Archiwa tagu: pies

Demeter, Hestia i Artemida. Boginiczne archetypy w każdej kobiecie

Listopad to ważny czas
dla mnie i dla Luny.

Bo dokładnie trzy lata temu
zaczęła się nasza wspólna wędrówka.

Pies odnalazł człowieka
i człowiek odnalazł psa.

Pamiętam, że to był deszczowy dzień.
Gdańskie schronisko tonęło w błocie.
W „Promyku” było mnóstwo ludzi:
wolontariusze, dzieci i szkolne wycieczki.

Decyzję o wzięciu psa ze schroniska
podjęliśmy z Michałem kilka tygodni
wcześniej, po naszym kolejnym rozstaniu.

Może psiak miał nas scalić? A może
to ja intuicyjnie wiedziałam, że albo teraz,
albo nigdy? Bo przecież mam dom. Są dwie
wypłaty, a każde  z nas pragnęło czułości,
której ta druga osoba dać nie mogła.

Dopiero po trzech latach zdałam sobie
sprawę, że przemawiał przeze mnie
instynkt macierzyński – archetyp Demeter,
który domagał się matkowania i opieki nad kimś.

Lunka

LUNA

Siedziała sama w dużym boksie.
Samotna, wyprostowana, dumna, ale
na dystans. Prawdziwa wilczyca.

Spojrzałam w jej piękne, mądre oczy.

Nie musiałam nic mówić – natychmiastowo
podeszła do kraty boksu. A ja, mimo
ostrzeżeń kierownika włożyłam
dłoń przez siatkę, żeby ją dotknąć.

Wtedy poczułam, że dalsze chodzenie
po schronisku przestało mieć sens.

„Ten psiak czekał na mnie”, pomyślałam.

Luna. Mój cudowna księżycowa istota, która
kocha ludzi, zwierzęta i pieszczoty.

Od tamtej pory byłyśmy razem.

Luna wyciągnęła mnie z depresji, zaktywizowała,
dała radość i przywróciła Matce Naturze, od której
odcięta byłam przez lata.

Dzięki niej odlazłam w sobie miłość.

Wcześniej wydawało mi się,
że nie potrafię kochać czy dawać.
Luna szybko to zweryfikowała.

Odnajdywałam wesołość i siłę tam, gdzie
wydawało mi się, że na próżno ich szukać.

DOROSŁY/DZIECKO

Nauczyłam się być dorosła – odpowiedzialna
i zaangażowana – zwłaszcza po rozstaniu, kiedy
wszystko musiałam robić sama:

Poranne siku z psem, śniadanie, wyjście do
pracy, zakupy, powrót z pracy, długi spacer, gotowanie,
zabawa i poświęcanie uwagi psiakowi, medytacja,
pisanie, nocny spacer…

…a po drodze jeszcze rachunki,
dbanie o relacje z ludźmi, sprzątanie etc.

I paradoksalnie, to ona pomogła mi
odnaleźć drogę do mojego wewnętrznego dziecka,
które całe życie uciszałam, karciłam
i na nie krzyczałam. Tak działa obecność zwierząt.

Widzimy w nich nasze małe „ja” które
pragnie zabawy, dotyku, czułości.

Przemawiając łagodnie do Luny wybaczałam sobie
wszystko, co było do przebaczania. Zaczęłam
traktować się życzliwie i z większą uważnością.

A gdy psiak był niespokojny i zachowywał się
głupio, czułam że pod spodem są duże emocje:

lęk,
niepewność,
gniew,
rozczarowanie.

Zamiast krzyczeć „przestań”, zniżałam się do
poziomu Luny, patrzyłam w jej oczy i mocno
przytulałam mówiąc, że wszystko będzie w porządku.

I w ten sam sposób przemawiałam do małej Kamy,
która rozbiła kubek, burknęła na koleżankę,
i nie odbierała telefonów. „Czego się boisz?”,
pytałam wtedy i mocno okrywałam się kocem.

czap1

POTRZEBA DOTYKU

Moje doświadczenie podpowiada mi również, że
zwierzaki karmią nas ciepłem i dotykiem,
niewiele oczekując w zamian.

Bo przecież jako ludzie staliśmy
się społeczeństwem cyfrowym,
oddalonym od siebie i wyraźnie stawiającym granice.

Nie pozwalamy się dotykać.
I sami nie dotykamy.

Nie mówimy „kocham” i udajemy,
że nam też tego nie brakuje.

Tymczasem wewnętrznie
usychamy jak roślinki pozbawione wody.

Czy wiecie, że w co trzecim gospodarstwie domowym
jest zwierzak? Wiem po co.

Żeby kochać.
Żeby dotykać.
Żeby dawać i przyjmować.

Bo nawet jeśli mamy rodziny, to nie zawsze
potrafimy być blisko. Boimy się odrzucenia.
Boimy się bezbronności i emocjonalnych potrzeb.

W najnowszym numerze „Wysokich Obcasów Extra”
przeczytałam raport odnośnie kulturowych zmian
pojęcia „rodzinna wspólnota”.

Wiecie, co mnie zdumiało i absolutnie
zachwyciło w przedstawionych statystykach?

To, że wielu Polaków uważa, że
„człowiek plus zwierzak to też rodzina”.

Cudnie, prawda?
Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Czasem gdy ktoś pyta, czy pójdę z nim po pracy
na kawę, to odpowiadam, że nie mogę – jestem
samotną matką, a w domu czeka na mnie
wiecznie radosne, czworonożne dziecko.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jestem na etapie
życia, w którym trudno jest mi utożsamiać się z
czymkolwiek. Wszelkie etykiety odpadły,
podobnie jak wiedza, którą gromadziłam przez lata.

Ale człowiek bez tożsamości jest trochę jak… duch.
Więc wspomagam się tym, co uniwersalne: archetypami.

DEMETER. BOGINI ZBÓŻ I MATKA

Dziś czuję się właśnie nią. Kobietą, która żyje,
bo jest pośród innych istot. Tam pogłaszcze, tu coś
upichci i nakarmi, a to kogoś wysłucha i obejmie uwagą.

Potrzebuję dać się rozwinąć tym pięknym
właściwościom, bo są silne – choć zaprzeczałam
im przez lata. „Ja – Matka? W życiu!”.

Dopiero, gdy w moje ręce wpadła książka
słynnej psychoanalityczki, „Boginie w każdej
kobiecie”, w końcu dopuściłam do siebie jej głos.

Do tej pory myślałam, że jestem Hestią,
domatorką, kobietą ceniącą introspekcję,
która dba o ceremonie i rytuały i kocha
bezpieczeństwo oraz samotność.

Odnalazłam też w sobie mnóstwo cech
walecznej, skupionej na celu Artemidy,
która wspiera siostrzeństwo i walczy o
sprawiedliwość.

Ale Demeter?  Nie. Nie mam z nią
żadnego związku.

Przynajmniej tak sądziłam do
chwili otworzenia rozdziału:
„Bogini zbóż i troskliwa matka”.

Wtedy mnie zalało.

Przypomniałam sobie, jak
będąc dziewczynką woziłam
w wózku po kilka miśków i lalek,
którymi zajmowałam się lepiej niż
niejedna dorosła kobieta.

Mając zaledwie 12 lat ciocie podrzucały mi
małe kuzynostwo, bo wiedziały, że sobie poradzę
nie potrzebując absolutnie żadnych rad.

Dokarmiałam bezdomne zwierzęta
i kilka razy w tygodniu chodziłam na łąki
dawać koniom cukier w kostkach.

Pamiętam też, że od zawsze lgnęłam
do kobiet, które archetypicznie
przypominały Demeter:

duże, krągłe, ciepłe i serdeczne. Takie, na których
można się wesprzeć i zawsze polegać.

A teraz? W końcu zrozumiałam skąd
wzięła się we mnie potrzeba
dokupywania kolejnych kwiatów
doniczkowych i sadzenia ziół.

20191122_102824

JESTEM DEMETER

Nie wiem w jakiej części i jak dużo jej mam,
ale jestem nią. Już nie zaprzeczam.

Teraz pozostaje dać ujście temu
kanałowi, którym energia chce
płynąć bez przeszkód.

Bo przecież Demeter można
być na wiele różnych sposobów.

Można matkować komuś,
kto tego akurat potrzebuje:

smutnej koleżance, psu który
pragnie czułości, bezdomnemu,
głodnemu kotu czy kwiatom które
potrzebują życzliwej opieki.

Zaczęłam też dbać o własne korzenie i
relacje z dalszą i bliższą rodziną.

Częściej jeżdżę do rodziców,
wracam do relacji z dawno nie widzianym
kuzynostwem, odwiedzam babcię, którą zwykle
widywałam przy okazji bożonarodzeniowych świąt.

Pielęgnuję w sobie jednocześnie wdzięczność
– za to, co mam i od kogo pochodzę; oraz pokorę – że
jestem jedynie pyłkiem pośród oceanu
milionów innych żyjących pyłków.

Luna jest moją rodziną i towarzyszy mi w
budowaniu relacji ze światem.

Zabieram ją do rodziców i do babci. Chodzi ze mną
na herbatę do nadmorskiej kawiarni.
Na Sylwestra jedzie ze mną i drugą psiarą,
na domek, z dala od strzałów.

Bo przecież tak wiele mi dała, tak wielu właściwościom
pozwoliła się zrealizować i wyzwolić. Jakże mogłabym
dać mniej? Jesteśmy rodziną 🙂

PS. Adoptuj, nie kupuj ❤

20191019_123207

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.