Archiwa tagu: cele życiowe

Życiowa ewolucja. Jak wybrać spośród wielu dróg?

Wielość, różnorodność, możliwości.
Jak wybrać to, co będzie nam służyć
w życiu bez popadania w skrajność?

Zawsze miałam z tym problem.
Nie z tym, że interesuje mnie tak wiele rzeczy.

Raczej z tym, że nie wypada.
Że być może powinnam się określić
i trzymać kurczowo jednej idei.

Bo przecież większość ludzi
tak robi – określa się.

OKREŚL SIĘ!

Jestem buddystą.
Jestem katolikiem.
Jestem joginem.
Jestem jungistą.
Jestem artystą.
Jestem pisarzem.
Jestem ateistą.

A ja? Dziś jestem buddystką.
Jutro czytam o szamanizmie.

Pojutrze tylko tworzę.
A za tydzień zgłębiam
filozofię i gimnastykę
starosłowiańską.

Kiedyś strasznie z tym walczyłam.

Starałam się na siłę trzymać jednej
filozofii, nawet jeśli nie bardzo mi służyła.
Albo co gorsza, mocno ograniczała.

Bywało, że modelowałam siebie jak plastelinę,
aby gdzieś pasować. Tu przycięłam, tam dodałam,
coś odrzuciłam, czegoś się wyparłam.

Niekiedy przycinałam
własne zapędy i potrzeby.

Innym razem podcinałam skrzydła, które chciały
frunąć ku temu co piękne, a niepraktyczne.

(NIE)DOPASOWANIE

Kilka lat temu przestałam to robić.
Przestałam przejmować się tym, że
pociąga mnie tak wiele spraw i idei i że
nie potrafię zostać wyłącznie przy jednej.

Bo będąc człowiekiem jestem
wielowymiarową istotą z bagażem
emocji, doświadczeń i potrzeb.
I lubię łączyć smaki.

Życie to proces i jedna wielka zmienna.

Jestem jak rzeka. Woda, która dziś jest we mnie
nie jest tą samą wodą, która płynęła wczoraj.
Dziś lubię zielony, a jutro niebieski.
Czy jest w tym coś złego?

Jeśli wciąż muszę się ograniczać i zmuszać
do całkowitego poddania się jednej filozofii
czy religii to znaczy, że zbłądziłam już dawno temu.

Bo przecież jestem w ruchu i
w nieustannej ewolucji. To co było dobre
dla mnie rok temu, nie oznacza że wciąż
będzie mnie karmić jutro.

ZMIANA GONI ZMIANĘ

Zmieniają się moje potrzeby, myśli, uczucia,
marzenia i ludzie wokół. Nie hamuję tego
– bo wiem że na tym polega naturalny przepływ.

A jego akceptacja to nic innego jak akt
miłości wobec samego siebie.

Poczułam, że chcę o tym napisać, bo
na co dzień spotykam wiele osób,
które katują się tym, że mają tak wiele
duchowych zainteresowań i próbują
z tym walczyć.

Jakiś czas temu ja sama miałam moment, że zaczęłam wątpić,
czy to w jaki sposób żyję, jest właściwe.

Byłam krytykowana.
Byłam osądzana.
Mówiono mi: zdecyduj się.
Mówiono mi: jesteś pomieszana.

Kilku znajomych wyrzuciło mnie z Facebooka,
za łączenie ze sobą kilku różnych filozofii.
Bo buddystce nie przystoi ufać astrologii.
Bo nauczyciel zabrania.

Ostatni rok był dla mnie wielką
radykalną nauką akceptacji siebie
i własnych wyborów, nawet jeśli
wydawały się być „błędne”.

AKCEPTACJA

Zaakceptowałam swój lęk. To, że się z nim budzę
i że kładę się z nim do łóżka.

Zaakceptowałam swój smutek, który
czasem odbiera siły i powoduje wewnętrzne kurczenie.

Zaakceptowałam samotność, którą czuję w grupie.
Zaakceptowałam też to, że zmieniam
poglądy i decyzje.

I że naturalnie przyklejam się do tego,
co pomaga mi na dany moment, bez pardonu
porzucając to, co dobrego dawało niewiele.

Akceptuję to, że po dziewięciu latach
praktyk buddyjskich, porzuciłam je dla
medytacji świeckiej, która nie posiada
ideologii.

Akceptuję, że zamiast wierzyć w to,
czego nie czuję, wybrałam wiarę w to, co
dla mnie całkowicie naturalne –
w mądrość Matki Natury.

Akceptuję, że porzuciłam relacje,
które mi nie służyły.

Że zostawiłam terapię, która kazała mi skupiać się
wyłącznie na negatywach zamiast szukać dobra wokół.

Akceptuję, że jestem niestała i zmienna.

Że mam w sobie tak wiele
ruchliwego powietrza. Że popełniam błędy.
Że niekiedy podejmuję „błędne” decyzje.
Że zawodzę.

Że szukam.
Że wciąż pytam.
Że zawsze idę za tym, gdzie ciągnie serce,
nawet jeśli słyszę: zdecyduj się w końcu.

Wybaczyłam sobie, że taka jestem.

Potrzebowałam sobie wybaczyć,
nawet jeśli to, co robię nikogo nie krzywdzi.
Bo tak mnie nauczono – wstydzić się i przepraszać.

Dziś widzę, że ta długa, kręta i zmienna droga
miała sens, bo zaprowadziła mnie do siebie.

I nie żałuję, nawet jeśli podwoiłam część trasy.
Bo za przewodnika obrałam ciekawość i chęć
eksplorowania wewnętrznej przestrzeni.

Być może zbłądziłam więcej razy
niż przeciętny, „określony” człowiek.
Być może przeszłam więcej kilometrów
a po kilku ścieżkach kręciłam się w kółko.

Akceptuję. Biorę to, co zobaczyłam,
co poznałam, co przeżyłam.

Dziękuję za to i napełniam się wdzięcznością.
A wspomnienia z dróg chowam do szkatułki
pełnej dojrzewających skarbów. Pewnego dnia
wyciągnę je na światło – bo będą odpowiedzią
na moje lub cudze pytanie.

Wielość dróg nie jest pomyłką
ale bogatym doświadczeniem.
Błądzenie, kluczenie, testowanie,
to nic innego jak szkoła życia i nauka
siebie w tym krótkim życiu.

Na koniec podzielę się jednym z moich
ulubionych cytatów, któremu pozwalam się
prowadzić gdy nie wiem co robić:

„Tylko ten, kto zaszedł w życiu za daleko
ma okazję przekonać się, jak daleko potrafi zajść”.

T.S. Elliot

 

Długa droga pod górę

pexels-photo-48673-large

Wytrwałość.
Słowo dobrze znam znane.
Dla niektórych oznacza ciężką pracę do wykonania.
Dla innych nudną konsekwencję i dyscyplinę.
Jakkolwiek o niej myślimy, jest niezbędna, by odnieść sukces.
A gdy już nadejdzie, wytrwałość pomaga go udźwignąć i nie utonąć w odmętach samozadowolenia.

Zadam Ci teraz ważne pytanie:

Czy jesteś wytrwały?

Wyobraź sobie, że do sukcesu potrzebujesz jedynie wytrwałości, niczego więcej.

To nie pobożne życzenia.
Statystyki dowodzą, że wygrywają wytrwali i zdyscyplinowani.
Nie przebojowi, nie pyskaci i nie ci, którzy posiadają liczne znajomości.

Ba! Nawet nie utalentowani!
Talent, nawet największy jest niczym bez wytrwałości.
To ona go rozwija, to ona posuwa nas naprzód.

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie wykład mojego promotora podczas ostatnich zajęć podyplomowych. Nadszedł czas podsumowań i wygłoszenia inspirującej mowy dla przyszłych specjalistów od zarządzania treścią w krainie social mediów.

Piotr Bucki zachęcał więc do wytrwałości mimo przeszkód.
Do pisania, spełniania marzeń i realizowania celów małymi kroczkami.
Na dowód podawał nazwiska osób, którym się udało.
Pokazywał w internecie ich dokonania.
A przecież jeszcze do niedawna nikt o nich nie słyszał.
Wygrali, bo byli wytrwali.

Eksluzywny Menel, Abstrachuje.pl, Łukasz Jakubiak. 

Czyli byliby dziś tu, gdzie są gdyby nie ich determinacja?
Czy sam talent wyniósłby ich na piedestał?

Jako pasjonatce literatury przychodzą mi też do głowy nazwiska pisarzy.
Utalentowanych, ale i pracowitych, którzy po pierwszych nieudolnych próbach szli dalej.

Katarzyna Bonda, Elizabeth Gilbert, Katarzyna Grochola, Jack London i wielu innych.

Duchowi mistrzowie zwykli mawiać, że oświecenie smakuje potem, krwią i łzami.
Tak samo każdy sukces, zawodowy, osobisty czy partnerski
wymaga poświęcenia i całkowitego zaangażowania,
bo mimo pragnień, wielkie rzeczy nie przychodzą łatwo.

Gdyby tak było, ile mielibyśmy w sobie szacunku i wdzięczności za osiągnięty cel?

Mimo życia w epoce szybkiego zaspokajania nawet wyrafinowanych potrzeb zapomnieliśmy czym jest prawdziwa wytrwałość i dyscyplina. W trudne projekty angażujemy się na pół gwizdka, szukając jednocześnie łatwiejszych i przyjemnych.

I pewnie dlatego tak szybko się zniechęcamy.

Porzucamy dobre pomysły, niedokończone powieści, zamykamy małe firmy, bo wszystkie wymagają od nas zaangażowania i trudnej wiary.

Rozwiązaniem może być powrót do dawnych wartości, w których jakże dziś niemodna dyscyplina była kiedyś osią życia niemal każdego człowieka.

Potraktujmy więc własne pomysły niczym dzieci.

Nawet krnąbrne i szalone, poprzez uważną miłość i czas spokornieją i odwdzięczą się w najlepszy możliwy sposób. Dzięki temu być może uda nam się osiągnąć każdy cel, a w najgorszym wypadku i tak rozwiniemy mentalne skrzydła i umocnimy własny charakter.
Czyż gra nie jest warta całkowitego zaangażowania?

Pozwól sobie pomarzyć

Parę dni temu umówiłyśmy się z koleżanką na wymianę marzeń. 
Ona wypisała swoje, a ja w zamian zaserwowałam jej wizję własnego życia. 
Potraktowałyśmy to rytualnie, celebrując ten wieczór. 
Zapaliłyśmy kadzidła, włączyłyśmy muzykę, ubrałyśmy fikuśne kolczyki…
Raz na jakiś czas każdy z nas powinien odbyć randkę z marzeniami. 

zgoda


Mnóstwo ludzi nie zna siebie i nie wie dokąd zmierza.
Może Ty także?
Owszem, mamy mglistą wizję przyszłości,
często jednak jest zbyt mało konkretna, byśmy mogli ją urzeczywistnić.

Rozmowa z zaufanym przyjacielem o marzeniach lub
wypisanie ich z najdrobniejszymi szczegółami pozwala lepiej siebie poznać.
Kiedy obcujesz z białą kartką papieru, to jesteś zmuszony zapytać:

O czym marzę?
Co chciałabym osiągnąć?
Jakim chcę być człowiekiem?
Co jest dla mnie ważne?
Gdzie widzę siebie za pięć i dziesięć lat?

Czasami decydujemy się iść utartym szlakiem,
którym podąża reszta.
Niekiedy idziemy na oślep przed siebie, nie pytając
czy to dobry kierunek.

A przecież życie jest jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi marzeniami.

Nawet jeśli nie jesteś gawędziarzem czy pisarzem spróbuj stworzyć historię.
Bądź własnym bohaterem i napisz krótką opowieść o sobie za pięć lat.
Bądź konkretny i szczegółowy.
Gdzie mieszkasz? Co masz? Czy masz dzieci? A może zwierzęta?
Co robisz? Jak pracujesz? Jakie masz plany?

Najtrudniej jest zacząć.
Nie zwracaj uwagi na krytyka, tylko płyń, bo to lubią marzenia.
Ja stworzyłam własną historię i wysłałam ją sobie na maila.
Oflagowałam, by pamiętać, że to ważna treść.
Kamila życzy Kamili i śle mnóstwo miłości.

Stworzona historia była zaskakująca, bo myślałam, że jestem inna i pragnę innych rzeczy.
A przecież z roku na rok, zmienia się nie tylko nasz wygląd, ale także potrzeby, plany, marzenia i priorytety. Niech Cię zatem nie zdziwi, że podróż do Nepalu przestała być numerem jeden. Nie bój się, że teraz pragniesz innych rzeczy, miejsc i wartości. Takie jest życie. Gdy odpuszczasz jedno, drugie przychodzi.

Może prostsze,
może głupsze,
nie oceniaj.

Wypowiedzenie na głos lub opisanie swoich marzeń to jak pakt.
Oto zobowiązujesz się, by zadbać o siebie i swoje życie.
Puszczasz marzenie w świat.
Niech przestrzeń działa, a Ty mu pomagaj.
W końcu Twoje marzenia, to najlepszy system wartości Twojego życia.

Więc umów się na randkę.
Spotkaj się z przyjacielem i powiedz mu na głos o czym marzysz.
Zamknij się w pokoju, zapal świecę i pisz.
Tu nie nie ma złych odpowiedzi.
Potrzebny jest tylko konkret.

Zapisałeś? Zostaw i rób swoje.
I obserwuj co się wydarzy.

Coaching nie z tej ziemi

Zadawanie sobie ważnych pytań jest dalece ważniejsze niż same odpowiedzi. Dlaczego? Bo pytanie, to poszukiwanie. A poszukiwanie, to życie, energia i radość. O tym, jak ważne jest badanie samego siebie i zmiana przekonań pisze coach, Maciej Bennewicz w książce o zabawnym tytule: „Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości”.

coaching


Tytuł każe przypuszczać, że czytelnik będzie miał do czynienia z dużą dawką humoru i abstrakcyjności. I w rzeczy samej. „Coaching…” Bennewicza jest lekturą nietypową, bo to… komiks z ilustracjami samego autora, przeplatany sesjami coachingu, podczas którego mierzymy się z własnymi przekonaniami na temat rzeczywistości i siebie samych.

Książka pełna zabawnych rysunkowych kosmitów o wdzięcznych, polskich imionach (Ryś, Grześ, Mirek i Irek) ma za zadanie wytrącić nas z poważnej równowagi. Chodzi o zmianę myślenia, o podważenie przekonań i zasianie wątpliwości. Kosmici są indywidualistami, którzy niczym chór z greckich tragedii opisują i komentują czasami zbyt dosadnie (jak dla Ziemianina) zastaną rzeczywistość. Każdy z nas ma w głowie własnego kosmitę-indywidualistę, lecz z powodu lenistwa i nazbyt mechanicznego myślenia marginalizujemy jego istnienie. Wolimy utarty, bezpieczny schemat niż samodzielne myślenie, niekiedy dalekie od poprawności politycznej.

Autor dociera do czytelnika nie tylko przez humor i nietypowość. Między kolejnymi rysunkami znajdziemy pojedyncze sesje coachingu- rozdziały poświęcone temu, co okrada nas z poczucia szczęścia i stanowienia o sobie, a co jest remedium na ów stan. Praca zaczyna się od zmiany lub chociaż podważenia własnych przekonań, które przecież w dość istotnym stopniu decydują o naszym szczęściu i skuteczności. Im bardziej elastyczni będziemy, tym więcej przestrzeni na to, co nowe. A nowe przynosi odwagę, ekscytację i poznanie. Jak pisze autor: „Mamy we krwi poszukiwanie. Szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości”.

Trudno się nie zgodzić. Czyż na ogół nie doświadczamy poczucia głębokiej radości i sensu, gdy szukamy wiedzy? Gdy pytamy? Podróżujemy? Tropimy? Wystarczy cofnąć się w myślach wstecz, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy byłem/byłam szczęśliwa? Czyż nie wtedy, gdy szukałam? To nie cel jest szczęściem, lecz droga, która do niego prowadzi.

Coach prowokuje do myślenia i zadawania pytań o własną odpowiedzialność, indywidualizm- jakże niebezpieczny w konformistycznych czasach i wolność. Całość dopełnia propozycją zagłębienia się w siebie, by odnaleźć kiełkujące pytania graniczne; pytania które burzą mury lęku, prowokują do wyjścia poza strefę komfortu i odrzucenia tego, co przestarzałe wskutek czego nie działa już od bardzo dawna. Kosmici pomagają nas nakierować na trudne, choć świdrujące pytania: „Czego ci potrzeba żeby spełniać marzenia?”, pyta jeden z nich. „Jakiego talentu nie wykorzystujesz a szkoda…???”, pyta inny. I w końcu: „Kim jesteś”?.

„Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości” jest niegrubą książką na dwa wieczory. Jest lekka, bo zabawna, lecz niech Was nie zwiedzie pozorna infantylność. To, co proste jest ze swej natury najbardziej skuteczne. W codziennej gonitwie życia zapominamy o jego istocie. Żyjemy mechanicznie, niekiedy bezmyślnie a pytania zawarte w  lekturze pozwolą na nowo otworzyć umysł na to, co znajduje się poza utartym szlakiem. Pytania zadawane samemu sobie prowadzą do głębszego poznania własnej osoby. Mądre, choć trudne przeobrażają naszą świadomość czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne życie i poczucie szczęścia. Bo przecież tylko o to chodzi. By być szczęśliwym i skutecznym człowiekiem pełnym psychicznego nadmiaru. Wtedy żyje się łatwiej nie tylko nam. My sami stajemy się również bardziej pożyteczni dla świata, który potrzebuje dziś niezależnie myślących i wolnych jednostek.

Tytuł: Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok wyd.: 2014
Ilość stron: 176


Zdjęcie: http://autobusikanapa.pl/

Tysiąc zachwytów jednego dnia

Narzekamy zamiast doceniać to, co jest dostępne tu i teraz, w chwili obecnej. Niedostrzeganie piękna wokół, odziera nas ze szczęścia i poczucia zwykłej ludzkiej satysfakcji. Ale jak tu się zachwycać skoro do pracy trzeba wstać o 5.30., za oknem pada deszcz a starsza kobieta w ciasnym tramwaju włożyła Ci parasol w żebra?

women-214792_640


Bywają takie dni, jak w powyższym opisie, a jakże! Zdarzają się niekiedy z irytującą powtarzalnością. Czy to oznacza, że jesteśmy pechowcami a świat nas nie lubi? Ależ skąd. Deszcz, parasolka w żebrach czy zaspanie po bezsennej nocy przytrafiają się każdemu, tyle że nie każdy skupia 100% uwagi na niemiłych aspektach życia. Bo po co się w nich utwierdzać i przyciągać nowe, wiecznie rozpamiętując i narzekając „masz ci los, o ja nieszczęsny!”?

Przez ostatnie dni miałam urlop. Tak- należę do tych szczęśliwców, którym zostało sporo płatnego urlopu do wykorzystania do końca roku. Jako, że jestem miłośniczką natury, codziennie po śniadaniu wychodziłam na kilkugodzinny spacer nad morze i do lasu. Każdego dnia, mniej więcej o tej samej godzinie mijałam na parkowej ławce kobietę, nie robiącą niczego szczególnego. Po prostu zawsze siedziała uśmiechając się do ludzi. Obserwowała i słuchała. Na moje około była po 80-stce. Zawsze elegancko ubrana, w długą spódnicę i karmelowy cienki płaszcz, na nosie miała wielkie, ciemne okulary. Nigdy nie była niczym zajęta. Siedziała na ławce bez żadnej książki czy telefonu i wydawało mi się, że robi to celowo, nastawia się na bycie, na wdzięczność za to jak jest, dostrzegając piękno we wszystkim co się pojawia- w drugim przechodniu, w radośnie biegających psach spuszczonych nagle ze smyczy, w promykach słońca przedostających się między kolorowymi liśćmi klonów. Tak. Ta kobieta zdecydowanie wiedziała, co to zachwyt. I wierzcie mi lub nie, ale wyglądała na szczęśliwą. W tak prosty i oczywisty sposób.

I tu stawiam pytanie do Was i sobie samej- kiedy ostatni raz zachwyciliśmy się drobną rzeczą? Rzeczą tak oczywistą jak słońce, bezchmurne niebo czy wolne popołudnie? Problem w tym, że trudno jest zachwycać się i dziękować za to, co wydaje się oczywiste. A przecież dostrzeganie małych radości budzi serce do życia i napełnia je wdzięcznością. To działa jak efekt domina. Gdy zaczynamy narzekać, umysł skupia się na negatywnych aspektach rzeczywistości, zakłada ciemne okulary i widzi tylko to, co złe. Tak go zaprogramowaliśmy- działa nawykowo.

Lecz, gdy zobaczymy to co dobre, choćby i w małym zaczerwienionym liściu na drzewie, łatwiej będzie się cieszyć kolejnymi małymi rzeczami- tym co jest, bez zbędnych oczekiwań, że przecież coś nam się należy.

Świat może działać na naszą korzyść lub szkodę. Jedno lub drugie nie jest jego kaprysem, ale naszym wyborem. A każdy wybór pachnie potężną wyzwalającą wolnością.
Byłam dziś na długim spacerze i przytulałam się do Drzew.
A Ty? Kiedy pójdziesz na spacer?


Zdjęcie: pixabay.com

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Zmiana trasy

Któż z nas nie próbował bądź nie chciał choć raz zmienić swojego życia? Tak totalnie- zaczynając od zera, od pustej głowy bez uprzedzeń, napełniając ją na nowo umiejętnościami i pomysłami?

most-drzewa-1


Najbardziej motywujące jest niezadowolenie z miejsca w którym jesteśmy. Bo jeżeli mamy dobrze rozwiniętą wyobraźnię, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie co będzie za trzydzieści lat. W głowie zaczynają świtać myśli: Co jeśli  będąc sześćdziesięciolatkiem będę w tym samym miejscu- na tym samy stanowisku? A jeśli nawet będę wyżej, lecz w tej samej firmie? Czy tego chcę? Czy jeśli zmienię zakład pracy, lecz zostanę w podobnej branży, to będę usatysfakcjonowany? Co czujesz zadając te pytania?

Bo ja frustrację.
Gdybym mogła zmienić przeszłość, nie wahałabym się. Wybrałabym inny kierunek studiów, doświadczenie zdobywałabym już podczas nauki w szkole, zamiast tańczyć na akademickich stołach ze znajomymi. Bardziej ukierunkowałabym się na przyszłość i na cele, które chcę osiągnąć i dziś nie narzekałabym, że robię bzdurne rzeczy za śmieszne pieniądze. Byłam leniwą konformistką, to teraz mam…

Człowiek nabiera mądrości i pokory z wiekiem. Jedni wcześniej, inni później, choć nie bez znaczenia jest tu zapewne wychowanie. Bogaci, przedsiębiorczy rodzice wychowają dziecko na samodzielne i sprytne, podczas, gdy etatowi opiekunowie bez wiary w marzenia pokażą dziecku pracę jedynie jako smutny, lecz niezbędny sposób na zarabianie pieniędzy. By starczyło do 1-ego.

Nie mogę wpłynąć na przeszłość, ale mam przyszłość przed sobą. Mogę sporo zmienić, mogę się przebranżowić. To trudne, czasochłonne i wymaga poświęceń. Czy zatem warto? Na szybko zrobiłam kalkulację w głowie: jeżeli teraz mam 30 lat, a moje studia wstępne trwają dwa lata plus czteroletni program licencyjny, dodać praktykę i staże, to na swoim będę w wieku 36 lub 37 lat. Do tego czasu będę się uczyć, praktykować i płacić około 3.500-4.000 zł rocznie. Pomnożyć przez sześć lat, w sumie 21.000-24.000 złotych. Po drodze książki, podręczniki, kserówki, pisanie pracy dyplomowej, praktyka własna, która też wymaga nakładu. Stoję pod znakiem zapytania.

Rozpoczynając pracę na wymarzonym stanowisku będę w pięknym wieku średnim, podczas gdy znajomi po fachu będą już mogli poszczycić się niejednym osiągnięciem, pracą czy książką powstałą przez lata własnych obserwacji. Warto?

Coach i trener rozwoju osobistego, Michał Pasterski zachęca by to zrobić, w myśl zasady, że nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli mielibyśmy rozpocząć ukochaną pracę w wieku 40 lat, to czy nie warto dla tych 20-30 lat, które zostały do emerytury? Nigdy nie jest za późno, by zacząć się realizować i spełniać marzenia. Niech za przykład posłużą tu Uniwersytety Trzeciego Wieku, które cieszą się popularnością wśród ludzi młodych duchem, choć nie metryką. W którymś momencie w końcu musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nikt nie ofiaruje nam szczęścia, satysfakcji i spełnienia, wszystko jest tylko w naszych rękach.

A co jeżeli zmiana trasy przyniesie rozczarowanie? Koszty nauki nie zwrócą się, nie będę mieć klientów lub nie skończę szkoły, bo zabraknie mi pieniędzy? Co jeżeli nie będę mieć czasu na ukochane książki, kino, znajomych, albo co gorsze- nowa praca nie przyniesie oczekiwanej satysfakcji bo piękna była jedynie w marzeniach?

I tak wygram. W końcu będę bogata w doświadczenie, która odpowiednio przefiltrowane zamieni się w mądrość i radość. Bo tym jest życie przecież- doświadczaniem, empiryzmem w każdym drobnym przejawie. Kim byłby poeta, który nie doświadczył miłości? Tym samym co marzyciel nie sięgający gwiazd. A przecież właśnie dzięki marzycielom i idealistom mamy komputery, Mcbooki, żarówkę czy cyfrowy aparat. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, bo za pierwszym krokiem przychodzą następne i nagle jesteśmy w procesie. W wielkim procesie zmiany, życia, chwytania odległych dotąd marzeń za złoty ogon.


Zdjęcie: www.tapeta-most-drzewa-1.na-pulpit.com