Archiwa tagu: kobieta

(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Taniec Dusz w pięknych ciałach

Bywa nazywana medycyną.
Lekarstwem duszy.
Natchnieniem
i terapią.

Nigdy nie sądziłam, że do niej wrócę,
bo przez ostatnie lata
unikałam jej jak ognia.

W dawnym mieszkaniu nie wolno
było jej słuchać. Zakazywałam!
(Teraz jest mi wstyd…)

Zawsze była dla mnie niepokojąca
i pod jej wpływem ruszała lawina emocji.

Zdarzało się, że czasem ktoś mi
ją podsyłał w prywatnych
wiadomościach, żeby podzielić się inspiracją.

Widząc link prowadzący do Youtuba,
nigdy ich nie otwierałam.

Miałam zamknięte drzwi
i uszy na cztery spusty.

Ale coś się zmieniło.

To był koncert Laboratorium Pieśni.

Podczas dwóch godzin doświadczania
potężnego wulkanu energii ze sceny i tłumu
wypłynęło ze mnie wszytko,
co hamowałam przez tyle lat.

Płakałam, śmiałam się,
ekscytowałam, przerażałam
i wzruszałam jednocześnie.

Po koncercie kupiłam nową płytę
i już następnego dnia włączyłam.

Najpierw cicho.

Potem głośniej.
Coraz głośniej
poruszając się w rytm
szamańskiego bębna.

Ta dam. Ta dam.
Tadam. Tadam.

aż popłynęłam tą rzeką dźwięków. 

A potem wszystko
potoczyło się bardzo szybko.

Pojawił się Krąg Kobiet, na którym
był śpiew. Ale mój głos zamarł w gardle.
Żaden dźwięk nie chciał się wydobyć.

A niemoc boli.
To była potężna i bolesna blokada.

Przez lata hamowałam łzy, śmiech,
emocje, pożądanie i podekscytowanie.
Aż kanał stał się zbyt wąski, by coś
jeszcze mogło przez niego przejść.

Ale w końcu przyszło lekarstwo.

Kilka tygodni po koncercie zobaczyłam
ogłoszenie warsztatów uwalniania głosu.
Z dziewczyną… z Laboratorium Pieśni
i nieopodal mojego nowego domu….

Trudno było w to uwierzyć.
Bo dostałam to, o czym myślałam
i czego potrzebowałam z całego serca.

Nie myśląc wiele, zgłosiłam się.

Dziś jestem w połowie. Czy coś się zmieniło?

Zmiany są tak wielkie i tak
subtelne jednocześnie, że aż trudno
je wyrazić słowami.

Spotkałam niesamowitych ludzi.

I niezwykłe jest to, jak
idealnie to siebie pasujemy.

Jak bardzo się lubimy.
Fascynujemy.
Wspieramy nawzajem,
choć każdy przyszedł z inną potrzebą.

Wygłupiamy się. Skaczemy.
Tańczymy. Krzyczymy.
Śpiewamy i gramy na instrumentach.

Wśród nich czuję się jak w domu.
Pasuję tam. Każdy tam pasuje.
Bo to takie pierwotne:

ŚPIEWANIE.

I choć nie śpiewam jeszcze tak,
jakbym chciała:
głośno i bezwstydnie,

to jedna zmiana zaszła niezaprzeczalnie.

Otworzyłam się na muzykę.

Podśpiewuję, tańczę, skaczę, klaszczę,
wystukuję rytm na biurku.

Dziś muzyka leci u mnie przez kilka
godzin dziennie, nawet gdy jestem w pracy.

Mało tego, zaczęłam poszukiwać
miejsca, by potańczyć.

By dać upust żywiołowi i tej wielkiej energii,
którą w sobie właśnie odrywam.

Bo muzyka to życie.

Libido.
Wibracja.
Emocje.
Ruch.

Dziś szukam innych ludzi niż kiedyś.

Bez blokad. Świadomych. Poszukujących.
Roztańczonych. Lubiących swoje ciało.
Takich, którzy mają z nim świadomą relację.

Muzyka i taniec bardzo mi
się wiążą z dotykiem. 

Bo jeśli ktoś lubi tańczyć, to znaczy, że lubi swoje
ciało. Że dobrze mu w swoim ciele. I tak samo
jest ze śpiewem.

Wtedy na Kręgu jeszcze nie do
końca czułam się ze sobą dobrze.
I dlatego, żaden dźwięk nie chciał wypłynąć.

Teraz naturalnie ciągnie mnie do tych,
którzy podrygują, bujają się, nucą,
przeciągają się i kiwają gdy słyszą muzykę.

Bo sama nucę, podryguję i faluję.

Mam ochotę dołączyć do rytmu serca
drugiego człowieka i zatańczyć z nim naszą pieśń.

W miłości. W przyjaźni. Ekscytacji.
Inspiracji. Po prostu: rozmowa ciał.

Połączyć się  w tej wzajemnej energii,
która mówi więcej niż tysiąc słów.

Masz ochotę ze mną zatańczyć?

Utracona żeńskość. Czyli dlaczego przestałam śpiewać

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i patrzyłam na nie wszystkie.

Każda inna.

I każda przyszła na Krąg
z inną jakością i własnym ciężarem.

Każda wnosiła coś, czego
nie miała ta obok.

Piękne.
Wysokie.
Niskie.
Szczupłe,
inne większe.

Niektóre miały włosy
splecione w misterne
koki i warkocze.

Inne z czupryną gęsto
okalającą ich twarz.

Niektóre włosy były w nieładzie, inne
gładko zaczesane.

Kobiety w sukienkach.
Kobiety w spodniach,
swetrach i bluzach,

Pofarbowane.
I siwe.

Dwudziestoletnie.
Trzydziestoletnie.
Czterdziestoletnie.

Siedziałam w swoim pierwszym
Kręgu Kobiet, bo czułam, że właśnie
nadszedł na to odpowiedni czas.

Bo przecież od dawna
stoję w miejscu.

I tęsknię.

Za własnym plemieniem.
Za relacją z inną kobietą.
Za kobietą w sobie wreszcie

Impas.

Tak nazwałabym ten czas
i miejsce w którym jestem.

Bezruch.

Choć pozornie dzieje się
tak wiele.

Utknęłam.

Prawda jest taka, że
nie mogę ruszyć od dawna,
choć przecież tak dużo robię.

Odkrywam nowe miejsca i ludzi.
Praktykuję. Medytuję. Oddycham.

Warsztaty,
książki,
wydarzenia.

A jednak – stoję.

I to co miało pomóc,
uwięziło.

Czuję to w ciele.

W permanentnych
napięciach mięśniowych.
Czuję to w otoczeniu.

Bo konflikty w relacjach
powracają boleśnie
niczym ciężki bumerang.

Nie akceptuję kobiety w sobie.
Nie akceptuję czułości.
A dzikość siedzi zamknięta w klatce.

Jestem po trzydziestce, a
nigdy nie pozwoliłam sobie na bycie
kobietą w pełni…

jedynie peryferyjnie.

Zaczęło się od mamy.
A mama niepewność wzięła
od babci. A mama babci szybko umarła.

Tak więc utworzył się pokoleniowy
łańcuch kobiet zagubionych, niepewnych,
agresywnych i wypierających.

Z utrąconą żeńskością, która w
krytycznych momentach nabierała
przykrych zniekształceń.

Mam trudne (żeby nie powiedzieć kiepskie)
relacje z kobietami.

Najtrudniejsza z relacji to ta
z kobietą we mnie.

Z tą, która chciałaby śpiewać
i krzyczeć, ale tego nie robi.

Bo”fałszuje”.

Z tą która kocha malować,
ale przecież szkoda czasu bo nie umie.

Kocham pisać, ale ile razy to już słyszałam
„Ale banał”? Nie zliczę. A wszystkie
krytyki chowałam głęboko w sobie.

Chyba najbardziej kobietą byłam
we wczesnym dzieciństwie.

Krzyczałam.
Wchodziłam w głębokie kałuże,
kąpałam się w jeziorach,
czego teraz nigdy nie robię.

Zmyślałam na poczekaniu znudzonym
koleżankom bajki. Tupałam nogą.
Wystawiałam podwórkowe spektakle.

I śpiewałam.

Śpiewałam. Śpiewałam.
Nie z głowy. Nie z nut. Ale z serca.

A potem przylgnęły do mnie
pierwsze programy.

Że nie potrafię.
Że nie wypada.
Że to brzydkie.
Że niebezpieczne.

Więc choć rosłam, to jednak
malałam wewnętrznie.

Z motyla transformowałam
się w szarą gąsienicę.

Coraz bardziej skrytą.
Zamkniętą.
Niepewną.
Lękliwą.

Tak. Czuję lęk.

Codziennie.
Teraz też, zwłaszcza gdy
wszystkie na mnie patrzycie.

Podniosłam wzrok.
Patrzyło na mnie trzynaście
par pięknych oczu.

Nieoceniających. Sprawiedliwych.
Kochających. Całkowicie tolerujących.

W każdej z nich przejrzałam się
jak w lustrze.

Jestem czuła.

Widzę to w kobiecie po lewej.
I jestem krzykliwa, a wiem to
od kobiety po prawej.

Płaczliwa.
Odważna.
Frywolna.
Zagubiona.
Przebojowa.
Gadatliwa.
Milcząca.

Już czas.

Już czas pozwolić odejść wgranym programom.
Już czas pożegnać hałas, którego się najadłam.

Odsiać moje od niemoje.
Sprawdzić.
Poznać.
Posłuchać.
I zobaczyć.

Zaśpiewać wstyd.
Zatańczyć miłość.
Namalować zagubienie.
Ugotować z radości.

Przede wszystkim wyjść z głowy
i żyć ciałem.Spełnić własny sen o
byciu sobą autentyczną.

W bólu i łzach.
W złości i szczęściu,
tak okrutnie nieidealną.

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i kochałam je wszystkie.

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.