaczem na małą świeczkę,
aby herbata zawsze była gorąca.

Po wielu dniach spędzonych w sklepach
internetowych i osobliwych herbaciarniach,
znalazłam mój imbryk.

Trochę w stylu zen. Z kamionki i gliny.
Z rysunkiem owieczek. Z wiklinowym
uchwytem i porządną podstawką na świeczkę.

Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

A dotyk jego matowej, chłodnej faktury, która po
zetknięciu z wrzątkiem poparzyła mi palce, tylko
wzmocnił tę miłość.

20171209_100738

Czajniczek doszedł po trzech dniach,
a po drodze się zgubił.

Bo przecież każdy przedmiot z duszą ma własne
historie. Ten najwyraźniej potrzebował pozwiedzać
świat, by zapamiętać to i owo, być może po to, by potem
snuć ciepłe historie, gdy zagubię się kiedyś w domowej ciszy.

A może chciał pozwiedzać dla siebie?

Może wiedział, że w najbliższym czasie czeka
go ciężka praca umilania życia pewnej
dziewczynie, co herbatę pije litrami a książki
pochłania tonami. I że będzie pracował nieustannie
zwłaszcza w okresie zimy, gdy wieczory są ciemne,
chłodne i wietrzne…

Z domu w którym nie ma porządnego imbryka
na herbatę, należy natychmiast się wyprowadzić
i znaleźć dom który uosabia filozofię herbaciarzy.

Ma być ciepło, ma być dobrze, ma być spokojnie.

Reklamy

Babka orkiszowa

Pamiętam niemal każdą niedzielę
spędzoną u babci za Grudziądzem.

Pamiętam je ze względu na to, że
zjeżdżała się wówczas cała rodzina
a to sprawiało, że czułam się częścią
czegoś większego.

Byłam przynależna.
Stanowiłam element większej układanki.
Wielopokoleniowej rodziny.

Babcia czekała na nas z obiadem
i kompotem z gruszek, które
rosły w ogródku. A po obiedzie było ciasto.

Jeśli ktoś miał urodziny, były to
wykwintne wielokolorowe torty,
przekładane kremem cytrynowym
lub śmietankowym.

Babcia robiła je sama.
Nie uznawała kupnej łatwizny.
Potrafiła wstawać o 4 rano i piec, by
wszystko było gotowe w samo południe.

Pamiętam babciny sernik z budyniem,
i pamiętam babkę która była zawsze,
niezależnie od dnia tygodnia.

Pewnie dlatego najbardziej zapadła mi w pamięć.
Dziś, gdy chcę sobie dogodzić, gdy mam
potrzebę zatańczenia ze wspomnieniami,
piekę ją sama.

Dwukolorowa babka u babci była czymś tak pysznym
a jednocześnie oczywistym, jak to, że po niedzieli
następuje poniedziałek.

Piekę ją na oleju, jak w babcinym oryginale,
z tą różnicą, że zamiast białego cukru daję ksylitol
a zwykłą mąkę zastępuję ukochanym orkiszem.
Przepis jest prosty i nie może się nie udać 🙂

20171202_100157

BABKA ORKISZOWA:

Składniki:
-1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej typu 600 lub 700
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-3/4 i ciut szklanki ksylitolu (niepełna szklanka)
-3/4 szklanki oleju rzepakowego
-2-3 łyżeczki kakao
-4 jaja

Wykonanie:
Potrzebujemy dwóch misek. 
Do jednej wsypujemy 3 rodzaje mąk
i proszek do pieczenia i przesiewamy,
żeby się dobrze wymieszały

Do drugiej wbijamy 4 jajka, roztrzepujemy je
i dodajemy ksylitol. Ubijamy do lekkiej pianki.
Powoli dodajemy olej i mieszamy łyżką, żeby
masa pochłonęła go całkowicie. Teraz
stopniowo dosypujemy wymieszaną mąkę z
proszkiem i energicznie mieszamy.

Gdy masa jest już jednolita, dzielimy ją
na dwie równe części. Odlewamy 1/2 masy
do drugiej miski i dodajemy 2 lub 3
czubate łyżeczki 
kakao. Mieszamy.

Do keksowej (podłużnej) formy wyłożonej
papierem wylewam na spód masę kakaową.
Po minucie dodaję jasnego ciasta. Wylewam
je do formy pomagając sobie łyżką, tak żeby
w zupełności pokryła kakaową masę.

Wstawiamy do zimnego piekarnika
a temperaturę ustawiamy na 160 stopni.
Nagrzewamy sam dół (wtedy ciasto ładnie
wyrośnie). Po 30-35 minutach dodaję 
nagrzewanie z góry.

Ciasto jest gotowe po 60 minutach od
momentu wstawienia. Jeżeli widać na
jego wierzchu pęknięcia, to dobry znak.
Po 15 minutach od wyłączenia, można
otworzyć drzwiczki. Smacznego! 🙂

Terapia ciszą

Też macie wrażenie, że pęd i hałas
zdominowały świat przekształcając
sztukę i media w ciąg nieustających
zmiennych?

Wszystko co szybkie, głośne
i pełne zwrotów akcji jest najbardziej pożądane
aby utrzymać nasze rozbiegane zainteresowanie.

A te jest ruchliwe niczym przestraszona gazela
skubiąca trawę sawanny w miejscu pełnym lwów.

Nie potrafimy usiedzieć w miejscu.

W sali kinowej wytrzymujemy jedynie z powodu
głośnych dźwięków i efektów 3D; pobieżną stronę
internetową przeglądamy w 7 sekund, a nowej
książki nie kupimy, jeśli nie ma krzykliwej okładki.

Bo prawda jest taka, że
nie potrafimy się nudzić.

Mało tego, zwalczamy nudę niczym
migrenowy ból głowy, likwidując
skutki szybkim działaniem mało
skomplikowanej tabletki.

I to nie jest tak, że kochamy się ruszać.
Nie. Nawet ruch, który nie przewiduje
zmiany szybko nas nuży, bo nasz umysł
chciałby więcej i bardziej słodko.

Przypuszczam, że i ten post zdążył
was znudzić, więc przejdźmy do konkretów.

Spójrzcie na box-office najpopularniejszych
pisarzy: w Polsce Bonda, w Ameryce Niksy
oraz kolejne powieści Stephena Kinga.

Trup, rewolucja, trup. W tej kolejności.

A seriale? Któż nie zna House of Cards, Gry o Tron,
Ja, Robot czy Narcosa? To one święcą dziś triumfy
w płatnych kanałach, czyniąc z nieznanych wcześniej
aktorów popkulturowe ikony.

Jaka jest cecha wspólna wyżej wspomnianych?

Po pierwsze, dynamiczna akcja, po drugie, władza,
a po trzecie przemoc. To są czynniki, które
utrzymują odbiorcę w fotelu.  Dobro wyszło
z mody, podobnie jak autentyzm i proste rozmowy.

Myślę, że dlatego filmy Allena
mają coraz słabsze noty. Allen nie
zadziwia, Allen nie krzyczy. Allen nie biega.

Pamiętam jak dwa lata temu
spontanicznie wybrałam się do kina, nie
sprawdzając uprzednio repertuaru.

Wszystkie filmy były już  w trakcie, a jeden
miał zacząć się lada chwila.

Kojarzycie Zwierzogród?
To był właśnie ten film. Bajka dla
najmłodszych z polskim dubbingiem.

I wiecie co? Nie zniosłam go.

Zbyt głośny dźwięk dubbingu
powodował, że zatykałam uszy,
a  tempo filmu i nadmiar bodźców
sprawiły, że straciłam resztkę cennej
energii zostawionej na koniec dnia.

Jeżeli dzieciom serwuje się tyle zmiennych
w ciągu godziny, gdy mają zaledwie siedem lat,
to co będzie im się proponować, gdy będą 20-latkami?

Zatykając uszy nagle zatęskniłam za dobrym kinem
poczciwego Japończyka, Miyazakiego.

Za kolorową kreską nie podrasowaną
programem komputerowym. Za naturą.
Za ważnym przekazem.

Ale do czego właściwie zmierzam?

Do tego, że raz na jakiś czas w naszej
hałaśliwej kulturze udaje mi się znaleźć
piękne filmowe perełki pośród łatwej w
odbiorze tandety na jarmarcznej ulicy.

Serial Terapia (In Treatment) jest
zaprzeczeniem tego, czego większość
szuka w telewizji i internecie.

Każdy odcinek rozgrywa się w jednym pokoju:
gabinecie terapeuty, któremu właśnie rozpada się małżeństwo.

Paul Weston jest terapeutą i głównym bohaterem,
Ma czwórkę pacjentów (przynajmniej tych, których poznajemy),
doświadczonego superwizora i niespełnioną żonę.

Statyczna akcja skupia się relacjach Paula z jego
pacjentami, ukazując równocześnie
prawdę o jego małżeństwie i niełatwej pracy.

Paul rozmawia, słucha, interpretuje i
pomaga pacjentom dojrzeć do zmian.

Dla jednych zmianą będzie samoakceptacja, a dla
innych uwolnienie się od niszczących wzorców z
przeszłości. Dla niego samego, terapia z drugim
człowiekiem stanie się odkrywaniem tego, co niełatwe,
mroczne i nieznane.

Film pokazuje czym jest terapeutyczny proces,
i zapoznaje z tajnikami pracy enigmatycznego
fachu. Oto nagle serial (którego powstały
3 sezony) proponuje widzowi rozmowę, refleksję
i zaprasza do własnego wnętrza.

To nie jest łatwa
rozrywka, która dobrze się
przyjmie podczas miłej kolacji.

Tutaj potrzeba zaangażowania i
pojemności widza. Na smutek, na łzy,
na zdradę, krzywdę i rozczarowanie.
Jak w tym serialu i jak w prawdziwej terapii.

Brakuje mi takich filmów.

Brakuje mi większej ilości dobrych książek
na czołowych półkach w księgarniach; w
miejscach gdzie byłyby łatwiej dostępne
bo zauważalne.

Dlaczego to, co łatwe, kolorowe
i przyjemne wiedzie prym?

Bo ludzie nie lubią nudy i wysiłku. Nie zostaliśmy
przyzwyczajeni do trudności. Nasze pokolenie
30-latków jest przekarmione materialną
formą miłości, która miała coś zastąpić.

Może czas, którego rodzice nie mieli.
Może przedmioty, do których nie mieli
dostępu. A może trudną rozmowę o uczuciach,
których nie uczyli się z nami prowadzić, bo ich
rodzice też nie potrafili.

I dlatego całe życie uciekamy.
Od trudnych emocji ku  łatwej lecz
śmieciowej rozrywce, która skutecznie
odwraca uwagę od tego co najważniejsze.

Od siebie.

Słodko-ostry smak Indii

Pamiętacie wegetariańskie bary slow food
o nazwie Green Way? To w nich po raz
pierwszy skosztowałam orientalnej,
rozgrzewającej zupy o słodko-pikantnym smaku
z warzywem o obco brzmiącej nazwie, dahl.

Zupa dahl (dahl po indyjsku oznacza po
prostu soczewicę) robię już od czasu studiów,
kiedy to nie znając przepisu
starałam się skopiować smak zupy z
ulubionego wegebaru.

Wtedy, czyli około dziesięciu lat temu soczewica
była jeszcze mało popularnym produktem i niełatwo
było ją dostać. Zapasy robiłam w jedynym w Olsztynie
sklepie ze zdrową żywnością, Wegetarianin (swoją
drogą, ciekawe czy jeszcze istnieje).

Najpierw próbowałam zielonej. Potem brązowej.
W końcu żółtej, aż na samym końcu dotarłam do
mojego Świętego Graala, czy czerwonej soczewicy.
Soczewicy najdelikatniejszej i lekkostrawnej. Tej,
której nie trzeba przez wiele godzin namaczać, w
obawie przed mało przyjemnymi wzdęciami.

Dziś, po wielu latach kulinarnych testów,
moja zupa z soczewicy jest idealnym daniem w okresie
jesienno-zimowym. Gęsta, sycąca i na długo rozgrzewa.

Podczas pierwszych tegorocznych infekcji jadłam ją
codziennie, by szybciej zregenerować organizm. Dzięki
naturalnym antybiotykom: imbirowi, cebuli i czosnkowi
podnosi odporność immunologiczną i pomaga ciału
uporać się z wirusem i bakteriami.

Zupa dahl nie byłaby niezwykła, gdyby nie zestaw
ziół i przypraw, które nadają jej niezwykle orientalny
smak a same w sobie skutecznie poprawiają i leczą trawienie.
Potrawa jest słodka (dzięki kminkowi i cynamonowi),
kwaskowata (dzięki pomidorom) i ostra jednocześnie
(imbir, czosnek).

Jeżeli chcesz ją ugotować, proponuję Ci zaopatrzyć się
w podstawowy zestaw przypraw.
Niektóre znajdziesz w swojej szafce, o innych
usłyszysz zapewne po raz pierwszy. Są to:

Słodka papryka
Czosnek niedźwiedzi
Cynamon
Imbir
Kminek
Kurkuma
Kolendra
(opcjonalnie mielony czosnek)
(wszystkie, prócz czosnku niedźwiedziego
w postaci mielonej).

20171118_152548 (2)

INDYJSKA ZUPA Z SOCZEWICY (DAHL)
DLA 4-5 OSÓB:

Potrzebujesz:
-po 1 łyżeczce wyżej wymienionych przypraw
prócz słodkiej papryki, tej 2 łyżeczki

-2-3 łyżki włoszczyzny
-ziele angielskie i listki laurowe

-1,5 czubatej łyżki soli himalajskiej
-2 duże marchewki
-1 seler
-2 pietruszki
-3 lub 4 ząbki czosnku
-1 lub 2 małe cebule
-1 kg ziemniaków
-około 3 litrów wody
-1 szklankę czerwonej soczewicy (namoczonej przez
godzinę i przepłukanej świeżą wodą)
-1/2 butelki (0,35 litra) passaty pomidorowej
-2 łyżki masła klarowanego lub zwykłego
-opcjonalnie 1 łyżeczka koncentratu pomidorowego

dla zagęszczenia

Wykonanie: około 2 godzin (będzie trochę zabawy i wiele
aromatycznego zapachu:)

1.Do dużego garnka wlej nieco mniej niż 3 litry zimnej wody.
Wrzuć sól, czosnek niedźwiedzi,włoszczyznę,10 kulek
ziela angielskiego, 3 listki laurowe, 3 ząbki czosnku,
dodaj umyte, obrane i pokrojone w kostki lub słupki
warzywa korzenne (marchew, cebulę, seler i pietruszkę).
Poczekaj aż się zagotuje.

Zmniejsz ogień i idź się zrelaksuj,
Masz wolnych 50-55 minut. (Raz na jakiś
kwadrans sprawdź czy nie wyparowało zbyt
dużo wody. Jeśli tak, dolej trochę przegotowanej,
przy czym miej na uwadze, że będziesz
dodawać 0,35 litra passaty.

2.Po tym czasie, dosyp szklankę opłukanej soczewicy.
Po 15 min.
 dodaj kilogram obranych ziemniaków
pokrojonych 
w małą kostkę. Uchyl przykrywkę.
Dodanie soczewicy może spowodować kipienie zupy. 

3. Po 10 minutach wlej passatę. Rozgrzej masło na patelni, lecz
ustaw palnik na mały ogień. Po chwili wrzuć na
patelnię po łyżeczce: cynamonu, kurkumy, imbiru,
kminku, kolendry oraz 2 łyżeczki słodkiej papryki.
Niech przyprawy 
zmieszają się z masłem i lekko
zarumienią. Uważaj, 
by ich nie przypalić. 

4. Po minucie podprażenia na patelni, dodaj
całą mieszankę do gotującej się zupy. Jeśli coś
zostało na patelni, wlej trochę wody z garnka aby zgarnąć resztę.

Teraz niech wszystko gotuje się około 20 minut.
Raz na 
jakiś czas zamieszaj.

Na sam koniec możesz dodać łyżeczkę
koncentratu, jeśli lubisz gęstsze potrawy,.
Zupa najlepsza jest po paru godzinach
od ugotowania lub na drugi dzień.

Wtedy cała przechodzi przyprawami.
Jedząc natomiast do 6 godzin od ugotowania przyswajasz
najwięcej pierwiastków i wartości odżywczych 🙂
Smacznego!

 

 

 

 

Poradnik łasucha

Gdyby jakiś laik przypadkiem otworzył
moją kuchenną szafkę, pomyślałby zapewne,
że w tym domu mieszka osobliwy chemik.

Szafki bowiem zawierają dziesiątki
produktów o mało wdzięcznych nazwach:
ksylitol, erytrol, malitol, karob,
demerara. 
Cóż to takiego?

Ci, co lubią eksperymentować w kuchni
i choć raz w życiu odwiedzili sklep ze zdrową
żywnością, wiedzą, że pod obcymi nazwami
kryją się słodkie skarby; to co łasuchy lubią
najbardziej, a więc CUKIER.

Słodki smak jest najbliższy mojemu serca.

Kocham go, choć wspólnie mieliśmy
różne momenty: rozstania i powroty,
miłość i nienawiść, ekscytację a w końcu
o ironio, gorzkie rozczarowanie.

Cukier, niczym toksyczny przyjaciel pomagał
zapominać o tym, co złe, mamiąc iluzją szybkiej
radości. Podnosił glukozę we krwi, trzustka strzelała
insuliną w zatrważającym tempie a moja głowa
uzależniała się coraz bardziej.

Trzykrotnie przekroczona wartość
amylazy w badaniach okresowych oraz podejrzenie
nowotworu zatrzymały jednak to błędne koło
kompensowania sobie miłych uczuć.

Cukier to jeden z najpoważniejszych czynników
powodujących choroby nowotworowe.

Tworzy kwaśne (a więc idealne) środowisko dla
grzybów, bakterii i obcych komórek oraz
sprawia, że większość organów jest w stanie
wiecznej ekscytacji a więc nadaktywności.

Dziś cukier nie odgrywa już tak wielkiej roli
w moim życiu. Nauczyłam się bez niego żyć.
Stwierdziłam, że prawdziwa słodycz mieszka
gdzieś indziej niż w białych kryształkach.

W drugim człowieku, w samoakceptacji,
kreatywności i rozwoju duchowym

Rok na detoksie sprawił, że zaczęłam
czuć słodycz naturalnych produktów a zamiast
uciekać od problemów, zaczęłam je obserwować,
akceptować a w końcu rozwiązywać.

Dzisiaj, po wielu latach walk, z czystym
sumieniem mogę powiedzieć, że jestem wolna.

Jestem wolna od cukru, a raczej od tego co
cukier mi dawał. Nie szukam w nim
ucieczki, od tego co przykre a przyjemność
odnajduję poprzez inne zmysły.

Piękne zapachy, słodkie widoki, ruch,
i dotyk. Dziś bawi mnie szuranie butami
w mokrych liściach i zabawa z psem w chowanego.

20171114_114625

Słodycze? Oczywiście, że jem. Ale takie,
które zrobię sama, z miłością do siebie
i wszystkich, których nakarmię.

Wybieram to, co zdrowe, sprawdzone
i bezpieczne. Przetestowałam: melasę trzcinową,
cukier kokosowy, demerarę, syrop klonowy,
syrop daktylowy, erytrol oraz ksylitol.

Oto garść moich wniosków 
popartych osobistym doświadczeniem:

DEMERARA (SUROWY CUKIER TRZCINOWY)
Najlepszy zamiennik cukru do ciast, ze względu

na podobną strukturę chemiczną i jakość smaku.
Nadaje się do wszystkich ciast, a jego GI (Indeks
Glikemiczny) wynosi 87. To dużo. Cukrzycy zatem
powinni 
go unikać, a osoby zdrowe mogą spożywać w
ograniczonych ilościach (nieoczyszczony cukier zawiera
łatwo przyswajalne żelazo i magnez). 

CUKIER KOKOSOWY
Zawiera dużo przyswajalnego żelaza,
bo aż 72mg/100g (co zaspokaja 514% dziennego
zapotrzebowania na ten składnik). Ma niższy
indeks glikemiczny od cukru trzcinowego, bo
jedynie 35 jednostek. Z powodzeniem można
dodawać go do ciast.

Moja jedyna uwaga: ten cukier
wysusza ciasto. Licz się z tym, by dodać
odrobinę więcej oleju. Z uwagi na barwę
(jest ciemnobrązowy) nadaje się tylko do
ciemnych wypieków (murzynek, piernik etc.)

KAROB I MELASA TRZCINOWA
Karob (melasa z chleba świętojańskiego)
 i melasa trzcinowa to słodziki o gęstej,
półpłynnej 
konsystencji o ciemnoczekoladowej barwie.

Nadają się do naleśników, racuchów, kaszy
owsianej lub jaglanki. 
Świetnie sprawdzają się
w okresie jesienno-zimowym. 
Podnoszą odporność
i pomagają osobom z 
problemami trawiennymi i
refluksem. Melasa może być stosowana

przez cukrzyków oraz osoby na diecie.
Posiada właściwości antyoksydacyjne, a więc sprawdza
się w profilaktyce przeciwnowotworowej.

Melasa przez wiele lat była uważana za
produkt uboczny (czyli to, co powstawało
przy produkcji cukru rafinowanego). Dopiero
kilka lat temu odkryto, że to co uważane
za produkt uboczny jest w zasadzie kilkukrotnie
bardziej odżywcze niż produkt  finalny,
czyli biały cukier. Ze względu na konsystencję melasy
możesz użyć jej przy pieczeniu ciastek  oraz
„mokrych ciast”. (Wkrótce zamieszczę
przepis na wegańskie ciasto bananowe słodzone karobem.)

ERYTROL
Erytrol odkryłam całkiem niedawno, zupełnie 
przypadkowo trafiając na promocje produktów eko
w gdańskim supermarkecie. Ten cukier to białe złoto
dla cukrzyków i odchudzających się.

Jego indeks glikemiczny
wynosi 0 i ma 10-krotnie mniej kalorii od zwykłego cukru.
Erytrol nie jest metabolizowany przez ludzki organizm.
W praktyce oznacza to, że zostaje szybko wydalony z organizmu
bez przykrych skutków trawiennych (choćby takich
jak wzdęcia). Jedna uwaga, jest mniej słodki od
cukru, czyli, piekąc ciasto pamiętaj, by dodać go więcej.
Kiedy w przepisie jest 1 szklanka cukru,
dodaj o 1/3 więcej.

KSYLITOL
A to mój ulubiony słodzik, który odkryłam
dzięki książkom Karoliny i Macieja Szaciłło.

Ksylitol jest pozyskiwany z kory fińskiej brzozy.
Ma 40% mniej kalorii od cukru i bardzo niski indeks
glikemiczny=7. Działa przeciwpróchniczo, pozwala 
przyswajać wapń i pomaga osobom z problemami
trawiennymi, bo nie fermentuje w żołądku.

Z powodzeniem może być stosowany przez osoby
chorujące na przerost drożdży w organizmie
(Kandydoza). Jeśli rozpoczynasz przygodę 
z ksylitolem, zacznij od małych dawek. W pierwszych
dniach ksylitol może powodować wzdęcia i
przeczyszczenie, ze względu na to, że organizm musi
przyzwyczaić się do tej organicznej substancji. Po kilku
dniach problem ustaje. Dla mnie jest mniej słodszy
od cukru (mimo że opakowania mówią co innego).

Nadaje się do suchych ciast takich jak babka. Ksylitol
nie ulega procesowi krystalizacji, więc dodając go do
babki możesz użyć mniej oleju (ciasto i tak będzie wilgotne).
Jeśli w przepisie mam 3/4 szklanki cukru dodaję pełną szklankę.
Dla mnie to idealny zamiennik białego cukru.

Orkiszowe ciasto marchewkowe

Taki dzień jak dziś jest idealny, by stać się naleśnikiem.
Zaparzyć rozgrzewającej herbaty, ukroić dużą porcję
korzennego ciacha, owinąć się w trzy warstwy
koca i schować szczelnie przed chłodem.

Ten, kto zna mnie bliżej, wie że kuchnia
to mój pierwszy salon w domu. Bo spędzam
w niej mnóstwo czasu gotując i piekąc różne
pyszności.

Od pół roku coraz bardziej zakochuję się
w ajurwedzie. Bo jest holistycznym systemem
medycznym, ale również, pomaga w prosty sposób
przywrócić równowagę utraconą  z powodu zmian pór roku.

Okres jesienno-zimowy nie jest łatwy dla
takich szczupłych szczypiorków jak ja. Łatwo
się wychładzam, cierpię na słabe krążenie i
szybko tracę energię.

Odkryłam jednak, że
prostymi metodami można rozgrzać się od wewnątrz.
Cynamonem, imbirem, kardamonem, goździkami,
kolendrą, pieprzem czy kurkumą.

I co ciekawe, te rozgrzewające przyprawy
świetnie łączą się ze słodkim smakiem: ciastkami,
herbatą, kawą czy kaszami.

20171111_090923

Moje ciacho marchewkowe jest najlepszą
słodkością podczas listopadowej słoty. Gości
na moim stole przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Zabieram je do pracy, a chłopak bierze w podróże.

Pierwszy przepis znalazłam trzy lata temu,
lecz zmodyfikowałam go, testując przyprawy,
wszelkie rodzaje cukru i mąki.

Stosuję mąkę orkiszową zamiast zwykłej, bo ma więcej
wartości odżywczych i jest łagodniejsza dla
żołądka. Pełny przemiał natomiast sprawia, że
ciasto syci na dłużej, wiec idealnie sprawdza się
na drugie śniadanie, gdy potrzeba nam energii.

Ciasto piekłam na brązowym cukrze trzcinowym,
ksylitolu i cukrze kokosowym.

Najbardziej jednak smakuje mi upieczone
na tym pierwszym, bo jest najsłodsze. Warto mieć
na uwadze, że kakao i cynamon mają gorzki posmak,
więc cukier demerara idealnie równoważy gorycz.

Jeśli jednak postanowisz upiec je na ksylitolu,
do poniższej instrukcji kulinarnej
dodaj 1,5 łyżki mąki więcej. Ksylitol rozrzedza masę.

ORKISZOWE CIASTO MARCHEWKOWE:

Potrzebujesz:
-1 szklankę pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej oczyszczonej typu 700 lub 600
-0,5 szklanki oleju (używam rzepakowego)
-3/4 lub 1 szklanka cukru trzcinowego demerara/ ksylitolu
-4 jajka
-1 łyżeczkę proszku do pieczenia
-3/4 łyżeczki sody
-2 łyżki cynamonu
-1 łyżeczkę imbiru
-1 łyżeczkę kardamonu
– szczypta mielonych goździków
-szczypta startej gałki muszkatołowej
-1 łyżeczka kakao
-2 średniej wielkości marchewki
-1 pomarańcza

Jedną pomarańczę wkładam do głębokiej
miski i zalewam gorącą wodą na 5 minut.
Na tarce o dużych oczkach (łezki) ścieram
marchewkę i  osuszoną skórkę z pomarańczy.
Odstawiam.

Do osobnej miski wbijam 4 jajka.
Ubijam mikserem lub widelcem,
następnie dodaję cukier. Po ubiciu
(aż zrobi się delikatna pianka) dolewam olej
i mieszam aż masa pochłonie go całkowicie.

Teraz dodaję 1 szklankę pełnoziarnistej mąki
z orkiszu, przyprawy, proszek, sodę i kakao i
całość mieszam łyżką, aż masa zabarwi się
na ciemny brąz. Następnie dosypuję 0,5 szklanki
jasnej mąki i energicznie mieszam, aż ciasto będzie gęste.

Na koniec, wrzucam startą marchewkę
i skórkę z pomarańczy.

Mieszam łyżką i całość przelewam do
podłużnej keksowej formy
(uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia).

Wstawiam do chłodnego piekarnika
ustawiając temperaturę na
160 stopni przez 50-60 minut.

Najpierw nagrzewam sam dół (około 20-25 minut).
Dopiero potem dodaję strumień ciepła z góry.
Po 50-60 minutach, wyłączam nie otwierając
piekarnika. Po 20 minutach wyjmuję.

Ciasto gotowe! Smacznego 🙂

20171111_092523


 

W swoją stronę

Zaczęło się jedenaście lat temu.
choć to nie była moja pierwsza próba,
lecz druga lub trzecia, przy czym obie
spaliły na panewce.

Pierwszy raz starałam się rok wcześniej,
gdy mieszkałam w akademiku.

Do małej pokojowej lodówki włożyłam
sześć pasztetów sojowych i dwie paczki
sojowych wędlin. Kupiłam cztery kilo
ziemniaków i surową marchewkę.
Myślałam, że to wystarczy.

Niestety, miałam za mało wiedzy.

Odpadłam w przedbiegach i po
miesiącu jedzenia pasztetów z soi wywiesiłam
białą flagę. Po prostu zabrałam się do tego
z nieodpowiedniej strony.

Zmądrzałam dopiero po roku.

Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam:
Szalonego Kowboja Howarda Lymana,
Spór o prawach zwierząt Petera Singera, a także polski
stary bestseller Wszystko o wegetarianizmie Marii Grodeckiej.

Oto nagle stało się jasne, gdzie popełniałam błędy.
Myślałam, że wystarczy pozbyć się mięsa (którego
i tak jadłam szczątkowe ilości), uzupełnić to soją
voilà! Wszystko gotowe! Otóż, wcale nie!

20171101_105645

Te pierwsze trzy książki, które przeczytałam
były ledwie wstępem do czegoś większego.

Nadały kierunek mojej drodze i choć
dalej popełniałam błędy, to też korzystając
z doświadczenia innych, dojrzalszych osób,
szybko modyfikowałam własne eksperymenty.

Najgorsze jednak było tłumaczenie
innym, dlaczego to robię. Bo przecież każdy pytał.

Mama, tata, oby dwie babcie, kuzynostwo,
najbliżsi znajomi, koledzy ze studiów.

Było najgorsze, nie dlatego, że nikt
nie podchodził do sprawy z otwartym
umysłem i szacunkiem ale dlatego, że
nikt nie potrafił zrozumieć mojego punktu widzenia.

A mianowicie, że swoich przyjaciół nie zjadam.

Moje serce było pełne miłości do zwierząt
już odkąd byłam małym szkrabem.

Kochałam psy, krowy i konie, głaskałam mokre ryjki
świni, które karmiłam z sąsiadką, pomogałam
pisklakom, które wypadały z ptasich gniazd.

Nigdy nie czyniłam między nimi żadnej różnicy,
czego pokłosiem było siedzenie nad zimnym
talerzem obiadu, do którego kapały łzy i smarki.

-Nie odejdziesz od stołu, póki nie skończysz
upominali rodzice.

Więc nie odchodziłam.
Siedziałam nad talerzem i płakałam godzinami.
To co dla nich było rarytasem, mnie przyprawiało
o mdłości.

******

Jakiś czas temu byliśmy z Michałem w kinie.
Pokot. Film Agnieszki Holland na podstawie
powieści Olgi Tokarczyk, Prowadź swój pług
prze kości umarłych.

Znałam książkę,
czytałam ją dwukrotnie, ale chciałam obejrzeć
to jeszcze w kinie. Zobaczyć Duszejko z perspektywy
sławnej reżyserki. Znów z nią trochę pobyć, niczym
ze starą znajomą. Po powrocie z kina usłyszałam:

-Chyba przestanę jeść mięso…
-Bo…?
-Ten film mnie wzruszył; dotknął mnie.

Spojrzałam na Michała podejrzliwie.
Właśnie kończył robić kanapkę z masłem i wędliną.

Wiedziałam, że nic z tego. Że to tak nie działa.
To nie jest rzucanie papierosów, bo kumolog
zabronił ci palić. To nie jest odstawienie cukru,
czy alkoholu, bo robisz po nim głupie rzeczy.

To coś więcej. To filozofia życia. Wyświechtane słowo,
a jednak olbrzymie znaczenie. Bo filozofia to idee
największe wartości i emocjonalne potrzeby. Coś
co jest na samym szczycie życiowych priorytetów.

Michał jest wrażliwy i empatyczny. Ale niejedzenie mięsa
i idea wegetarianizmu nigdy nie stała u niego na podium.

-Nie rób tego– odpowiedziałam
-Co? Jak to? Nie chcesz? Ty???
-Chcesz to zrobić z nieodpowiednich pobudek.

A to musi być głos serca. Głos, który krzyczy w tobie
przez wiele lat. To nie może być poświęcenie. To powinno
być całkowicie naturalne, twoje moralne poczucie słuszności.

Michał nie został wegetarianinem, i nawet nie jest mu blisko.
Zrobił inne rzeczy w które wierzy. Wpłacił pieniądze na konto
schroniska, rzucił palenie i zrezygnował z gier.
Każdy ma swoje priorytety i osobiste wartości.

Misjonowanie nigdy nie przyniosło
niczego prócz kłótni i rozlewu krwi.

******

Zawsze byłam za cichą rewolucją.
Czyli taką, która odbywa się we własnym sumieniu.

Nie krzyczysz światu o sobie, nie namawiasz innych
do własnych przekonań. Jak mawiał Mahatma Gandhi,
bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie. 

Te jedenaście lat bycia wegetarianką były i wciąż są
dynamiczną zmianą. Ta droga nigdy nie ma końca.

Zaczęło się od tego, żeby nie szkodzić istotom.
Prosta sprawa, prawda? Jednak ta mała rzecz
doprowadziła mnie dalej. Do prawdy, która
wcale nie jest jednolita i miła.

Oto okazuje się, że hodowle przemysłowe
powodują wzrost CO2 i metanu do atmosfery,
co przyspiesza zmiany klimatyczne w zatrważającym tempie.
(aktualnie +1 stopień Celsjusza). Topnieją lodowce,
w Ameryce robi się cieplej, a w Europie chłodniej.

Dalej. Bank Światowy wykorzystuje kraje Trzeciego Świata,
zadłuża je, a w ramach spłaty wymaga udostępnienia koncernom
przemysłowym wielkich połaci jeszcze nieskażonej ziemi pod uprawę zbóż.

Szczytny cel, prawda? Tyle, że zboża (głównie kukurydza i soja GMO)
nie mają służyć likwidacji głodu na świecie, a wykarmieniu
bydła hodowanego w niewoli, na to by napełniać ogromne
brzuchy Amerykańskich smakoszy.

Dalej. 90% popularnych zbóż, które dostępne są w sklepach,
są modyfikowane genetycznie.

Ludzie (zwłaszcza nasze pokolenie lat 80-tych)
chorują na nowotwory, co jak myślę, ma ze sobą
ogromny związek, jak również to, że od dziecka
nauczono nas spożywać śmieciowe, mocno przetworzone
jedzenie, które zawiera toksyczne substancje
(jak syrop fruktozowo-glukozowy),GMO, antybiotyki oraz pestycydy.

I żeby było zabawniej. Ci sami ludzie na ogół
nie widzą związku.

Uskarżają się na swój stan zdrowia, oddają się w ręce
lekarzy, a ci z reguły nie wiedząc nic o zdrowym żywieniu
( bo na 6-letnich studiach mięli o tym ledwie 25 godzin zajęć)
karmią pacjentów kolejną chemią i przetworzonymi farmaceutykami.

Moja koleżanka, która wiecznie choruje na zapalenie
górnych dróg oddechowych (i zawsze je cukier, nabiał
i pije gazowaną wodę) na moje pytanie, czemu w końcu
o siebie nie zadba i zmieni diety na zdrową, ciepłą i ekologiczną,
odpowiedziała, że JEJ NIE STAĆ (!).

Przy czym stać ją na firmowe buty
i nowe sukienki. Ręce opadają.
Ale nic nie mówię, bo ci, którzy nie chcą
wiedzieć, zamykają oczy i uszy na niewygodną prawdę.
Bo prawda jest taka, że ŚWIADOMOŚĆ bywa bolesna,
a IGNORANCJA zawsze jest miękka i puchata.

******

Jedna droga doprowadziła mnie w tysiąc podobnych.

Bo rozwijając świadomość liczysz się z tym, że dotrzesz w
obce rejony i będziesz musiał podjąć kolejne wyzwania.

O tym wszystkim przypomniały mi, Głosy rewolucji żywnościowej,
książka z 2014 roku, dwójki idealistów: Johna Robbinsa
i jego syna Ocena, która wpadła mi w ręce podczas wrześniowej wyprzedaży.

20171101_105738

Jest to zapis rozmów z najważniejszymi
niezależnymi ekspertami ds. żywności organicznej,
GMO, zadłużenia Krajów Trzeciego Świata, lekarzy, dietyków
ekologów, publicystów i zaangażowanych w Fair Trade.

Wiedza, którą oferuje lektura, była mi już znana
i oczywista, a ta pozwoliła mi ją usystematyzować.

Telomeraza, angiogeneza, BDMC. Te kosmicznie
brzmiące nazwy od wielu lat nie są mi obce.

Bo decydując się na życie w prawdzie i w zgodzie z własnym sumieniem
nagle dowiedziałam się o rzeczach o których świat nie mówi.
Bo politykom, wielkim korporacjom i 2% najbogatszych
ludzi świata jest to nie w smak.

I nie chodzi o to, by zwariować (a w natłoku sprzecznych
informacji, można), lecz by zrobić wszystko co w naszej
mocy, aby zadbać o siebie w tym trudnym, bo oderwanym
od Natury świecie. Może się wydawać, że naszą misją,
jest wegetarianizm lub zdrowa antynowotworowa dieta.

Tymczasem są to tylko drogi prowadzące do celu głównego.
A jest nim powrót do Natury i nauka życia w zgodzie
z odwiecznymi jej prawami, dokładnie tak,
jakby nas też dotyczyły.

Bo przecież dotyczą, bez wyjątku.
I dlatego, to co holistyczne wraca do łask.

Pełny rozkwit natomiast będzie miał miejsce dopiero wówczas,
gdy przestaniemy być ignorantami i rozbudzimy świadomość
na PRAWDĘ. Że to nie my władamy Naturą, lecz to ona
posiada nas.