Archiwa tagu: rozwój

(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.

 

 

Dobry plan? A może życie bez scenariuszy?

Kilka lat temu napisałam taki wiersz:

Chyba jestem nienormalna.
Zamiast żyć, myślę o życiu.

Jakież to było moje, jak bardzo do
mnie pasowało. Myśliciel,
analityk, filozof teoretyk.

Taki, który życie
poznawał z książek a jego sens
zawierał się w ściśle przyjętych zasadach.

Znałam swój cel.
Znałam swoją drogę.
Znałam „siebie”.

Przynajmniej tak mi się wydawało.

A dziś?
Dziś nie wiem nic. 

Nie wiem dokąd idę.
Nie mam planów,
ale przede wszystkim nie
wiem kim jestem.

Ale w zamian za to
dostałam CIEKAWOŚĆ.

Moja ulubiona terapeutka, Kasia Miller
zwykła mawiać:

„Chcesz mieć dobre życie?
Nie miej scenariuszy”,

Jakże jest mi bliskie te krótkie zdanie,
i jak świetnie DZIŚ do mnie pasuje.

DZIŚ. Czy jutro też będzie pasować?
Tego nie wiem.

CAM01720

Przez lata żyłam według planów,
ciasnych norm i narzucanych sobie samej
harmonogramów.

Aż życie zaczęło być duszne.

Spróbowałam więc raz
zrobić coś zupełnie inaczej.

Zaryzykowałam. Pojechałam tam,
gdzie zwykle nie jeżdżę. Zarwałam noc,
by poznać ludzi, zaśpiewać i zatańczyć.

Złamałam sztywny nawyk.

Wydarzenie było okupione stresem i
niepewnością. A jednak coś we mnie
odblokowało. Pojawiła się energia
i wielka radość z odkrycia nowego.

Czegoś nowego we mnie. 

Tego, czego w sobie nie znałam.
A jeśli znałam, to po prostu wyrzuciłam
na wyspę zapomnienia i negacji.

Teraz widzę, że każde nowe doświadczenie
i łagodne (a nie siłowe!) przesuwanie granic
stwarza całkiem nowe światy doznań i
tożsamości.

Dziś odważam się na więcej.
Boję się, ale robię.  Z ciekawości.

Żeby zobaczyć kim jestem.
DZIŚ.

Bo odkryłam, że to, co o  sobie
myślałam – wszystkie określenia, cechy,
i potrzeby to jedynie pył wspomnień.

Więc niekoniecznie
aktualna prawda o mnie.

A tą trzeba aktualizować,
jak oprogramowanie w komputerze.

Jeśli tego nie zrobimy, może okazać się,
że utknęliśmy w ciepłym błotku,
a życie poszło dalej.

Zacinamy się, powtarzamy
programy, które wcale nam nie służą, a
potem dziwimy się, czemu całe dobro nas omija.

CAM00500

Kiedyś myślałam, że wiem kim jestem.
Że wiem dokąd idę i jak mam cel.

DZIŚ idę tam, dokąd życie prowadzi.

To dla mnie przerażająca nowość.
Mimo wszystko, jestem ciekawa.

Ludzi. Zwierząt. Zjawisk.
Uczuć. I całego Wszechświata doznań
umysłowo – cielesnych.

Przede wszystkim siebie.

Bo nie jestem już tym, kim byłam
dziesięć lat temu.
Rok temu. Wczoraj.

Dziś, nawet jeśli mam plan, to zwykle
rozsypuje się w pył pod wpływem
nowych doświadczeń.

A po każdym rozsypanym planie,
i ja rozsypuję na drobne kawałeczki.

Niedawno bliski przyjaciel spytał:

-Czemu tak kurczowo powracasz do planu?
Może warto w końcu go puścić?

-Bez tego się rozsypuję – odparłam.

-Nie, nie ty – powiedział przyjaciel – Rozsypuje się
fałsz i nieprawdziwa tożsamość.

Miał rację. Ale mimo rozsypki,
coś jednak zostaje pośród pyłu
i zgliszczy. Czy wiesz co to jest?

Prawda o tobie.

Photo by Paweł Fijałkowski from Pexels

 

 

 

 

 

Taka jest cena życia w prawdzie

Czy potrafisz żyć w prawdzie?
Absolutnej, takiej która wymaga
bycia autentycznym w każdej sytuacji,
również wobec siebie?

Wydaje się, że to proste.

Bo przecież kłamstwa wymagają
kombinowania i wymyślania, a
prawda przychodzi łatwo. Czyż nie?

Otóż nie.

Prawda bywa bolesna.
Niewygodna.
Cierpka.
Niepoprawna politycznie.
Trudna do zaakceptowania.

W związku z tym czasem zrobisz
wszystko, żeby jej nie poznać.

W zasadzie, byliśmy karmieni nauką,
że prawda nie leży w naszym interesie.

Przez lata uczyliśmy się ukrywać,
koloryzować, upiększać i zwodzić.
Bo tak jest prościej i dzięki temu
wszyscy są po naszej stronie.

STOP. Ja tak nie chcę.

Jakiś czas temu, gdy tak skrzętnie
budowany (na piasku) dom rozpadł
się na kawałki, powzięłam decyzję, że
albo teraz albo nigdy.

Czas stanąć po swojej stronie.
Po stronie prawdy.

Przestać udawać.
Mówić, że lubię,
gdy nie lubię.

Mówić, że chcę,
podczas, gdy w ogóle nie
mam na to ochoty.

Uśmiechać się, gdy
w sercu smutek.
I hamować się, gdy
na usta ciśnie się muzyka.

Przez pół roku życia w prawdzie
sporo się o sobie dowiedziałam.

Ale również o innych ludziach.

Bo niektórzy wcale nie chcą, byśmy
byli w prawdzie. I zazwyczaj z
tych samych powodów, dla których
oszukiwaliśmy samych siebie.

Więc kiedy zaczęłam być absolutnie
szczera i mówić to, co myślę, odeszli
ode mnie niektórzy ludzie

Bo „FE! Kama, tak nie wypada!”

Nie wypada mówić, że cesarz jest nagi.
Róbmy jak zawsze. Przymykajmy oczy i
idźmy dalej!

Odeszła osoba.
A potem kolejna.

Ale przyszli też nowi ludzie.

Bardziej podobni to mnie.
Wrażliwi. Tacy, których główną
wartością jest życie w autentyzmie.

Mój wniosek jest więc taki, że
mówienie prawdy jest jak najlepsza
miotełka, która odkurza życie
z tego co, toksyczne i „nie nasze”.

Ale nie to jest najtrudniejsze.
Nie to, że prawda wymaga odwagi,
a wymaga nie lada.

Najtrudniejsze jest bycie
szczerym ze sobą.

Absolutnie, bez przekrętów,
i dopowiedzeń czy ubarwień.

Bez tych wszystkich malutkich oszustw,
które nakładają milion iluzji
na oczy i uszy.

Czasami życie stawia nam na drodze
kogoś, kto mniej lub bardziej
bezpośrednio pokaże nam gdzie jesteśmy
i czy wciąż żyjemy wg własnych zasad.

A przede wszystkim czy nie
mijamy się z prawdą. 

Czasem ten ktoś lub coś
pojawia się jak przebłysk.

Kilka dni temu tak miałam.

Spotkałam kogoś,
kto dał mi do myślenia.

Kto pokazał, że trochę się opuściłam
we własnym procesie.

Nic dziwnego, że narzekałam, że wszystko
tak wolno idzie – spojrzałam prawdzie
w oczy – ja po prostu stałam.

Bo wygodnie!

Bo się nie chce.
Bo boli.
Bo wymaga potu.

Ten ktoś pokazał, że „kleję” się
do starych schematów.

Że wpadam w mechanizmy, które wpadałam
przez dwadzieścia lat, zamiast w końcu
je zrozumieć i przepracować u podstaw.

W tej jednej chwili ujrzałam
własne odbicie.

Zobaczyłam jak bardzo potrzebuję zachwytów,
uniesień i ekscytacji. I jak często ich sobie skąpię.

Zamiast dawać je sobie sama,
wciąż zjadam cudze.

A te przecież są:
uwarunkowane,
przemijające,
nietrwałe.

Zrobiłam więc dwie rzeczy:
przypomniałam sobie zobowiązania
jakie podjęłam wobec siebie w sierpniu
ubiegłego roku. Spisałam je i raz jeszcze
odczytałam na głos.

A potem kupiłam sobie kwiaty.
Cały wielki bukiet żółtych tulipanów.

Z zachwytem, podziwem i szacunkiem
podziękowałam sobie za powolny
rozwój, który trwa siódmy miesiąc.

A przede wszystkim, za życie w prawdzie.

W stosunku do siebie, do innych ludzi
i do całego świata.

Wierzę, że to wierność sobie i swojemu sercu
jest jedną z najpiękniejszą z dróg. Bo tylko
w ten sposób masz szansę być z sobą
w prawdziwym kontakcie.

Czy wiesz co się wtedy dzieje?
Wszystko zaczyna do siebie pasować.

Mówię prawdę i wcale się przy
tym nie upiększam. Temu, co
brzydkie też pozwalam być.

Jeśli zdarzyło mi się skłamać,
żeby kogoś nie urazić, lub
żeby samej uszczknąć,
przynajmniej się przyznaję.

Nie da rady inaczej – zobowiązania
wobec siebie właśnie tak działają,
że gdy się mijasz z prawdą, to nagle
zaczyna coś mocno uwierać.

Od kilku dni znów się pilnuję.

Pomyślę, zanim powiem.
Wsłuchuję się w serce i pytam.

Czy to jest prawdą?

Wiesz co się stało? Świat odpowiedział
ludźmi, zjawiskami i „przypadkami”.

Spotykam ludzi z mojej bajki.
Z którymi rozumiem się bez słów.

Klik.

Znajduję się w miejscach, w których
mam być, choć sama nie wiem czemu.

A potem nagle wszystko się wyjaśnia!
I wiem już, że to, co się dzieje, jest przejawem czegoś
większego – jakiejś kosmicznej energii.

Wszystko zaczyna klikać. Pasować do siebie
idealnie i dzieje się to poza moją kontrolą.

Klik.
Klik.
Klik.

Oto nagle z niepasującego puzzla
staję się częścią ogromnej, misternej
układanki, którą Wszechświat
stworzył dla każdego z nas.

KLIK.

 

 

 

 

Utracona żeńskość. Czyli dlaczego przestałam śpiewać

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i patrzyłam na nie wszystkie.

Każda inna.

I każda przyszła na Krąg
z inną jakością i własnym ciężarem.

Każda wnosiła coś, czego
nie miała ta obok.

Piękne.
Wysokie.
Niskie.
Szczupłe,
inne większe.

Niektóre miały włosy
splecione w misterne
koki i warkocze.

Inne z czupryną gęsto
okalającą ich twarz.

Niektóre włosy były w nieładzie, inne
gładko zaczesane.

Kobiety w sukienkach.
Kobiety w spodniach,
swetrach i bluzach,

Pofarbowane.
I siwe.

Dwudziestoletnie.
Trzydziestoletnie.
Czterdziestoletnie.

Siedziałam w swoim pierwszym
Kręgu Kobiet, bo czułam, że właśnie
nadszedł na to odpowiedni czas.

Bo przecież od dawna
stoję w miejscu.

I tęsknię.

Za własnym plemieniem.
Za relacją z inną kobietą.
Za kobietą w sobie wreszcie

Impas.

Tak nazwałabym ten czas
i miejsce w którym jestem.

Bezruch.

Choć pozornie dzieje się
tak wiele.

Utknęłam.

Prawda jest taka, że
nie mogę ruszyć od dawna,
choć przecież tak dużo robię.

Odkrywam nowe miejsca i ludzi.
Praktykuję. Medytuję. Oddycham.

Warsztaty,
książki,
wydarzenia.

A jednak – stoję.

I to co miało pomóc,
uwięziło.

Czuję to w ciele.

W permanentnych
napięciach mięśniowych.
Czuję to w otoczeniu.

Bo konflikty w relacjach
powracają boleśnie
niczym ciężki bumerang.

Nie akceptuję kobiety w sobie.
Nie akceptuję czułości.
A dzikość siedzi zamknięta w klatce.

Jestem po trzydziestce, a
nigdy nie pozwoliłam sobie na bycie
kobietą w pełni…

jedynie peryferyjnie.

Zaczęło się od mamy.
A mama niepewność wzięła
od babci. A mama babci szybko umarła.

Tak więc utworzył się pokoleniowy
łańcuch kobiet zagubionych, niepewnych,
agresywnych i wypierających.

Z utrąconą żeńskością, która w
krytycznych momentach nabierała
przykrych zniekształceń.

Mam trudne (żeby nie powiedzieć kiepskie)
relacje z kobietami.

Najtrudniejsza z relacji to ta
z kobietą we mnie.

Z tą, która chciałaby śpiewać
i krzyczeć, ale tego nie robi.

Bo”fałszuje”.

Z tą która kocha malować,
ale przecież szkoda czasu bo nie umie.

Kocham pisać, ale ile razy to już słyszałam
„Ale banał”? Nie zliczę. A wszystkie
krytyki chowałam głęboko w sobie.

Chyba najbardziej kobietą byłam
we wczesnym dzieciństwie.

Krzyczałam.
Wchodziłam w głębokie kałuże,
kąpałam się w jeziorach,
czego teraz nigdy nie robię.

Zmyślałam na poczekaniu znudzonym
koleżankom bajki. Tupałam nogą.
Wystawiałam podwórkowe spektakle.

I śpiewałam.

Śpiewałam. Śpiewałam.
Nie z głowy. Nie z nut. Ale z serca.

A potem przylgnęły do mnie
pierwsze programy.

Że nie potrafię.
Że nie wypada.
Że to brzydkie.
Że niebezpieczne.

Więc choć rosłam, to jednak
malałam wewnętrznie.

Z motyla transformowałam
się w szarą gąsienicę.

Coraz bardziej skrytą.
Zamkniętą.
Niepewną.
Lękliwą.

Tak. Czuję lęk.

Codziennie.
Teraz też, zwłaszcza gdy
wszystkie na mnie patrzycie.

Podniosłam wzrok.
Patrzyło na mnie trzynaście
par pięknych oczu.

Nieoceniających. Sprawiedliwych.
Kochających. Całkowicie tolerujących.

W każdej z nich przejrzałam się
jak w lustrze.

Jestem czuła.

Widzę to w kobiecie po lewej.
I jestem krzykliwa, a wiem to
od kobiety po prawej.

Płaczliwa.
Odważna.
Frywolna.
Zagubiona.
Przebojowa.
Gadatliwa.
Milcząca.

Już czas.

Już czas pozwolić odejść wgranym programom.
Już czas pożegnać hałas, którego się najadłam.

Odsiać moje od niemoje.
Sprawdzić.
Poznać.
Posłuchać.
I zobaczyć.

Zaśpiewać wstyd.
Zatańczyć miłość.
Namalować zagubienie.
Ugotować z radości.

Przede wszystkim wyjść z głowy
i żyć ciałem.Spełnić własny sen o
byciu sobą autentyczną.

W bólu i łzach.
W złości i szczęściu,
tak okrutnie nieidealną.

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i kochałam je wszystkie.

Coaching nie z tej ziemi

Zadawanie sobie ważnych pytań jest dalece ważniejsze niż same odpowiedzi. Dlaczego? Bo pytanie, to poszukiwanie. A poszukiwanie, to życie, energia i radość. O tym, jak ważne jest badanie samego siebie i zmiana przekonań pisze coach, Maciej Bennewicz w książce o zabawnym tytule: „Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości”.

coaching


Tytuł każe przypuszczać, że czytelnik będzie miał do czynienia z dużą dawką humoru i abstrakcyjności. I w rzeczy samej. „Coaching…” Bennewicza jest lekturą nietypową, bo to… komiks z ilustracjami samego autora, przeplatany sesjami coachingu, podczas którego mierzymy się z własnymi przekonaniami na temat rzeczywistości i siebie samych.

Książka pełna zabawnych rysunkowych kosmitów o wdzięcznych, polskich imionach (Ryś, Grześ, Mirek i Irek) ma za zadanie wytrącić nas z poważnej równowagi. Chodzi o zmianę myślenia, o podważenie przekonań i zasianie wątpliwości. Kosmici są indywidualistami, którzy niczym chór z greckich tragedii opisują i komentują czasami zbyt dosadnie (jak dla Ziemianina) zastaną rzeczywistość. Każdy z nas ma w głowie własnego kosmitę-indywidualistę, lecz z powodu lenistwa i nazbyt mechanicznego myślenia marginalizujemy jego istnienie. Wolimy utarty, bezpieczny schemat niż samodzielne myślenie, niekiedy dalekie od poprawności politycznej.

Autor dociera do czytelnika nie tylko przez humor i nietypowość. Między kolejnymi rysunkami znajdziemy pojedyncze sesje coachingu- rozdziały poświęcone temu, co okrada nas z poczucia szczęścia i stanowienia o sobie, a co jest remedium na ów stan. Praca zaczyna się od zmiany lub chociaż podważenia własnych przekonań, które przecież w dość istotnym stopniu decydują o naszym szczęściu i skuteczności. Im bardziej elastyczni będziemy, tym więcej przestrzeni na to, co nowe. A nowe przynosi odwagę, ekscytację i poznanie. Jak pisze autor: „Mamy we krwi poszukiwanie. Szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości”.

Trudno się nie zgodzić. Czyż na ogół nie doświadczamy poczucia głębokiej radości i sensu, gdy szukamy wiedzy? Gdy pytamy? Podróżujemy? Tropimy? Wystarczy cofnąć się w myślach wstecz, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy byłem/byłam szczęśliwa? Czyż nie wtedy, gdy szukałam? To nie cel jest szczęściem, lecz droga, która do niego prowadzi.

Coach prowokuje do myślenia i zadawania pytań o własną odpowiedzialność, indywidualizm- jakże niebezpieczny w konformistycznych czasach i wolność. Całość dopełnia propozycją zagłębienia się w siebie, by odnaleźć kiełkujące pytania graniczne; pytania które burzą mury lęku, prowokują do wyjścia poza strefę komfortu i odrzucenia tego, co przestarzałe wskutek czego nie działa już od bardzo dawna. Kosmici pomagają nas nakierować na trudne, choć świdrujące pytania: „Czego ci potrzeba żeby spełniać marzenia?”, pyta jeden z nich. „Jakiego talentu nie wykorzystujesz a szkoda…???”, pyta inny. I w końcu: „Kim jesteś”?.

„Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości” jest niegrubą książką na dwa wieczory. Jest lekka, bo zabawna, lecz niech Was nie zwiedzie pozorna infantylność. To, co proste jest ze swej natury najbardziej skuteczne. W codziennej gonitwie życia zapominamy o jego istocie. Żyjemy mechanicznie, niekiedy bezmyślnie a pytania zawarte w  lekturze pozwolą na nowo otworzyć umysł na to, co znajduje się poza utartym szlakiem. Pytania zadawane samemu sobie prowadzą do głębszego poznania własnej osoby. Mądre, choć trudne przeobrażają naszą świadomość czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne życie i poczucie szczęścia. Bo przecież tylko o to chodzi. By być szczęśliwym i skutecznym człowiekiem pełnym psychicznego nadmiaru. Wtedy żyje się łatwiej nie tylko nam. My sami stajemy się również bardziej pożyteczni dla świata, który potrzebuje dziś niezależnie myślących i wolnych jednostek.

Tytuł: Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok wyd.: 2014
Ilość stron: 176


Zdjęcie: http://autobusikanapa.pl/