Archiwa tagu: inteligencja emocjonalna

Nasze fałszywe persony. Czyli dlaczego okłamujemy samych siebie

Czasami wydaje nam się, że mamy
ze sobą załatwione już wszystko.

Że jesteśmy poukładani, rozwinięci
a to w nas, co było uszkodzone,
wróciło do normy.

Jakaż to niespodzianka, gdy
pod wpływem kogoś lub czegoś
nagle otrzymujemy mocny feedback
o  naszym wspaniałym procesie.

I w minutę przekonujemy się, jak wiele
zostało jeszcze do zrobienia,
do zaakceptowania, do uzdrowienia.

I jak dużo mamy bałaganu.

I to takiego, którego
nie poukładamy nigdy.

Ot, druga strona monety
naszej „poukładanej”
i wyprasowanej osobowości.

Często widać to w relacjach
i w sytuacjach, które są poza
naszą kontrolą – czyli w zdarzeniach,
które przerażają najbardziej i generują
najwięcej trudnych emocji.

To wtedy łapię się na tym, że
naiwnie wierzyłam w  doskonale
wykonaną pracę nad sobą i
wieczną nagrodę za tę pracę właśnie.

W iluzję wiecznego szczęścia.

Przekonanie, że nie popełnię już błędu.
Że nie będę się bać, smucić, rezygnować i powtarzać
mało konstruktywnych programów.

A tu niespodzianka!

Pojawia się człowiek, przy którym
zdejmuję zbroję i nagle zalewają
mnie emocje. I znów jestem chaosem.

Roztrzepaną reszką zamiast  orłem,
który dumnie wypina prężną pierś.

Albo po miesiącu dobrej passy w pracy,
podchodzi ktoś i mówi: spieprzyłaś.

Robisz byle jak,
za wolno, za słabo,
za kiepsko, i w ogóle wszystko nie tak.

W tej jednej chwili mam jak na dłoni
cały swój rozwój, oświecenie i „skończony” proces.

Dupa, że tak się wyrażę.

Jest lęk.
Smutek.
I wewnętrzna krytyka.

Są słowa pogardy dla samej siebie,
wytykanie sobie i kulenie się ze strachu.

I to są właśnie sytuacje, gdy dostrzegam
jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
I że ta praca nie ma końca.

Powiem więcej, rozwój nie jest liniowy.

Częstokroć przypomina sinusoidę, która
rzadziej zalicza góry niż doliny.

Czasem skłania nas, by cofnąć się o kilka kroków,
byśmy mogli zrobić potężny skok w dal.

Co nie oznacza, że się uda. Niejednokrotnie
przecież zaliczamy upadek twarzą w mokry piasek.

Wierzę jednak, że wszystko, co nas spotyka
ma jakiś ukryty cel, lub po prostu jest
manifestacją naszej wewnętrznej intencji.

Dlatego dobrze jest ją poznać.

Bo problemem jest, gdy naszym życiem
kieruje nieświadoma motywacja.
Np. ukarania siebie.
Potwierdzenia, że jesteśmy do niczego.

Tak jak mówiła babcia. Albo mama.
Albo ten mały chujek w liceum.

Sytuacje poza naszą kontrolą, mają na celu
właśnie wydobyć z nas to, co dalej
wolelibyśmy mieć w słodkim ukryciu.

To wtedy panikujemy. Chcemy
uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Zrezygnować.
Poddać się.
Odwrócić wzrok.
Pójść łatwiejszą drogą.

Tyle, że wybranie prostszej drogi,
bywa często odwróceniem wzroku
od samego siebie.

Od tego, co we mnie:

trudne,
nieładne,
krzywe i nieuporządkowane.

Od tego, co słabe.
Niepoprawne.

A już na pewno nie nadające
się na Instagramy tudzież inne
miejsca, w których przedstawiamy swoje pozorne
i jakże piękne, wiecznie wesołe persony.

Jestem głęboko wdzięczna za to wszystko,
co mnie spotyka. Za krytykę w pracy. Za
trudnego człowieka, którego szczerze nie lubię
i za człowieka, którego lubię za bardzo.

Bo każdy z nich pokazuje mi
prawdę o tym, gdzie jestem.

A to, pozwala mi dotrzeć  do tych niechcianych
części siebie, które wciąż zamiatam
pod dywan pozorów.

To wtedy spotykam się z największymi
obawami i pragnieniami. Widzę, czego
chcę od życia i jak bardzo skręciłam nie
w tym kierunku co trzeba.

I co nawet ważniejsze – widzę swoją
ogólnożyciową intencję, która ten
kierunek nadała.

Teraz mogę zrobić trzy rzeczy.

Zostawić intencję, taką jaką jest. I zaakceptować.
Albo lekko przekształcić ją w sposób,
który zacznie mi służyć.

Mogę też wrócić  do punktu „zero” i zacząć
od nowa, z tą różnicą, że teraz wiem więcej.

Ok. A więc nie jestem doskonała.
Jestem niedoskonała. Nieuporządkowana,
w chaosie, w lęku i sprzecznych emocjach. To też ja.
To też moja natura i jedna z wielu twarzy.

Jednocześnie też wciąż jestem pełna życia. Wciąż pełna
oddechu i najlepszych, bo świadomych intencji.
A to oznacza na pewno, że…

wszystko jest możliwe, więc nie rezygnuję.
Przede wszystkim nie rezygnuję
z siebie. Z odkrycia tego, co wciąż głęboko ukryte,
bo czeka na pewien życiowy impuls, by wyjść z pudełka.

Czasem impulsem będzie człowiek.
Czasem praca. Często jakiś kryzys.

Do nas należy tylko jedno.
Nierezygnowanie. Bądźmy czujni, bo
nauczyciel czi się w tym, co niepozorne 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Wszystko z Tobą w porządku!

 

Tydzień temu jadąc „ukochaną” komunikacją miejską i przeżywając istne katusze w pudełku pełnym ludzkich sardynek, gdzie dostępne były tylko miejsca stojące, moją uwagę przykuł długowłosy chłopak w czarnej bluzie z kapturem.

Podeszłam do niego i ustałam tuż obok siedzenia, które zajmował.
Siedział nieruchomo, wzrok miał wbity w książkę i wydawał się być pogrążony
w swoim własnym świecie.”Lubię go”, pomyślałam, próbując dojrzeć, co czyta.

Chwilę później stało się jasne dlaczego go polubiłam.
Swój zawsze pozna swego.
Chłopak czytał „Siłę introwersji” Arnie Kozak. 

CAM00837

Podziękowałam mu w duchu za to, że była nas dwójka- cichych samotników- w tramwaju pełnym rozwydrzonych ludzi a także za książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Do tej pory  o tej tematyce znana mi była tylko „Ciszej, proszę” Susan Cain.

W domu otworzyłam komputer i wpisałam tytuł w Google.
No tak. Nic dziwnego, że o niej nie słyszałam.
„Siła introwersji” została wydana dopiero kilka miesięcy temu.

Zalogowałam się na konto wojewódzkiej biblioteki publicznej, by sprawdzić dostępność tytułu. Szybkość z jaką publiczna biblioteka zamawia nowości wydawnicze zawsze mnie zachwyca!

Na drugi dzień miałam ją u siebie na biurku.
Towarzyszyła mi przy śniadaniu i przy obiedzie.
W tramwaju, w parku i w plecaku na rowerze.

Nie czytałam jej kompulsywnie, jak to zwykle mam w zwyczaju,
lecz delektując się każdym pojedynczym słowem.

Bo oto autor i psycholog, Arnie Kozak udowadnia, że introwertycy są światu tak samo potrzebni jak ekstrawertycy i że trudności jakie spotykają nas w życiu są skutkiem kultury stworzonej przez ekstrawertyczne i głośne społeczeństwo, których motywacją jest otrzymywanie nagród.

Ile razy czułeś, że „coś z Tobą jest nie tak”? Bo ja czułam tak przez całe życie.
W końcu przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i nauczyłam się z nią żyć.
Ale jak cicha owieczka ma odnaleźć się w stadzie dzikich wilków?

Bo zobacz. Niemal wszystko co znasz jest stworzone przez ekstrawertyczne społeczeństwo (które ma nieco większą przewagę od introwertyków).

Żyjemy w w konsumpcyjnym świecie, pełnym centrów handlowych, głośnych i kolorowych reklam, reality show w którym wygrywają ludzie bardziej przebojowi i przebiegli a miejsca pracy zwane open space zabierają nam ostatnie resztki ciszy i przestrzeni.
Nic dziwnego, że czujemy się nie na miejscu! 

Arnie Kozak powtarza co drugi akapit: Wszystko z Tobą w porządku. Też jestem introwertykiem i wiem co czujesz. Co za ulga!

Ameryka i Europa są wybitnie ekstrawertyczne i nagradzają uwagą ludzi przebojowych, głośnych i zabawnych. Introwertycy zwykle giną w tłumie i często obrywa im się za bycie dziwakiem, który woli spędzić sobotni wieczór w domu z książką niż na towarzyskim spotkaniu w pubie.

Tymczasem wielu wizjonerów, naukowców i artystów było introwertykami.

Albert Einstein.
Clint Eastwood
Bill Gates
Fryderyk Chopin
Marcel Proust
Franz Kafka
Mahatma Gandhi
Karol Darwin
J.K. Rowling
Abraham Lincoln
Steven Spielberg
Julia Roberts
Maria Skłodowska-Curie

Żyjąc w ekstrawertycznym, pstrokatym świecie często dajemy sobie wmówić, że faktycznie coś z nami nie tak i że powinniśmy zmienić swój charakter. W ten sposób sami sobie nakładamy maski i uczymy się żyć w strefie pozbawionej komfortu. W strefie, która całkowicie nas wyczerpuje.

Nie wiem jak Ty, ale ja po godzinnej jeździe zatłoczonym tramwajem i dziesięciominutowym pobycie na zakupach w centrum handlowym muszę się zamknąć w pokoju i zdrzemnąć. Natychmiast!

Tymczasem zapominamy, że mamy coś, czego ekstrawertykom brakuje.
Możemy to wykorzystać w pracy, na rozmowach rekrutacyjnych a także w drodze do własnych celów. A są to:

determinacja
wytrwałość
zaangażowanie
cierpliwość
skupienie
wrażliwość
empatia
rozwaga
refleksja
uważność
umiejętne słuchanie

Gdybyśmy żyli w introwertycznym świecie, myślę że wszystko wyglądałoby inaczej.

Nie byłoby blokowisk.
Ludzie żyliby bez telewizji, w domkach jednorodzinnych, otoczonych naturą.
Zamiast wielkich korporacji, na rynku kwitłyby małe spółki lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Rynek lokalny by kwitł, podobnie jak szkoły medytacji, uważności, centra jogi i rozwijania samoświadomości.

System edukacji zachęcałby do rozwijania kreatywności i twórczego podejścia do życia; nie byłoby ocen, a handel rozwijałby się na zasadzie barteru.

Niestety te słowa to czysta utopia.
Pozostaje nam zatem pilnowanie własnej przestrzeni i rozwijanie asertywności.
Nie żyjemy w świecie sprzyjającym introwertykom, ale możemy decydować.

O tym z kim się trzymamy.
Jak spędzamy czas wolny.
Jak pracujemy.
Na co poświęcamy cenną energię (która z uwagi na to, że jesteśmy wrażliwi wyczerpuje się błyskawicznie).

Postanowiłam, że kupię książkę Arniego Kozaka i dam do przeczytania mojej rodzinie i znajomym.

Rodzicom, którzy wciąż się dziwią, że nie lubię spotkań rodzinnych i zakupów.
Znajomym, którzy wciąż pytają: „co tak milczysz?”.
I tym wszystkim, którzy mają pretensje że nigdy nie odbieram ich telefonów.
Oraz tym, którzy siedzą u mnie w mieszkaniu dłużej niż godzinę (po godzinie kontaktu jestem wyczerpana, a nie umiem ludzi wyrzucać).

Ale przede wszystkim kupię ja dla siebie.
Bo jak nikt inny, powinnam o siebie dbać w tym niełatwym dla mnie świecie.
I upewniać się, że mam wiele do zaoferowania, mimo że nie mam siły przebicia.
Chcę ją mieć, żeby zapamiętać: „ŻE WSZYSTKO Z NAMI W PORZĄDKU”.


Tytuł: Siła introwersji. Wykorzystaj swój potencjał.
Autor: Arnie Kozak
Wyd.: 
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok:
2016
Stron:
262

Ile naprawdę masz lat?

Jestem pewna, że zdarzają się Wam chwile, kiedy zapytani o wiek, myślicie w duchu „ja tyle nie mam”. I dodajecie sobie kilka cyferek, lub odejmujecie w metryce, myśląc że to przecież Wasz faktyczny wiek mentalny.


good

Czym się różni wiek mentalny od wieku biologicznego? Tym, przede wszystkim, że nie jest procesem liniowym. Możesz zdrowo się odżywiać, biegać i spać głęboko, ale pewnych rzeczy nie unikniesz- Twoje komórki ulegają starzeniu, co przyniesie ostateczne i nieodwołalne rezultaty w przyszłości, takie jak starość ciała i mózgu.

Wiek mentalny natomiast jest sumą nawyków i otwartości, wprost proporcjonalną do bycia spontanicznym i umiejętnością radzenia sobie z problemami. Jest bliski inteligencji emocjonalnej, która świadczy o zdolności do adaptacji w nowych sytuacjach życiowych i chęci poznawania tego, co nowe.

EQ A WIEK MENTALNY

Odkąd pamiętam, znajomi i przyjaciele dawali mi mniej lat niż mam. Mam dobre geny. Jednak mentalnie, zawsze czułam się trzydziestolatką. Nawet gdy miałam dziewiętnaście lat. Z ciekawości i w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego testu, do którego mogłabym zamieścić link na blogu, zrobiłam wczoraj ich kilka -sprawdzających wiek. O ile biologicznie, jestem w dobrej formie, to mentalnie jestem 40-latką. I od razu sprostuję domysły- mimo paru podobieństw, to nie test IQ czy EQ- wyższy wynik prowokuje raczej do zadania sobie pytania: czy jestem spontaniczna? Czy mam świeże podejście do życia, a może ugrzęzłam w sile starych nawyków? W końcu faktyczna metryka pokazuje liczbę 29 a nie 40…
Niektóre pytania w teście są banalne, inne cechuje sprawdzenie otwartości czytelnika na nowości i zmiany, które są przecież nieustannym procesem życiowym.

testy:
 http://www.arealme.com/mental/pl/
http://www.flirtic.pl/quiz/19

WIEK A DYSTANS

Będąc niedawno w odwiedzinach u znajomych, złożyło się, że na dniach jeden z nich miał obchodzić 50 urodziny, a jeszcze inny 40-tkę. Jako najmłodsza z towarzystwa przyznałam się do obchodzenia skromnej 30-tki w nadchodzących 2015 roku.

-Dobry wiek, ta trzydziestka- powiedział najstarszy kolega- Masz już jakieś doświadczenie życiowe a i całe życie przed sobą. Tyle możliwości!
-Czterdziestka też jest przyjemna- rzekł drugi- Czuję się w sile wieku!
-A jak Ty się masz staruszku?- zapytaliśmy 50-letniego kolegę.
-Dobrze. Czuję, że mogę jeszcze tyle zrobić, choć widzę, że pewnych rzeczy nie uczę się tak łatwo jak kiedyś. To fajny wiek…o ile jutro nie umrę. Chyba powinienem zacząć uprawiać sport. I nie pić tyle- rzekł biorąc potężny haust czerwonego wina.

.

Na każdym etapie życia mamy inne zadania do wykonania ale jednocześnie te same powinności wobec siebie- uczynić życie dynamicznym rozwojem a siebie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Im robię się starsza, tym bardziej utwierdzam się, że nie należy się w niczym utwierdzać raz na zawsze. Otwarty i elastyczny umysł, jest gwarancją odnalezienia własnej ścieżki, nawet w gąszczu trudnych i skomplikowanych sytuacji. Ważne jest by polegać na sobie. Przewodnia myśl trzydziestolatki to kochaj siebie i daj sobie szczęście, nie oczekując niczego od innych. Smutne? Wręcz przeciwnie, bo czyni nas odpowiedzialnymi za własny los. A branie odpowiedzialności to jak zakup skrzynki złotych narzędzi.

Zdjęcie:
www.pbs.org