Archiwa tagu: siostrzeństwo

Oddzielenie. Mała iluzja „izolacji”

Droga Kobieto, drogi Mężczyzno.
Jak się masz? Jak się czujesz w okresie
przedłużającej się kwarantanny? Gdzie jesteś?
Co robisz? Jak Twoje samopoczucie?

Tęsknię za Tobą.

Tak. Czasem łapię się na uczuciu tęsknoty
i pomyśle, że jestem oddzielona od Ciebie i reszty świata.

A potem siadam do medytacji, albo wychodzę
z psem do Lasu, dotykam Drzewa i wiem, że
to nieprawda. Że tylko przez chwilę uwierzyłam w
iluzję oddzielenia.

Oddzielenie nie istnieje.

Wcale nie muszę być w stałym i fizycznym
kontakcie z drugim człowiekiem, żeby poczuć
się z nim związana, bliska jej czy jemu.

Ale lęk robi swoje.

Szepcze do ucha opowieści:
nie dzwonią, nie piszą, nie komentują, nie reagują
na posty, a więc cię nie widzą, nie słyszą, nie lubią…

Nie istniejesz!

Przyzwyczaiłam się do tej myśli, bo nie jest nowa.
Nawiedzała mnie już we wczesnym dzieciństwie.

To ona popychała mnie do chodzenia tam,
gdzie nie chcę.

Do prowadzenia mało znaczących rozmów.
Do szukania miłości. To kiwania głową w geście TAK,
gdy całe serce mówiło NIE.

Aprobata.
Przyjęcie.
Akceptacja.
Przynależność.

Oto moje potrzeby, za spełnienie których
zawsze dałabym się pokroić.

Facebook i inne social-przygody

W dobie pandemii koronawirusa nasze relacje
przestały być prywatne, zaczęły być
oddzielone przez technologiczne medium.

Kontaktujemy się ze sobą via Skype,
telefon, czy Messenger.

On-line stały się nie tylko nasze przyjaźnie,
ale również wspólnoty, warsztaty, czy zajęcia jogi.

To daje jakąś kruchą namiastkę normalności.
Ale wiesz co? Wewnętrznie czuję zgrzyt.

Wcale nie mam ochoty być on-line.

Mam problem z zasiadaniem w wirtualnych
kręgach kobiet. Robię wszystko, by nie musieć
dzwonić – słyszeć bez widzenia. Kamerka
to też nie to. Widzę, słyszę, ale nie czuję.

Często łapię się na tym,
że jest mi dobrze. Tak cholernie
dobrze, błogo i bezpiecznie.

Że wcale nie muszę, nie potrzebuję być w kontakcie.
Bo jestem, niezależnie od tego czy zadzwonię, czy nie.

A potem z ciekawości odwiedzam Facebooka,
bo wypada wiedzieć.

Scrolluję.

Oto co widzę: depresje, samobójstwa, panika,
lęk, tęsknoty, pytanie, „kiedy to się kończy?”.

To jest ten moment.
Zaczyna się…

Izolacja = samotność?

Ten krótki ułamek sekundy,
w której coś rodzi się w brzuchu.

Mały motyl, a może ćma, która leci do
gorącej lampy, nie wiedząc jeszcze,
że za chwilę ulegnie poparzeniu.

Niepokój.

Mały robaczek pełzający w stronę głowy
i cudze wykrzykniki:
lęk, panika, depresja, samobójstwa
„kiedy to się skończy?”.

Bach! Oto i jest – oddzielenie.

Biorę telefon i dzwonię do Ani.
Wysyłam SMSa do Magdy.
Wrzucam zdjęcie na Instagram, żeby
przekonać wszystkich – jestem!

„Zamieść na tablicy jakiś cytat Kama”.
Ciekawe co u Jagody. „Jagoda? Pogadamy na skype?”.

Oddzielenie.
Pojedynczość.
Samotność.
Izolacja.

Nie dzwonią, nie piszą, nie komentują.
Zapomnieli. Nie lubią cię. 
Nic nie znaczysz. 

To nie moje.
A jednak ulegam.

Bo to przecież nienormalne, że
mi dobrze samej. Prawda?

Ludzie chcą normalności. Sklepów, kin,
koncertów, powrotu do korporacji, small-talków.
Przecież i ja powinnam chcieć.

„Mam dość home-office” – słyszę od znajomych.
„Źle mi w tej samotności”.
„Mam dość, że nie mam gdzie pójść”.

Nie rozumiem. Ja nie mam dość.
Chcę. Chcę jeszcze.  Chcę dłużej.

Rzekłabym nawet – chcę już zawsze.

IMG_20200412_154001

Tymczasowość, w której przyszło mi żyć,
jest piękna. Jest czymś, co myślałam że
zdarza się jedyne w filmach science fiction.

Marzyłam o tym od dawna i po cichu.

Podoba mi się.
Jest mi w tym rozkosznie.
Jak w bajce.

Bywa, że mam poczucie winy
lub daję się przekonać lękowi, że
skoro mnie nikt nie widzi i nie słyszy,
to mnie nie ma.

Nie zadzwonisz, nie napiszesz, nie 
zobaczysz na kamerce, zapomną o tobie.
Odrzucą cię. Będziesz nikim!

Nie istnieję.

To przerażająca myśl.
Ego chce istnieć i coś znaczyć.
Mieć cele, potrzeby, pragnienia.

A potem wychodzę do Lasu.
Zdejmuję buty. Staję boso na trawie.
Biorę ziemię w garść, żeby poczuć jej zapach.
Oddzielenie znika.

Jestem drzewem.
I skowronkiem.
Tęczą, wiatrem i przestrzenią.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

Ok. Zgadzam się.
Możecie o mnie zapomnieć
i nie nazywać po imieniu.

Po raz pierwszy od wielu lat czuję, że
wszystko jest w normie. Że mi dobrze.
Jestem szczęśliwa. Nic nie muszę.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

 

 

 

 

2019? To był rok Siostrzeństwa!

Nie jestem typem osoby, która hucznie
żegna stary rok. Wręcz przeciwnie.

Zostaję w domu w piżamie i
bez makijażu, w zupełnej ciszy.

Kontempluję nad tym, co odeszło i kim
się stałam. Jestem bliżej śmierci
i o rok bogatsza w doświadczenia.

Rok 2019 był bardzo mocnym czasem.
Tak jakby nagle zintensyfikowały się
wszystkie doświadczenia, którym
od lat mówiłam: „nie, dziękuję”.

To był rok:
siostrzeństwa
otwierania się
wychodzenia do ludzi
zdecydowanego rezygnowania
odważnego wchodzenia w nowe
mówienia NIE temu, co nie służy
mówienia TAK, gdy coś było ciekawe.

Niesamowite jest to, że wszystko przyśpieszyło,
a intencje wysłane w Kosmos nareszcie
przyniosły owocne rezultaty.

ROK OPUSZCZANIA SKORUPY

Zaczęło się już 31 grudnia 2018 r.
Mieszkałyśmy z Luną u koleżanki,
spakowane w siedem małych kartonów.

W ciągu ostatniego półrocza
przeprowadziłyśmy się już trzeci raz.
Byłam zmęczona i tęskniłam za miejscem,
w którym nareszcie mogłabym zapuścić korzenie.

23 przeprowadzki w ciągu 33 lat?
Ok. Póki co mi wystarczy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w ostatni
dzień 2018 roku pojechałam
obejrzeć kawalerkę pod lasem w Sopocie.

Mieszkanie miało wszystko, czego chciałam:
drewnianą podłogę, okna wychodzące na
południe, mały balkonik, osobną kuchnię i…
wielki las za oknem. A na parapecie stał Budda.

Dzień później, 1 stycznia 2019 roku
z duszą na ramieniu jechałam pociągiem z kwotą
5 tysięcy złotych w kieszeni na podpisanie
umowy przedwstępnej.  A potem wszystko nabrało tempa.

Tak jakby przeprowadzka do Sopotu nagle
otworzyła mi setkę nowych drzwi. Przez każde
z nich do mojego życia zaczęły wchodzić Kobiety.

Trzydziestoletnie, czterdziestoletnie,
młode podlotki, Staruchy i Wiedźmy.
Wszystkie po to, by czegoś mnie nauczyć.

Intencja wysłana pół roku wcześniej, że
nie wejdę w żaden związek póki nie dopuszczę
do siebie kobiecości, nareszcie zaowocowała.

received_891147744592991

KOBIETY

W marcu pojawiłam się na pierwszym
Kręgu Kobiet, gdzie poznałam trzynaście absolutnie
inspirujących dziewczyn w różnym wieku.

Z niektórymi, po dziewięciu miesiącach
częstego kontaktu jestem bardzo blisko zżyta.

Potem pojawiły się kolejne Kręgi, a wraz z nimi
warsztaty rękodzieła, koncerty, tańce, kino,
śpiewanie i granie na instrumentach.

Pojawił się mężczyzna, na chwilę.

Bo chciałam sprawdzić, czy jestem w stanie
coś poczuć. Ostatecznie zobaczyłam w tym
cenną lekcję zaufania do siebie.

Zamiast pójść za tym, co analizowała głowa,
(Co ci szkodzi? Fajnie będzie!)
poszłam za tym, co mówiło serce.
(Nie ten czas, nie ten człowiek).

Latem wybrałam się w Tarnowskie Góry,
do miejsca, w których spędziłam pięć dni
w towarzystwie sześćdziesięciu Kobiet.

To tam poznałam Jagodę.

Jagoda, lat 52, wyzwolona matka dorosłych synów,
nauczycielka seksu tantrycznego, terapeutka
i studentka seksuologii.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, pomyślałam:
„Taka chcę być za 20 lat”. I choć mieszkamy w zupełnie
różnych rejonach Polski, to kontakt mamy do dziś.

Myślę, że pojawiła się, by pokazać mi
blokady na poziomie seksu. To jedyna
kobieta, z którą mogę godzinami rozmawiać
o seksie bez wstydu. Jagoda pokazuje mi
rzeczy z innej, bo dojrzałej perspektywy.

Mówi: Boisz się? Dobrze, ale rób,
eksperymentuj, sprawdzaj! Zobacz
kim jesteś!

PRZEMIJANIE

Nieco wcześniej zmarła moja babcia,
mama mojej mamy.

Noszę po niej drugie imię, choroby,
tendencję do zajadania smutków,
zazdrość i dziwny, nieco stłumiony
stosunek do kobiecości i seksu.

Kiedy dowiedziałam się o jej śmierci,
zrobiłam jej rytuał pożegnania, i choć
nie jestem katoliczką pojechałam na pogrzeb,
bo czułam, że to ważny czas.

Weszłam do kaplicy z otwartą trumną i śpiewałam z wiejską
wspólnotą żałobne pieśni. Wcześniej nigdy tego nie robiłam.
Bałam się widoku śmierci. Pewnie dlatego, że i samego życia
się bałam. A przecież śmierć to transformacja i nauka pokory.

Czuję, że podczas ostatnich miesięcy wiele
uzdrowiłam z tego, co babcia miała poblokowane.

Tak jak jej mama. I mama jej mamy. I pewnie jeszcze
kilka żeńskich pokoleń wstecz.

Czy uda mi się uzdrowić wszystko
w trakcie jednego życia? Nie wiem.

Pojawienie się Jagody było znakiem, że czas rozkruszyć
przestarzałe schematy i żyć w zgodzie z sercem.

czapielsk

NATURALNY PRZEPŁYW

Moje ciało coraz bardziej otwierało się na uczucia.
Przestałam hamować ich naturalny przepływ.

I choć przeszłość wciąż łapała mnie za chabety,
to życie, które chciało się przejawić taranowało
wszystkie trudne blokady.

W tym czasie odeszło sporo ludzi.

Bo „jestem dziwna”, „bo pomieszana”,
„bo nie wiem o co mi w życiu chodzi”,
„bo wciąż szukam, a ile można szukać”?

Szukać można całe życie.
A jeśli twierdzisz, że znalazłeś
to … cóż. Co dalej?

Przyszło uzdrowienie na poziomie ciała,
powrócił apetyt. Nie tylko na jedzenie, ale
na relacje i doświadczanie. To był rok odwagi.

Zobaczyłam, że potrafię o siebie zadbać.
Zarobić, ogarnąć, załatwić, poprosić o
pomoc i samej pomóc innej osobie.

Mam też jedną nową zasadę, która brzmi:
„Nie mam czasu, dla ludzi, którzy nie mają czasu”.

Znasz to?

Piszesz to wieloletniej znajomej,
i pytasz o spotkanie, a ona mimo
zapewnień jak ważna jesteś wciąż
odpowiada: „Innym razem. Nie mam czasu”.

Nie pytam trzeci raz.
Może Ty nie masz na to czasu,
ale ja nie mam przestrzeni
na wieczne odmowy. I dobrze mi z tym.

AAALAAA

TYSIĄC UCZUĆ WE MNIE I … ZGODA

Czuję się żywa jak nigdy.
Jestem zaskoczona ile mam gniewu,
i pozwalam mu zarobić trochę pieniędzy.
Tulę smutek a niepokój ogarniam uważnością.

Jest też we mnie zazdrość,
moja wielka nauczycielka, która
mówi o niespełnionych potrzebach.

Jest i radość, która zabiera mnie
na tańce. Jest ciekawość z którą odkrywam
nowe lądy. Są chęci i marzenia, rozbite talerze
i wycie w bólu do księżyca i utraty tchu.

Właśnie tak wyobrażałam sobie
prawdziwe życie. Bez hamowania. Bez stawiania
niepotrzebnych blokad. Z całkowitą akceptacją.

Obejmuję więc dziś swoją życzliwą uwagą
wszystko, co jest we mnie. I te niechciane części
i te kochane scalam w jedno, bym mogła
być tym, kim  w istocie byłam od zawsze.

Nie muszę się nikim stawać.
Jestem kompletna. Ktoś twierdzi
inaczej? To nie mój problem.

Życzę Wam kochani ODWAGI do bycia
sobą. Przygarnijcie to, co
brzydkie i lepkie.

Wyrażam wdzięczność:
dla Matki Ziemi, że mnie niosła,
dla wszystkich Kobiet z mojego rodu,
które były i wciąż są wielkimi nauczycielkami.

Dziękuję tym, które odeszły
i tym, które przyszły:

Magdzie, za bezinteresowną miłość.
Monie, za inspirację.
Ani za wrażliwość.
Adzie za dzikość.
Jagodzie za bezwstydność.
Oli za widzenie.
Marzenie za chichranie się w lesie.
Uli za łagodność.
Monice za pamięć.
Asi za ciepło i serdeczność.
Agacie za Zamknięty Krąg.

I oczywiście mojej najdroższej psiej
przyjaciółce, Lunie, która pozwala mi
spełniać moje matczyne zapędy
i przyjmuje miłość bezwarunkowo.

KOCHAJCIE, WSPIERAJCIE SIĘ,
BĄDŹCIE POŻYTECZNI. NIECH
WSZECHŚWIAT WAS ROZPIESZCZA
W KAŻDYM DNIU 2020 ROKU.

Boginie w każdej kobiecie. Sprawdź, którą jesteś!

Po ostatnim poście o archetypach
dostałam od Was mnóstwo wiadomości.

Pytałyście, czy pożyczę Wam książkę,
gdzie można ją kupić i kim jest autorka.

Prosiłyście też o informację na temat
innych bogiń, o których w poście nie napisałam.

Tak oto narodził się pomysł na szczegółowy artykuł
o boginiach w każdej kobiecie.

Najwyraźniej identyfikowanie się
z archetypami jest nam bliskie i pozwala
przejść konkretny proces indywiduacji.

Może dlatego, że archetyp to tożsamość zmienna.
Możemy go ubrać jak piękną sukienkę,
a potem odłożyć do szafy i przymierzyć coś
zupełnie innego – bo nas pociąga, albo niepokoi.

Co ważniejsze – z konkretnym archetypem nie musimy
identyfikować się przez całe życie, nie ma też takiej potrzeby.

Mityczny archetyp to doskonała persona
na chwilę obecną. Czasem towarzyszy nam
przez tydzień, niekiedy przez miesiąc, czy rok.

Bo przecież zmieniamy się.

Tak jak nasze nastroje, role, pragnienia
i potrzeby, tak i my ewoluujemy, rośniemy,
a czasem się kurczymy do środka.

W zależności od nastroju i emocji
w jednej chili możemy czuć się
waleczną Artemidą, by na drugi dzień
z łatwością odnajdywać w sobie cechy Hestii.

GRECKIE BOGINIE

Zacznę od tego, że autorka książki
„Boginie w każdej kobiecie” (Jean Shinoda Bolen)
jest  psychoanalityczką i przyjaciółką Clarissy
Pinkoli Estes, autorki „Biegnącej z wilkami”.

Obie panie wywarły na siebie duży wpływ, choć
Jean Shinoda Bolen napisała książkę znacznie wcześniej.
Pinkola natomiast korzystała z jej prac,
pisząc swoje baśniowe opus magnum.

„Boginie w każdej kobiecie” zrobiły
furorę w latach 80. i 90.

Potem wielokrotnie byłe wznawiane przez
światowe wydawnictwa psychologiczne, bo
po 35 latach od daty premiery nic nie utraciły
na swojej aktualności. Na tym polega potęga mitu.

Autorka „bogiń” podzieliła je trzy kategorie:

1. Dziewicze/Samotne/Niezależne
2. Zależne od innych/ Bezbronne
3. Alchemiczne/Inicjujące przemianę

Dziś napiszę o tych pierwszych.
Należą do nich: Artemida, Hestia i Atena.

Z tym typem kobiet, zawsze najłatwiej było
mi się identyfikować, bo nie potrzebowały
do życia mężczyzn. A już na pewno nie
określały swojej wartości przez pryzmat
bycia w związku lub nie.

Jeśli kiedykolwiek spotkasz kobietę,
która powie, że „mężczyzna jest jej
potrzebny tak jak rybie rower”, to wiedz
że masz do czynienia z Artemidą, Hestią lub Ateną.

BOGINI ARTEMIDA

20191201_111909

Świat filmowy z uwielbieniem
korzysta z archetypu silnej,
odważnej i walecznej kobiety.

Bo Artemida to wzór epickiej bohaterki.
Walczy o siebie, skupia się na celu niczym
światło lasera, jest nieustraszona i pełna mocy.

Diana z filmu „The Wonder Women”
była wzorowana na Artemidzie.
Podobnie jak Xena, wojownicza księżniczka,
Animowana Merida Waleczna czy Lara Croft.

Kochałam je wszystkie, a moje serce zawsze
mocniej biło, gdy widziało je na ekranie.

Ale to nie tylko wojowniczki, które
chodziły z mieczem u boku.

To również aktywne feministki, które biorą udział
w marszach na rzecz równości kobiet.
To one stukały parasolkami w okno
Piłsudskiego domagając się praw wyborczych.

Współcześnie organizują Czarne Protesty,
Kongresy Kobiet i Marsze Równości. To idealistki.

Ich dominującą emocją jest gniew, który
o ile jest dobrze przekształcony bywa energetycznym
paliwem, który napędza do działania.

Artemida jest aktywna, ciekawa świata,
zdeterminowana i przebojowa. Kocha
zwierzęta i naturę, oraz wspiera siostrzeństwo.

W greckiej mitologii przedstawiano ją z łukiem i strzałą,
co oznacza, że jeśli postawi sobie jakiś cel,
zawsze go osiągnie.

Lubi dzieci, ale starsze – takie, z którymi
można się pobawić. Sama natomiast
często bywa bezdzietna z obawy
o utratę niezależności – kocha przecież
wolność i autonomię.

Jeśli myślę o znanych
Artemidach, to widzę:

Martynę Wojciechowską,
Beatę Pawlikowską,
Maję Włoszczowską,
Elżbietę Dzikowską.

BOGINI HESTIA

20191201_111820

Bardzo mi bliska. Od zawsze
intuicyjnie czułam, że jestem
przede wszystkim nią.

Kobietą Domowego Ogniska.

I choć czasem życzyłabym sobie mieć
więcej cech Artemidy, to jednak zawsze szala
zdecydowanie przesuwała się w stronę Hestii.

Hestia to spokojna, cicha i niewidzialna
bogini. Introwertyczka, której nadrzędną
wartością jest skupienie do środka.

Hestia nie wyobraża sobie życia bez
medytacji czy kontemplacji duchowej,
a wszystko czym się kieruje ma
pomóc jej w rozwinięciu Jaźni.

W mitach zwykle przedstawiano
ją jako okrągłe  palenisko w środku świątyni.

To kapłanka, wiedźma i stara kobieta.

Ona nie potrzebuje być w centrum uwagi.
Jest małomówna, nad wyraz ceni ciszę i
rytuały. Hestia to bogini wszystkich mniszek
i kobiet, które traktują dom jak świątynię.

Poznasz ją po tym, że w jej domu
zawsze jest posprzątane, upieczone,
ozdobione i dopieszczone.

Ma zioła w doniczkach, mnóstwo
książek i kocha zwierzęta.

Gdy zaprosi Cię do siebie, wiedz, że zadba
o ciebie z miłością, ciepłem i życzliwością.
Obejmie cię uwagą i wysłucha przy herbacie.

To kobieta, która wyznaje zasadę „Hygge”.

Ma być ciepło, przyjemnie i bezpiecznie.
Jej dom bywa schronieniem od zgiełku świata
i bez problemu przeznacza na to pieniądze.

A to dokupi kwiatka.
A to ciepły koc, obraz na ścianę
czy pachnące olejki i świece.

Nie sądźcie jednak, że to typ „domowej kury”.
Hestia jest bardzo samodzielną boginią.
Kocha samotność, a dbanie o dom jest
dla niej jak praktyka mindfulness.

Robi to z radością i zaangażowaniem,
a prace domowe pomagają jej w
kontemplacji chwili obecnej.

To kobieta, w typie „dobrej ciotki”,
która zawsze chętnie cię wysłucha,
otuli kocem, nakarmi ciastem i pyszną kawą.

Bywa słuchaniem, ciepłą obecnością
i żywą, serdeczną uwagą. Jest przy tym
nieabsorbująca, czasem niedostępna,
bo skierowana do siebie.

Jest jak przestrzeń.

Gdy myślę o Hestii, to wyobrażam sobie:

Pemę Cziedryn,
Olgę Tokarczuk,
Grażynę Błęcką-Kolską
czy Emily Dickinson.

Historia i filmy często ją pomijają, bo nie jest tak zjawiskowa
jak Artemida. Pamiętajmy jednak, że to
bardzo wrażliwa i mądra kobieta, która wie.

A kobieta, która wie, nigdy
nie musi rozpychać się łokciami.

BOGINI ATENA

20191201_111838

Zawsze fascynowało mnie jej zimne jak
lód oblicze i ciężka zbroja na ciele. Jako
dziecko lubiłam czytać o niej w mitach, bo…
przypominała chłopaka w spódnicy.

I tak właśnie można byłoby ją określić.

Bo Atena jest kobietą, która uwielbia
mężczyzn tak bardzo, że często ich naśladuje.
Cechuje ją logika, racjonalność, konkret,
rozsądek, przedsiębiorczość i zadaniowość.

Atena to współczesna bizneswomen, która
pnie się w górę po wszystkich szczeblach kariery.
Ale bywa też oschła i niewrażliwa jeśli chodzi
o ludzkie uczucia, bo sama bywa od nich odcięta.

Atena to profesjonalistka,
perfekcjonistka i organizatorka.

To, co odróżnia ją od Artemidy to
brak impulsywności, zakotwiczenia
w ciele i zgoda na patriarchat.

Podczas, gdy Artemida często poświęca życie
na walkę o równouprawnienie, o tyle Atena
naprawdę sądzi, że mężczyźni są lepsi. Przyjaźni
się z nimi, choć często czuje się gorsza.

Ale Atena to również błyskotliwa inteligencja,
umysł ścisły i wielkie ambicje.

To kobieta, która z powodzeniem realizuje cele
i dąży „po trupach do celu”. Lubi konkrety i
jasne komunikaty.

Ateny często zostają politykami, bo lubią władzę.
Bywa też, że zaciągają się do wojska lub innej służby
publicznej, która wymaga nerwów jak ze stali.

Jeśli myślę o Atenie, to widzę:
Angelę Merkel,
Królową Elżbietę,
lub Beatę Szydło.

Czy odnajdujesz się w którejś z nich?

Czuję, że mam w sobie ok. 70% Hestii
i 30% Artemidy. Ale bywają też dni,
gdy dostrzegam w sobie Demeter
czy Persefonę, choć rzadko i na chwilę.

Myśl o tym, jak dużo mam w sobie Hestii
przyszła do mnie, gdy pojawiła się nadwyżka
pieniędzy. Zupełnie zapomniałam, że chciałam
wyjechać do Meksyku.

Zamiast odłożyć pieniądze na konto kupiłam
duży kwiat doniczkowy, książki i piękną skandynawską
girlandę z lampek. „Żeby w domu było miło”.

Najwyraźniej Artemida jest młodszą siostrą
Hestii i dopiero dojrzewa, nie domagając się
jeszcze równych praw czy uznania.

W kolejnym poście zamieszczę informacje
o boginiach zależnych i bezbronnych,
a więc takich, dla których relacja z drugą osobą
jest centralną osią jej życia. Będą to:

Hera, Demeter i Persefona.


Główne zdjęcie:  Joy Marino from Pexels

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Indywidualizm vs. Wspólnota. Jak to pogodzić?

Zupełnie niedawno uczestniczyłam
w wyjątkowym wydarzeniu przygotowanym
dla jednej z naszych kręgowych kobiet.

Ola już za kilka tygodni po raz
pierwszy  zostanie mamą.

Żeby móc celebrować ten magiczny czas
spotkałyśmy się w przy ognisku – każda z
podarkiem i życzeniami na nową drogą życia.

Bo przecież dla kobiety to swoista brama.
Oto kończy pewien etap.

Jakaś część niej umiera i zaczyna się nowa.
Kolejny etap życia z którego nie ma powrotu.

Teraz zmieni się wszystko i będzie trzeba
uczyć się siebie i świata na nowo.

Macierzyństwo. Etap, w którym była większość
kobiet, a jednocześnie przestrzeń, w której trzeba
poruszać się po omacku, bo w tej nowej roli często
zostajemy zupełnie same.

SIŁA WSPÓLNOTY

Podczas tych kilku godzin spędzonych na łonie natury
przy ognisku, wśród kobiet z którymi spotykam się
od kilku miesięcy zobaczyłam Olę raz jeszcze.

Spokojną.
Szczęśliwą.
Wdzięczną.
Wzruszoną.
Bezpieczną.

Gdy na drugi dzień rozmawiałyśmy
przez telefon, powiedziała:

„Czułam się tak, jakbym
miała drugie wesele”.

To jest właśnie siła Siostrzeństwa.
Siła Wspólnoty.
Moc bycia częścią większej całości.

To dla mnie nowość, bo od
dziecka unikałam wszelkich grup.

W dorosłym życiu po raz pierwszy
odkryłam w sobie potrzebę przynależności,
dopiero gdy przekroczyłam próg 20 lat.

Wtedy po raz pierwszy zaczęłam doceniać to,
co daje wspólnota.

Nareszcie mogłam wziąć
na siebie jakąś rolę –

być potrzebna.
Ugotować.
Zaparzyć herbaty.
Stworzyć przestrzeń.
Lub po prostu być obecna.

Szybko jednak odchodziłam
bo zawsze coś mi nie pasowało,
czegoś brakowało, coś zgrzytało.

Dopiero niedawno
zrozumiałam co to jest.

Silny indywidualizm.

Olbrzymia chęć stanowienia odrębności.
Nie boję się tego napisać – również egoizm.

Pojawił się wewnętrzny konflikt.

Bo jak pogodzić potrzebę bycia sobą
i dawać sobie to, co JA potrzebuję, gdy
często stoi to w opozycji do NAS?

POTRZEBA SAMOTNOŚCI

Ten kłopotliwy konflikt wyraźnie zarysował się
w trakcie Zgromadzenia Wszystkich
Kręgów Kobiet na Śląsku.

Spędziłam tam pięć dni i pięć nocy.

W kilkuosobowym pokoju. Na wydarzeniu,
w którym brało udział 60 kobiet, na grupowych
warsztatach, jedząc posiłki we wspólnym towarzystwie.
Od wczesnego rana do późnej nocy – kobiety.

Nie było dokąd uciec, choć
chęć ucieczki pojawiała się kilka
razy na dobę.

Gdy było trudno,
po prostu oddychałam.

Wytrzymywałam.
A czasem nie.

I wtedy chodziłam przez godzinę sama
po wielkim lesie, żeby nabrać dystansu
i naładować nawykowe baterie,
które pragnęły samotności.

Po powrocie, o dziwo
nie mogłam się odnaleźć
w pustym mieszkaniu,
gdzie mieszkam tylko z psem.

Gotowałam, choć nie miałam
kogo karmić. W wielkim imbryku
stygły litry herbaty, a blaszkę jabłecznika
rozdałam sąsiadom.

KONFLIKT

Myślałam, że wrosłam w społeczność.
I że będzie już tak zawsze

Ale nie. Konflikt znów się pojawił
na przedporodowym kręgu Oli.

Mijała trzecia godzina wspólnego
wydarzenia. Zaczęłam się wiercić.

Że już czas na mnie.
Że jestem zmęczona
bo nie spałam cztery noce.

Że chętnie bym wstała i poszła,
no ale nie mam latarki,  a trzeba
przejść przejść przez ciemny las.

Poza tym dziewczyny mnie nie lubią.
Przecież widzę jak na mnie patrzą.
Z jakąś pogardą. Antypatią.

Zauważyła to jedna z Kobiet.

Akurat ta siostra widzi znacznie więcej niż
chciałoby się pokazać.

„Czuję w tobie jakiś zgrzyt – powiedziała –
To jakieś pęknięcie między twoją
indywidualnością, a potrzebą bycia w grupie”

Trafiła w samo sedno.
Wyprojektowałam uczucia
na inne kobiety, przypisując im:

nieakceptację
antypatię
gniew.

Zdanie sobie z tego sprawy
przerwało błędne koło.
Mogłam się rozluźnić.

Owszem, jest we mnie konflikt, który
być może nie da się rozwiązać nigdy.

Niech sobie więc będzie w tle, a ja nadal
będę robić swoje.

Będę chodziła na kręgowe spotkania kobiet.
Będę jedną z tych, w której inne będą mogły się
przejrzeć, by zobaczyć własne zgrzyty i konflikty.

I pewnie po to tam jestem.

Nic nie jest bardziej
rozwijające niż bycie we wspólnocie.

Tu nie ma miejsca na ego.
Tu liczy się dobro kolektywne.

Żeby coś pomogło NAM,
a nie tylko mi. Żeby coś karmiło NAS, a
nie wyłącznie moje potrzeby.

Owszem, będę zdarzały się chwile, że
przez to zjem mniej. Dostanę mniej.
Nie wyśpię się. Zabraknie mi.  Będzie mi
niewygodnie i nie po mojej myśli.

vin

PATCHWORK

Bo skoro grupa będzie miała więcej,
i lepiej, to i ja nie mogę przegrać.

Bo przecież jestem jej częścią – jedną z
miliona komórek w jednym, wspólnie
oddychającym organizmie.

Kojarzycie taki film z Winoną Ryder,
o tytule „Skrawki życia”?

Symbolicznym motywem
przewodnim i tłem opowieści był
patchwork robiony
przez kilka pokoleń kobiet.

Patchwork to wielka narzuta na łóżko uszyta
ze skrawków całkowicie różnych materiałów.

Jego tworzenie często pełni rolę
kobiecego rytuału.

Kobiety w różnym wieku i w różnych etapach życia
zasiadają w kręgu i każda dokłada własny skrawek –
doszywa go do pozostałych, tworząc mozaikę
faktur i kolorów.

To taki symbol jedności.

Każda z nas jest inna, każda ma własny,
niepowtarzalny charakter, wady i zalety.

Każda ma własne doświadczenia, obawy
i pragnienia. Mimo to, a może właśnie dlatego –
dokłada własny skrawek, tego kim jest.

Może nieco postrzępiony.
Może nadto wytarty, brzydszy
od pozostałych.

Ale jakie to ma znaczenie?

W końcowym rezultacie będzie tylko
kolorową łatką w wielkiej patchworkowej narzucie,
która spełni swoją rolę. I będzie pasować idealnie.

KOLEKTYWIZM VS. INDYWIDUALIZM

Kiedyś myślałam, że duchowość polega
na życiu w pojedynkę. Na odosabnianiu się,
by spełnić potrzeby głębokiej introspekcji.

Teraz myślę o tym zupełnie inaczej.

Dziś widzę samotność jako drogę ucieczki
i karmienia ego, tym co wygodne
a przede wszystkim bezpieczne.

Nie mówię, że samotność
nie jest potrzebna. Bo jest.

Czasem dobrze jest odejść,
by nabrać dystansu i pogadać ze sobą.

Ale dziś myślę, że prawdziwy rozwój
wydarza się we Wspólnocie.

W tym, że w drugiej kobiecie widzę,
co u mnie zgrzyta, lub wymaga przepracowania.

W nauce pojednania i wybaczania mimo
totalnej odmienności czy różnych zdań.

W grupie znajduję w sobie te cechy,
które miałam głęboko wyparte w
nieświadomości, a które
zachwycają/denerwują
mnie w innych osobach.

Poza tym niesamowite jest to,
jak bycie częścią jednej z grup
wpływa na bycie częścią wszystkich
pozostałych wspólnot.

Rodzinnej.
Zawodowej.
Duchowej.

I jak kontakt i praca z kobietami
w obrębie tej jednej wspólnoty uzdrawia
kobiecość i relacje z innymi kobietami.

Babcią, która krzyczała.
Mamą, która nie akceptowała.
Siostrą, która unikała.
Terapeutką, która wkurzała.
Koleżanką, która o mnie zapomniała.

To taki efekt domina.
Naprawa relacji z jedną osobą
która pełniła rolę archetypu
przewraca kolejne cegiełki.

I wtedy zadziewa się zmiana.