Archiwa tagu: multitasking

Spokojni w niepokoju

Moja kuchnia często pełni rolę domowego biura.
Długi blat zamontowany przy oknie pozwala
obserwować dynamikę miejskiego zgiełku.

Oprócz spacerów z psem po lesie
to jedna z niewielu rzeczy,
która zatrzymuje, bo uwalnia z chaosu myśli.

A chaos myśli
budzi niepokój.

Jedna niepokojąca myśl pobudza kolejną,
a ta paruje się z trzecią i nagle wydają na
świat potomstwo, które pomnaża się
w trybie turbo, zapewne przez pączkowanie.

Oto kortyzol nareszcie może wykonać pracę.
Podnosi ciśnienie krwi, przyśpiesza bicie serca,
oddech staje się szybki i nierówny. Uciekaj! Walcz!
Teraz! Szybko! Prędko! Goni nas czas!

Kiedy tak patrzę w okno,
czuję się bezpieczna.

Próbuję rozsupłać czym jest niepokój.
Skąd się bierze? I czy da się go skutecznie rozbroić?
Bo przecież nie ma się czym martwić. Prawda?

Deadline, rachunki, awizo na poczcie,
kredyt, brak sieci, umowa za internet, hmmm,
kiedy się kończy? A może by tak nowe studia?
Podyplomówka? A może całkowicie nowa branża?

Kłuje mnie w boku. Jezu, kiedy ostatnio robiłam morfologię?
„Nature” podaje, o nowej mutacji SARS COV 2, szczepić się,
nie szczepić? Uspokój się. Oddychaj.

Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.

Ale co to znaczy? I co to właściwie jest „dobrze”?
Żyję w świecie, który karmi się niepokojem
i karmi lękiem całe narody.

Trudno mi znaleźć film lub serial na HBO,
w którym nie ma przemocy, krwi lub przerażenia.
Pozaczynałam dwadzieścia, z niektórymi
zakończyłam przygodę po kwadransie.

Czuję się zmęczona.
To ciekawe, bo niepokój jest energetyczny.

Odpala drugi silnik i okazuje się, że mogę więcej.
A jednak jestem zmęczona. Nieustannie.
Łapię się na tym w chwilach wzmożonej koncentracji
– ciało woła o sen. I czasem sobie pozwalam.

Wyciągam się na kanapie,
okrywam kocem, myśląc że przyszedł
czas na bodyscan – medytację horyzontalną.
Odpalam nagranie: „Poczuj lewą stopę…” i śpię.

15-20 minut regeneracji może zdziałać cuda,
A jednak wkrótce nadchodzi 21.00
i znów padam na pysk jak długa. 8-9 godzin snu
do wczesnego poranka.

To nie obowiązki i nie zadania męczą.
Ale stres. Niepokój. Ta dziwna, niespokojna
energia, która każe coś robić, działać, biec
przed siebie, lecz nie wiadomo dokąd.

Mówią: „Bądź w zadaniach. Bądź w procesie„.
A ja chciałabym czasem być w nierobieniu.
Nie potrafię. Bo gdy nie biegnę, to się boję.

Boję się tak bardzo, że płaczę.
I nie wiem czego. Może tego, że coś trzeba.

Zabawne. Kiedy wrzucam zdjęcia
na Instagrama czytam opis w mojej zakładce bio:
„Blogerka. Weganka. Miłośniczka zwierząt,
wsi i zdrowej kuchni. Żyję inaczej, bo wolniej”.

Wszystko się zgadza, oprócz ostatniego zdania.
Nie żyję wolno. Nie wiem od lat co to „slow life”.

Nie potrafię. Nie chcę. Bo gdy się zatrzymam to zasnę.
Mam obawę, że popadnę w odrętwienie, jak
bohaterzy „Senności” Wojtka Kuczoka.

Znam tylko przeciwległy biegun: biegnij. Natychmiast.
Rób, działaj, trzeba, życie ucieka przez palce.

Zapytasz, czy medytuję.

Staram się, choć wytrzymuję 15 minut.
To, co pomaga to ruch. Im więcej ruchu, tym mniej myśli,
ale przecież to męczy.

Czasem jedynym ratunkiem
przy deszczowej pogodzie
jest pamięciówka.

Otwieram jakąś trudną książkę i się uczę.
Spamiętuję trudne nazwy. Aminokwasy egzogenne.
Aminokwasy endogenne.

Układam je w szeregi.
Nowe, trudne słowa – po angielsku, po norwesku.
Już wiem co to „amino acid fatty”, jestem dumna.

Pisząc ten tekst
spoglądam w okno.

Lubię wtorki, środy, czwartki i piątki
bo życie tętni wielkomiejską energią.

Najtrudniejsze są niedziele.
Za oknem nikt nie chodzi.
Nie jedzie żaden samochód.

Spokój. Cisza. A ja wewnętrznie
wpadam w coraz większą panikę.

Patrzę na Lunę, jak śpi wyciągnięta na grzbiecie.
Chrapie. Oddycha głęboko, miarowo. Czasem w
tym głębokim relaksie puści jakiegoś bąka.

Wybiegana. Nakarmiona. Przytulona.
Niczego więcej nie trzeba. To jest
prawdziwy spokój i najwyższa forma mądrości.

Prostota.

Nie będę walczyć z aktualną „ja”.
Nomadem, pędziwiatrem, niespokojnym duchem.
Będę łapała oddechy w przerwach między
zakrętami.

Pewien maratończyk
powiedział kiedyś:

„zaprzyjaźnij się z bólem, a nigdy
już nie będziesz samotny”.


Zaprzyjaźnię się więc z niepokojem.
Już dawno przestał być gościem.
Zaczął nawet wnosić kartony.

Multitasking czyli mit efektywnej wielozadaniowości

????????????????????????????????????????

Świat oszalał! Nie dość że pędzi nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd, to każe nam w dodatku wejść do tej pełnoobrotowej maszyny nie licząc się z naszym samopoczuciem czy chęciami. Dziś nie wystarczy robić dobrze jednej, dwóch a nawet trzech rzeczy. Trzeba umieć wykonywać sto czynności naraz a jednocześnie deklarować „chęć podjęcia nowych wyzwań”.


W porządku, rozumiem że wraz z rozwojem technologi i z nieustającym pędem życia przybywa nam zadań, ale czy faktycznie mamy dźwigać brzemię pędu na własnych barkach kosztem zdrowia psychicznego i mentalnego wyczerpania? Uważam i wiem z własnego doświadczenia, że wykonując dziesięć czynności naraz nie zrobię żadnej do końca, a jeżeli zrobię, to po łebkach i byle jak. Rezultat? Brak efektywności. Brak skuteczności. Stres. Frustracja. 

I choćbym była nie wiadomo jak dobrze zorganizowana i działała wobec określonego planu podzielonego na priorytety, nigdy nie osiągnę 100%-owej skuteczności bo wielozadaniowość jest po prostu jednym wielkim mitem, który każe wymagać robienia rzeczy ponad siły. Jakże powszechne w korporacjach jest przekonanie, że dobry pracownik, to pracownik zarzynający się by firma rosła w siłę.

Okres ostatnich dwóch lat był czasem kiedy często chodziłam na rozmowy rekrutacyjne. Oczywiście odpowiednio przygotowana. Na każdej z nich mówiłam HR-owcom że jestem człowiekiem stworzonym do wielozadaniowości, potrafię ogarnąć mnóstwo rzeczy a poza tym nie lubię nudzić. Czy kłamałam? Oczywiście że tak! Chciałam dostać pracę. I wiecie co? z 10 rozmów o pracę usłyszałam TAK od 7 firm. I bynajmniej nie ze względu na piękne loki czy duże usta. Mówiłam to co chcieli usłyszeć.

social-media-multi-tasking

Nie bez kozery, odpowiadając na potrzeby sfrustrowanych osób, nie potrafiących radzić sobie w teraźniejszości tak wspaniale rozwija się technika uważności zwana Mindfulness. Ona jakby w przeciwieństwie do pędzących Korporasów uświadamia: Stop! Zatrzymaj się. Spójrz. Poczuj. Przeżyj to. Najwięksi nauczyciele Mindfulness przekonują, że multitasking prowadzi do coraz gorszej efektywności w pracy i w życiu bo wyczerpuje na wielu płaszczyznach- stresuje, nie pozwala odpocząć umysłowi a jednocześnie napełnia stałym poczuciem winy, że coś jest wciąż niedokończone. W efekcie nigdy w pełni nie oddajemy się pracy i nigdy w pełni nie wypoczywamy. Mózg w pierwszej jak i w drugiej sytuacji jest nastawiony na zadania i nieprzerwanie myśli. Zamartwianie się to też praca.

Wielu ludzi jest dziś nieszczęśliwych z powodu braku uważności w codziennym życiu, bo bez niej nie widzą piękna w drobnostkach i nie przeżywają świata dokładnie takiego jaki jest. Już dawno przestaliśmy czuć smak zwykłej herbaty i cieszyć się promieniami słońca na wychłodzonej buzi. Myślimy za dużo, planujemy, rozwiązujemy problemy, nawet te które jeszcze nie nadeszły. Traktujemy życie wielozadaniowo przez co tracimy wrażliwość na detale. Widzimy wszystko, lecz nie doświadczamy niczego w pełni. Takie to życie… po łebkach. 

Jak wydostać się z pułapki? Możesz rzucić pracę w korpo. Ale ok. Bez radykalizmów. I bez koktajli Mołotowa proszę. Zacznij od małych rzeczy. Kiedy pracujesz w domu, wyłącz Facebooka i pocztę, Linkedin, Twittera i wszystkie inne rozpraszacze. Wycisz telefon i zamknij drzwi. Skup się tylko na tym co w danej chwili ma dla Ciebie priorytetowe znaczenie. Tak mało a tak wiele. Poświęcając czas i uwagę jedynie tej jednej rzeczy doprowadzisz ją do finału. Jeżeli natomiast zadanie jest długie i skomplikowane podziel je na etapy i załóż w którym momencie etap się skończy, tak byś miał poczucie, że jedna część zadania jest za Tobą, a do kolejnej wrócisz jutro. Tym sposobem wykonasz pracę dobrze i Ty sam będziesz zadowolony.
Zacznij od małych kroków. Pamiętaj, że Twój dom nie musi być korpo.


Zdjęcia:
1.)pinetribe.com
2.)amandakrill.com