O potrzebie odprawiania rytuałów

Są dni, kiedy zupełnie o tym zapominam.
Bo mam mało czasu. Bo jestem zabiegana,
Bo mam na głowie tysiąc różnych rzeczy.

A tymczasem rytuały i małe, domowe
ceremonie mają moc zatrzymania
nas w teraźniejszości.

Zwracają uwagę na to, w którym miejscu
jesteśmy. Każą zadać sobie pytanie:
czy nadal wiem dokąd zmierzam?
czy nie biegnę bez sensu?

Przede wszystkim jednak
rozwijają wdzięczność.

Poprzez rytuał rozumiem czynność,
która sprawia, że wracam do siebie.
Nie egocentrycznie, ale duchowo.

Skupiam się na tym co robię, weryfikując
stan wnętrza. Nie myślę o przeszłości,
nie wybiegam w przyszłość. Jestem Tu.
I uczę się kochać, To co jest.

Rytuały uczą mnie pokory. A przede wszystkim
wdzięczności. Za to gdzie jestem, z kim jestem,
kim ja jestem i za to, co  mam.

Przede wszystkim jednak za to,
że JESTEM w ogóle, bo to wcale
nie jest oczywiste!

Kocham celebrować śniadania.
Przy cichej obecności Luny pod
kuchennym stołem, jadam z ulubionego
żółtego talerza kolorowe kanapki
popijając kawę z cynamonem.

Zawsze staram się, by przy tym wazon w kuchni
był wypełniony świeżymi kwiatami.

By jeszcze bardziej nacieszyć oko i nos, by przez tę
chwilę pożyć i doświadczyć zmysłami.

Gdy medytuję, palę świeczki. A Michał
odpala kadzidła, które jeszcze długo po
wypaleniu napełniają mieszkanie
sandałowym zapachem.

Sandałowy dym zamieszkuje
szafy, chowa się w kurtkach i zaskakuje
gości, których zawsze zdumiewa ten intensywny,
mocno drzewny aromat.

Ceremonie pomagają wyrażać dobre życzenia.
Nie dla siebie. Dla innych.

Bez rytuałów i ceremonii zapomniałabym
o potrzebie skierowania uwagi do wewnątrz,
oraz przesunięcia jej z ego do punktu „inni”.

A nawet gdybym pamiętała, to byłaby ona techniczną
metodą na uspokojenie umysłu. Ceremonie zmiękczają.
Łagodzą. Kołyszą. Wydobywają z nas to, co duchowe.
Kobiece. Wewnętrzne. Troskliwe. Bo pomyśl.

Dlaczego na Wschodzie od tysięcy lat zwraca się
uwagę na ceremonie? Czy dlatego, że to kraje zacofane?
A może ludzie naprawdę wierzą, że rytuały są jak czary,
które mają moc odsuwania tego, co negatywne?

Ja myślę, że mieszkańcy krajów „trzeciego świata”
wiedzą, że wdzięczność napełnia bogactwem. Nie tym
fałszywym, który chwilowo ułatwi życie. Ale
trwałym, który oznacza „być połączonym ze wszystkim”.

Potrzeba ich wykonywania
ma moc psychologicznej sztuczki. Bo im częściej
robimy coś z intencją dla innych, wyrażając dobre
życzenia, tym lepszymi ludźmi się stajemy.

Uspokajamy się. Bo czujemy się częścią
większej całości.

Szkoda, że świat Zachodu o tym zapomniał.
Kiedyś Słowianie palili ogniska i tańczyli wokół ognia,
który symbolizował  życie i potencjał twórczy.

Karmiliśmy „demony”, by nie psociły. Szukaliśmy
kwiatów paproci i okadzaliśmy mieszkania
suszem z szałwi.

A dziś? Pozamykaliśmy się
w betonach odseparowani od siebie i swoich
korzeni. I wciąż skupiamy się na sobie. Nie, na
duchu. Na ego. „ja, moje, mój, moja”.

Rytuał to podarunek od nas dla siebie samych.
Tak konieczny w tych szalonych czasach stresu,
pędu i bycia anonimowym człowiekiem bez historii.

Rozmowy o etyce i wegańskie muffiny, które zawsze wychodzą

Od dwóch dni spędzamy z Luną majówkę na wsi.
Kraina Dolnej Wisły to uroczy zakątek nieopodal
Kwidzyna, gdzie żaby rechoczą godowe serenady,
a po niebie krążą myszołowy.

Tu jest mój rodzinny dom. Tu są moje korzenie.

Na wsi, z samotnika przeistaczam się w człowieka,
któremu wiecznie otwarte drzwi są niestraszne.

wiosna

-Czemu nie jesz mięsa?- zapytał mój
dziewięcioletni kuzyn Wiktor, który wtargnął
w porze kolacji, mówiąc, że chciał mnie zobaczyć
po tak długim okresie nieobecności.

-Bo jestem wegetarianką.
-Ale dlaczego?

-Bo kocham zwierzęta. Nie zabijam ich.
I nie zjadam przyjaciół- odpowiedziałam,
trochę bez namysłu.

Po prostu zawsze to powtarzam, gdy ktoś
pyta o kwestię diety. Nie przyszło mi do głowy, że
dziewięciolatkowi wypadałoby to wyłożyć w inny,
może mniej drastyczny sposób. A ja tu o zabijaniu…

-Ale przecież jesz kotleta! – mówi, gdy wkładam
sobie do ust, coś co faktycznie przypomina wielkiego
mielonego.

-To kotlet z kaszy gryczanej i warzyw.
-To można zrobić kotleta z warzyw?! – pyta zafascynowany
-No pewnie! Ze wszystkiego można. Jesteś głodny?

Podchodzę do kuchenki, gdzie na dwóch patelniach
smaży się kolacja. Moje wegekotlety nie różnią się
wyglądem od mielonych dla rodziców.

-Jestem. Ale chcę to co ty. Bez mięsa!
-Na pewno? Nie musisz.
-Bez mięsa!- upierał się.

Nałożyłam mu więc dwa wegekotlety,
które wciągnął z zaskakującą szybkością.
A potem spojrzał na bananowe, wegańskie muffiny,
które upiekłam przed przyjazdem na wieś.

-Chcesz? Też wegetariańskie.
-Jedną!

Ugryzł, przeżuł, ale muffina zajęła mu więcej
czasu niż kotlet.

-I co? Smakuje ci?
-Średnio. Jakaś dziwna! 🙂

wiktor

Od razu śpieszę wyjaśnić, że moje wegańskie
muffiny są dobre. Naprawdę dobre. No ale, że
są wegańskie, z małą ilością cukru i z dodatkiem
gryczanej mąki, mogą się wydawać… cóż, co tu dużo
mówić- dziwne, zwłaszcza dla osób, które przez lata
jadły tylko przetworzone słodycze.

Dzieci wychowane na klasycznej zachodniej
diecie nie zachwycą się tym specyficznym,
acz bardzo bananowym smakiem.

Niemniej jednak, zamieszczam przepis.
I obiecuję: ZAWSZE WYRASTAJĄ!

MUFFINY BANANOWE:

1,5 szklanki mąki orkiszowej (lub pszennej)
4 łyżki mąki gryczanej
1 łyżka mąki kokosowej
7-8 łyżek oleju rzepakowego
1/3 szklanki sproszkowanego lub
drobnego cukru trzcinowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
opcjonalnie: 3 łyżeczki kakao/ pokruszone orzechy
4 bardzo dojrzałe duże banany
lub 5 mniejszych

WYKONANIE:

Banany zblenduj na gładką masę.
Dodaj olej. Wymieszaj.

W drugiej misce dokładnie wymieszaj suche składniki.
Dodawaj je powoli do masy z bananów i mieszaj.
Masa powinna mieć gęstą konsystencję. Wypełnij
nią blaszkę na muffinki. Ja nie wkładam papilotek,
bo uważam, że bez nich lepiej się podpiekają. Masa
starcza na 12 muffinek.

Rozgrzej piekarnik (200 stopni). Gdy
włożysz blaszkę, zmniejsz temp. do 180.
Po 20 minutach wyłącz, ale nie otwieraj.
Po 15 minutach otwórz. Muffiny gotowe! 🙂
Om nom nom nom nom!

Kosmita wśród bogów. Jeśli tak się czujesz, to witaj w klubie!

Żyję w świecie idealnym.
Przynajmniej tak mi się wydaje, gdy
mijam tych zawsze doskonałych ludzi.

Pięknych, zadbanych,
elokwentnych, radosnych.
Dobrze odżywionych i dobrze ubranych.

Mijam ich na ulicy i w drodze do pracy.
Siadam obok nich w autobusie.
Pracuję z nimi. Koleguję się. Piszę o nich.

I nie mogę się nadziwić.
Skąd się wzięli? Jak to robią, że
zawsze mają idealnie ułożone włosy?
Albo, że spodnie nigdy im się nie gniotą?

Zawsze wyspani, wypoczęci, z idealnym
makijażem, ciuchami, w które ja nie
wiedziałabym jak się ubrać. Jak, co
z czym zestawić, żeby nie było głupio.

Jak próbuję kombinować, to zawsze
wychodzi głupio. Zawsze!

W przeciwieństwie do nich jestem
przybyszem z kosmosu.

Włosy, każdy w inną stronę, w nocy nie spałam,
no bo wiadomo. Za dużo myśli. A wczoraj na kolację
zamiast pożywnego białka zjadłam bajaderkę
i rozbolał mnie brzuch. A oni tacy idealni!

Albo nasi polscy aktorzy, aktorzyny przez małe „a”,
tudzież córki i synowie znanych ojców i matek
aktorów przez duże „A”.

Prowadzą profile na instagramach.
A tam są tacy piękni. Gładcy. Kolorowi.
Szczęśliwi i wiecznie w podróży.
Boliwia, Peru, Japonia, USA, co chcesz.

I żeby nie było, oni nie tylko podróżą żyją.
Bo iksiążki piszą. Jak schudnąć 40 kg.
Jak zdrowo się odżywiać. Jak być fit.

Jak być szczęśliwym. Jak pokonałam depresję
i nauczyłam się być dobrą matką. Jak sobie
wybaczyć. Jak się kochać, jak kupować, jak żyć.

A każdy z nich ma własną filozofię życia.

I ci aktorzy, aktorzyny na instagramach
i ci ludzie z pracy i ci w sklepach, i w tramwajach.
Każdy tak pięknie wyeksponowany.
Ciekawy, bo inny.
Ciekawy, bo taki jak wszyscy.

A ja nie potrafię. Nie sypiam w nocy, a potem
w pracy zawalam. Bo za wolno, bo zbyt nudne
pomysły. I w relacjach zawalam, bo na kawie
z koleżanką nie mam o czym gadać.

Cóż, nie jestem typem gawędziarza, mimo że
gawędziarstwo studiowałam przez rok.

Najwyraźniej nie da rady się tego nauczyć.
Albo można, tylko w innej szkole. Uniwersytet
Dla Opornych. Wracam więc przy poniedziałku
do domu w głębokiej depresji. Bo wszystko co
robię jest złe. Bo spodnie nie pasują. Bo włosy stoją.

Bo zamiast odpowiedzieć w windzie na „dzień dobry”,
burknęłam tylko „brrry”.

Nie potrafię dobrze pracować, źle się ubieram,
czekolada wylądowała na bluzce, a z zakurzonych
trampek (trampków?) wystają niedopasowane
skarpety. Obiad nie był fit, nie chce mi się gadać,
za to chce mi się spać.

A muffiny, które upiekłam
nie wyrosły.

Jakby tego było mało, na Instagramie mam
więcej ludzi, obserwowanych niż
obserwujących. Nic już mnie nie uratuje
i zginę marnie. Jak żyć zatem?

Jak żyć w tym świecie, w którym wszyscy
wiedzą na czym polega życie i zdaje Ci się,
że ty jeden nie wiesz? Czy jest nas więcej,
czy jestem niby ten Ostatni Mohikanin?

Ile zostało nam wolności (?)

Zaskakuje mnie czasem to,
o czym ludzie chcą czytać.

A chcą czytać o tym co łatwe
i o tym co oczywiste.

O tym, że aktorce znanej z jakiegoś
pożal się boże serialu,

powinęła się noga
na parkiecie Tańca z Gwiazdami.

Albo, że jakaś nastoletnia gwiazdka
Disneya, która już od dziesięciu lat nie
jest nastolatką znalazła sobie nowego chłopaka.

Tudzież, że Doda schudła.
Albo, przytyła.

Że Hanna i Tomasz
po wielu plotkach faktycznie się rozstali,

a Kaczyńska będzie mieć trzeci dziecko a prasa
podaje w wątpliwość czy ojcem na pewno
jest ten, który za ojca się podaje.

Natomiast ludzie nie chcą czytać
o rzeczach, o których wiedzieć powinni,

bo przecież zapraszają do myślenia
i wygłaszania własnych opinii.

Z resztą po co wygłaszać,
wystarczy je mieć.

Opinie kształtują życie i dzięki
nim podejmujemy wybory.

A im więcej wiemy, i z im większej
liczby źródeł, tym wybory bywają pewniejsze.

Zaprzęgamy wtedy tę część mózgu,
która kocha porównywać i analizować
i decydujemy.

Lub odkładamy do „szarej strefy”,
gdzie opinie i pomysły czekają na nowe fakty.

I już nawet nie chodzi o czytanie, ale o
uczestnictwo w kulturze i życiu społecznym w ogóle.

Wystarczy spojrzeć na box office
filmów, które zarobiły najwięcej w 2017 roku.

Na co chodzimy do kina? Na opowieści
o superbohaterach, którzy tyle mają żywej
tkanki, co stuletni stół przerobiony z pięknego
drzewa na mebel użytkowy. Trochę to smutne.

cinema-dark-display-8158.jpg

Nie chcemy o czytać o aferze Cambridge Analytica,
ani o Trumpie. Bo to amerykańskie, takie nie nasze.

Po cóż o tym czytać, podczas gdy
w Polsce, rolnik szuka żony a prezydent Duda
mówi veto dla ustawy degeneracyjnej.

To są dopiero prawdziwe historie!

Wciąż wierzę, że jest dużo osób
myślących samodzielnie, niezależnych,
wolnych, odpowiedzialnych i odważnych,
którzy będą głosić swoją prawdę.

(Bo obiektywna prawda chyba
w gruncie rzeczy nie istnieje).

Będą poruszać niewygodne tematy,
pisać o tym, co się „nie klika”,
mówić o tym co niemiłe
i niepoprawne politycznie.

Że kobieta ma prawo do aborcji,
że islam zabija nie tylko miliony
istnień, ale również kulturę i wolność,

że dzisiejsze pożywienie hoduje w nas raka,
że całe mnóstwo lekarzy daje recepty idealnie
skrojone pod umowy z firmami farmakologicznymi

że tak strasznie rozleniwiliśmy się w mobilnym
świecie informacji, że chętniej wybieramy, to co
łatwe i szybkie, że konsumujemy bez namysłu.

I że tym na samej górze,
w gruncie rzeczy to na rękę.

Bo manipulować można tylko
tymi, którzy sami chcą być manipulowani.
Czyli całą rzeszą osób, które godzą się na:

tanią i bezmyślną rozrywkę
na kinowe blockbustery
na dobrze skrojoną
poprawność polityczną
na informacje, które nie są
informacją, bo już w chwili
podania do wiadomości były
gotowymi opiniami z komentarzem

Wciąż zadziwia mnie ten świat.
Czasem pozytywnie.

Np. zachwyca i napełnia wzruszeniem,
gdy widzę pierwszego w tym roku motyla.

Ale czasem mnie przeraża i zniesmacza.
Zwłaszcza, gdy widzę, że ludzie z własnej
woli godzą się płynąć z nurtem rzeki zwanej
popkulturą i mass mediami.

Let’s do this!

„Nie masz kontaktu z czytelnikami od 9 grudnia” –
niedawno przypomniał mi Facebook.
Rany! To już trzy miesiące! – pomyślałam – co
robiłam przez ten czas, że zapomniałam o blogu?

Nie martwcie się. Nie popadłam w zimowy letarg.
Wręcz przeciwnie! Nareszcie porzuciłam letarg!

Wróciłam do medytacji, ograniczyłam ilość
czytanych książek i zaczęłam wychodzić z domu.

Nawiązałam relacje z ludźmi, których mi brakowało.
Zaktywizowałam się do działań w obrębie
własnej społeczności, ba! zmieniłam stanowisko w firmie
(nauka nowego, nowi ludzie, inne miejsce, więcej
obowiązków, większa samodzielność).

Ot, małe-wielkie rzeczy, które sprawiają, że chce się żyć.

Jak doszło do tego, że cicha introwertyczka wyszła
z bezpiecznej jaskini?

Cóż. Aktywne życie z dala od miękkiej kanapy
wymaga jako takiej elastyczności umysłu, więc
przede wszystkim zmieniłam poglądy.

Czyli wyrzuciłam na śmietnik, te które mi nie służyły
i zaczęłam sprawdzać inne, nowe, niebezpieczne.

Ale skąd wiedziałam, które były złe?

To proste. Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to
najwyraźniej kilka z twoich zasad nie działa.

20180318_115539

Podeptanie własnych pomysłów, którym
poświęcało się lata nie jest łatwe.
Wymaga rozebrania się do naga.
Zdjęcia solidnego pancerza i wystawienia tyłka
na świat, jak tarcza gotowa przyjąć strzały.

Pierwszy pogląd, jaki obaliłam – ludzie są źli,
bo chcą mnie skrzywdzić.

Mój nowy pogląd- ludzie są tacy, jak ich odbierasz.

Wszystko to kwestia nastawienia w umyśle.
Dziś nie twierdzę, że ludzie mi
zagrażają. Jedni są wspaniałymi aniołami,
inni nauczycielami mojej cierpliwości.

W jednym i drugim wypadku, wygrywam.

Pod wpływem nawiązania relacji,
zwiększyła się moja energia i apetyt na życie.
Przekonałam się, że bycie częścią większej,
społecznej całości bardzo uszczęśliwia.

Pogląd numer 2.
Czas jest względny.

Przestawiłam sobie zegarek – z czasu
zimowego na TERAZ.

Bo przecież w życiu ważne są tylko chwile.
Bo życie tak naprawdę, składa się wyłącznie z
chwil.

Moją największą bolączką był brak akceptacji,
tego, co niezaplanowane. Nie zapraszałam gości,
a nuż się zagadają i zaburzą mój harmonogram dnia.

Nie jadałam na mieście, bo przecież kucharze to
potencjalni truciciele- mordercy, dostatecznie
sprytni, by wciąż zbiegać organom ścigania. A to
podadzą za zimne, a to dodadzą mięso,
a to spóźnią się z podaniem posiłku.

Zatem pogląd związany z czasem, opiera się na zasadzie,
że życie to przechodzenie z jednej chwili do drugiej.
I w zależności od zdarzeń może być plastyczny. Nie trzeba
odhaczać check listy pełnej must-do.

Pogląd numer 3. Przestrzeń.
Odkryjmy cały kosmos.

Od ponad roku poruszałam się wyłącznie
bo bezpieczniej makiecie własnej codzienności.

Bezpiecznej, spokojnej ponad miarę, a przez to
jakże nudnej i frustrującej. Dom, ta sama praca,
książki, spacery, zakupy, sen, dom, praca…
Znane tereny, utarte szlaki, rutyna goni schemat.
I tak w kółko.

Aż w pewnym momencie coś pękło.
Nie wytrzymałam. Jakaś mała, krnąbrna
dziewczyna zaczęła uderzać pięściami o
ściany ograniczeń, krzycząc –wypuść mnie stąd!

To moje szalone alter ego dogorywało w obliczu
bezsensownego życia. Ta część mnie, która
zawsze chciała podróżować, tańczyć sambę,
słuchać cudzych historii, poznawać nieznajomych
i doświadczać przygód.

Chyba każdy z nas ma taką ciemną stronę,
inne JA, obcego z przeciwległego bieguna.

JA, które przez cały czas marginalizujemy,
a niekiedy zabijamy, tocząc z nim wojnę.

Bo jest szpetne, lub grzeszne. Bo jest dziwne
lub niepoprawne politycznie. A przecież
rzeczywistość wymaga od nas tolerancji
i ugładzonego języka, zamiast przekleństw, czyż nie?

Parę miesięcy temu wypuściłam tę zbuntowaną,
krzykliwą dziewczynę na wolność, żeby zobaczyć,
co się wydarzy. A scenariuszy było kilka.

Mogła narozrabiać. Wytłuc porcelanę,
nakrzyczeć na sąsiadów, pokazać policji
środkowy palec i upić się do nieprzytomności.

Ale również, mogła ubrać kieckę i wyjść na
parkiet pełen możliwości. I tak zrobiła, przy
moim cichym wsparciu. Zawarłyśmy pakt.

-Szalej, ale z umiarem- to był mój warunek.
-Niech będzie- odparła- ale nie wtrącaj się
w moje sprawy. Przede wszystkim,
nie kontroluj. Jestem mądra, sama wiem,
kiedy jest czas, by pójść do łóżka.

Podałyśmy sobie dłonie i mocno je
uścisnęłyśmy. Jak matka, wypuszczająca
swe ledwie pełnoletnie dziecko, bałam się,
ale pozwoliłam, by doświadczało świata i uczuć.

By jasne spotkało się z ciemnym i by spokój
poznał chaos. Nadal obserwuję, co się dzieje.

Czasami przychodzi strach, a czasami radość.
Myślę, że chęć kontrolowania rzeczywistości
wynika właśnie z obaw. Niestety większość z nich
jest kompletnie bezpodstawna.

Tam, gdzie nie ma kontroli, dzieją się różne rzeczy.
Tam, gdzie nie ma kontroli, bywa anarchia. Ale również,
to przestrzeń, gdzie mieszkają cuda.

Cytując bohaterkę filmu „Czwarta Władza”
(zagrała ją Meryl Streep; reż.Steven Spielberg),
powiem: „LET’S… LET’S DO THIS”.
Zaryzykujmy. Cóż mamy do stracenia?

Rzecz o imbryku

Wisława Szymborska powiedziała kiedyś,
że z domu w którym nie ma atlasu należy się
natychmiast wyprowadzić.

Cóż. Ja atlasu nie posiadam,
bo nie jest mi do niczego potrzebny.

Jeśli podróżuję to głównie przez
karty kolejnych powieści, tudzież
do ulubionej biblioteki.

Przekształciłam więc zdanie sławnej
poetki na własny użytek.

Dziś twierdzę, że dom w którym
nie ma porządnego imbryka na herbatę
należy czym prędzej opuścić.

No chyba, że lubi się dom.

Wtedy należy natychmiast zakupić imbryk
i kilka dobrych paczek smacznej herbaty.

Bo imbryk kojarzy mi się z ciepłem.
Z atmosferą domowych pieleszy,
i wygodnego barłożenia z książką
na miękkiej kanapie.

20171209_103726

Porządny imbryk symbolizuje spokój i
bezpieczeństwo. Miejsce, w którym nic
nie trzeba, a jedynie można.

Nie znoszę miejsc, w którym nie ma
imbryków.

Omijam kawiarnie, w których gorące
napoje serwuje się w małych filiżankach.

I omijam tych ludzi, którzy w kuchni mają
wyszczerbione, bezosobowe szklanki
a jedyna herbata w ich szafce, to czarna.

Wszyscy najbliżsi mi ludzie rozumieli te moje
dziwne fanaberie, bo sami mieli podobne.

Michał przed podaniem herbaty w wielkim
dzbanku i ręcznie malowanych kubkach
najpierw kazał mi wąchać zawartość
barwnych puszek.

Z truskawkami, z pigwą,
z pomarańczą, i tą jego ulubioną, obłędnie
słodką i pachnącą, kaktusową.

Ta, która przemówiła do mojego nosa
lądowała na spodzie 1,5 litrowego dzbanka.
A my siadaliśmy naprzeciw siebie z kubasami,
w dłoniach z których unosiły się ciepłe obłoki pary.

Ola na powitanie po roku rozłąki zawsze
wciska mi w dłonie indyjską Yogi Tea z lukrecją
a z Martą, moją licealną przyjaciółką, wszystkie
rozmowy prowadziłyśmy w kuchni, nieopodal czajnika,
w wiecznej gotowości, by dolać, by raz jeszcze dać się
rozgrzać smacznej herbacie.

Dwa tygodnie temu zbiłam ukochany imbryk.

Ręcznie malowany, wypalany w piecu,
żółty z pszczołami, zakupiony na
Jarmarku Dominikańskim.

Kolega grafik uczył mnie wtedy
kadrowania aparatem wbudowanym w telefon.

20171111_092839

Tak kadrowałam, że trąciłam łokciem imbryk,
który w zetknięciu z panelami rozszczepił się
na tysiąc żółto niebieskich kawałków.

Żałoba jednak nie trwała długo.
Po opłakaniu przystąpiłam do szukania kolejnego.

Miał być jedyny w swoim rodzaju, inny niż
wszystkie chińskie wyroby dostępne w sklepach.

Wyjątkowy, sympatyczny, duży, inny.
Z podgrzewaczem na małą świeczkę,
aby herbata zawsze była gorąca.

Po wielu dniach spędzonych w sklepach
internetowych i osobliwych herbaciarniach,
znalazłam mój imbryk.

Trochę w stylu zen. Z kamionki i gliny.
Z rysunkiem owieczek. Z wiklinowym
uchwytem i porządną podstawką na świeczkę.

Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

A dotyk jego matowej, chłodnej faktury, która po
zetknięciu z wrzątkiem poparzyła mi palce, tylko
wzmocnił tę miłość.

20171209_100738

Czajniczek doszedł po trzech dniach,
a po drodze się zgubił.

Bo przecież każdy przedmiot z duszą ma własne
historie. Ten najwyraźniej potrzebował pozwiedzać
świat, by zapamiętać to i owo, być może po to, by potem
snuć ciepłe historie, gdy zagubię się kiedyś w domowej ciszy.

A może chciał pozwiedzać dla siebie?

Może wiedział, że w najbliższym czasie czeka
go ciężka praca umilania życia pewnej
dziewczynie, co herbatę pije litrami a książki
pochłania tonami. I że będzie pracował nieustannie
zwłaszcza w okresie zimy, gdy wieczory są ciemne,
chłodne i wietrzne…

Z domu w którym nie ma porządnego imbryka
na herbatę, należy natychmiast się wyprowadzić
i znaleźć dom który uosabia filozofię herbaciarzy.

Ma być ciepło, ma być dobrze, ma być spokojnie.

Babka orkiszowa

Pamiętam niemal każdą niedzielę
spędzoną u babci za Grudziądzem.

Pamiętam je ze względu na to, że
zjeżdżała się wówczas cała rodzina
a to sprawiało, że czułam się częścią
czegoś większego.

Byłam przynależna.
Stanowiłam element większej układanki.
Wielopokoleniowej rodziny.

Babcia czekała na nas z obiadem
i kompotem z gruszek, które
rosły w ogródku. A po obiedzie było ciasto.

Jeśli ktoś miał urodziny, były to
wykwintne wielokolorowe torty,
przekładane kremem cytrynowym
lub śmietankowym.

Babcia robiła je sama.
Nie uznawała kupnej łatwizny.
Potrafiła wstawać o 4 rano i piec, by
wszystko było gotowe w samo południe.

Pamiętam babciny sernik z budyniem,
i pamiętam babkę która była zawsze,
niezależnie od dnia tygodnia.

Pewnie dlatego najbardziej zapadła mi w pamięć.
Dziś, gdy chcę sobie dogodzić, gdy mam
potrzebę zatańczenia ze wspomnieniami,
piekę ją sama.

Dwukolorowa babka u babci była czymś tak pysznym
a jednocześnie oczywistym, jak to, że po niedzieli
następuje poniedziałek.

Piekę ją na oleju, jak w babcinym oryginale,
z tą różnicą, że zamiast białego cukru daję ksylitol
a zwykłą mąkę zastępuję ukochanym orkiszem.
Przepis jest prosty i nie może się nie udać 🙂

20171202_100157

BABKA ORKISZOWA:

Składniki:
-1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej typu 600 lub 700
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-3/4 i ciut szklanki ksylitolu (niepełna szklanka)
-3/4 szklanki oleju rzepakowego
-2-3 łyżeczki kakao
-4 jaja

Wykonanie:
Potrzebujemy dwóch misek. 
Do jednej wsypujemy 3 rodzaje mąk
i proszek do pieczenia i przesiewamy,
żeby się dobrze wymieszały

Do drugiej wbijamy 4 jajka, roztrzepujemy je
i dodajemy ksylitol. Ubijamy do lekkiej pianki.
Powoli dodajemy olej i mieszamy łyżką, żeby
masa pochłonęła go całkowicie. Teraz
stopniowo dosypujemy wymieszaną mąkę z
proszkiem i energicznie mieszamy.

Gdy masa jest już jednolita, dzielimy ją
na dwie równe części. Odlewamy 1/2 masy
do drugiej miski i dodajemy 2 lub 3
czubate łyżeczki 
kakao. Mieszamy.

Do keksowej (podłużnej) formy wyłożonej
papierem wylewam na spód masę kakaową.
Po minucie dodaję jasnego ciasta. Wylewam
je do formy pomagając sobie łyżką, tak żeby
w zupełności pokryła kakaową masę.

Wstawiamy do zimnego piekarnika
a temperaturę ustawiamy na 160 stopni.
Nagrzewamy sam dół (wtedy ciasto ładnie
wyrośnie). Po 30-35 minutach dodaję 
nagrzewanie z góry.

Ciasto jest gotowe po 60 minutach od
momentu wstawienia. Jeżeli widać na
jego wierzchu pęknięcia, to dobry znak.
Po 15 minutach od wyłączenia, można
otworzyć drzwiczki. Smacznego! 🙂

Terapia ciszą

Też macie wrażenie, że pęd i hałas
zdominowały świat przekształcając
sztukę i media w ciąg nieustających
zmiennych?

Wszystko co szybkie, głośne
i pełne zwrotów akcji jest najbardziej pożądane
aby utrzymać nasze rozbiegane zainteresowanie.

A te jest ruchliwe niczym przestraszona gazela
skubiąca trawę sawanny w miejscu pełnym lwów.

Nie potrafimy usiedzieć w miejscu.

W sali kinowej wytrzymujemy jedynie z powodu
głośnych dźwięków i efektów 3D; pobieżną stronę
internetową przeglądamy w 7 sekund, a nowej
książki nie kupimy, jeśli nie ma krzykliwej okładki.

Bo prawda jest taka, że
nie potrafimy się nudzić.

Mało tego, zwalczamy nudę niczym
migrenowy ból głowy, likwidując
skutki szybkim działaniem mało
skomplikowanej tabletki.

I to nie jest tak, że kochamy się ruszać.
Nie. Nawet ruch, który nie przewiduje
zmiany szybko nas nuży, bo nasz umysł
chciałby więcej i bardziej słodko.

Przypuszczam, że i ten post zdążył
was znudzić, więc przejdźmy do konkretów.

Spójrzcie na box-office najpopularniejszych
pisarzy: w Polsce Bonda, w Ameryce Niksy
oraz kolejne powieści Stephena Kinga.

Trup, rewolucja, trup. W tej kolejności.

A seriale? Któż nie zna House of Cards, Gry o Tron,
Ja, Robot czy Narcosa? To one święcą dziś triumfy
w płatnych kanałach, czyniąc z nieznanych wcześniej
aktorów popkulturowe ikony.

Jaka jest cecha wspólna wyżej wspomnianych?

Po pierwsze, dynamiczna akcja, po drugie, władza,
a po trzecie przemoc. To są czynniki, które
utrzymują odbiorcę w fotelu.  Dobro wyszło
z mody, podobnie jak autentyzm i proste rozmowy.

Myślę, że dlatego filmy Allena
mają coraz słabsze noty. Allen nie
zadziwia, Allen nie krzyczy. Allen nie biega.

Pamiętam jak dwa lata temu
spontanicznie wybrałam się do kina, nie
sprawdzając uprzednio repertuaru.

Wszystkie filmy były już  w trakcie, a jeden
miał zacząć się lada chwila.

Kojarzycie Zwierzogród?
To był właśnie ten film. Bajka dla
najmłodszych z polskim dubbingiem.

I wiecie co? Nie zniosłam go.

Zbyt głośny dźwięk dubbingu
powodował, że zatykałam uszy,
a  tempo filmu i nadmiar bodźców
sprawiły, że straciłam resztkę cennej
energii zostawionej na koniec dnia.

Jeżeli dzieciom serwuje się tyle zmiennych
w ciągu godziny, gdy mają zaledwie siedem lat,
to co będzie im się proponować, gdy będą 20-latkami?

Zatykając uszy nagle zatęskniłam za dobrym kinem
poczciwego Japończyka, Miyazakiego.

Za kolorową kreską nie podrasowaną
programem komputerowym. Za naturą.
Za ważnym przekazem.

Ale do czego właściwie zmierzam?

Do tego, że raz na jakiś czas w naszej
hałaśliwej kulturze udaje mi się znaleźć
piękne filmowe perełki pośród łatwej w
odbiorze tandety na jarmarcznej ulicy.

Serial Terapia (In Treatment) jest
zaprzeczeniem tego, czego większość
szuka w telewizji i internecie.

Każdy odcinek rozgrywa się w jednym pokoju:
gabinecie terapeuty, któremu właśnie rozpada się małżeństwo.

Paul Weston jest terapeutą i głównym bohaterem,
Ma czwórkę pacjentów (przynajmniej tych, których poznajemy),
doświadczonego superwizora i niespełnioną żonę.

Statyczna akcja skupia się relacjach Paula z jego
pacjentami, ukazując równocześnie
prawdę o jego małżeństwie i niełatwej pracy.

Paul rozmawia, słucha, interpretuje i
pomaga pacjentom dojrzeć do zmian.

Dla jednych zmianą będzie samoakceptacja, a dla
innych uwolnienie się od niszczących wzorców z
przeszłości. Dla niego samego, terapia z drugim
człowiekiem stanie się odkrywaniem tego, co niełatwe,
mroczne i nieznane.

Film pokazuje czym jest terapeutyczny proces,
i zapoznaje z tajnikami pracy enigmatycznego
fachu. Oto nagle serial (którego powstały
3 sezony) proponuje widzowi rozmowę, refleksję
i zaprasza do własnego wnętrza.

To nie jest łatwa
rozrywka, która dobrze się
przyjmie podczas miłej kolacji.

Tutaj potrzeba zaangażowania i
pojemności widza. Na smutek, na łzy,
na zdradę, krzywdę i rozczarowanie.
Jak w tym serialu i jak w prawdziwej terapii.

Brakuje mi takich filmów.

Brakuje mi większej ilości dobrych książek
na czołowych półkach w księgarniach; w
miejscach gdzie byłyby łatwiej dostępne
bo zauważalne.

Dlaczego to, co łatwe, kolorowe
i przyjemne wiedzie prym?

Bo ludzie nie lubią nudy i wysiłku. Nie zostaliśmy
przyzwyczajeni do trudności. Nasze pokolenie
30-latków jest przekarmione materialną
formą miłości, która miała coś zastąpić.

Może czas, którego rodzice nie mieli.
Może przedmioty, do których nie mieli
dostępu. A może trudną rozmowę o uczuciach,
których nie uczyli się z nami prowadzić, bo ich
rodzice też nie potrafili.

I dlatego całe życie uciekamy.
Od trudnych emocji ku  łatwej lecz
śmieciowej rozrywce, która skutecznie
odwraca uwagę od tego co najważniejsze.

Od siebie.

Słodko-ostry smak Indii

Pamiętacie wegetariańskie bary slow food
o nazwie Green Way? To w nich po raz
pierwszy skosztowałam orientalnej,
rozgrzewającej zupy o słodko-pikantnym smaku
z warzywem o obco brzmiącej nazwie, dahl.

Zupa dahl (dahl po indyjsku oznacza po
prostu soczewicę) robię już od czasu studiów,
kiedy to nie znając przepisu
starałam się skopiować smak zupy z
ulubionego wegebaru.

Wtedy, czyli około dziesięciu lat temu soczewica
była jeszcze mało popularnym produktem i niełatwo
było ją dostać. Zapasy robiłam w jedynym w Olsztynie
sklepie ze zdrową żywnością, Wegetarianin (swoją
drogą, ciekawe czy jeszcze istnieje).

Najpierw próbowałam zielonej. Potem brązowej.
W końcu żółtej, aż na samym końcu dotarłam do
mojego Świętego Graala, czy czerwonej soczewicy.
Soczewicy najdelikatniejszej i lekkostrawnej. Tej,
której nie trzeba przez wiele godzin namaczać, w
obawie przed mało przyjemnymi wzdęciami.

Dziś, po wielu latach kulinarnych testów,
moja zupa z soczewicy jest idealnym daniem w okresie
jesienno-zimowym. Gęsta, sycąca i na długo rozgrzewa.

Podczas pierwszych tegorocznych infekcji jadłam ją
codziennie, by szybciej zregenerować organizm. Dzięki
naturalnym antybiotykom: imbirowi, cebuli i czosnkowi
podnosi odporność immunologiczną i pomaga ciału
uporać się z wirusem i bakteriami.

Zupa dahl nie byłaby niezwykła, gdyby nie zestaw
ziół i przypraw, które nadają jej niezwykle orientalny
smak a same w sobie skutecznie poprawiają i leczą trawienie.
Potrawa jest słodka (dzięki kminkowi i cynamonowi),
kwaskowata (dzięki pomidorom) i ostra jednocześnie
(imbir, czosnek).

Jeżeli chcesz ją ugotować, proponuję Ci zaopatrzyć się
w podstawowy zestaw przypraw.
Niektóre znajdziesz w swojej szafce, o innych
usłyszysz zapewne po raz pierwszy. Są to:

Słodka papryka
Czosnek niedźwiedzi
Cynamon
Imbir
Kminek
Kurkuma
Kolendra
(opcjonalnie mielony czosnek)
(wszystkie, prócz czosnku niedźwiedziego
w postaci mielonej).

20171118_152548 (2)

INDYJSKA ZUPA Z SOCZEWICY (DAHL)
DLA 4-5 OSÓB:

Potrzebujesz:
-po 1 łyżeczce wyżej wymienionych przypraw
prócz słodkiej papryki, tej 2 łyżeczki

-2-3 łyżki włoszczyzny
-ziele angielskie i listki laurowe

-1,5 czubatej łyżki soli himalajskiej
-2 duże marchewki
-1 seler
-2 pietruszki
-3 lub 4 ząbki czosnku
-1 lub 2 małe cebule
-1 kg ziemniaków
-około 3 litrów wody
-1 szklankę czerwonej soczewicy (namoczonej przez
godzinę i przepłukanej świeżą wodą)
-1/2 butelki (0,35 litra) passaty pomidorowej
-2 łyżki masła klarowanego lub zwykłego
-opcjonalnie 1 łyżeczka koncentratu pomidorowego

dla zagęszczenia

Wykonanie: około 2 godzin (będzie trochę zabawy i wiele
aromatycznego zapachu:)

1.Do dużego garnka wlej nieco mniej niż 3 litry zimnej wody.
Wrzuć sól, czosnek niedźwiedzi,włoszczyznę,10 kulek
ziela angielskiego, 3 listki laurowe, 3 ząbki czosnku,
dodaj umyte, obrane i pokrojone w kostki lub słupki
warzywa korzenne (marchew, cebulę, seler i pietruszkę).
Poczekaj aż się zagotuje.

Zmniejsz ogień i idź się zrelaksuj,
Masz wolnych 50-55 minut. (Raz na jakiś
kwadrans sprawdź czy nie wyparowało zbyt
dużo wody. Jeśli tak, dolej trochę przegotowanej,
przy czym miej na uwadze, że będziesz
dodawać 0,35 litra passaty.

2.Po tym czasie, dosyp szklankę opłukanej soczewicy.
Po 15 min.
 dodaj kilogram obranych ziemniaków
pokrojonych 
w małą kostkę. Uchyl przykrywkę.
Dodanie soczewicy może spowodować kipienie zupy. 

3. Po 10 minutach wlej passatę. Rozgrzej masło na patelni, lecz
ustaw palnik na mały ogień. Po chwili wrzuć na
patelnię po łyżeczce: cynamonu, kurkumy, imbiru,
kminku, kolendry oraz 2 łyżeczki słodkiej papryki.
Niech przyprawy 
zmieszają się z masłem i lekko
zarumienią. Uważaj, 
by ich nie przypalić. 

4. Po minucie podprażenia na patelni, dodaj
całą mieszankę do gotującej się zupy. Jeśli coś
zostało na patelni, wlej trochę wody z garnka aby zgarnąć resztę.

Teraz niech wszystko gotuje się około 20 minut.
Raz na 
jakiś czas zamieszaj.

Na sam koniec możesz dodać łyżeczkę
koncentratu, jeśli lubisz gęstsze potrawy,.
Zupa najlepsza jest po paru godzinach
od ugotowania lub na drugi dzień.

Wtedy cała przechodzi przyprawami.
Jedząc natomiast do 6 godzin od ugotowania przyswajasz
najwięcej pierwiastków i wartości odżywczych 🙂
Smacznego!

 

 

 

 

Poradnik łasucha

Gdyby jakiś laik przypadkiem otworzył
moją kuchenną szafkę, pomyślałby zapewne,
że w tym domu mieszka osobliwy chemik.

Szafki bowiem zawierają dziesiątki
produktów o mało wdzięcznych nazwach:
ksylitol, erytrol, malitol, karob,
demerara. 
Cóż to takiego?

Ci, co lubią eksperymentować w kuchni
i choć raz w życiu odwiedzili sklep ze zdrową
żywnością, wiedzą, że pod obcymi nazwami
kryją się słodkie skarby; to co łasuchy lubią
najbardziej, a więc CUKIER.

Słodki smak jest najbliższy mojemu serca.

Kocham go, choć wspólnie mieliśmy
różne momenty: rozstania i powroty,
miłość i nienawiść, ekscytację a w końcu
o ironio, gorzkie rozczarowanie.

Cukier, niczym toksyczny przyjaciel pomagał
zapominać o tym, co złe, mamiąc iluzją szybkiej
radości. Podnosił glukozę we krwi, trzustka strzelała
insuliną w zatrważającym tempie a moja głowa
uzależniała się coraz bardziej.

Trzykrotnie przekroczona wartość
amylazy w badaniach okresowych oraz podejrzenie
nowotworu zatrzymały jednak to błędne koło
kompensowania sobie miłych uczuć.

Cukier to jeden z najpoważniejszych czynników
powodujących choroby nowotworowe.

Tworzy kwaśne (a więc idealne) środowisko dla
grzybów, bakterii i obcych komórek oraz
sprawia, że większość organów jest w stanie
wiecznej ekscytacji a więc nadaktywności.

Dziś cukier nie odgrywa już tak wielkiej roli
w moim życiu. Nauczyłam się bez niego żyć.
Stwierdziłam, że prawdziwa słodycz mieszka
gdzieś indziej niż w białych kryształkach.

W drugim człowieku, w samoakceptacji,
kreatywności i rozwoju duchowym

Rok na detoksie sprawił, że zaczęłam
czuć słodycz naturalnych produktów a zamiast
uciekać od problemów, zaczęłam je obserwować,
akceptować a w końcu rozwiązywać.

Dzisiaj, po wielu latach walk, z czystym
sumieniem mogę powiedzieć, że jestem wolna.

Jestem wolna od cukru, a raczej od tego co
cukier mi dawał. Nie szukam w nim
ucieczki, od tego co przykre a przyjemność
odnajduję poprzez inne zmysły.

Piękne zapachy, słodkie widoki, ruch,
i dotyk. Dziś bawi mnie szuranie butami
w mokrych liściach i zabawa z psem w chowanego.

20171114_114625

Słodycze? Oczywiście, że jem. Ale takie,
które zrobię sama, z miłością do siebie
i wszystkich, których nakarmię.

Wybieram to, co zdrowe, sprawdzone
i bezpieczne. Przetestowałam: melasę trzcinową,
cukier kokosowy, demerarę, syrop klonowy,
syrop daktylowy, erytrol oraz ksylitol.

Oto garść moich wniosków 
popartych osobistym doświadczeniem:

DEMERARA (SUROWY CUKIER TRZCINOWY)
Najlepszy zamiennik cukru do ciast, ze względu

na podobną strukturę chemiczną i jakość smaku.
Nadaje się do wszystkich ciast, a jego GI (Indeks
Glikemiczny) wynosi 87. To dużo. Cukrzycy zatem
powinni 
go unikać, a osoby zdrowe mogą spożywać w
ograniczonych ilościach (nieoczyszczony cukier zawiera
łatwo przyswajalne żelazo i magnez). 

CUKIER KOKOSOWY
Zawiera dużo przyswajalnego żelaza,
bo aż 72mg/100g (co zaspokaja 514% dziennego
zapotrzebowania na ten składnik). Ma niższy
indeks glikemiczny od cukru trzcinowego, bo
jedynie 35 jednostek. Z powodzeniem można
dodawać go do ciast.

Moja jedyna uwaga: ten cukier
wysusza ciasto. Licz się z tym, by dodać
odrobinę więcej oleju. Z uwagi na barwę
(jest ciemnobrązowy) nadaje się tylko do
ciemnych wypieków (murzynek, piernik etc.)

KAROB I MELASA TRZCINOWA
Karob (melasa z chleba świętojańskiego)
 i melasa trzcinowa to słodziki o gęstej,
półpłynnej 
konsystencji o ciemnoczekoladowej barwie.

Nadają się do naleśników, racuchów, kaszy
owsianej lub jaglanki. 
Świetnie sprawdzają się
w okresie jesienno-zimowym. 
Podnoszą odporność
i pomagają osobom z 
problemami trawiennymi i
refluksem. Melasa może być stosowana

przez cukrzyków oraz osoby na diecie.
Posiada właściwości antyoksydacyjne, a więc sprawdza
się w profilaktyce przeciwnowotworowej.

Melasa przez wiele lat była uważana za
produkt uboczny (czyli to, co powstawało
przy produkcji cukru rafinowanego). Dopiero
kilka lat temu odkryto, że to co uważane
za produkt uboczny jest w zasadzie kilkukrotnie
bardziej odżywcze niż produkt  finalny,
czyli biały cukier. Ze względu na konsystencję melasy
możesz użyć jej przy pieczeniu ciastek  oraz
„mokrych ciast”. (Wkrótce zamieszczę
przepis na wegańskie ciasto bananowe słodzone karobem.)

ERYTROL
Erytrol odkryłam całkiem niedawno, zupełnie 
przypadkowo trafiając na promocje produktów eko
w gdańskim supermarkecie. Ten cukier to białe złoto
dla cukrzyków i odchudzających się.

Jego indeks glikemiczny
wynosi 0 i ma 10-krotnie mniej kalorii od zwykłego cukru.
Erytrol nie jest metabolizowany przez ludzki organizm.
W praktyce oznacza to, że zostaje szybko wydalony z organizmu
bez przykrych skutków trawiennych (choćby takich
jak wzdęcia). Jedna uwaga, jest mniej słodki od
cukru, czyli, piekąc ciasto pamiętaj, by dodać go więcej.
Kiedy w przepisie jest 1 szklanka cukru,
dodaj o 1/3 więcej.

KSYLITOL
A to mój ulubiony słodzik, który odkryłam
dzięki książkom Karoliny i Macieja Szaciłło.

Ksylitol jest pozyskiwany z kory fińskiej brzozy.
Ma 40% mniej kalorii od cukru i bardzo niski indeks
glikemiczny=7. Działa przeciwpróchniczo, pozwala 
przyswajać wapń i pomaga osobom z problemami
trawiennymi, bo nie fermentuje w żołądku.

Z powodzeniem może być stosowany przez osoby
chorujące na przerost drożdży w organizmie
(Kandydoza). Jeśli rozpoczynasz przygodę 
z ksylitolem, zacznij od małych dawek. W pierwszych
dniach ksylitol może powodować wzdęcia i
przeczyszczenie, ze względu na to, że organizm musi
przyzwyczaić się do tej organicznej substancji. Po kilku
dniach problem ustaje. Dla mnie jest mniej słodszy
od cukru (mimo że opakowania mówią co innego).

Nadaje się do suchych ciast takich jak babka. Ksylitol
nie ulega procesowi krystalizacji, więc dodając go do
babki możesz użyć mniej oleju (ciasto i tak będzie wilgotne).
Jeśli w przepisie mam 3/4 szklanki cukru dodaję pełną szklankę.
Dla mnie to idealny zamiennik białego cukru.