Archiwa tagu: kobieta

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Reklamy

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Taniec Dusz w pięknych ciałach

Bywa nazywana medycyną.
Lekarstwem duszy.
Natchnieniem
i terapią.

Nigdy nie sądziłam, że do niej wrócę,
bo przez ostatnie lata
unikałam jej jak ognia.

W dawnym mieszkaniu nie wolno
było jej słuchać. Zakazywałam!
(Teraz jest mi wstyd…)

Zawsze była dla mnie niepokojąca
i pod jej wpływem ruszała lawina emocji.

Zdarzało się, że czasem ktoś mi
ją podsyłał w prywatnych
wiadomościach, żeby podzielić się inspiracją.

Widząc link prowadzący do Youtuba,
nigdy ich nie otwierałam.

Miałam zamknięte drzwi
i uszy na cztery spusty.

Ale coś się zmieniło.

To był koncert Laboratorium Pieśni.

Podczas dwóch godzin doświadczania
potężnego wulkanu energii ze sceny i tłumu
wypłynęło ze mnie wszytko,
co hamowałam przez tyle lat.

Płakałam, śmiałam się,
ekscytowałam, przerażałam
i wzruszałam jednocześnie.

Po koncercie kupiłam nową płytę
i już następnego dnia włączyłam.

Najpierw cicho.

Potem głośniej.
Coraz głośniej
poruszając się w rytm
szamańskiego bębna.

Ta dam. Ta dam.
Tadam. Tadam.

aż popłynęłam tą rzeką dźwięków. 

A potem wszystko
potoczyło się bardzo szybko.

Pojawił się Krąg Kobiet, na którym
był śpiew. Ale mój głos zamarł w gardle.
Żaden dźwięk nie chciał się wydobyć.

A niemoc boli.
To była potężna i bolesna blokada.

Przez lata hamowałam łzy, śmiech,
emocje, pożądanie i podekscytowanie.
Aż kanał stał się zbyt wąski, by coś
jeszcze mogło przez niego przejść.

Ale w końcu przyszło lekarstwo.

Kilka tygodni po koncercie zobaczyłam
ogłoszenie warsztatów uwalniania głosu.
Z dziewczyną… z Laboratorium Pieśni
i nieopodal mojego nowego domu….

Trudno było w to uwierzyć.
Bo dostałam to, o czym myślałam
i czego potrzebowałam z całego serca.

Nie myśląc wiele, zgłosiłam się.

Dziś jestem w połowie. Czy coś się zmieniło?

Zmiany są tak wielkie i tak
subtelne jednocześnie, że aż trudno
je wyrazić słowami.

Spotkałam niesamowitych ludzi.

I niezwykłe jest to, jak
idealnie to siebie pasujemy.

Jak bardzo się lubimy.
Fascynujemy.
Wspieramy nawzajem,
choć każdy przyszedł z inną potrzebą.

Wygłupiamy się. Skaczemy.
Tańczymy. Krzyczymy.
Śpiewamy i gramy na instrumentach.

Wśród nich czuję się jak w domu.
Pasuję tam. Każdy tam pasuje.
Bo to takie pierwotne:

ŚPIEWANIE.

I choć nie śpiewam jeszcze tak,
jakbym chciała:
głośno i bezwstydnie,

to jedna zmiana zaszła niezaprzeczalnie.

Otworzyłam się na muzykę.

Podśpiewuję, tańczę, skaczę, klaszczę,
wystukuję rytm na biurku.

Dziś muzyka leci u mnie przez kilka
godzin dziennie, nawet gdy jestem w pracy.

Mało tego, zaczęłam poszukiwać
miejsca, by potańczyć.

By dać upust żywiołowi i tej wielkiej energii,
którą w sobie właśnie odrywam.

Bo muzyka to życie.

Libido.
Wibracja.
Emocje.
Ruch.

Dziś szukam innych ludzi niż kiedyś.

Bez blokad. Świadomych. Poszukujących.
Roztańczonych. Lubiących swoje ciało.
Takich, którzy mają z nim świadomą relację.

Muzyka i taniec bardzo mi
się wiążą z dotykiem. 

Bo jeśli ktoś lubi tańczyć, to znaczy, że lubi swoje
ciało. Że dobrze mu w swoim ciele. I tak samo
jest ze śpiewem.

Wtedy na Kręgu jeszcze nie do
końca czułam się ze sobą dobrze.
I dlatego, żaden dźwięk nie chciał wypłynąć.

Teraz naturalnie ciągnie mnie do tych,
którzy podrygują, bujają się, nucą,
przeciągają się i kiwają gdy słyszą muzykę.

Bo sama nucę, podryguję i faluję.

Mam ochotę dołączyć do rytmu serca
drugiego człowieka i zatańczyć z nim naszą pieśń.

W miłości. W przyjaźni. Ekscytacji.
Inspiracji. Po prostu: rozmowa ciał.

Połączyć się  w tej wzajemnej energii,
która mówi więcej niż tysiąc słów.

Masz ochotę ze mną zatańczyć?

Utracona żeńskość. Czyli dlaczego przestałam śpiewać

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i patrzyłam na nie wszystkie.

Każda inna.

I każda przyszła na Krąg
z inną jakością i własnym ciężarem.

Każda wnosiła coś, czego
nie miała ta obok.

Piękne.
Wysokie.
Niskie.
Szczupłe,
inne większe.

Niektóre miały włosy
splecione w misterne
koki i warkocze.

Inne z czupryną gęsto
okalającą ich twarz.

Niektóre włosy były w nieładzie, inne
gładko zaczesane.

Kobiety w sukienkach.
Kobiety w spodniach,
swetrach i bluzach,

Pofarbowane.
I siwe.

Dwudziestoletnie.
Trzydziestoletnie.
Czterdziestoletnie.

Siedziałam w swoim pierwszym
Kręgu Kobiet, bo czułam, że właśnie
nadszedł na to odpowiedni czas.

Bo przecież od dawna
stoję w miejscu.

I tęsknię.

Za własnym plemieniem.
Za relacją z inną kobietą.
Za kobietą w sobie wreszcie

Impas.

Tak nazwałabym ten czas
i miejsce w którym jestem.

Bezruch.

Choć pozornie dzieje się
tak wiele.

Utknęłam.

Prawda jest taka, że
nie mogę ruszyć od dawna,
choć przecież tak dużo robię.

Odkrywam nowe miejsca i ludzi.
Praktykuję. Medytuję. Oddycham.

Warsztaty,
książki,
wydarzenia.

A jednak – stoję.

I to co miało pomóc,
uwięziło.

Czuję to w ciele.

W permanentnych
napięciach mięśniowych.
Czuję to w otoczeniu.

Bo konflikty w relacjach
powracają boleśnie
niczym ciężki bumerang.

Nie akceptuję kobiety w sobie.
Nie akceptuję czułości.
A dzikość siedzi zamknięta w klatce.

Jestem po trzydziestce, a
nigdy nie pozwoliłam sobie na bycie
kobietą w pełni…

jedynie peryferyjnie.

Zaczęło się od mamy.
A mama niepewność wzięła
od babci. A mama babci szybko umarła.

Tak więc utworzył się pokoleniowy
łańcuch kobiet zagubionych, niepewnych,
agresywnych i wypierających.

Z utrąconą żeńskością, która w
krytycznych momentach nabierała
przykrych zniekształceń.

Mam trudne (żeby nie powiedzieć kiepskie)
relacje z kobietami.

Najtrudniejsza z relacji to ta
z kobietą we mnie.

Z tą, która chciałaby śpiewać
i krzyczeć, ale tego nie robi.

Bo”fałszuje”.

Z tą która kocha malować,
ale przecież szkoda czasu bo nie umie.

Kocham pisać, ale ile razy to już słyszałam
„Ale banał”? Nie zliczę. A wszystkie
krytyki chowałam głęboko w sobie.

Chyba najbardziej kobietą byłam
we wczesnym dzieciństwie.

Krzyczałam.
Wchodziłam w głębokie kałuże,
kąpałam się w jeziorach,
czego teraz nigdy nie robię.

Zmyślałam na poczekaniu znudzonym
koleżankom bajki. Tupałam nogą.
Wystawiałam podwórkowe spektakle.

I śpiewałam.

Śpiewałam. Śpiewałam.
Nie z głowy. Nie z nut. Ale z serca.

A potem przylgnęły do mnie
pierwsze programy.

Że nie potrafię.
Że nie wypada.
Że to brzydkie.
Że niebezpieczne.

Więc choć rosłam, to jednak
malałam wewnętrznie.

Z motyla transformowałam
się w szarą gąsienicę.

Coraz bardziej skrytą.
Zamkniętą.
Niepewną.
Lękliwą.

Tak. Czuję lęk.

Codziennie.
Teraz też, zwłaszcza gdy
wszystkie na mnie patrzycie.

Podniosłam wzrok.
Patrzyło na mnie trzynaście
par pięknych oczu.

Nieoceniających. Sprawiedliwych.
Kochających. Całkowicie tolerujących.

W każdej z nich przejrzałam się
jak w lustrze.

Jestem czuła.

Widzę to w kobiecie po lewej.
I jestem krzykliwa, a wiem to
od kobiety po prawej.

Płaczliwa.
Odważna.
Frywolna.
Zagubiona.
Przebojowa.
Gadatliwa.
Milcząca.

Już czas.

Już czas pozwolić odejść wgranym programom.
Już czas pożegnać hałas, którego się najadłam.

Odsiać moje od niemoje.
Sprawdzić.
Poznać.
Posłuchać.
I zobaczyć.

Zaśpiewać wstyd.
Zatańczyć miłość.
Namalować zagubienie.
Ugotować z radości.

Przede wszystkim wyjść z głowy
i żyć ciałem.Spełnić własny sen o
byciu sobą autentyczną.

W bólu i łzach.
W złości i szczęściu,
tak okrutnie nieidealną.

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i kochałam je wszystkie.

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Opuść patriarchat mądra kobieto

kobieta


Blog trochę podupadł w swej regularności, czemu winna jestem ja sama, jego autorka. Zaniedbałam stronę- przyznaję- wpisy powinny pojawiać co najmniej raz w tygodniu, wskutek roztargnienia rodziły się jednak rzadziej. Jak to bywa w życiu emocjonalnej kobiety, emocje żądzą jej kruchym życiem, niby właściciel marionetek posłusznie zawieszonych na cienkich lecz długich sznurkach. Toteż poruszały i mną, odwracając uwagę od niektórych ważnych spraw zewnętrznych.

Śpieszę od razu wytłumaczyć, że czas ten nie był czasem lenistwa. Bynajmniej! Był to czas pisania, rozmyślań nad życiowymi celami, pracy terapeutycznej i powrotu do korzeni. Tych rosnących głęboko pod psychiczną, gliniastą ziemią, gdzie zawiera się cała przeszłość i przyszłość jednocześnie.

Książki sprzyjające rozwojowi

Czas sprzyjał czytaniu i poszukiwaniu książek i artykułów o kobietach, matriarchacie, Animusie w kobiecej psychice i rozwoju kobiecości w ogóle. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzic, że na temat rozwoju kobiecej jaźni nie poświęcono zbyt wiele uwagi, a jeśli już to pobieżnie i zero-jedynkowo. Oprócz „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes udało mi się jeszcze dotrzeć do „Kobiecości w rozwoju” skandynawskiej analityczki ze szkoły Junga Pii Skogeman oraz „13 pierwotnych matek klanowych” Jamie Sams. Są również książki, które zawierają wszystkie wyżej wymienione elementy, choć ich treść traktuje je wyrywkowo; nie było bowiem celem autorów skupić się na tychże tematach. I na tym bazując mogę dodać:„Drogę Artysty”, Julii Cameron, „Być kobietą i nie zwariować” Katarzyny Miller oraz „Kobietę bez winy i wstydu” Eichelbergera. 

Ku własnej i innych uciesze dowiedziałam się także, że nasza polska Katarzyna Majak pracuje nad książką przedstawiającą portret 29 uduchowionych kobiet, żyjących niekonwencjonalnie, czyli w zgodzie z cyklami Ziemi i Natury a także z dawną starosłowiańską tradycją- obecną niegdyś jeszcze przed chrześcijaństwem i rozwijającą się równolegle, choć nie za społecznym przyzwoleniem.„Kobiety Mocy”, to książka społeczna- powstająca na zasadzie wspólnych wysiłków i zbierania funduszy. Autorka ponadto inwestuje w żywy przekaz- powstają publiczne wystawy zdjęć 29 bohaterek, organizuje warsztaty dla kobiet, które chciałyby bliżej poznać Kobiety Mocy- Czarownice, Pustelniczki, Uzdrowicielki, Zielarki, Indianki i Szeptuchy i dotrzeć do samych siebie- jeszcze nie do końca uświadomionych czarownic, zapomnianych przez lata kultury, która nie sprzyjała rozwoju duchowości.

Bo w istocie, my kobiety, posiadamy te wszystkie cenne właściwości, choć wiele z nas jeszcze nie dotarło do ich prawdziwego, głębokiego źródła, które bije pod gorącym sercem. Wszystkie jesteśmy uzdrowicielkami, marzycielkami, artystkami i mistyczkami. Bardziej niż mężczyźni żyjemy bliżej ziemi i natury, bo ta jest kobietą. Ona rodzi, ona łapie w objęcia, przytula i pozwala umrzeć temu co przyszło. Nikt lepiej niż my nie zrozumie cykliczności, prawa rodzenia i odchodzenia. Jesteśmy intuicyjne a jeżeli dobrze kierujemy wewnętrznym rozwojem i integracją tego co męskie i żeńskie, to również mądre i doświadczone.

Rozwój a społeczeństwo i kultura 

Dla każdej z kobiet głęboki, świadomy rozwój dążący do pełni rozpocznie się w innym okresie życia. Dla jednych będzie to wczesna młodość lub dzieciństwo, o ile kobiecie sprzyjają warunki i kultura, dla innej będzie to wiek średni lub okres menopauzy. Czasem jednak impulsem popychającym do rozwoju własnej kobiecości jest całkowita niezgoda na patriarchat w którym niestety wciąż żyjemy. „Kobiety są dla mężczyzn, kobiety powinny być takie jak życzą sobie mężczyźni, życie kobiety bez mężczyzny jest jałowe i puste”. Pisząc te słowa, obecne w nawykowym myśleniu wielu jeszcze kobiet, rodzi się we mnie głęboki bunt. Bo kobieta nie jest dla mężczyzny i sama w sobie jest całkowita i pełna. Nie umrzemy bez mężczyzny, nie musimy mieć obrączki na serdecznym palcu ani gromady uśmiechniętych dzieci by być spełnioną kobietą.

Niektóre kobiety tak bardzo dotknięte tym schematem, starają się na siłę udowodnić światu że tego nie potrzebują i wykształcają w sobie szereg cech typowo męskich, zapominając o kobiecie w sobie. A nie o to przecież chodzi! Nie w skrajnościach siła, lecz w pełni, równowadze i całkowitej harmonii. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” wielokrotnie zwracała uwagę czytelniczkom, by znaleźć mężczyznę dojrzałego, który rozumie dzikość i kobiece instynkty. „Znajdźcie mężczyznę, który rozumie(…)”, to jeden z pierwszych kroków, by wyrwać się z patriarchatu.

Potrzeba samodzielnego myślenia

Na szczęście są mądrzy mężczyźni, tuż obok nas; mężczyźni dojrzali, doświadczeni, wychowani przez mądre i świadome kobiety. Wojciech Eichelberger w wielu książkach pisze o potrzebie wyrwania się z patriarchatu, wskazując jednocześnie na przykre skutki poddawania się bezmyślnej choć niekiedy bardzo utajonej dyktaturze mężczyzn.  I nie myślcie, że będzie łatwo. Bo ludziom nie na rękę nasze wyzwolenie. Często będziemy postrzegane jako niepokorne buntowniczki, również przez same kobiety, co to inwestują energię i własny potencjał w piękne, wabiące równie pięknych rycerzy powierzchowne zamki, zamiast w Czarownicę żyjącą tuż pod naskórkiem… Ludzie, którzy słuchają (lecz nie slyszą) o czym mówię, myślą, że stałam się feministką, lecz jest to całkowite niezrozumienie i uproszczenie. Bo rozwój kobiety nie jest feminizmem. Feminizm był ledwie zaczątkiem, krzykiem który utknął w martwym punkcie. Pełen rozwój polega na całkowitym zrównoważeniu tego co żeńskie, jak i tego co męskie w sobie samym.

Przeczytaj także:


Zdjęcie: kobieta.wp.pl

Kobiecość

Do pełnego zrozumienia własnej płci długo się dojrzewa; lata, dekady a czasem całe życie. Rzadko, która z nas dostaje to w spadku z mlekiem matki. Zazwyczaj uczymy się własnej płci tak samo jak pierwszych kroków i natury otaczającego świata. Kilka miesięcy temu zaczęłam poszukiwania własnej kobiecości od zadania sobie podstawowego pytania- Czym jest kobiecość?

str


Czym jest kobiecość?

Będąc młodsza, obserwując kobiety w rodzinie i starsze koleżanki myślałam, że kobiecość to buty na wysokich obcasach, zwiewne sukienki, pomalowane paznokcie i płakanie na ckliwych filmach. Może dlatego nie przepadałam za towarzystwem kobiet, wolałam trzymać się z chłopakami, którzy twardo stąpali po ziemi, zawsze mięli gotowe rozwiązania na niespodziewane problemy a przede wszystkim rozmawiali na poważne tematy a nie jakieś tam peelingi srelingi. Powyższe powody decydowały również o tym, że nie czułam się kobietą, bo przecież nie wpisywałam się w ciasne kryteria…

Zmiana punktu widzenia rozpoczęła się od poznania kilku fascynujących kobiet, które całkowicie złamały moje dość powierzchowne pomysły na temat naszej płci. Iza, Agnieszka, Magda i kilka innych fantastycznych kobiet pokazały mi jak różne może być wydanie kobiecości i jak wiele rozmaitych znaczeń kobiecość może posiadać. Wspólny mianownik to: dzikość, samodzielność, niezależne myślenie, przestrzeń, mistycyzm, intuicyjna mądrość i twórczość, która jak sądzę, nam kobietom przychodzi naturalniej.

Biegnąca z wilkami 

Prawdopodobnie też nie z przypadku odkryłam  zupełnie niedawno „Biegnącą z wilkami” autorstwa C.P. Estes, która poświęciła całe życie na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety i miejsca jakie posiada w historii i kulturze. Estes zaprzecza tezie jakoby kobiecie były przypisane tylko określone cechy- słabszej płci. Owszem, jesteśmy wrażliwsze, jesteśmy bardziej uczuciowe i troskliwe, ale to rodzi w nas siłę duchową; siłę innego pokroju- bycia blisko prawdziwej natury i autentycznej świadomości tego co jest. Wrażliwość prowadzi do pełnej uważności, a ta sprawia że działamy w mądry i intuicyjny sposób, niczym stara wilczyca poruszająca się po dobrze znanym lesie.

Nie bez powodu czarownicami były kobiety. Czarownica to dziś niestety pejoratywne znaczenie kobiety będącej blisko ziemi i natury. Kobiety, która nauczyła się żyć cyklami przyrody i wykorzystywać jej zdrowotne tajniki na użytek plemienia lub szerszej społeczności.

Kobiecość to nie określony typ urody. To nie ciało o pełnych kształtach ani nie styl ubierania. Kobiecość to bycie blisko Natury. Tej prawdziwej, nieskażonej i dzikiej. Kobiecość to przestrzeń- wolność wyborów i niezależne myślenie. Kobiecość to duchowość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Największymi  choć jakże cichymi mistykami były kobiety, które wiedziały co się wydarzy zanim wystąpił jakikolwiek symptom. Wyczuwają cudze nastroje, są empatyczne i śmiem twierdzić, że wiedzą więcej. My wiemy więcej. I nie jest to bynajmniej efektem logicznego myślenia ale instynktu zwanego intuicją, za który (jeśli był „niebezpiecznie” rozwinięty) palono na stosie.

Spotkać się po środku

Kobiety to wolne duchy. Uzdrowicielki. Artystki. Mistyczki. I to nie prawda, że nie podejmujemy ryzykownych wyzwań. Podejmujemy je każdego dnia będąc matkami, kochankami, żonami czy samotnymi nauczycielkami życia. Podejmujemy je w pracy na ważnym stanowisku i gdy codziennie bierzemy się za sztalugi by stworzyć intymne arcydzieło malowane krwią i głośnymi uderzeniami serca. Jesteśmy podróżniczkami. Częściej podróżujemy do wnętrza i rozumiemy własne sny. Aby być spełnioną, kobieta nie musi tkwić w domu w ciasnym fartuszku lub gorsecie poprawnych zachowań. Zdrowa kobieta potrzebuje mocnego animusa- męskiego aspektu psychiki, owej dzikiej natury, która tupnie nogą i spakuje walizkę kiedy zajdzie taka potrzeba. Tak jak mężczyzna, który by być bliżej ludzi musi choć trochę rozwinąć żeńską animę. Wtedy mamy szansę spotkać się w pół drogi i uzupełnić na wszystkich płaszczyznach dawcy i biorcy.


Zdjęcie: www.alexblackmore.com