Archiwa tagu: inspirujące książki

Głowy do wynajęcia

Pamiętacie recenzję książki Maciej Bennewicza, Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz. I. Gra w kości? (https://emocjonalnie.com/2015/11/08/czarownice-w-sluzbie-bezpieczenstwa/ ). Pan Maciej napisał drugą część. I nie jest ona bynajmniej prostsza (czy mniej zabawna) od poprzedniej.

głowa


Znany coach najwyraźniej lubi realizm magiczny zmierzający ku pastiszowi, na szczęście z wzajemnością. Prowadzi jednocześnie kilka wątków w równoległych rzeczywistościach, mnoży zagadki, intrygi i tajemnice by ostatecznie rozwiązać tylko kilka z nich a resztę odkryć w kolejnej, trzeciej części. Książka przyprawia o zawrót głowy i wprowadza sporo zamieszania w czytelniczej głowie. Czy to źle? Ależ skąd! Tylko dobry pisarz potrafi doprowadzić do szaleństwa. Niczym sprytny Bułhakow, który odbiera czytelnikowi klepkę po klepce i ten pewnego dnia nie wie już co jest prawdą a co fikcją (kto czytał Mistrza i Małgorzatę ten wie).

Ale o co właściwie chodzi?
Właśnie to pytanie zadawałam sobie wielokrotnie podczas lektury. Wielość wątków i detali jest zaskakująca ale to dzięki nim nie sposób się nudzić. Autor nie bawi się w niepotrzebne opisy; każde zdanie, każdy wątek i bohater jest po coś i odgrywa istotne znaczenie. Więc od razu uprzedzę, porzućcie wszelkie próby analitycznego myślenia i zadawania sobie podobnych pytań. Nawet jeśli przez chwilę nie wiadomo o co chodzi, to ostatecznie się wyjaśni.

W drugiej części trylogii, autor sporo uwagi skupia na świecie alternatywnym, na zamierzchłej przeszłości (a dokładniej na roku 1555) kiedy to Sabina Taube (zwana w czasach obecnych Samantą Gołąbek-Kryszulą) została oskarżona o herezję i uprawianie magii.  Opowieść rozpoczyna się owego 1555 roku, kiedy to ojciec Remigiusz osobiście sprawdza, czy stos na wiedźmę jest już gotowy…

W Głowie do wynajęcia są ci sami bohaterowie, ale zmieniły się koalicje, plany i rząd pragnący kontrolować polskie społeczeństwo. Jeden z głównych bohaterów poprzedniej części, Gonzo zostaje mianowany na głównego dowodzącego wśród magicznych i dostaje nie lada zadanie do wykonania: ma spotkać się z Samantą (która jest- jak się dowiedzieliśmy wcześniej- wiedźmą z gildii purpurowej) i zawrzeć z nią rozejm.

Samanta jest jednak wiedźmą przebudzoną i świadomą własnej mocy, więc wykorzystując naiwność niedouczonego Gonza, wysyła ich umysły na powrót do roku 1555, aby dać Gonzowi szansę na zmianę przeszłości a co za tym idzie, teraźniejszości. Samanta zapomniała jednak wspomnieć, że każda zmiana czasu, który już istniał może mieć poważne konsekwencje: wpłynąć na cały świat, jego klimat, nastrój i wszystkich mieszkańców. Podobnie jak ruch skrzydeł motyla w jednej części świata wywołuje tajfun na drugiej półkuli.

Autor kpi z polskich przywar i rozprawia się ze społeczeństwem wychowywanych na wódce, jak gdyby to ona rozwiązywała wszystkie problemy. W którymś momencie zadaje jednak pytanie, czy żyjąc w sielankowej krainie faktycznie bylibyśmy szczęśliwi (i autentyczni)? Jednym z alternatywnych światów jest właśnie iddyliczna Polska, w której żyje cztery miliony obywateli altruistów, wegetarian, szanujących każde życie a gdy nie są użyteczni dla innych, po cichu popełniają samobójstwa w humanitarnych warunkach podczas pięknie grającej muzyki.

Zazdroszczę panu Bennewiczowi kreatywności i zastanawiam się czy podczas osobistych spotkań też częstuje gości abstrakcyjnymi opowieściami. Czy ludzie się z tym rodzą, czy kształcą poprzez inne, czytane przez całe  życie lektury? Najbardziej zdumiewający jest fakt, że autor ma wszystko (początkowo wbrew pozorom) logicznie poukładane tak, że początkowo gubiąc się w gąszczu informacji nazwisk i historii (pojawia się nawet Andrzej Frycz Modrzewski, Zygmunt August i królowa Bona) otrzymujemy sprawnie napisaną i zajmującą opowieść, która nie jest zwykłą książką ale dowodem na twórczy spryt, poczucie humoru i ludzką kreatywność. Cieszy mnie również, że osoba z etykietą coacha wzięła się za obszar tak teoretycznie mało coachowy, dzięki czemu udowadnia, że chcieć to móc. A lubić coś i mieć pomysł, to wziąć się do działania. A Wy, moi drodzy, do czytania!


Tyt.: Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz.II. Głowa do wynajęcia
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach&Couch. Autobus i kanapa
Rok: 2015
Strony: 324
Do kupienia: http://autobusikanapa.pl/ksiazki/

 

 

Reklamy

Marzyciele

Podobno wiara we własne możliwości jest kluczem, by dojść do upragnionego celu podróży. Turystycznej jak i tej metaforycznej, zwanej życiem, czy życiową misją. Wiem, że głęboka wiara przenosi góry i pompuje mentalne muskuły, ale często nie mam pomysłu skąd ją brać. Gdzie mieszka wiara? Jak ją znaleźć? Jak po nią sięgnąć, gdy brakuje sił by iść pod górę na własnej, często krętej ścieżce?

writer


Droga wcale nie musi być zanadto kręta czy trudna. My sami możemy iść z trudem na dość prostej i przejrzystej drodze, którą obraliśmy za cel lub środek do celu, musząc przecież jakoś żyć

Bo przecież głupio tak spędzić życie przed telewizorem.

Więc wymyślamy sobie mniej lub bardziej kreatywne cele, marzymy, szukamy a czasem po prostu coś nas woła i jest niczym zew przyrody dla dzikiego wilka. Wzywa nas pasja, pragnienie prosto z serca, które nigdy nie miało czasu się zlęknąć. A gdy wchodzimy na ów wymagający szlak pojawiają się przeszkody, które owszem są do przebrnięcia, pod warunkiem, że niczym as w rękawie mamy pakiet zdobytych umiejętności lub chociaż wiary, że wszystko jest do zrobienia.

Zobaczyłam jak wiele jest we mnie wątpliwości odnośnie tego co robię, kiedy wczoraj miałam okazję poznać wydawcę książek, który przez niemal trzydzieści lat był właścicielem sprawnie działającego wydawnictwa książkowego. Sytuacja była nietypowa, bo jechałam z nim samochodem do naszej wspólnej przyjaciółki. Od słowa do słowa, i ku mojemu radosnemu zdziwieniu stwierdziłam, że oto mam obok siebie doświadczonego człowieka, który może opowiedzieć o książkach od strony kuchni. Zaczęłam pytać.

Ile czasu zajmuje wydanie książki?

Dużo. Bardzo dużo czasu. Może rok, czasem dwa. W zależności od tekstu, od jego jakości i tego jak bardzo wymaga poprawy.

Czy dużo tekstów wymaga poprawy?

Wszystkie- usłyszałam w odpowiedzi. Bo autorowi zwykle wydaje się, że skoro tak łatwo i lekko mu się pisało, to tekst będzie również łatwy w odbiorze. A często jest zupełnie odwrotnie. Są mniej lub bardziej widoczne błędy stylistyczne, językowe, frazeologia i konstrukcja zdań.

To ile faktycznie nakładasz tych poprawek?

Czasami pokreślone są cale utwory- ku oburzeniu ich autorów…

A co jest dla ciebie decydujące przy wyborze jakiegoś konkretnego dzieła do druku?

Często kilka pierwszych stron, często czas i pora.

Czas i pora?

Tak. Jeżeli otrzymałem tekst dajmy na to z samego rana a miałem miałem dużo tematów do ogarnięcia, to teksty przechodziły obok niezauważone. A gdy dostałem jakiś tekst w wolniejszym dniu, lub w godzinach wieczornych, gdy właśnie udawałem się na spoczynek, to brałem co właśnie do mnie dotarło; czytałem, podobało mi się więc szło do druku.

Z poprawkami…?

Oczywiście. Na tym polega opieka redakcyjna.

Dużo książek odrzuciłeś?

Setki a może tysiące. Nieprzerwanie coś odrzucałem…

Rany, to musiało być strasznie bolesne dla autorów. Przecież oni wysłali coś do wydawnictwa z wiarą, że się uda, a tu porażka. Powiedzmy, że wysłali jeszcze do kilku lub kilkunastu innych wydawnictw, wszędzie były odmowy publikacji i teraz pewnie zadają sobie pytanie: jak dalej żyć? Przecież to musi strasznie podważać poczucie własnej wartości?!

Ja nigdy nikogo nie skrytykowałem. Po prostu decydowałem o nieprzyjęciu książki do druku…

***

Ścisnęło mi się serce na myśl o takich wrażliwcach jak ja, którzy spoconymi dłońmi wrzucają swój bezcenny materiał do skrzynki pocztowej wierząc, że tym razem się uda. A tu nic. Odmowa. Pani, Panu już podziękujemy.

Z jednej strony rozumiem wydawcę, który przecież jest przedsiębiorcą i aby żyć, utrzymywać siebie i prosperujące wydawnictwo musi prawdopodobnie od pewnych rzeczy się odciąć. Od ludzkich emocji, zawiedzionych oczekiwań, złudzeń, których właśnie pozbywa rzeszę młodych ludzi.

Z drugiej jednak strony, ja sama mając marzenie o wydaniu książki dla dzieci nie wiem czy ze swoją wrażliwością i lękiem odważyłabym się na to by zostać odrzuconym, skrytykowanym lub po prostu pozostawionym samej sobie- która nie wie co było nie tak, dlaczego otrzymałam odmowę publikacji, co zmienić i gdzie szukać rady i rzetelnej wiedzy.

Podczas tej jednej rozmowy w samochodzie przypomniał mi się bohater Jacka Londona, Martin Eden, który wysyłał teksty do wszystkich możliwych wydawnictw, gazet i czasopism, raz po raz otrzymując w odpowiedzi : „Szanowny panie Eden. Dziękujemy za cenny literacko tekst; nie mniej jednak redakcja jest zmuszona go panu zwrócić, gdyż nie może pozwolić sobie na jego wydruk. Z poważaniem, Redaktor Naczelny”. 

Zobaczyłam nagle w wyobraźni rzeszę takich Martinów Edenów, którzy niestrudzenie każdego dnia wstają skoro świt, zaparzają wielki dzbanek kawy i piszą, piszą bez opamiętania aż do zachodu słońca. A potem szukają możliwości, wysyłają teksty, mailują do redakcji, próbują, zbierają pieniądze na self-publishing. Podziwiam pasjonatów. Podziwiam wszystkich, którzy nie przestają marzyć i wciąż wierzą, że kiedyś przecież musi się udać. Że raz wysłana energia wróci z przestrzeni niosąc kosz obfitych owoców. Nie sławę, nie pieniądze i nie rozgłos.
Ale spełnienie, które pozwoli pomyśleć:

Uwierzyłem.
Robiłem to.
Pokonałem przeszkody.
Udało się.


Zdjęcie: 0ducks.wordpress.com 900

Gdzie te autorytety?

london

Ostatnio często po głowie chodzi mi pytanie: jak zmotywować siebie do pracy twórczej? Bo jest ona niczym niepewna sinusoida, która po wytwornym skoku wzwyż tak samo szybko opada niczym płochliwy nastrój w deszczową pogodę. Czy jest możliwość zapanowania nad weną, nad tym co wszyscy artyści i rzemieślnicy nazywają górnolotnie natchnieniem? 


W świecie artystów

Jeżeli coś tworzysz, cokolwiek- nie ważne czy malujesz, tworzysz grafikę komputerową, miksujesz muzykę, piszesz wiersze, komponujesz zestawy ubraniowe, wiesz o czym mówię. Aby móc się oddać tworzeniu bez reszty musimy to czuć, to coś, co nazwiesz „flow”, pasją, natchnieniem, porywem serca, weną. W przeciwieństwie do etatowców i osób, które nie mają twórczych ciągot skazani jesteśmy na łaskę i niełaskę mocy twórczej- tego czegoś, skąd czerpiemy pomysły i materializujemy je w zgrabnych słowach, obrazach czy dźwiękach.

Jako osoba chcąca wykorzystać pełnię czasu -tu i teraz- nie godzę się na pojedyncze zrywy, które owszem są fantastycznym zastrzykiem życiodajnej twórczej krwi, lecz źle pompowana powoduje w rezultacie powolną śmierć komórek w artystycznym sercu. A taki na przykład Martin Eden Jacka Londona tworzył zawsze, niezależnie od weny, uczuć i sił. Może to jest sposób na twórczość i sztukę?

Martin Eden

O Martinie Edenie usłyszałam po raz pierwszy w audiobooku traktującym o technikach sprawnego blogowania. Potem kilka kolejnych lecz całkiem przypadkowych osób napomknęło, że to była książka ich życia; lektura odmieniająca sposób patrzenia na świat. I oto kilka dni później przechodząc obok gdańskiej biblioteki publicznej zauważyłam wystawiony karton ze starymi (żeby nie powiedzieć zrujnowanymi) książkami, które można było zabrać do domu.. Między pakietem poradników kulinarnych i przewodników podróżniczych, czekał on- poturbowany, posklejany i pachnący starocią Martin Eden, polskie wydanie z 1954 roku. Jak mogłabym go zostawić?

Książka czekała bezpiecznie na półce przez ponad rok.
I doczekała się.
Najpierw opornie zgłębiałam tajniki archaicznego stylu języka z początków XX wieku (Martin Eden został pierwotnie wydany w 1909 roku), po dwudziestu stronach zatopiłam się w lekturze bez reszty i śmiało mogę przyznać, że w dzisiejszych czasach wyznajemy niewłaściwe wartości i wierzymy w nieodpowiednie autorytety.

Martin Eden powinien być idolem dzisiejszej młodzieży, stał się nim dla mnie. Nie poprzez wyznawaną przez niego filozofię Spencera, nie poprzez nadmierny indywidualizm lecz poprzez upór w dążeniu do upragnionego celu. Oto portret człowieka, który postanowił zostać pisarzem- mimo klasy robotniczej, z której pochodził, mimo braku wszelkiego wykształcenia i niesprzyjających warunków. Postawił wszystko na jedną kartę- pisał dzień i noc, czytał, poznawał świat z kart książek, spisywał własne wizje, dopracowywał detale i w tym nieustająco trudnym szlifie stał się mistrzem wyprzedzającym własną epokę.

Smutne czasy wygody

Cóż natchnienie, cóż talent i wena! To ledwie iskierki które gasną po chwilowym świetle. I choć Martinem kierowała wyidealizowana miłość do kobiety z wyższych sfer, to w naszym przypadku motywacji może być tyle, ile jest ludzkich charakterów a wszystkie będą właściwe. Martin Eden jest zlepkiem luźnych wątków autobiograficznych. Jack London, był prostym człowiekiem wywodzącym się z klasy robotniczej posiadającym na początku swej drogi ledwie podstawowe wykształcenie. Do kariery pisarza doszedł sam poprzez głęboką świadomość tego, gdzie jest obecnie a gdzie chce być w przyszłości. Sam, niczym swój bohater- Martin Eden- pracował dzień i noc, często nie mając niczego w żołądku od kilku dni, by tylko stworzyć arcydzieło. Gdzie się podziali tacy ludzie? Gdzie są prawdziwie wielkie jednostki, na których moglibyśmy się wzorować?

Bo czyż nie jest tak, że gaśniemy zbyt szybko, poddajemy się łatwo, opuszczając strefę trudów i dyskomfortu, by rozsiąść się w wygodnym fotelu przed laptopem, tępo patrząc w kolejne piękne zdjęcia równie pięknych dalekich znajomych na Facebooku?

Skąd się wzięło w nas lenistwo? Czy to znak naszych czasów? Przyzwyczajamy się do tego, że wszystko jest łatwe i proste. Obiad na wynos gotowy w pięć minut, magisterka kupiona za tysiaka, przelew bankowy express. Od urodzenia mamy wszystko podane na tacy i choć to nie nasza prywatna taca, chętnie się nią zadowalamy poświęcając cenny czas na pseudożycie w cyberprzestrzeni. Nie ma w nas determinacji, tego pierwotnego zewu porywającego na wojnę z całym zakłamanym światem. Buntownicy i idealiści wyginęli; pojedyncze przypadki to za mało by zmienić świat. Tu trzeba zacząć od zmiany siebie. Wyplenić z umysłu lenistwo i stworzyć siebie na nowo. Aktywnego człowieka działającego w zgodzie z mentalnym rytmem serca, niezależnie co nim jest. Czy jest tworzenie, czy kochanie czy powrót do pierwotnych korzeni i instynktów.

W świecie pozbawionym autorytetów pozostaje szukać ich między kartkami kolejnych książek. Czerpać z pomysłów autorów i stworzonych przez nich bohaterów, odkrywać z nimi nowe lądy, wzorować się na zachowaniach, ktore dawno już przeszły do lamusa. Motywacji do własnej pracy szukałam wszędzie- w poradnikach, w filmach o samorozwoju, na coachingach czy po prostu radząc się doświadczonych znajomych. Prawdziwą motywację odnalazłam jednak całkowicie za darmo- między kolejnymi akapitami powieści Jacka Londona. Któż by pomyślał…


Zdjęcie: Jack London /  www.lettersofnote.com

A gdyby tak przekroczyć linię horyzontu?

inde


Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata

-Pewnego dnia straciłem wiarę w to, że Europa to pępek świata- ciągnął Sergio.- To był zwykły dzień, taki sam jak inne. Byłem nauczycielem, miałem więc pewną pracę, dom, narzeczoną…
Zdecydowałem, że muszę to wszystko zostawić, przelecieć wielką wodę i znaleźć się tu, w Ameryce Południowej. Zacząłem podróżować i uczyć się, musiałem otworzyć umysł, przemyśleć o co mi w życiu chodzi, czego chcę i po co. Dlaczego? Chciałem poznać, a może dopiero odkryć inny świat. (…)
To tu zdałem sobie sprawę, że w plecaku mam same niepotrzebne rzeczy. Naprawdę nie potrzeba sześciu koszul czy czterech par spodni, aby żyć. Trzeba zwalczyć w sobie uzależnienie polegające na ciągłej konieczności zaspokajania pozornych potrzeb. Widziałem głód, ale także radość ludzi. Coś nie do pomyślenia w naszej dzisiejszej Europie, gdzie panuje chciwość, oszustwo i zawiść. Wyciągi z konta, wielkie samochody, znane marki, urządzenia elektroniczne przytłaczają nas i powodują w efekcie smutek, choć po powrocie z pracy nasz stół ugina się od przysmaków. Zrozumiałem, że tam, gdzie ludzie nie mają nic, myślą o tym jak przeżyć, jak iść do przodu. Tam, gdzie jest wszystko, ludzie narzekają, bo zawsze jest im za mało.

W czasie mojej podróży spotkałem wiele osób, które uświadomiły mi, że życie mija zbyt szybko, by warto było tracić czas na pracę tylko po to, aby dotrzymać kroku innym, by nie mieć mniej. Pracować, aby kupić dom, samochód, superciuchy.(…) 
Tutaj przekonałem się, że Europa jest zimna, bo ludzie nie są blisko siebie. Nie wymieniamy uścisków ani uśmiechów. A gdy ktoś spojrzy na nas w metrze, uciekamy wzrokiem. Pracujemy bez większej ochoty, bo zawsze znajdzie się się jakiś szef czy kolega z pracy, który działa nam na nerwy tak bardzo, że jej nienawidzimy… Wracamy do domu wykończeni. To chwila, by zjeść kolację i powiedzieć swojej połowie jak bardzo jesteśmy wkurzeni z powodu tego gościa z pracy, którego nienawidzimy, no i z powodu korków, w których tkwiliśmy przez ponad godzinę. Ale było warto, nadal mamy pracę, dzięki której kupimy nowy telewizor z płaskim ekranem, czterdzieści dwa cale, w którym idealnie widać, że książę Monako nadal jest kawalerem a Ricky Martin powiedział, że jest gejem.”

Życiowa misja

To fragment książki nieżyjącego już Kacpra Godyckiego-Ćwirko, Sprzedaj lodówke i jedź dookoła świata. Przeczytałam ją w trzy dni i wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Bo Kacper w zasadzie zrobił, to co zawiera się w krótkim i zabawnym tytule- porzucił pozornie bezpieczny, korporacyjny świat i wyruszył ze swoją misją odkrywcy i pasjonata poznać inny świat. Ten bliższy natury i prawdy. Postawił wszystko na jedną kartę- kolejne akapity udowadniają, że nie wybierał taryfy ulgowej. Wtapiał się w tłum, by do cna poznać kulturę i tradycję mieszkańców, nie raz zbliżał się do krawędzi zdrowia i choroby; poznawał, smakował, żył z całą (niekiedy bolesną) intensywnością.

Parę razy zastanawiałam się czy będąc na jego miejscu, a jednak znając datę swojej śmierci, również żyłabym tak intensywnie? Czy nie przystopowałabym, aby odciążyć nie do końca wydolny organizm aby posłużył mi na dłuższe lata? Myślę, że to retoryczne pytanie zadaje sobie niejeden szaraczek tkwiąc na miękkiej kanapie, kiedy w górach ginie kolejny himalaista. Po co to robić, skoro to niebezpieczne? A no właśnie… A po co żyć? Pytanie jak chcemy, by wyglądało nasze życie. Prosto, zwyczajnie, schematycznie, dzień za dniem? Czy raczej intensywnie w całej jego różnorodności, choć z potencjalnymi niebezpieczeństwami? Tu, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wszak różnimy się- mamy inne charaktery, cechuje nas inna wytrzymałość lęki i marzenia.

Żyj jak w filmie

Zupełnie niedawno natknęłam się na książkę, której tytułu nie pamiętam, nie jest to jednak teraz istotne; w każdym razie, autor przyrównał życie człowieka do filmu. Każdy żyje innym filmem i według innego scenariusza. Wyobraź sobie, że w wieku siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat mógłbyś dostać taśmę z nagraniem z własnego życia. Co zobaczysz? Nudny tasiemiec, po którym śpi się jak dziecko, czy może przygodowy film akcji, w którym jesteś dobrym, nietuzinkowym bohaterem spełniającym swe najgłębiej ukryte w sercu pasje? Kim chcesz być? jak chcesz żyć? Kto jest Twoim bohaterem? I najważniejsze pytanie- dlaczego nie być nim samym dla siebie…?

Czytałam wiele książek podróżniczych, ale historia podróży Kacpra jest inna. Zawiera w sobie  wiele przemyśleń na temat tego dokąd zmierzamy, po co nam posiadanie i co zrobić z czasem który pozostał. A zwykle myślimy, że jest go sporo. Tu, życie pokazało, że zawsze mamy mniej czasu niż sądzimy, więc nie odkładajmy życia na później. Później może nigdy nie nadejść…

sprzed


Zdjęcia:
1). www.driverabroad.com
2). ksiazki.wp.pl

Kawiarnia dla mola

zbrodniawbibliotece

W ostatnim poście wspominałam o dwóch miejscach, które urzekły mnie specyficznym i melancholijnym klimatem a napisałam tylko jednym. Dlaczego? Bo szkoda było nie podzielić tekstów na dwie części; warto zająć się każdym z miejsc osobno. Bo choć oby dwa są niepowtarzalne to jednak mają swoje zasadnicze różnice.


Jedno, co łączy antykwariat i kawiarnię o wdzięcznej nazwie Bookarnia, to oczywiście książki. Mam do nich słabość i uwielbiam je w każdej postaci. Bookarnię znalazłam dość przypadkowo, kiedy to przechodząc sopockim Monciakiem, zobaczyłam drogowskaz z wizerunkiem parującej kawy i nazwą kawiarnii. Nie trzeba być Einsteinem, żeby się domyślić, że Bookarnia oznacza kawiarnię książkową. Podążając za znakami, uliczką pełną słodkich kawiarenek, w końcu odnalazłam cel.

Miejsce wewnątrz przypomina skandynawską księgarnię- z małymi stolikami, miękkimi ale praktycznymi sofami oraz ścianami z półek pełnymi nowości książkowych, które są podzielone na odpowiednie działy (dział fantasy był również, a jakże).

bookarnia

Zdecydowanym plusem miejsca jest piętro, które pozwala na odizolowanie się, gdy chcecie popracować przy laptopie, porozmawiać w ciszy lub poczytać jedną z książek, które są na wyciągnięcie ręki. Dwie dziewczyny parzące kawę, służą poradą odnośnie tytułów literackich. W razie potrzeby opowiedzą o nowościach wydawniczych lub zaprowadzą na odpowiedni dział. Jednocześnie nie narzucają się i zostawiają klientów samym sobie, gdy ci tego potrzebują, zatopieni w świecie bohaterów książkowych.

Miejsce służy nie tylko spotkaniom towarzyskim. To również ośrodek spotkań autorskich, gdzie goszczono pisarzy i inne znane osobistości związane w pośredni sposób ze światem literackim.
Spotykają się tam zatem wszyscy pasjonaci książek i wydarzeń ze świata kultury, którzy dzielą się opinią a także poszukują inspiracji do własnej twórczości.

qulturka

Bookarnia to nie tylko książki, ale również smaczne słodkości (polecam ciasto marchewkowe przekładane kremem), herbata parzona w eleganckim, kanciastym imbryku oraz kawa i gęsta, pachnąca czekolada. Smaku temu dodaje spokojna muzyka sącząca się z głośników. Jest ona jednak ledwie delikatnym tłem, bo podobnie jak w antykwariacie przy ul. Kowalskiej, w miejscu tym mieszka cisza, tak ukochana przez moli książkowych szukających prywatności.

Odwiedź Bookarnię w internecie: http://www.bookarnia.pl

Zdjęcia:
1). http://www.zbrodniawbibliotece.pl
2). http://www.facebook.pl
3). http://www.qulturka.pl

Zaczytani

graf

Stereotyp polskiego czytelnika wygląda następująco- statystycznie rzecz ujmując czytamy mało. Na ogół do siedmiu książek rocznie. Weźmy pod uwagę też, że jest to średnia. Czyli niektórzy przeczytają jedną książkę rocznie, inni wcale.


Wniosek jest następujący- na tle czytającej Europy wypadamy kiepsko. Czym to jest spowodowane? Zbyt dużym zaangażowaniem czasu w social media, tv i gry komputerowe? A może jesteśmy po prostu bardziej wysportowani od innych narodów i więcej wysiłku wkładamy w budowanie muskulatury? A może po prostu Polacy nie lubią bibliotek pachnących PRL-em podczas gdy zarobki nie skłaniają ku wizycie w księgarni?

Ciężko jest mi się ustosunkować do statystyk, których nie przeprowadzałam i w których sama nie uczestniczyłam. W każdym razie obliczyłam, że czytam minimum dwie książki miesięcznie, czyli co najmniej dwadzieścia cztery do trzydziestu w ciągu roku (w zależności od czasu i ilości stron). Dużo czy mało? Jakkolwiek statystki by nie wyglądały ja niemal codziennie widzę czytających Polaków. W parkach, na plaży, w pracy (podczas!) i w tramwaju. O! W tramwaju zwłaszcza!

Pięć dni w tygodniu dojeżdżam do pracy tramwajem, a potem przesiadam się w autobus. Mój czas łącznie spędzany w komunikacji miejskiej wynosi ponad dwie godziny dziennie. Podczas tych paru godzin, nieustannie widzę ludzi z książkami- zatopionych w innym świecie, oddzielonych od rzeczywistości, skupionych, przejętych życiem w papierowym świecie. Co na ogół czytają pasażerowie? Zauważyłam, że największą popularnością wśród ludzi młodych (18-35 lat) cieszy się fantasy. Zwykle Pratchett i Sapkowski. Osoby w wieku 35-40 często mają nos w skandynawskich kryminałach- Lackberg i Larrson. Najstarsi, czyli 40-55 lubią wyrafinowane epopeje i głośne romanse. Często dostrzegam w tym przedziale Carlosa Luisa Zafona czy Umberto Eco.

Co ciekawe, w ostatnim przedziale wiekowym dominują kobiety, podczas, gdy osoby zaczytujące się w fantasy i science fiction to mężczyźni. Charakterystyczni. Często z nietypową fryzurą i zarośnięci. Acha, zapomniałabym jeszcze o jednej grupie czytelników poza kategorią wiekową (bo dotyczy absolutnie każdej damskiej grupy), pasjonaci „Pięćdziesięciu twarzy Graya”. Nie wiem co ludzie w tym widzą, ale gdybym miała dobierać sobie przyjaciół na podstawie lektur przez nich czytanych, to miałabym mnóstwo zarośniętych kumpli i żadnej ckliwej koleżanki zakochanej w Christianie Grayu. Dla mnie osobiście, kunsztem literackim łączącym estetykę z perwersją są dzieła Nabokova, który jednym zdaniem potrafi wzbudzić zachwyt, a za chwilę wstręt. Poza tym Nabokov lubił zmuszać ludzi do myślenia, tudzież innej gimnastyki umysłowej podczas, gdy James niekoniecznie.

Ale do meritum. Ludzie czytają. Głównie osoby młode i co tu dużo ukrywać- podróżujące, dojeżdżające. Może tak urozmaicają sobie czas spędzany podczas nudnej acz koniecznej przejażdżki, podczas gdy w domu nie wyjmują nawet książki z plecaka. Tego nie wiem, bo nie żyję ich życiem ale chcąc być optymistką wierzącą w ludzi skonkluduję, że na przekór wszelkim przekłamanym statystykom, CZYTAMY. Księgarnie rozkwitają jak grzyby po deszczu, w starych zaułkach żyją też po cichu antykwariusze zakochani w stęchliźnie papieru a czytniki Kindle są wciąż jednym z kilku najchętniej kupowanych urządzeń mobilnych.

 

Zdjęcie: banzaj.pl

 

Bądź w tym, co jest

eich

Pamiętam jak kiedyś czytając prasę kobiecą, Zwierciadło czy Sens (nie pamiętam już dobrze) zatrzymałam się na felietonie Wojciecha Eichelbergera, którego siła i prostota słów przykuły moją zwykle rozproszoną uwagę. W tekście, Eichelberger opisywał na przykładzie picia zwykłej filiżanki herbaty, czym jest uważność oraz bycie w tu i teraz .


Piękno i rozkosz opisane z doświadczania  tak prowizorycznej czynności jak spożywanie gorącego napoju, były dla mnie zdumiewające. Eichelberger zaprzeczył teorii, że aby przeżywać życie całościowo i z radością, trzeba z impetem zawracać chmury. Nie trzeba. Wystarczy spocząć w tym co jest i cieszyć się z faktu bycia. Wszak, może to być ostatnia chwila naszego życia, czemu więc nie nadać jej znaczenia i nie przeżyć jej na doskonały, niemal kontemplacyjny sposób?

Niech ulotność chwil i bezsens planowania, zilustruje przypowieść jaką niedawno znalazłam w jednej z książek:
Pewnej nocy młody rolnik, zanim położył się spać, przywiązał do belki nad swoim łóżkiem worek pełen ziarna zebranego z pola. Następnie wygładził siennik, wyciągnął się na nim wygodnie na plecach z rękami za głową i rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w wiszący nad nim worek, myśląc: „Sprzedam ten wór jęczmienia na targu. Pewnie dostanę za niego niezłą sumę. Dzięki zaoszczędzonym pieniądzom uda mi się poślubić piękną kobietę, która szybko spłodzi mi wspaniałego syna… Jak mógłbym go nazwać?Hmm…”. W tym momencie mężczyzna zerknął przez okno na księżyc, który błyszczał w pełni i wpadł na pomysł: „Jasne! Już wiem! Mój syn będzie miał na imię Wspaniały Księżyc!”. Ale dokładnie w tym momencie, kiedy to pomyślał, mała myszka siedząca na belce skończyła właśnie przegryzać sznur i ciężki worek pełen jęczmiennego ziarna spadł prosto na mężczyzn, kładąc kres jego życiu i planom.

Nikt z nas nie wie jak długo będziemy żyć i co nas czeka. Wszystkie plany i marzenia są piękne i budujące, jednak zabierają nam coś bardzo cennego- umiejętność spoczywania w tu i teraz. Robiąc dalekosiężne plany nie zauważamy co mamy przed nosem. A przed nosem toczy się życie- każda pojedyncza sekunda, minuta, godzina- niepowtarzalne i bezcenne. Skoro nieustannie wspominamy to co minęło, a potem planujemy co będzie i co trzeba osiągnąć, gdzie się podziewa nasza teraźniejszość? Przecież tylko w niej toczy się prawdziwe życie. Nikt z nas nie wie, kim lub czym jest mała myszka czekająca by przegryźć pozornie gruby sznur chwili.

 

Zdjęcie: Krzysztof Opalinski, Zwierciadło