Archiwa kategorii: featured

Orkiszowe ciasto marchewkowe

Taki dzień jak dziś jest idealny, by stać się naleśnikiem.
Zaparzyć rozgrzewającej herbaty, ukroić dużą porcję
korzennego ciacha, owinąć się w trzy warstwy
koca i schować szczelnie przed chłodem.

Ten, kto zna mnie bliżej, wie że kuchnia
to mój pierwszy salon w domu. Bo spędzam
w niej mnóstwo czasu gotując i piekąc różne
pyszności.

Od pół roku coraz bardziej zakochuję się
w ajurwedzie. Bo jest holistycznym systemem
medycznym, ale również, pomaga w prosty sposób
przywrócić równowagę utraconą  z powodu zmian pór roku.

Okres jesienno-zimowy nie jest łatwy dla
takich szczupłych szczypiorków jak ja. Łatwo
się wychładzam, cierpię na słabe krążenie i
szybko tracę energię.

Odkryłam jednak, że
prostymi metodami można rozgrzać się od wewnątrz.
Cynamonem, imbirem, kardamonem, goździkami,
kolendrą, pieprzem czy kurkumą.

I co ciekawe, te rozgrzewające przyprawy
świetnie łączą się ze słodkim smakiem: ciastkami,
herbatą, kawą czy kaszami.

20171111_090923

Moje ciacho marchewkowe jest najlepszą
słodkością podczas listopadowej słoty. Gości
na moim stole przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Zabieram je do pracy, a chłopak bierze w podróże.

Pierwszy przepis znalazłam trzy lata temu,
lecz zmodyfikowałam go, testując przyprawy,
wszelkie rodzaje cukru i mąki.

Stosuję mąkę orkiszową zamiast zwykłej, bo ma więcej
wartości odżywczych i jest łagodniejsza dla
żołądka. Pełny przemiał natomiast sprawia, że
ciasto syci na dłużej, wiec idealnie sprawdza się
na drugie śniadanie, gdy potrzeba nam energii.

Ciasto piekłam na brązowym cukrze trzcinowym,
ksylitolu i cukrze kokosowym.

Najbardziej jednak smakuje mi upieczone
na tym pierwszym, bo jest najsłodsze. Warto mieć
na uwadze, że kakao i cynamon mają gorzki posmak,
więc cukier demerara idealnie równoważy gorycz.

Jeśli jednak postanowisz upiec je na ksylitolu,
do poniższej instrukcji kulinarnej
dodaj 1,5 łyżki mąki więcej. Ksylitol rozrzedza masę.

ORKISZOWE CIASTO MARCHEWKOWE:

Potrzebujesz:
-1 szklankę pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej oczyszczonej typu 700 lub 600
-0,5 szklanki oleju (używam rzepakowego)
-3/4 lub 1 szklanka cukru trzcinowego demerara/ ksylitolu
-4 jajka
-1 łyżeczkę proszku do pieczenia
-3/4 łyżeczki sody
-2 łyżki cynamonu
-1 łyżeczkę imbiru
-1 łyżeczkę kardamonu
– szczypta mielonych goździków
-szczypta startej gałki muszkatołowej
-1 łyżeczka kakao
-2 średniej wielkości marchewki
-1 pomarańcza

Jedną pomarańczę wkładam do głębokiej
miski i zalewam gorącą wodą na 5 minut.
Na tarce o dużych oczkach (łezki) ścieram
marchewkę i  osuszoną skórkę z pomarańczy.
Odstawiam.

Do osobnej miski wbijam 4 jajka.
Ubijam mikserem lub widelcem,
następnie dodaję cukier. Po ubiciu
(aż zrobi się delikatna pianka) dolewam olej
i mieszam aż masa pochłonie go całkowicie.

Teraz dodaję 1 szklankę pełnoziarnistej mąki
z orkiszu, przyprawy, proszek, sodę i kakao i
całość mieszam łyżką, aż masa zabarwi się
na ciemny brąz. Następnie dosypuję 0,5 szklanki
jasnej mąki i energicznie mieszam, aż ciasto będzie gęste.

Na koniec, wrzucam startą marchewkę
i skórkę z pomarańczy.

Mieszam łyżką i całość przelewam do
podłużnej keksowej formy
(uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia).

Wstawiam do chłodnego piekarnika
ustawiając temperaturę na
160 stopni przez 50-60 minut.

Najpierw nagrzewam sam dół (około 20-25 minut).
Dopiero potem dodaję strumień ciepła z góry.
Po 50-60 minutach, wyłączam nie otwierając
piekarnika. Po 20 minutach wyjmuję.

Ciasto gotowe! Smacznego 🙂

20171111_092523


 

Reklamy

W swoją stronę

Zaczęło się jedenaście lat temu.
choć to nie była moja pierwsza próba,
lecz druga lub trzecia, przy czym obie
spaliły na panewce.

Pierwszy raz starałam się rok wcześniej,
gdy mieszkałam w akademiku.

Do małej pokojowej lodówki włożyłam
sześć pasztetów sojowych i dwie paczki
sojowych wędlin. Kupiłam cztery kilo
ziemniaków i surową marchewkę.
Myślałam, że to wystarczy.

Niestety, miałam za mało wiedzy.

Odpadłam w przedbiegach i po
miesiącu jedzenia pasztetów z soi wywiesiłam
białą flagę. Po prostu zabrałam się do tego
z nieodpowiedniej strony.

Zmądrzałam dopiero po roku.

Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam:
Szalonego Kowboja Howarda Lymana,
Spór o prawach zwierząt Petera Singera, a także polski
stary bestseller Wszystko o wegetarianizmie Marii Grodeckiej.

Oto nagle stało się jasne, gdzie popełniałam błędy.
Myślałam, że wystarczy pozbyć się mięsa (którego
i tak jadłam szczątkowe ilości), uzupełnić to soją
voilà! Wszystko gotowe! Otóż, wcale nie!

20171101_105645

Te pierwsze trzy książki, które przeczytałam
były ledwie wstępem do czegoś większego.

Nadały kierunek mojej drodze i choć
dalej popełniałam błędy, to też korzystając
z doświadczenia innych, dojrzalszych osób,
szybko modyfikowałam własne eksperymenty.

Najgorsze jednak było tłumaczenie
innym, dlaczego to robię. Bo przecież każdy pytał.

Mama, tata, oby dwie babcie, kuzynostwo,
najbliżsi znajomi, koledzy ze studiów.

Było najgorsze, nie dlatego, że nikt
nie podchodził do sprawy z otwartym
umysłem i szacunkiem ale dlatego, że
nikt nie potrafił zrozumieć mojego punktu widzenia.

A mianowicie, że swoich przyjaciół nie zjadam.

Moje serce było pełne miłości do zwierząt
już odkąd byłam małym szkrabem.

Kochałam psy, krowy i konie, głaskałam mokre ryjki
świni, które karmiłam z sąsiadką, pomogałam
pisklakom, które wypadały z ptasich gniazd.

Nigdy nie czyniłam między nimi żadnej różnicy,
czego pokłosiem było siedzenie nad zimnym
talerzem obiadu, do którego kapały łzy i smarki.

-Nie odejdziesz od stołu, póki nie skończysz
upominali rodzice.

Więc nie odchodziłam.
Siedziałam nad talerzem i płakałam godzinami.
To co dla nich było rarytasem, mnie przyprawiało
o mdłości.

******

Jakiś czas temu byliśmy z Michałem w kinie.
Pokot. Film Agnieszki Holland na podstawie
powieści Olgi Tokarczyk, Prowadź swój pług
prze kości umarłych.

Znałam książkę,
czytałam ją dwukrotnie, ale chciałam obejrzeć
to jeszcze w kinie. Zobaczyć Duszejko z perspektywy
sławnej reżyserki. Znów z nią trochę pobyć, niczym
ze starą znajomą. Po powrocie z kina usłyszałam:

-Chyba przestanę jeść mięso…
-Bo…?
-Ten film mnie wzruszył; dotknął mnie.

Spojrzałam na Michała podejrzliwie.
Właśnie kończył robić kanapkę z masłem i wędliną.

Wiedziałam, że nic z tego. Że to tak nie działa.
To nie jest rzucanie papierosów, bo kumolog
zabronił ci palić. To nie jest odstawienie cukru,
czy alkoholu, bo robisz po nim głupie rzeczy.

To coś więcej. To filozofia życia. Wyświechtane słowo,
a jednak olbrzymie znaczenie. Bo filozofia to idee
największe wartości i emocjonalne potrzeby. Coś
co jest na samym szczycie życiowych priorytetów.

Michał jest wrażliwy i empatyczny. Ale niejedzenie mięsa
i idea wegetarianizmu nigdy nie stała u niego na podium.

-Nie rób tego– odpowiedziałam
-Co? Jak to? Nie chcesz? Ty???
-Chcesz to zrobić z nieodpowiednich pobudek.

A to musi być głos serca. Głos, który krzyczy w tobie
przez wiele lat. To nie może być poświęcenie. To powinno
być całkowicie naturalne, twoje moralne poczucie słuszności.

Michał nie został wegetarianinem, i nawet nie jest mu blisko.
Zrobił inne rzeczy w które wierzy. Wpłacił pieniądze na konto
schroniska, rzucił palenie i zrezygnował z gier.
Każdy ma swoje priorytety i osobiste wartości.

Misjonowanie nigdy nie przyniosło
niczego prócz kłótni i rozlewu krwi.

******

Zawsze byłam za cichą rewolucją.
Czyli taką, która odbywa się we własnym sumieniu.

Nie krzyczysz światu o sobie, nie namawiasz innych
do własnych przekonań. Jak mawiał Mahatma Gandhi,
bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie. 

Te jedenaście lat bycia wegetarianką były i wciąż są
dynamiczną zmianą. Ta droga nigdy nie ma końca.

Zaczęło się od tego, żeby nie szkodzić istotom.
Prosta sprawa, prawda? Jednak ta mała rzecz
doprowadziła mnie dalej. Do prawdy, która
wcale nie jest jednolita i miła.

Oto okazuje się, że hodowle przemysłowe
powodują wzrost CO2 i metanu do atmosfery,
co przyspiesza zmiany klimatyczne w zatrważającym tempie.
(aktualnie +1 stopień Celsjusza). Topnieją lodowce,
w Ameryce robi się cieplej, a w Europie chłodniej.

Dalej. Bank Światowy wykorzystuje kraje Trzeciego Świata,
zadłuża je, a w ramach spłaty wymaga udostępnienia koncernom
przemysłowym wielkich połaci jeszcze nieskażonej ziemi pod uprawę zbóż.

Szczytny cel, prawda? Tyle, że zboża (głównie kukurydza i soja GMO)
nie mają służyć likwidacji głodu na świecie, a wykarmieniu
bydła hodowanego w niewoli, na to by napełniać ogromne
brzuchy Amerykańskich smakoszy.

Dalej. 90% popularnych zbóż, które dostępne są w sklepach,
są modyfikowane genetycznie.

Ludzie (zwłaszcza nasze pokolenie lat 80-tych)
chorują na nowotwory, co jak myślę, ma ze sobą
ogromny związek, jak również to, że od dziecka
nauczono nas spożywać śmieciowe, mocno przetworzone
jedzenie, które zawiera toksyczne substancje
(jak syrop fruktozowo-glukozowy),GMO, antybiotyki oraz pestycydy.

I żeby było zabawniej. Ci sami ludzie na ogół
nie widzą związku.

Uskarżają się na swój stan zdrowia, oddają się w ręce
lekarzy, a ci z reguły nie wiedząc nic o zdrowym żywieniu
( bo na 6-letnich studiach mięli o tym ledwie 25 godzin zajęć)
karmią pacjentów kolejną chemią i przetworzonymi farmaceutykami.

Moja koleżanka, która wiecznie choruje na zapalenie
górnych dróg oddechowych (i zawsze je cukier, nabiał
i pije gazowaną wodę) na moje pytanie, czemu w końcu
o siebie nie zadba i zmieni diety na zdrową, ciepłą i ekologiczną,
odpowiedziała, że JEJ NIE STAĆ (!).

Przy czym stać ją na firmowe buty
i nowe sukienki. Ręce opadają.
Ale nic nie mówię, bo ci, którzy nie chcą
wiedzieć, zamykają oczy i uszy na niewygodną prawdę.
Bo prawda jest taka, że ŚWIADOMOŚĆ bywa bolesna,
a IGNORANCJA zawsze jest miękka i puchata.

******

Jedna droga doprowadziła mnie w tysiąc podobnych.

Bo rozwijając świadomość liczysz się z tym, że dotrzesz w
obce rejony i będziesz musiał podjąć kolejne wyzwania.

O tym wszystkim przypomniały mi, Głosy rewolucji żywnościowej,
książka z 2014 roku, dwójki idealistów: Johna Robbinsa
i jego syna Ocena, która wpadła mi w ręce podczas wrześniowej wyprzedaży.

20171101_105738

Jest to zapis rozmów z najważniejszymi
niezależnymi ekspertami ds. żywności organicznej,
GMO, zadłużenia Krajów Trzeciego Świata, lekarzy, dietyków
ekologów, publicystów i zaangażowanych w Fair Trade.

Wiedza, którą oferuje lektura, była mi już znana
i oczywista, a ta pozwoliła mi ją usystematyzować.

Telomeraza, angiogeneza, BDMC. Te kosmicznie
brzmiące nazwy od wielu lat nie są mi obce.

Bo decydując się na życie w prawdzie i w zgodzie z własnym sumieniem
nagle dowiedziałam się o rzeczach o których świat nie mówi.
Bo politykom, wielkim korporacjom i 2% najbogatszych
ludzi świata jest to nie w smak.

I nie chodzi o to, by zwariować (a w natłoku sprzecznych
informacji, można), lecz by zrobić wszystko co w naszej
mocy, aby zadbać o siebie w tym trudnym, bo oderwanym
od Natury świecie. Może się wydawać, że naszą misją,
jest wegetarianizm lub zdrowa antynowotworowa dieta.

Tymczasem są to tylko drogi prowadzące do celu głównego.
A jest nim powrót do Natury i nauka życia w zgodzie
z odwiecznymi jej prawami, dokładnie tak,
jakby nas też dotyczyły.

Bo przecież dotyczą, bez wyjątku.
I dlatego, to co holistyczne wraca do łask.

Pełny rozkwit natomiast będzie miał miejsce dopiero wówczas,
gdy przestaniemy być ignorantami i rozbudzimy świadomość
na PRAWDĘ. Że to nie my władamy Naturą, lecz to ona
posiada nas.

 

O lęku

Mój odwieczny towarzysz jest niczym cień,
z tą różnicą, że nawet w pochmurny dzień,
nie odstępuje mnie na krok, wywołując
wewnętrzny niepokój.

Bywa irracjonalny, niekiedy bezpodstawny.

Jest prawdziwym utrapieniem, gdy życie
wymaga podejmowania nieustannych wyzwań.
A dorosłość jest przecież największym z nich.

Moja mama opowiadała mi, że
już jako mały brzdąc ciągle się bałam.

To był typowy strach dziecka,
które ma bujną wyobraźnię.

Bałam się nalotu kosmitów, jak i nieznanych twarzy
w pociągu. Bałam się  tego, że biegając po łące,
nagle rozstąpi się ziemia i przepadnę bez śladu,
lub świat w ciągu sekundy skończy się
niczym w biblijnych opowieściach o apokalipsie.

W miarę jak dorastałam, tak samo ewoluował mój lęk.
Już nie bałam się kosmitów i ciemności.

Teraz bałam się tego co prawdziwe, dorosłe i namacalne.

Choroby.
Raka.
Śmierci.
Biedy.
Utraty.
Wstydu.
Braku akceptacji,
bycia nielubianą
i pokazywaną palcami.

A im więcej miałam w sobie lęku,
tym byłam agresywniejsza.

Nie zdawałam sobie sprawy, że
gniew jest ledwie czubkiem góry lodowej,
a to, co go karmi mieszka pod wodą i jest olbrzymie.

Jeszcze do niedawna próbowałam walczyć z gniewem
lub chociaż zrozumieć, wierząc że zrozumienie
przepędzi go z serca i przyniesie względny spokój.

Medytowałam więc. Oddychałam.
Powoli, z uwagą. Jadłam zdrowe tłuszcze,
przestałam pić kawę, zadawałam sobie pytania.

Odpowiedzi przychodziły i odchodziły.
Czasem lepsze, czasem gorsze,
niekiedy naciągane.

To jednak do czego doszłam, to zrozumienie,
że gniew rośnie z lęku.

Więc cóż mi po zabójstwie
gniewu, który jest skutkiem, podczas gdy
przyczyna wciąż truje umysł?

Góra lodowa złości

Lęk od zawsze towarzyszy mi w życiowej wędrówce
i prawdopodobnie będzie mi towarzyszył do samego końca.

Rozwiązaniem nie jest uciszenie go, zanegowanie,
czy wieczna walka, lecz wpuszczenie do domu.

Bo zobacz. Czym jest te dominujące uczucie,
które prześladuje nas niczym szkolny osiłek
lubiący bić słabszych?

Niczym innym jak wypartym aspektem nas
samych, naszym Cieniem, jak nazwałby go Jung.

I tak długo będzie nas gnębił, ganiał i zamykał
w łazience dopóki nie przyjmiemy co w całości.
Dopóki nie wyciągniemy nauki,
dopóki nie otworzymy drzwi na oścież.

Boję się.

Jak każdy introwertyk, budzę się z uczuciem
strachu, który nasila się pod wpływem
interakcji z całym światem.

Boję się, że dam ciała w pracy, boję się, że nowy kolega
mnie nie polubi, tego że wyniki badania lekarskiego
wyjdą kiepsko, że ludzie mnie wyśmieją i tego,
że ci których kocham odejdą.

Mimo to, akceptuję.

Medytuję, oddycham, nie piję kawy
a zamiast horrorów wybieram komedie.
Uczę się żyć z lękiem, i minimalizuję szkody,
które może wyrządzić ten niecny koleżka.

Bo przecież sam w sobie nie jest niczym złym
a z odpowiedniej perspektywy bywa świetnym nauczycielem.

Dziś już wiem, że nie ma czegoś takiego
jak prawdziwa trwała ucieczka. To, czego się
boisz, to czego nie lubisz, i tak cię dogoni.

Wiesz czemu?
Bo to przed czym uciekasz, to Ty sam.

Lęk wydobywa z ludzi prawdziwe współczucie
oraz uważność na cierpienie innych, to on sprawia, że
wdzięczność przychodzi łatwiej.

Każdy z nas rodzi się z
dominującym uczuciem w sercu.

Jednych zniszczy, z innych wydobędzie
duchowe piękno. Jedyna różnica między
dwoma scenariuszami polega na podjęciu decyzji
i przyznaniu: boję się i to jest ok. 

 


Obrazek zaczerpnięty ze strony:
http://blizejterapii.blogspot.com

Wszechświat sprzyja wierzącym

 

Znów to zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflad kredki,
nożyczki, klej i brystol a ze starych gazet otrzepałam
kurz i zaczęłam zaklinać przestrzeń,
aby zaczęła ze mną współpracować.

Mapa Marzeń, bo o niej mówię, jest tworem
utkanym z pragnień i celów oraz osobistych
wartości, zwizualizowanych i skleconych
w barwny kolaż.

Pierwszą Mapę zrobiłam ponad
dwa lata temu na starym mieszkaniu.

Byłam wtedy innym człowiekiem,
miałam inne cele i marzenia. Część z nich
się spełniła, a inne odeszły w niepamięć.
Najwyraźniej nie były dostatecznie ważne.

Dwa lata to długi okres czasu.

Zdążyłam skończyć podyplomówkę,
przeprowadzić się, zmienić pracę i wprowadzić
do rodziny nowego członka, Lunę. Międzyczasie
poznałam nowych ludzi; poszłam na terapię,
oraz zmodyfikowałam własne,
niekiedy zbyt sztywne poglądy.

20170917_120332

Nic dziwnego, że poczułam, że należy
raz jeszcze przyjrzeć się swojemu życiu.

Porównać to co jest, z tym czego chcę i w co wierzę.

Czy żyję w zgodzie ze sobą?
Czy podążam właściwą drogą?
Czy nadal mam w sercu te same wartości, a może coś
innego jest teraz dla mnie priorytetem?

Kilka tygodni temu na sobotniej sesji jogi
spotkałam Karinę Sęp, autorkę książek:
Mapa marzeń, mapa celów oraz Ogarnij swój dzień.

Kiedy zaczęła opowiadać o tej pierwszej, wiedziałam
już co chcę zrobić. Stworzyć nową Mapę, bo
ta pozwoli mi w końcu ruszyć do przodu, zamiast
kręcić się w kółko niczym w labiryncie Fauna.

Bo przecież człowiek jest w ciągłym procesie zmian i
potrzebuje ruchu. Mentalnego, fizycznego i duchowego.

Gdy się zatrzymuje, to tylko prowizorycznie, bo
przecież nie da rady wysiąść z jadącego pociągu.

A ja wolę wiedzieć dokąd jadę i w razie
gdyby kierunek mi nie odpowiadał,
przesiąść się na inny tor.

Skorzystałam z materiałów Kariny dostępnych
na jej stronie, skopiowałam plan Mapy Marzeń,
wyciągnęłam z szuflad kredki, nożyczki, brystol, klej i
stare gazety i zaczęłam bawić się w duchowego
kartografa, który starannie nanosi zmiany płyt
tektonicznych Gulbickiego umysłu.

20170923_093917

Końcowy efekt mnie zaskoczył. Bo marzeń,
których trzymałam się dwa lata temu, na obecnej
mapie nie ma. Są inne.

Niektóre z czasów wczesnego
dzieciństwa, gdy ledwie utrzymywałam
długopis w dłoni. Inne wyklarowały się niedawno.

Dziś, czymś innym są dla mnie bogactwo i przyjaźń;
a kariera i związek zmieniły kształt,
bo wygładziły im się ostre kanty.

Oto ja. Inna. Spokojniejsza ale bardziej zdecydowana.
O to moje marzenia, które nie są przedmiotami,
lecz energią: potrzebą określonych, aktywności, relacji
i pomysłów by uczynić z życia piękną transformację.

Myślę, że zatrzymanie się, by ze sobą pogadać
jest absolutną koniecznością. Wszystko bowiem się zmienia.

Nasze wartości, nasze uczucia i pomysły; świat
zewnętrzny jak i planeta wewnątrz nas podlegają
ciągłym wpływom i zmianom tras. A przecież chodzi
o to by wiedzieć dokąd zmierzamy i w razie czego docisnąć
gaz lub chwycić za hamulec. Bo przecież nikt inny
nie może prowadzić tego pociągu, prócz nas samych.

Za tych, co marzą!

Za tych co marzą, choć wydają się bezmyślni.
Za serca, które cierpią, za bałagan który robimy.
(…)Odrobina obłędu jest ważna, kto wie gdzie
nas zaprowadzi…

Wspomóżcie buntowników,
szmery z kamyków; malarzy, poetów i sztuki,
głupców, którzy marzą, choć wydają się szaleni.
Za złamane serca i bałagan, który robimy(…)

…śpiewała Mia, główna bohaterka La La Land,
podczas przesłuchania do wymarzonego filmu.

Jej słowa doskonale opisują esencję tej zgrabnej produkcji.
To opowieść o marzycielach, którzy po kolejnej
porażce decydują się wstać i iść naprzód,
nie zważając na kierunek wiatru.

Przeziębienie sprawia, że mam mnóstwo czasu
i nadrabiam wszystko za czym tęskniłam,

Nadrabiam więc: spanie, jedzenie, książki, które
leżały odłogiem i filmy, które zawsze chciałam obejrzeć.

Na pierwszy ogień poszedł film Damiena Chazzelle,
bo ciekawiło mnie jak jeden tytuł może wywoływać
tyle różnych uczuć i opinii. Lubię-nie lubię,
wspaniały-okropny, szmira-arcydzieło.

I co ciekawe, nawet we mnie podczas dwóch godzin
seansu zrodził niesmak, rozczarowanie, by potem
przekształcił się w zachwyt i wzruszenie.

Mia (Emma Stone) to początkująca aktorka, która
mieszka w Hoolywood i chadza na castingi w
przerwach od bycia kelnerką. Sebastian (Ryan Gosling),
to  niespełniony muzyk jazzowy, który marzy o otwarciu
własnego klubu, choć na razie przygrywa do kotleta.

Ta dwójka spotyka się nie po to, by żyć ze sobą
w szczęściu i chorobie, lecz by się
wspierać w artystycznych dążeniach.

lalaland

Ona dopinguje go do znalezienia ambitnej pracy,
w której spełni się jako pianista, on dodaje jej otuchy
przed kolejnym przesłuchaniem, po którym wychodzi
zrezygnowana i pełna wątpliwości we własny talent.

Film jest piękny i baśniowy. Z jednej strony
widać cały blichtr amerykańskiego snu,
gładkie twarze, przygładzone włosy, idealnie
skrojone garnitury, sukienki na zgrabnych
ciałach i najnowsze modele Iphona.

Szmira chciałoby się rzec.

Chwilę potem jednak dostajemy w zanadrzu
coś więcej. Głębię spojrzeń, autentyczną bezsilność,
wieczną walkę o angaż i zbyt różne wizje
dróg, by mogły spoić parę na dłużej.

Oto jest i perełka.

Co zabawne, podczas ostatnich dni
oglądam filmy, które tematyką są do
siebie łudząco podobne, choć inaczej zrealizowane.

Po La La Land obejrzałam Frances Ha, słodko-gorzki
obraz Noah Baumbacha o 27-letniej dziewczynie,
która próbuje swych sił jako tancerka. Żyje w artystycznym
światku Nowego Yorku, który tętni możliwościami.

Lecz nie dla Frances.
Bohaterka co chwilę z braku kasy zmienia
mieszkanie, współlokatorów i pomysł na życie.

A to dorabia jako opiekunka w collegu, a to dolewa wina
na przyjęciach dla bogatych sponsorów i  wciąż
marzy o własnej choreografii.

frances_ha_1

I tak sobie myślę, że w istocie
żyjemy w czasach, które dla artystów i rzemieślników
są wyjątkowo trudne. Jest nas zbyt wielu, by się przebić.

Zmieniły się też wymagania.
Jesteśmy nieustannie oceniani i porównywani
Ten pisarz wzoruje się na Hemingwayu
a tamta jest gorszą kopią Virginii Woolf.

Nie wystarczy być dobrym.
Trzeba być rewolucyjnym i nowatorskim,
inaczej zginiemy w tłumie sobie podobnych.

To trudne czasy dla freelancerów.

Z jednej strony powiększył się rynek
zajmujący się sztuką i skomercjalizował
ją dla potrzeb dzisiejszego świata i wiecznie
rozproszonych odbiorców.

Z drugiej strony, social media i
łatwość publikacji obniżyły wartość sztuki.

Zarabiamy więc mniej a musimy
więcej, mocniej i dłużej.

Mój kolega grafik sprzedaje obrazy na płótnie za 200 zł,
a ja biorę za tekst do gazety 70 złotych, podczas gdy dekadę
temu nasza praca byłaby warta trzykrotnie więcej.

Sytuacja pokazuje jeszcze jedną bardzo ważną rzecz.

Mianowicie, wszyscy chcemy tworzyć, wszyscy marzymy
i mamy serca pełne kolorowych planów i ambicji.
Jest nas więcej nie z nudów, lecz dlatego, że po wielu
straconych pokoleniach nareszcie uwierzyliśmy we własne siły,
pojawiły się możliwości i nowe rozwiązania.

Internet sprawił, że odbiorca stał się masowy, a telewizja
wypełniła się historiami zwycięstw małych bohaterów.

Niestety talent to nie wszystko. Dużo ważniejsza jest
wytrwałość i konsekwencja. To ona wydobędzie perły
z szarych mas i sprawi, że będzie o nich głośno.

Wytrwałość, odwaga, optymizm i odrobina obłędu.
Oto cechy marzycieli i pionierów, malarzy,
poetów i wiecznych naiwnych głupców, którzy
mają złamane serce tak często, jak nikt.

Pomódlmy się więc, wypijmy i zaśpiewajmy.
Za tych co marzą, choć wydają się bezsilni,
za serca, które cierpią, za bałagan który robimy.
Za buntowników i głupców, którzy wydają się szaleni(…)

Odrobina obłędu jest ważna.
Kto wie dokąd nas zaprowadzi.

Czasami tylko obłęd sprawi, że
pozostaniemy wierni samym sobie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem trzeba powiedzieć STOP

Planer wypełniony po brzegi:
praca, joga, terapia, upiec nowe rewelacyjne ciasto,
zrobić zakupy, oddać buty do szewca, posprzątać,
przeznaczyć więcej czasu rodzinie, powiesić
pranie, zdjąć pranie, zakupy (a przepraszam, już było),
aha i czasem zdrzemnąć się w nocy.

Czy to o czym mówię, jest Ci znane?

W weekend dobieram sobie jeszcze warsztaty z nauki
oddychania, i rozmyślam o propozycji terapeutki, która
zaprosiła mnie na grupowe ćwiczenia z Komunikacji Bez Przemocy.

Zaczynają się o 10.00, kończą o 16.00.
Jedynie mały kwadrans przerwy w środku.
.
Jak pięknie. Jestem zorganizowana
i nie tracę czasu na pierdoły.
Siłaczka. Heroska. Kobieta ogarnięta.
Rozwijająca się. Pracująca.

Niestety, nawet rozwój może szkodzić,
a bynajmniej jego nadmiar.

Nadszedł dzień, w którym ciało krzyknęło STOP!
Zapaliło czerwoną lampkę w okolicach pęcherza
i na ten sam kolor pokolorowało gardło.
Odebrało mowę. Unieruchomiło. Rozbroiło.

Ale jak to? Dlaczego? Myślę sobie. Przecież zdrowo
się odżywiam. Ciepło się ubieram. Mam solidne buty
i kurtkę na słotę.

Ciało jednak swoje wie.

A kto codziennie wstaje o 5.00 rano? A kto
wypija kawę za kawą, żeby udźwignąć grafik?
Kiedy ostatnio przespałaś dziewięć godzin?
Kiedy się zregenerowałaś i wyleniłaś za wsze czasy?
Kiedy pozwoliłaś sobie na zwykłe przyjemności?

Ciało jest mądre. Ciało jest szczere. Ciało nie kłamie,
bo nie potrafi. Odda ci wszystko z nawiązką. Każde
niedospanie, zbyt duży reżim, zbyt duży ruch w środku
przyniosą określone skutki. Podobnie jak przeciążony
silnik, zakaszlnie trzy razy i więcej nie pojedzie.

20170909_103518 (2)

I jeśli ja o nie nie zadbam, to ono zdecyduje się zadbać
o siebie samo. Zatrzyma w domu pod kocem,
zabroni aktywności i zmusi do snu i barłożenia.

Poddałam się więc. Niech i tak będzie.
Odwołałam warsztaty z oddychania i jogę
a dogłębnemu sprzątaniu i nauce
pieczenia skomplikowanego ciasta
o trzech kolorach powiedziałam NIE.

Zwalniam. Pozwalam sobie na bycie słabą
i niedoskonałą. Nie będę robić nic. Leżę.
Czytam. Oglądam Sherlocka Holmesa. Piszę,
gdy mi się chce. A jak mi się nie chcę, to nie piszę.

Wyłączyłam budzik. Zaparzyłam imbryk dobrej
herbaty z miodem i cytryną. Ukroiłam do herbaty babkę.
Włożyłam nowe kapcie, które czekały na wielki dzień
odarcia z metek. Otworzyłam biografię Tolkiena,
którą po trudach zdobyłam w Sopockim Antykwariacie.
O boże, jak cudownie! A więc tego było mi trzeba!

Dużo pisałam o hygge,
choć mało go miałam. Tak trudno przecież jest wyłączyć
wzorzec, że ruch oznacza życie, że trzeba, że muszę.

Układ nerwowy nie zna spoczynku. Faluje wysokimi krzywiznami
niczym dzieło Picassa na elektroencefalogramie.

STOP. Dbam o siebie. Nie o Ducha, nie o rozwój,
nie o dietę, i nie o pranie. O siebie.

Tak jak rodzic dba o dziecko.
Dopieszczam się, dogrzewam,
dosypiam, dojadam. Jestem dla siebie czuła i kochająca.
Jestem taka, jaka jestem dla innych, choć dla
siebie bywałam surowa i wymagająca.

Dogrzać się, dopieścić, dotulić, dokochać.
Jakie to ładne, miękkie słowa. Mięciutkie, puchate,
ciepłe. A więc po to jest jesień i po to
jest przeziębienie. By zwolnić. By ukochać się
mocniej. By odnaleźć wewnętrzną ciszę i zastój.

Każde życie chce być przecież w równowadze.
Skoro jest Yin to gdzieś musi być Yang.
Ruch wymaga spoczynku a hałas równoważy
się ciszą. I owszem, aktywność jest rozwojem.

Lecz rozwój, jak wszystko inne ma swoje miejsce
i określony czas przeznaczenia.
Karmi się ruchem, lecz wymaga też cienia
i bezwietrznej pogody. Bez tego żaden owoc nie
wyrośnie, lecz uschnie nierozważnym nadmiarem.

Wszystko to kwestia podejścia

Stare norweskie porzekadło brzmi, że
nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ciuchy.
Kocham te mądre zdanie i przeinaczam je
na własny użytek.

Twierdzę, że nie ma złej pogody,
lecz niewłaściwe podejście.

W takie deszczowe dni jak dziś, myślę
o Norwegii właśnie.

O czasie, gdy pięć lat temu przerażona
i nieświadoma tego, co los mi niesie
wysiadłam z samolotu w mokrym Bergen
tocząc 30-kilogramową walizkę na małych
kauczukowych kółkach.

Pamiętam ten deszcz, który lał nieubłaganie.
W dniu mojego przylotu a także
każdego kolejnego dnia i każdej nocy.

Bywało, że zalewał piwnice
podwórza i ulice zatrzymując wszelkie pojazdy a wiatr targał
lekkimi jak piórko norweskimi domkami.Przed
wyjazdem uprzedzano mnie, że często pada.
Nie sądziłam, że ZAWSZE.

1452587_570264376377134_1761265027_n

To, co  fascynowało mnie w Bergen,
to fakt, że deszcz ludziom nigdy nie przeszkadzał.

W ręcz przeciwnie. Jako stały element ich
norweskiego świata był obecny w tym jak się ubierali, co kupowali,
co jedli, jak wypoczywali oraz jak dorastali.

Z zaciekawieniem obserwowałam bergeńskie przedszkola,
których naczelna zasada głosi, że dziecko 2/3 dnia powinno
spędzać na dworze, niezależnie od deszczu,
śniegu czy mrozu.

Najwyraźniej ta metoda świetnie się sprawdza,
bo Skandynawowie są silni, rośli i na ogół odporni .

Ale wróćmy, do Polski, bo przecież to jest nasze miejsce.

Jeszcze przez kilka ostatnich dni sierpnia
słońce próbowało przebić się przez chłodny
niż nadchodzącego miesiąca. Dopiekło nam w
środę i nagrzało ziemię w czwartek, tchnąc
nadzieję na ostatnie gorące dni lata.

Gdańszczanie w przypływie witalnej radości
pozbyli się kurtek, krytych butów i długich rękawów.

Wystawili muskularne ciało na ciepłe promienie,
które jakby oczekując własnego końca grzały
nieproporcjonalnie mocno do daty w kalendarzu.

Aż tu nagle nadszedł wrzesień i zaskoczył
tym, że wrześniem jest w całej swej istocie.

Mokrym, chłodnym, wietrznym i szarym.

Wyjęłam z szafy kurtkę, którą kupiłam
w sklepie żeglarskim na krótko przed wyjazdem
do Bergen. Jeden z najdroższych zakupów
w moim życiu, a jakże opłacalny. Kurtka
nigdy nie przemokła, i po wielu praniach
nawet się nie starła.

W takie dni jak dziś ludzie lubią ponarzekać,
tak po polsku, że pogoda jest brzydka,
że niskie ciśnienie lub niekorzystny biomet
i że w ogóle bezsensu, a w Hiszpanii mają fajnie.

A dla mnie pogoda jest piękna. Zakładam moją
żeglarską kurtkę w kolorze błękitu, wciągam
gumaki po kolana i wychodzę z Luną na świat.

Kocham jesień, za to że
jesteśmy do siebie podobne. Bo jesień to kobieta.
Czasem kapryśna, mocno refleksyjna i melancholijna.

Bywa że śmieje się ostrym wiatrem,
przyozdabia liśćmi niczym niezła ekscentryczka.
Czasem milczy, czasem płacze, zapada w stany nagłej
zmiany humoru więc nie sposób przewidzieć na co trafisz.

Lubię ją za to, że zamyka ludzi w domach
a na dwór wyciąga jedynie prawdziwych
wędrowców. Ciepło ubranych, w wygodnych butach
niekiedy z plecakiem i termosem w kieszeni u boku.

Takich, dla których świat piękny jest w każdej postaci.
Nawet piękniejszy, gdy piękna trzeba szukać.

I lubię ją za to, że ucisza na chwilę świat.

Wyłącza zgiełk cywilizacji, przycisza rozmowy,
zaprasza do introspekcji. Bo chyba temu ma służyć,
po czasie letnich szaleństw i głośnego hałasu. Zachęca
do odpoczynku i regeneracji i sprzyja nam,
introwertykom. To nareszcie nasz czas!

Moja jesień pachnie piernikiem i waniliowymi
świeczkami. Smakuje gorącym rooibosem
i zupą z czerwonej soczewicy. Jest ukochaną
przeze mnie muzyką deszczu stukającego o szyby,
ciastkiem przy lekturze Tolkiena i miękkim kocem.

Nareszcie mogę się odprężyć, bo nie czuję
dysonansu, który towarzyszy mi latem.
Na zewnątrz jest tak, jaka jestem w środku.