Być w relacji…

Niezależnie od okoliczności zawsze jest z nami.
Nigdy nas nie ocenia, choć czasem się skarży.

Bywa, że woła o uwagę, czasem krzyczy
o troskę. Śmieje się i rozluźnia gdy karmimy
przyjemnymi bodźcami, płacze gdy zaniedbujemy
jego ważne potrzeby.

I mimo ogromu przywiązania,
jakie nam towarzyszy w stosunku
do niego, bywa że jesteśmy wrogami.

Nienawidzimy, gdy sprawia problemy.
Kochamy, gdy pięknie się prezentuje,
i zapominamy, gdy jesteśmy od niego odcięci.

Ciało.
Nasz jedyny partner na całe życie,
z którym „dopóki śmierć nas nie rozłączy”
jesteśmy w nieustannej synergii.

Zauważyłam, że tyle ile ludzi,
tyle różnych opinii na jego temat.
Uduchowieni wyrzekają się jego
przyziemnych potrzeb.

Tancerze i aktorzy lepią z jego plasteliny
nowe postaci i role, które stają się
ruchomym obrazem i środkiem
artystycznego wyrazu.

Jogini traktują je niczym trampolinę, do
połączenia z Wszechświatem;

chorzy znieczulają, narkomani intensyfikują
jego doznania, zakompleksieni negują.

Na ostatnich zajęciach jogi,
nauczycielka poprosiła byśmy
ustali plecami do ściany i twarzami do siebie.

Gdy tylko znalazłam wolny skrawek
ściennej przestrzeni rozejrzałam się wokół.
Zobaczyłam dwadzieścia sześć
pięknie wyprężonych ciał.

Szerokich w ramionach, i szczupłych.
O krótkich, masywnych nogach i o smukłych,
długich „aż do szyi”. Widziałam piękne
zagłębienia w pachach tuż przy mięśniu piersiowym
oraz cudownie wyrzeźbione mięśnie trójgłowe.

Zobaczyłam nadmiar skóry u starszych
oraz obfite kształty u  kobiet a także jednego pana,
którego wielki brzuszek dumnie wystawał
zza krótkiej koszulki.

I kiedy tak patrzyłam na te wszystkie ciała,
pomyślałam: boże, jacy jesteśmy piękni!
Tacy, jacy jesteśmy, choć tak bardzo się różnimy!

I właśnie w tych różnicach tkwi siła
uniwersalnego piękna.

Że każde ciało,
różni się od tego obok, a jednak każde spełnia
podstawową funkcję ochrony i narzędzia,
które pomaga duszy wyrażać się w świecie.

Czyż to nie jest zachwycające?

Mam w sobie jakąś złość i niezgodę
na media, które kreują „idealny” obraz
kobiecej sylwetki. Że musi mieć rozmiar 34/36.
Że musi być opalone, młode i gładkie. Im dłużej
i częściej karmi się nas tym komunikatem, tym
bardziej zakorzenia się w myślowym kosmosie.

Patrząc w lustro, oceniamy.
Nie tolerujemy. Uciekamy. W diety,
w kompulsywne objadanie się, w przesadny sport
a w oczach innych, szukamy fałszywego uznania.

Tak jakby to, jakie mamy ciało, miało
świadczyć o nas i naszej wartości.

Ostatnio uczę się być we właściwej z nim relacji.
Bo czyż nie jest tak, że choć dbamy o relacje
partnerskie z rodziną i sąsiadami, to w relacji z ciałem bywamy
toksyczni?

Zamiast o nie dbać, niszczymy,
zamiast rozpieszczać, karzemy,
zamiast kochać, nienawidzimy.

Bo codzienny jogging nie jest aktem miłości.
Siłownia, która miała być w piątki,
nie przynosiła żadnej radości; a dieta owocowa
nie wynikała z sympatii do owoców lecz była
karą za odrobinę tłuszczu w pasie
i nieprawidłowe (naszym zdaniem) proporcje.

A przecież zamiast się karać można żyć uważniej,
z większą czułością dla cudownych właściwości ciała.

Można biegać z miłości do ruchu i zdrowo się karmić
przy jednoczesnym rozpieszczaniu.
Bo przecież obfite ciacho nie wymaga
pokuty, lecz zaangażowania wszystkich zmysłów.

Czyż nie o to chodzi, by odczuwać radość,
czułość, miłość i bliskość w każdej relacji?

Skoro tak bardzo zabiegamy o to w związku
z rodziną i partnerem, dlaczego odmawiamy
tego własnemu ciału?

Wiele czasu, sesji terapii i rozmów z kobietami
minęło zanim zrozumiałam, że każde ciało jest
ważne i każde ciało jest doskonałe. Nie dlatego,
JAKIE jest, ale za to że JEST W OGÓLE.

Gdy mamy zdrową relację z własnym ciałem,
jest nam łatwiej w relacjach ze światem.
Bo jak tu kochać inne istoty, gdy nie
kochamy własnego odbicia w lustrze?

 

Sierpniowe historie

Co roku tak jest. Gdy tylko nastaje sierpień
staję się innym człowiekiem.

Nie obcym.
Raczej bliższym sobie. To tak,
jakbym docierała do własnego serca,
kosząc trawy błędnych koncepcji na własny temat.

Staję się zatem bardziej Kamilą,
ale inną, jakby tą z czasów dzieciństwa.

Zapalają się we mnie
stare marzenia i tęsknoty,
wracają twórcze pragnienia.
Zaczynam pisać wiersze, zachwycam się słońcem
w czerwonożółtym zachodzie i jem lody gałkowe.

Cóż jest z sierpniem, że czyni tak co roku?

Kiedy idziemy z Luną na spacer,
to przepadam. Wsiąkam w zapach traw
i pozwalam się kołysać muzyce świerszczy.

Kładę się na suchej ziemi i czuję się jej dzieckiem,
a jeśli jest mokra, to chwytam w dłonie krople rosy
i rozmasowuje je między palcami, tak jakbym
w linie papilarne chciała tchnąc więcej życia.

20170617_083218

Zachwyca mnie powietrze, które pachnie BARDZIEJ i pozwala
płucom oddychać GŁEBIEJ. Kolory są intensywniejsze,
zabawa śmieszniejsza, a smaki smaczniejsze.

Chce mi się szybko biegać i
chce mi się beztrosko lenić.
Tęsknię za rodzinnym domem i
pierogami z żółtym serem.

W sierpniu odpuszczam sobie dyscyplinę,
której mam nadto a pozwalam sobie na radość.
Tańczę, jem nabiał i czytam mało ambitne książki,
które zawsze kończą się tak samo. Żyli długo, banalnie i szczęśliwie.

Nic to, że pranie niezrobione, nic to, że trzeba, że muszę,
że wypada, nic to że przyszłość tak strasznie niepewna.

Sierpień rządzi się prawem teraźniejszości.

To miesiąc ludzkiej gotowości.
Na pracę, na zbiory, na życie.
To okres sianokosów i żniw.
To dojrzałość, obfitość i pełnia.
a według wierzeń ludowych, okres uzdrawiania.

Być może właśnie tak sierpień raz do roku, uzdrawia:
dając zachwyt i radość z najprostszych rzeczy.

20170617_082130(1)

Leczy duszę, bo uczy odpuszczania.
Karmi potrzebą tworzenia, dba o zmysły.
Mój osobisty sierpień jest Świętem Dożynek,

w którym raz do roku
pozwalam sobie bezwstydnie świętować
pracę i wytrwałość której
oddawałam się przez  rok.

Sierpień jest moim osobistym zbiorem.
Dobrych wrażeń, miłych uczynków,
i dyscypliny, która budowała przez rok lepsze nawyki.
Teraz jest czas je przeżyć i stać się bardziej ludzkim

Popełniać błędy, zatracić się w tańcu, zapomnieć o czymś.

 

O tym jak pies znalazł człowieka

W swojej najnowszej książce, Lolek
Adam Wajrak napisał, że prawdziwa przyjaźń
między człowiekiem i psem powstaje, gdy tych
dwoje nareszcie odnajduje się na wspólnej drodze życia.

Jak sam twierdzi, on nigdy nie szukał następcy Antoni,
dużej suczki, która przez kilkanaście lat pomagała mu tropić wilki.

Owszem, bardzo mu czegoś brakowało, gdy odeszła,
ale nie szukał psa. Czekał. Rozglądał się. Tęsknił.

Ale był cierpliwy. Wiedział, że nie chodzi o to, by jednego
przyjaciela zastąpić kolejnym. Bo pies w pewnym
momencie sam się pojawia, jakby mówił: „o to jestem!”.

Ja szukałam. Ale inaczej.
Szukałam z potrzeby serca,
które wołało o przyjaciela.

20170731_172425

Szukałam dlatego, że pies wyzwala
w człowieku ogromne pokłady uniwersalnej,
bezwarunkowej miłości, która okazana na zewnątrz,
jest jednocześnie pokarmem dla własnego
wewnętrznego dziecka, które chce być kochane.

Szukałam zatem psa, ale inaczej niż przywykło się sądzić.
Szukałam miłości czując, że na świecie, może
całkiem niedaleko jest ktoś, kto też szuka.
I faktycznie. Pewna psia istota pragnęła ludzkiej miłości.

 

Można zatem przyznać Wajrakowi rację-
pies pojawia się sam i po prostu w którymś
momencie dołącza do człowieka, który
wędruje swoją wybraną ścieżką.

Kiedy tylko spojrzałam w oczy Luny
wiedziałam, że od tej chwili będziemy razem kroczyć
przez życie.

W schronisku były inne psy. Ciekawe, radosne,
przemiłe, chcące miłości, mądre i zawadiackie.

Każdego głaskałam przez siatkę, każdemu
zaglądałam głęboko w oczy. Ale dopiero przy
boksie Luny serce zabiło mi mocniej.

Mój upór sprawił, że dziś jesteśmy razem.
Szukałyśmy się. Tęskniłyśmy do siebie.
Czekałyśmy nawzajem. I dziś wiem, że to nie ja znalazłam Lunę,
to cudowny pies znalazł potrzebującego człowieka.

Przypomniałam sobie o tym parę
dni temu, gdy lało jak z cebra.

Ludzie pochowali się w ciepłych domach i świat świecił
pustkami. Drugiego dnia było tak samo. Jakby
bóg deszczu karał ludzi za ich wygodnictwo.

20170731_090117 (2)

Luna jest energicznym psem, który kocha biegać.
Nie, nie zrobię ci tego drugi dzień z rzędu,
nie będziemy siedzieć w domu,

pomyślałam zakładając najlepsze, choć wciąż
przemakalne ciuchy. Ubrałam na siebie sztormiak,
Lunie założyłam szelki i poszłyśmy w ulewę do lasu.

Na naszej ulubionej polanie zrobiło się jeziorko.
Luna widząc je wskoczyła pełna radości
łapiąc w pysk krople deszczu i taplając się w wodzie.
Nie było tego dnia lepszego widoku. Stałam trzy metry od niej,
deszcz spływał mi po twarzy a stopy pływały w butach, ale
widoku takiego szczęście nic nie mogło zastąpić.

To nie ja uradowałam Lunę, to pies znów uradował
potrzebującego człowieka 🙂

Coaching w sytuacji kryzysu

coaching-w-sytuacji-kryzysu-b-iext48230319

Kryzys i różne sposoby patrzenia

Kryzys. Mało przyjemne słowo.
Zazwyczaj kojarzy się z problemem, trudnością,
cierpieniem, mało przyjemnym zwrotem akcji,
nieprzewidzianym wydarzeniem, niosącym strach i poczucie straty.

Czy można jednak spojrzeć na kryzys z innej,
nieco odmiennej perspektywy? Z pozycji dystansu
i z wiarą, że każda porażka niesie ważną naukę?

Gdybyś odważył się w ten sposób potraktować kryzys,
to czym wówczas  mógłby dla Ciebie być?

Może szansą na osobisty rozwój?
Albo decydującym punktem granicznym,
który, wydobywa  pokłady ukrytej energii?
Może chwilą prawdy i koniecznością postawienia
ważnych (jeśli nie najważniejszych) pytań o własne życie?

Ścieżka Wojownika

Książka „Coaching w sytuacji kryzysu”
Dominiki Paradowskiej i Joanny Płuciennik
przekonuje, że kryzys jest integralną częścią życia.

Właściwie doświadczony i przepracowany
niesie głęboki rozwój dobrych i potrzebnych właściwości
oraz pomaga lepiej poznać siebie. Prowokuje przecież
do refleksji i zadawania pytań: czego chcę od życia?
dokąd zmierzam? w co wierzę? kim jestem?

Autorki poradnika nie tylko dogłębnie opisały charakterystykę
i typy kryzysów, ale również udostępniły czytelnikowi
skuteczne metody radzenia sobie z trudnym doświadczeniem.
Nazwały je Ścieżką Wojownika. Brzmi ciekawie?

Ten sześcioetapowy plan zawiera elementy psychoterapii,
interwencji kryzysowej a także klasycznego coachingu, i
pomaga krok po kroku każdej osobie wyjść z kryzysu samodzielnie.
Wprowadzony w życie pozwala określić wartości, oraz odnaleźć
potrzeby i cele, które nadadzą niełatwym przeżyciom
sens i zrobią z nich furtkę ku lepszej przyszłości.

Każda zmiana zaczyna się od kryzysu

Siłą książki są ćwiczenia, które
pomagają lepiej poznać siebie.

Krok po kroku, rozdział po rozdziale,
niczym rozbitek na morzu prowadzony
przez doświadczonych towarzyszy uczymy się
najpierw określić problem, zobaczyć jego przyczyny,
zrozumieć trudne emocje, by następnie poznać
własne wartości i wewnętrzne zasoby.

Autorki nie zostawiają nas jednak na rozdrożu.
Po odkryciu cech i umiejętności, a także znając
własne słabości i hamulce zaprzęgamy do gry
kreatywność, która pomaga wydobyć z nas marzenia
i niezrealizowane dotąd cele, które pozwolą nam wyjść z impasu.
Najpierw robimy to na kartce, a potem w życiu.

Książka Coaching w sytuacji kryzysu, nie jest
zatem zwykłym poradnikiem, którego nadrzędnym celem
jest inspirowanie. Ta pozycja jest wyjątkowa nie tylko
ze względu na merytoryczną treść.

Jej siłą są ćwiczenia, które,
jeśli są wykonywane szczerze i z zaangażowaniem
niosą moc transformacji. Oto nagle  z człowieka pogrążonego
w kryzysie, przeistaczamy się w prawdziwego wojownika, który sam
tworzy własne wygrane życie.


Tytuł: Coaching w sytuacji kryzysu
Autorzy: Dominika Paradowska, Joanna Płuciennik
Wydawnictwo: Samo Sedno Edgard
Rok: 2017
Ilość stron: 257
Okładka: miękka z obwolutą

Jest jak jest

Od kilku miesięcy coś mnie uwierało.
Jakby jakaś cicha tęsknota wołała o uwagę.
I to nie tak, że było mi źle lub niewygodnie.

Wręcz przeciwnie.
Na relatywnym poziomie nigdy nie układało się lepiej.

A jednak… Coś było nie tak.

Z mojego serca wiał chłodny wiatr,
jakby w jego centrum zrobiła się dziura.

Taka głodna pusta otchłań,
która pożera wszystko na drodze.

Nic nie dawało mi szczęścia czy zadowolenia.
Nic nie dawało pewności, że jestem tu w jakimś celu.

Poddałam się temu uczuciu.

Pozwoliłam  pustce by mnie pochłonęła.
Musiałam zrozumieć, a może bardziej poczuć,
że brak rozwoju duchowego zabija i pozbawia świat kolorów.

I pomyśleć, że niektórzy spędzają tak całe życie.

Oglądają filmy, czytają książki,
jedzą piją, śpią, podróżują do ciepłych krajów,
żenią się, rozwodzą, zdradzają, rodzą dzieci,
starzeją i umierają.

Bez jakiegokolwiek elementu
ducha w życiu. Och, nie mogłabym tak,
nie chciałabym tak żyć! Czułabym się pustą
kukłą wydrążoną przez nieubłagany czas!

Tydzień temu wróciłam do medytacji.

Dzień w dzień
siadam na twardej poduszce,
liczę oddechy nie licząc myśli.

I wróciłam na jogę- pierwszy raz
po dziesięciu miesiącach przerwy.

Znów czuję ciało. Znów uczę się
poszerzać przestrzeń w sobie.
Być w tym co niewygodne, w tym co trudne,
bolesne i wymagające bolesnego wysiłku.

Joga uczy oddychać i być TU.

Głęboki wdech,
zatrzymanie, pełny wydech.

Nie ćwiczone, zastygłe ciało boli, napina się i oponuje,
by nagle dzięki oddechowi puściło całkowicie i
uwolniło się od trudności.

Po pierwszej sesji jogi płaczę.

Bo gniew, smutek i lęk zastygły w ciele
tworząc szereg napięć. Joga poprzez nacisk
uwalnia te emocje, które wówczas wypływają na powierzchnię.
Zalewa mnie fala łez, niczym ocean wymywający suchy brzeg.

Łzy są dobre. Oczyszczają. Stare kobiety mówią,
że woda to element duchowy, że oto odzyskuję własną duszę.
Dobrze zatem. Niech płyną łzy.

Na drugiej sesji myślę, nie dam rady.
Wezmę plecak i ucieknę. Przecież to za trudne.
Boli za bardzo, niewygodnie. Po co mi to?!

Ale nagle, ni stąd ni zowąd
nauczyciel podchodzi do mnie,
poprawia układ ramion i mówi:

Jest jak jest.
Zaakceptuj.

Kilka dni temu zobaczyłam na
znanym portalu jogowym konkurs.

A w nim do wygrania dobre jakościowo
maty- Manduka, Jade Harmony, Joga Lab Travel. Ach!

Polubiłam, udostępniłam na swoim Facebooku,
dodałam komentarz i poprosiłam znajomych, by go polubili
bo mam szansę wygrać naprawdę porządną matę.

Nie spodziewałam się dużego odzewu.
Nie sądziłam, że będzie tyle lajków.
A jednak.

Znajomi nawet ci niewidziani rok, siedem czy dziesięć lat,
lajkowali komentarz życząc powodzenia.

Z niektórymi pogadałam dłużej.
Jedni żonaci, inni się postarzali,
Jednym urodziło się kolejne dziecko,
inni dopiero co zwiedzili świat.

W tej jednej chwili poczułam nagle falę wdzięczności
i jedność z każdym z osobna.

Zrozumiałam, że ludzie ze swej natury są dobrzy.
Że pomogą, że polubią, że poświęcą
swój cenny czas, by drugiemu było łatwiej.

Joga stała się zatem kluczem do
zobaczenia rzeczy łagodniej, z odmiennej,
może nieco wyraźniejszej perspektywy.

Teraz, każdego dnia stając na ekologicznej macie, którą mam
dzięki zaangażowaniu przyjaciół, będę poszerzać nie tylko przestrzeń ciała,
lecz również to, co wydawało się ciasne, ograniczone i pełne
zniekształceń w umyśle.

I będę to robić tak długo i tak wytrwale
aż pomysł, że z ludźmi trudno żyć, zastąpi myśl, że
ludzie są dobrzy 🙂

 

 

Pustka

Mędrzęc Roshi Jakusho Kwong powiedział,
że najważniejszą rzeczą w życiu jest nauczyć się przeżywać PUSTKĘ.

Trzeba wówczas przyjąć, że umysł jest jak pusta butelka.
Nie należy postrzegać niczego przez pryzmat siebie
i swoich upodobań, ale przyjmować rzeczy takimi jakimi są.

To jest piękne przeżywanie PUSTKI.
Prawdziwe, buddyjskie, świadome, symboliczne.
Po prostu pozwalać zjawiskom przepływać,
nie oceniając ich.

Jednak my, ludzie na relatywnym poziomie
możemy też doświadczać innego rodzaju PUSTKI.

Tej mniej buddyjskiej, a bardziej nihilistycznej, gdy
mówimy, że czujemy wszechogarniającą wewnętrzną dziurę,
której niczym nie można nakarmić.

W chwilach, gdy w moim życiu duchowość
schodzi na dalszy plan, lub w ogóle nie ma jej na
bladym horyzoncie, czuję jak ta doskwierająca pustka
pożera mnie w całości.

Wszystko wówczas wydaje się zbyt błahe,
zbyt trywialne, zbyt byle jakie, by nakarmić ten potężny
i wiecznie dziurawy głód.

Teraz właśnie jestem na takim etapie.
Mój umysł łapie każdą rzecz w głodne gardło bez dna.
A nuż coś nasyci psychikę- odnajdę odpowiedź, zrozumiem życie
i własny powód istnienia.

Dużo czytam, bo może gdzieś TO znajdę.
Oglądam filozoficzne filmy.  Biegam na jogę.
Piszę. Medytuję. Gotuję według ajurwedy.
Przytulam się do drzew. Chodzę na terapię.
Szukam niczym Indiana Jones skarbu templariuszy.

water-lily-nuphar-lutea-aquatic-plant-blossom-158551

Ostatecznie i tak zawsze zostaję z pustymi rękoma.
Nic nie daje trwałego szczęścia i nic nigdy nie jest na pewno.
To co jeszcze przed chwilą cieszyło i napełniało znaczeniem
dziś wydaje się być kupką szarego popiołu.

W takich chwilach pozostaje jedno- doświadczyć owej PUSTKI.
Po prostu być i pozwolić sobie nie wiedzieć, nie rozumieć
i bać się tak zupełnie po ludzku.

Odkrywam wtedy, że w tej PUSTCE,
tej strasznej, głodnej dziurze można doświadczać spokoju.

I przyznanie się przed sobą, że jestem głodna,
niedoskonała i wiecznie poszukująca też jest ok.

PUSTKA może być pięknym stanem przejściowym.
Chwilą na złapanie oddechu i odklejenia się od etykietek.
Bo w PUSTCE nie jestem ani buddystką, nie jestem joginką,
nie jestem wiedźmą czy tą, która żyje wg określonych zasad Wszechświata.

Po prostu jestem.
Słucham.
Patrzę.
Wącham.
Czuję.
Doświadczam a
czasem nie doświadczam wcale.

Trochę czekam, jak spóźniony gość na
powolnego busa. Trochę śpiewam, trochę płaczę a niekiedy łapię motyle.

Wydaje się, że to takie życie bez sensu. Ale kto powiedział,
że sens życia należy odczuwać zawsze?Może czasem trzeba
doświadczyć niewiedzy by w końcu się dowiedzieć.

Może czasem trzeba wkładać do umysłu mentalne fast-foody,
by pewnego dnia odkryć doskonały, apetyczny smak samego siebie
i poczuć, że jestem właściwą osobą, we właściwym miejscu,
we właściwym czasie, robiąc to co od zawsze należało do mojego serca.

Przynależeć do siebie, być w centrum, kochać i być w świecie.

Jakim archetypem jesteś? AMAZONKA

k


Czy znasz to uczucie wzbierającego buntu, który chce eksplodować
poprzez aktywne działanie, sprzeciw lub gorącą dyskusję?
To nasza wewnętrzna Amazonka dochodzi do głosu.

Nasze męskie cechy, a wiec Animus który pragnie się ujawnić
i wziąć górę nad wewnętrzną kobietą uderza w mocne tony.

W ton walki, w ton obrony, w ton gniewu. W to wszystko,
co przypisuje się mężczyznom, zapominając że każda
z nas również dźwiga w sobie męskie właściwości.

Amazonki, których męskie a więc tożsame z siłą i pewnością
cechy są dominujące, bywają same z wyboru. Oto wolą żyć w zgodzie z własną
prawdą i nie musieć chodzić na żadne kompromisy.

Często są to kobiety waleczne,
wojujące o własne ideały. Feministki, samotne matki
ale również silne partnerki mądrych, dojrzałych
i nad wyraz tolerancyjnych mężczyzn.

Zakładają i prowadzą firmy, są liderkami, podróżują, zdobywają doświadczenia
i walczą o prawo do bycia tym, kim w istocie się czują.

Bywają władcze i dominujące. To indywidualistki, które są
jak czarne owieczki i idą pod ustalony prąd.

Amazonka wg Greków

Mitologia grecka przedstawiała je jako waleczne córki boga Aresa
i nimfy Harmonii. Ubierały się w skóry zabitych zwierząt, jeździły konno
i nigdzie nie zagrzewały miejsca. Miały głębokie relacje z innymi
kobietami a mężczyzn traktowały instrumentalnie.

Znam kilka Amazonek. Trzy z nich nie mają partnerów- są same z wyboru.
Nie przywykły chadzać na ustępstwa i rezygnować z własnych
potrzeb na rzecz cudzych widzimisie.

Także wiele kobiet w mojej rodzinie
ma w sobie cechy Amazonek, choć nie są nimi  w stu procentach.

Są pyskate, niezależne, samodzielne i niepoprawne politycznie.
Moja babcia zawsze wiedziała jak o siebie zadbać i wywalczyć sobie
cudzy szacunek. Bywała gniewna, klęła jak szewc i samotnie podróżowała
na zachód, gdy jeszcze nie było to w modzie.

Mama po wielu wzlotach i upadkach
nauczyła się dbać o swój komfort i stawiać bezpieczne
granice osobom, które próbowały wejść jej na głowę.
Bywa dominująca i asertywna.

Animus w każdej z nas

Sama mam niewiele cech tego intrygującego archetypu.
Nie żebym się bała, nie żebym nie lubiła. Wręcz przeciwnie.

Otaczam się silnymi kobietami, które są władcze, gniewne i
konkretne. Nie bawią się w podchody lecz zdobywają szczyty
własnych marzeń.

Czasem patrzę na nie z jakąś tęsknotą,
wielkim podziwem, że nie wpisują się w nasz
przykry stereotyp cierpiącej Madonny tudzież zawsze oddanej Matki Polki.
Chciałabym mieć ich cechy, ale najwyraźniej jeszcze nie dojrzałam
i zbyt długo opierałam się na innych zamiast na samej sobie.

Zabrać młodości, to co najlepsze

Amazonkami bywają dziewczyny w okresie buntu, gdy mają 15-18 lat,
nie są już naiwnymi podlotkami i zaczynają odkrywać własną siłę. Ta,
dobrze zrozumiana potężna siła może przynieść im nagrody
w postaci osobistego spełnienia i realizacji trudnych oraz dalekosiężnych celów.

Życzę Wam, byście potrafiły odkryć wewnętrznego Animusa.
Praktycznego, silnego mężczyznę w psychice, który wesprze Was
na drodze realizacji w każdej sferze życia.

Obyśmy potrafiły walczyć o siebie
i własne szczęście, bez krwawych ofiar i psychicznych strat.
Bo o ile zatopienie się w tym walecznym archetypie może nieść
samotność i nieustanną potrzebę walki, o tyle jego pojedyncze cechy
przyniosą nam radość z bycia asertywną i samodzielną kobietą.

Jakim archetypem jesteś? WIEDŹMA

old-woman-desert-old-age-bedouin-40509


Odkąd pamiętam, zawsze czułam się staro.

Nawet, gdy miałam dwadzieścia lat
towarzyszyło mi uczucie zbliżania się do jakiegoś progu,
niczym wyglądanie tajemniczego końca „czegoś”.

Kontemplowałam, dużo myślałam, czerpałam z emocji.
Trochę tak jakby mój wiek przemnożyć przez cztery.. .

W wieku piętnastu lat przyjaźniłam się ze znajomymi
rodziców. Zabierałam ich na spacery, byśmy swobodnie
mogli dyskutować o życiu i jego znaczeniu.

Zadawałam pytania o sens bycia, czytałam Nietzschego i Junga,
oglądałam filmy o starych ludziach i co chwilę
zatapiałam się w pytania „dlaczego”.

Tak jest do dziś. Rówieśnicy mnie nudzą, często męczą
zbyt aktywnym stylem życia i zadziwiają brakiem refleksji.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Czasem na drodze spotykam
wspaniałych ludzi sporo młodszych, ale w duchu jakby
przetrąconych cudzymi latami.

ARCHETYP WIEDŹMY

Najwyraźniej mocno weszłam w rolę Wiedźmy. To jeden
z archetypów funkcjonujących od zarania dziejów
w zbiorowej świadomości. Jej męskim odpowiednikiem
jest postać Mędrca, Starca i Mentora.

W każdym zamkniętym społeczeństwie
żyły Wiedźmy, Szeptuchy i Staruchy.
Te, które niejedno przeżyły,
i widziały niejedną śmierć.

Te, które poznały życie od podszewki
w ich najgłębszym znaczeniu. Bliskie im były:
brzydota, ból i cierpienie oraz druga strona medalu: radość,
miłość i piękno.

Cierpiały, kochały, przyjmowały porody, żegnały zmarłych i uzdrawiały.

Wiedźmy wiedziały więcej. Miały wykształconą intuicję,
polegały na przeczuciach i mądrości własnego doświadczenia, a ta
była wielowymiarowa i różnorodna niczym wachlarz przeżytych emocji.

CECHY WIEDŹMY: 
intuicyjność, mądrość, doświadczenie, wewnętrzny spokój, umiłowanie
przyrody, integralność ze światem, dojrzałość emocjonalna,
akceptacja tego co jest, refleksyjność, znajomość przyczyny i skutku,
cierpliwość, sprawiedliwość, bogactwo wiedzy o sobie i świecie.

W ten archetyp najczęściej wpisują się kobiety dojrzałe, starsze
i doświadczone na wielu poziomach. Nic dziwnego, że
wraz z wiekiem  (o ile mądrze kierowałyśmy życiem
i wewnętrznymi zasobami) powoli rozwijamy w sobie jej cechy.

Zostawiamy wówczas małostkowe sprawy i doczesne problemy,
porzucamy szaty archetypu KOCHANKI, MATKI lub DZIEWICY
i przywdziewamy eteryczne atrybuty emocjonalnej mądrości.

Z każdą kolejną zmarszczką i mądrze przekształconą a więc
zrozumianą emocją wpuszczamy WIEDŹMĘ do swojego serca,
pozwalając, by kierowała naszym życiem. Uczy nas ona
doceniać każdą emocję i widzieć jej skutki. Pokazuje jak korzystać
z błędów i porażek, uczy jak kochać, akceptować teraźniejszość,
dawać ale także i brać.

Niektórzy z nas jednak muszą przejść odwrotną drogę.
Od WIEDŹMY, ku małej, beztroskiej DZIEWCZYNCE (DZIEWICY).

Muszą rozwinąć Wewnętrzne Dziecko.
Zakosztować doświadczeń KOCHANKI.
Poczuć się waleczną AMAZONKĄ, która
rezygnuje z piersi na rzecz większej wygranej.

Najwyraźniej, to jest moja droga. Nauczyć się być dzieckiem.
Odpuścić kontrolę i pozwolić sobie na spontaniczną radość
i błędy młodości. Nie zmądrzeć, a zgłupieć.

Bo przecież prawdziwą WIEDŹMĄ jest ta,
która zgromadziła doświadczenia pozostałych kobiet
i zawiera w sobie jej wszystkie aspekty.


Przeczytaj:
Biegnąca z Wilkami, Clarissa Pinkola Estes
Kobieta bez winy i wstydu, Wojciech Eichelberger,
Boginie w każdej kobiecie, Jean Shinoda Bolen

Rozkwitamy w nowym tempie

20170512_083455

Chciałabym napisać, że nadeszła z hukiem wiosna.
Tyle, że w tym roku nie było żadnego huku.
Ani wiosny. Nie tej, którą znamy.

Tym razem zabrakło wybuchu nagle
rozkwitającej zieleni, zważywszy
na to, że trzy dni temu pogoda przyniosła śnieg.

W tym roku wiosna zwolniła.

Przyszła niepewnie, jakby wątpiąc we własne istnienie.
Może chce nam coś powiedzieć?
Może uczy nas czekać? Może uczy doceniać?

Bo czyż w innym czasie i innym przypadku
widząc na termometrach ledwie trzynaście kresek w maju
nie marudzilibyśmy, że wszystko jest nie tak?

A tu proszę: cudowna zmiana perspektywy!
Trzynaście stopni wydaje się być spełnionym marzeniem!
Dobrobytem, miłą niespodzianką, wdzięcznością i zachwytem!

Ludzie ściągają puchowe kurtki, mieszczuchy rozkładają się na
chłodnej ziemi, stopami muskając ledwie zazielenioną trawę.

20170513_081938

Przysiadam na drewnianym pomoście i obserwuję jak Luna hasa
w pachnących kłączach dzikiej pokrzywy uniesiona
intensywnym zapachem wczesnego poranka.

Nic to, że czerwiec czai się za rogiem, nic to, że lata
podobno nie będzie. Nam wystarczy wiosna.

Ta majowa, pachnąca, delikatna jak i ta w umyśle.
Bo na wiosnę wszystko budzi się do startu:
przede wszystkim pragnienie o zmianie i marzenia o rozwoju.

Ewoluuje świadomość emocji, dusza wyrywa się
do twórczego tańca a ciało do ludzkiego kochania.

Ciału chce się kochać, chce się śpiewać, tańczyć i jeść.
Och jaki wielki mam apetyt! Na sernik, pomidory,
i na twórcze, intensywne życie!

20170512_081938

Wierzę, że wiosna to element człowieka a każdy z nas
ma w sobie po cząstce zimy, wiosny i lata.

Jest w nas mroźny smutek, który hibernuje od świata.
Jest i lato pełne pychy, rozkoszy i pragnień.
Refleksyjna jesień przynosi kosz duchowych owoców
zrodzonych z potrzeby tworzenia i dobrych myśli.

A wiosna? Wiosna jest zmianą.
Jest wydobyciem się spod śniegu.
Wiosna kształtuje nam skrzydlate marzenia
z poczwarek małych i wstydliwych snów.

Czasem się spóźnia. Czasem o nas zapomni i
przybywa dopiero po długich modlitwach.

Bez huku, bez ognia, subtelnie,
niemal niezauważalnie rozwijając nas
z miękkiego kokonu strachu i stagnacji.

A wtedy, gdy już rozwiniemy
skrzydła po raz pierwszy, jesteśmy czystym ruchem
i energią wiecznej zmiany. Jesteśmy słowem TAK.

TAK na miłość. TAK na ludzi. TAK na pełnię i na brak.
Jesteśmy TAK na dobre i TAK na złe. TAK na radość.
TAK na gniew.

Jak dwie strony jednej monety:
jesteśmy majem w pełnym słońcu, chmurą, deszczem
długim cieniem drzewa i mądrą pamięcią po zimie,
która wróci gdy skończy się pewien cykl:
WZROST-PEŁNIA-REFLEKSJA-SEN

 

Czy odważysz się na chaos?

boat

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co jest Twoją dominującą cechą?

Cechą, która Cię określa, kreśli drogę życia ale bywa, że uwiera
bo przeszkadza w realizacji innych ważnych spraw?

Moją cechą dominującą jest kontrola.
Jakże ważna w zawodach kontroli wymagających.
W księgowości, w archiwum, pracy naukowej, urzędach,
w polityce i służbach mundurowych.

Ale jak bardzo uwierająca, gdy w tym zawodzie nie pracujesz,
a wręcz za cel i drogę wybrałeś sobie z goła inną ścieżkę,
na której kontrola przeszkadza i niweczy wszystkie dokonania.

Bo przecież dziennikarz, copywriter tudzież pisarz amator
musi być elastyczny.

Najlepsi dziennikarze, to ci którzy
zawsze gotowi byli powiedzieć „witaj przygodo”.
Najpłodniejsi pisarze to tacy, którzy wypływali statkiem w morze
i wracali po trzech latach. To ci, którzy byli tam, gdzie
zwykli ludzie nie chadzali z obaw o niewygodę, niesmak i dyskomfort.

Bo musisz wiedzieć, że my- obsesyjnie kontrolujący- lubimy
żyć w komforcie. Lubimy mieć swoje rytuały i przyzwyczajenia.
regularne posiłki, specjalna dieta molekularna, wygodna kanapa
zielona herbata i dużo snu. Lubimy wiedzieć, że zawsze będzie po
naszej myśli. Że o 13 zdarzy się obiad a o
18.00 zalegniemy pod kocem z ukochaną książką.

Obsesyjna kontrola to wiecznie negatywna odpowiedź
w sferach, które są nie po twojej myśli. To odmowa
pójścia na parapetówkę, to odmowa wybrania się na noc
do znajomych w obawie przed twardą podłogą która będzie
musiała posłużyć za chwilowe łóżko, to odmowa pójścia
do kina na horror, bo się boję i
sprzeciw na obiad w chińskiej restauracji.

Życie staje się wówczas mocno ograniczone
i żyjemy niczym chory na postępującą ślepotę,
bo zamiast pełnego obrazu świata widzimy jego ledwie
wąski skrawek a życie znamy tylko z książek.

Ale tam gdzie kontrola, tam również samotność.

Tak bardzo zajęci sprawdzaniem czy granice są szczelne
zamykamy furtki na przygodę, spontaniczność i ludzi,
którzy chcieliby zobaczyć nasz świat i wpleść weń trochę chaosu.

Chaos, nieporządek, spontaniczność, brak wpływu.
Och, jak bardzo boimy się tych słów, które swą potęgą
mogą zburzyć nasz pozornie bezpieczny domek z kart!

Postanowiłam jednak, że powoli będę wpuszczać trochę
światła do domu. Małe światełko nieprzewidywalności,
które bezboleśnie rozkruszy mur samoobrony.

Zacznę od drobnych rzeczy. Spacer z psem
po nieznanym skrawku ziemi,
obiad tam, gdzie zwykle bym nie zjadła,
powiem TAK osobie, która proponuje wieczorną kawę.

A może potem, przyjdzie czas na więcej, śmielej, odważniej.
Może potem gdy już zburzę mury samotności zacznę
pozwalać sobie na życie, które znałam tylko z książek.
A cytat Twaina, który zdobi każdy kolejny pamiętnik
zacznie w końcu mieć prawdziwy sens.

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.