Wszechświat nieustannie podrzuca piękne prezenty.
Tyle, że nie zawsze potrafimy je dostrzec.
Bo przecież mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Trzeba pozmywać naczynia, zrobić zakupy, uprać ciuchy,
a wreszcie zalec na kanapie z nogami wyciągniętymi przed siebie,
delektując się ciepłym powietrzem i dobrym filmem na canal plus.
Takie to nasze ludzkie życie.
Trochę bez sensu, nie uważasz?
Odkąd pamiętam, zawsze potrzebowałam czegoś więcej.
W przeciwieństwie do kolegów i koleżanek z podwórka
świat materialny nie interesował mnie tak bardzo.
Poszukiwałam wszystkiego co mogłoby rozwinąć umysł i chyba dlatego
przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i dziwaka.
Czytałam wiersze szukając w nich mistycyzmu, słuchałam muzyki, która
rozwijała wrażliwość. A w okresie „buntu”, gdy normalny nastolatek palił fajki za rogiem szkoły, ja jeździłam na „oazy” śpiewając piosenki o Jezusie. Jak to dobrze, że
ten okres już minął. Zaczęłam zadawać coraz bardziej niewygodne pytania i tak dotarłam do miejsca w którym jestem.
A jestem w pięknym miejscu swojego życia.
Rozwijam się duchowo, ale inaczej niż kiedyś.
Mam bardziej otwarty umysł. Odrzucam wszelkie dogmaty,
uczę się słuchać Wszechświata i w tym cudownym sprzężeniu zwrotnym Wszechświat wysłuchuje też mnie. Skąd to wiem? Bo daje mi dokładnie to, czego potrzebuję.
W momencie kiedy nauczyłam się ufać, że jest tak jak ma być, przestałam mieć większe problemy. Życie zaczęło się układać w najlepszy (czyli najbardziej rozwojowy) sposób.
Oto pojawia się nie jedna propozycja pracy ale cztery naraz.
Oto nagle pieniądze pojawiają się ze źródła, które wydawało się pustynią.
Oto nagle w najmniej oczekiwanym momencie ktoś wysyła maila „to co robisz, jest dobre”.
I jak tu nie kochać życia?
Stare, japońskie przysłowie brzmi: „uważaj o czym marzysz”, bo w istocie, każde marzenie podlega przestrzennej transformacji z niematerialnego w materialne.
Pomyśl o swoim dzieciństwie. Czyż nie jest tak, że wiele z rzeczy, które wypowiedziałeś na głos spełniło się?
Jakieś pół roku temu pojechałam do Warszawy na warsztaty dziennikarstwa filmowego.
Spotkałam ciekawych ludzi ze świata polskiej kinematografii, poznałam paru dziennikarzy i przełamałam kilka sztywnych koncepcji. Okazało się, że potrafię żyć w niewygodzie, że umiem spać w wieloosobowym pokoju, i że Warszawa nie taka straszna.
W stolicy, w przerwach między wykładami na kursie, spotkałam Beatę Pawlikowską na Kongresie Kobiet Biznesu. Chwilę z nią porozmawiałam, zachwycona wzięłam autograf i w tym samym momencie wypowiedziałam na głos życzenie: jak wspaniale byłoby wyjechać za granicę na dłużej, zarobić większe pieniądze, by pojechać dalej.
Wszak upragnione Indie czekają. Może warto byłoby w końcu się odważyć…
Wszechświat usłyszał moją prośbę i stanowczo odpowiedział.
Zapakował spełnione życzenie w ozdobny papier przewiązując kolorową wstążką.
Jadę do Niemiec.
Na dłużej. Do pracy.
Boję się, a jakże. Ale w tym lęku kryje się również ciekawość i ekscytacja.
Jak będzie? Kogo poznam? Czy przez dwa miesiące nauczę się języka?
Bo przecież mam deja vu.
Trzy lata temu pojechałam do Norwegii.
Miały być pieniądze a wyszło bankructwo.
Jednak jest tu drobna różnica.
Norwegia była na siłę, Germania pojawiła się spontanicznie.
I ja równie spontanicznie powiedziałam jej „tak”.
Rozwój wydarza się poza strefą komfortu.
I jeśli chcemy się rozwijać powinniśmy robić w życiu jedną rzecz. Decydować się na to, co przeraża i napełnia obawami. Bo w ten sposób idziemy naprzód.
Smakujemy prawdziwego życia.
Doświadczamy.
Poznajemy siebie i własne ograniczenia.
Puszczamy to, co zbyteczne.
Ostatecznie kiedyś każdy będzie zmuszony zadać sobie pytanie: „Jak żyłem?”
Robiłem pranie, zmywałem naczynia, kupowałem i leżałem na kanapie oglądając canal plus?
Trochę bez sensu byłoby tak odpowiedzieć, kiedy prawdziwe życie tętniło ferią barw i smaków, tuż za oknem.
Co odróżnia artystę od zwykłego autora? Sposób zachowywania się? Wykształcenie? A może dorobek literacki? Otóż nie. Bycie artystą to często kwestia wyboru. Decyzja, by praca była czymś więcej niż zwykłym warsztatem. A tu z pomocą wszelkim twórcom przychodzi kreatywność. Właściwość, która przypisana jest człowiekowi niezależnie od tego kim jest, ile ma lat i gdzie się urodził.
Jeśli wierzyć licznym pisarzom, twórczości można się nauczyć. Jak? Przede wszystkim trzeba zaprząc kreatywność do działania a w chwilach kryzysu lub obniżonej energii na nowo ją rozbudzić. Od wielu lat rynek wydawniczy oferuje książki napisane przez twórców i odblokowanych artystów, którzy udzielają merytorycznych wskazówek jak pisać dobrze. Dzielą się metodami, które pomagają młodym marzycielom nareszcie chwycić za pióra, udzielają lekcji podając rzetelne instrukcje.
Pierwszymi polskimi autorami, którzy podzielili się tajnikami własnej sztuki byli niewątpliwie: Melchior Wańkowicz z Karafką La Fontain’a wydaną w 1972 (wznowioną przez wyd. Prószyński i S-ka w 2010 roku) oraz Ryszard Kapuściński ze swoim Autoportretem Reportera (wydaną w 2003 przez wyd. Znak). Jednak o ile książki wyczerpują temat warsztatu pisarza i reportera, o tyle na temat kreatywności ledwie wspominają. Nowością na polskim rynku jest natomiast podręcznik pisania pod jakże prostym lecz chwytliwym tytułem: Jak zostać pisarzem (wyd. Bukowy Las 2011).
Jak zostać pisarzem. Praca zbiorowa
Książka reklamuje się jako pierwszy polski podręcznik dla autorów. Rozpoczyna się próbą zgłębienia czym jest natchnienie i jaką rolę odgrywa w pracy każdego pisarza. I choć początek ma lekką formułę, to autorzy poważnie podeszli do zadania. Jak zostać pisarzem jest pełnowartościową pracą na temat sztuki i stylów pisania.
Podając przykłady polskich prozaików a także ich cytując, wyczerpująco zgłębiają temat. Czytelnik ma szansę dowiedzieć się nie tylko w jaki sposób pracują najwięksi twórcy, dostaje również instrukcję obsługi, by poradzić sobie z własnym dziełem. Dzięki temu może wzbogacić własną twórczość o ciekawe wątki i zabiegi stylistyczne, które urozmaicają jego teksty, nie tylko literackie lecz także reklamowe i biznesowe.
Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania. Katarzyna Bonda
Katarzyny Bondy nie trzeba reklamować. Jej świetnie skonstruowane kryminały świadczą o jakości warsztatu. W podręczniku dla przyszłych autorów odziera akt twórczy z tajemnicy. Nie istnieje żadne natchnienie, a to co czyni powieść wybitną, to tylko wytrwała praca. Oto okazuje się, że najlepsza literatura rodzi się latami, często w bólach cierpliwości. Pisarz powinien być systematyczny i zdyscyplinowany, bo tylko w ten sposób doprowadzi pracę do końca. Efektem będzie lekkostrawna lektura, w którą zaangażuje się czytelnik.
Bonda dzieli się własnym doświadczeniem, radzi czego unikać w pracy twórczej i podaje pomysły na to jak skonstruować rzetelnego bohatera wraz z fabułą trzymającą w napięciu.
Tytuł książki pozbawia nas resztki złudzeń. Maszyna do pisania, to narzędzie trudnej i wytrwałej pracy rzemieślniczej. Nie zadowoli ona marzycieli i poetów, lecz autorów, którzy twardo stąpają po ziemi.
Wielka Magia. Elizabeth Gilbert
Elizabeth Gilbert, w przeciwieństwie do Katarzyny Bondy uważa, że natchnienie jest udziałem każdego twórcy, i przejawia się w nagłych, genialnych pomysłach a przyciągnąć je można poprzez otwarty umysł. Autorka Jedz, módl się, kochaj twierdzi, że pomysły zamieszkują przestrzeń, skąd wypatrują przyszłych twórców. Jeżeli idea postanowi nas odwiedzić, a my nie zajmiemy się nią należycie, odejdzie do bardziej czułego artysty. Zabawna teoria? Ja uważam, że należy potraktować ją jak najbardziej serio, bo w nagrodę otrzymujemy radość tworzenia i pracę, która jest po prostu dobrą zabawą.
Gilbert uważa, że każdy z nas ma dostęp do kreatywności, a to co ją rozbudza to ciekawość świata i otwartość na zjawiska. Autorka obiecuje, że jeżeli tylko zgodzimy się zdjąć ciężkie brzemię odpowiedzialności z naszych popisów literackich, w zamian otrzymamy lekkie pióro. Bo, czyż to nie oczekiwania budują nieprzyjemne napięcie i frustrację? Gilbert radzi, by wyzbyć się perfekcjonizmu, który jest wrogiem prawdziwej twórczości: W miarę dobra powieść napisana teraz jest lepsza niż idealna powieść pedantycznie napisana na świętego nigdy.
Droga Artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę. Julia Cameron
Jeżeli Wielka Magia była wstępem do krainy twórczego natchnienia, o tyle podręcznik Julii Cameron jest biblią kreatywności. Ten 12-tygodniowy kurs powstał w 1992 roku, a ze względu na swoją rosnącą popularność, był kilkukrotnie wznawiany. W Polsce został wydany zupełnie niedawno, bo w 2013 roku, przez wydawnictwo Szafa.
Książka podzielona jest na dwanaście rozdziałów, a każdy z nich jest osobnym tygodniem, w którym odbywa się tzw. twórcze odrodzenie. Na czym ono polega? Na nauce tworzenia, bez oceniania. Czytelnik zobowiązuje się: po pierwsze pisać każdego ranka poranne strony- dziennik-w którym zostawia własne uczucia; a po drugie ma odbywać ze sobą randki artystyczne.
Brzmi ciekawie? Radki odbywają się raz w tygodniu i polegają głównie na zabawie. Zasady są proste: żadnego towarzystwa. Mają cię one nauczyć konstruktywnego działania w samotności, bo dobra zabawa napełnia umysł wrażeniami i prowokuje do tworzenia. Autorka przez wiele lat prowadziła zajęcia wśród zablokowanych pisarzy, aktorów, tancerzy, malarzy, którzy utknęli w martwym punkcie bo nie mieli dostępu do własnej kreatywności. Książka Cameron uczy nas jak na powrót stać się dziećmi, które w tworzeniu znajdują nie tyle pracę, co dobrą zabawę przynoszącą spełnienie osobiste.
Jak zostać pisarzem i Maszyna do pisania dadzą ci wskazówki, które będziesz mógł wykorzystać w każdym tekście a Wielka Magia i Droga Artysty nauczą Cię czerpać radość z faktu posiadanego przez Ciebie talentu. Bo przecież chodzi o to, aby życie przeżyć z pasją, a każdy kolejny dzień miał trochę inny smak od dnia poprzedniego. Dobrze wykorzystana kreatywność rozwija nas jako ludzi, a także jest najlepszym sposobem na uczynienie z życia ciekawej podróży ku nieznanym krainom. Pamiętajcie, by podręczniki potraktować jako narzędzia służące rozwojowej zabawie, bo to w niej tkwi geniusz. Inspirującej lektury!
W naszym jednostkowym życiu najbardziej zmagamy się z dwoma modelami działania. Pierwszy to: zrób coś przyjemnego teraz, a w jakiejś nieokreślonej przyszłości jako konsekwencja pojawi się nieprzyjemne. Powtarzaj przyjemność dość często a nieprzyjemne pojawi się wraz z odsetkami, bez których moglibyśmy spokojnie żyć.
Drugi model to: zrób teraz coś, czego wygodniej byłoby nie robić i odnieś korzyści z tego później. Powtarzaj to zachowanie dość często, a w przyszłości zbierzesz plony w postaci pomnożonych odsetek. B.K.S Iyengar
Joga światłem życia
Powyższy cytat był jak szklanka zimnej wody w upalny dzień.
Oto nagle znalazłam się w domu!
Więc wszystko to, czemu się oddaję z takim zapałem, ma sens.
Dyscyplina, samokontrola i silna wola zwyciężają na drodze do szczęścia.
Nie zawsze żyłam tak jak teraz.
Był okres liceum i co sobotnich dyskotek.
Był okres studiów i conocnych imprez do świtu.
Był okres żywienia się hot-dogami z podejrzanej budki
i wypijania dwóch litrów coli dziennie.
Towarzyszyły temu: niepokój, zmęczenie i brak zadowolenia.
A więc coś robię źle, pomyślałam.
Zaczęłam poszukiwania, biorąc na celownik dietę.
W ręce wpadła mi książka Petera Singera o prawach zwierząt; potem
uzupełniłam ją „Szalonym Kowbojem” Howarda Lymana. Wiedziałam już, że nigdy w życiu nie tknę mięsa. I że moje pierwotne reakcje w dzieciństwie były prawdziwe.
„Nie zjem”, „fuj”, „to nienaturalne”.
Intuicyjnie czułam, że dieta to nie wszystko, to ledwie wstęp do czegoś więcej. Bo człowiek to nie tylko ciało, mamy jeszcze umysł i duszę. Szukałam dalej…
Na studiach dziennikarskich poznałam chłopaka, Krystiana. Przyciągnął mnie do siebie nieśmiałą innością. Okienka między wykładami sprzyjały zacieśnianiu więzów.
Otworzył się. Zaczął mówić o Dharmie. „Opowiedz mi jeszcze!”, prosiłam łapczywie.
Tak poznałam buddyzm. A potem, Wszechświat jakby w odpowiedzi na moje pytania podsunął mi te słowa przeczytane w pewnej gazecie…
Aby studiować buddyzm, trzeba studiować siebie. Aby studiować siebie, trzeba zapomnieć o sobie. A zapomnieć o sobie- to być oświeconym przez wszystko i wszystkich.
Pół roku później byłam już stałym bywalcem buddyjskiego ośrodka, w którym nauczyłam się medytować. Co prawda nikt z praktykujących nie był wegetarianinem; były co sobotnie imprezy, piwo i wino lały się strumieniami, ale dopiero po pięciu latach zaczęło mi to bardziej przeszkadzać, do tego czasu jedynie uwierało.
Zaczęłam się zastanawiać jak to jest możliwe, że w ośrodkach w których dbałość o karmę (a więc o przyczynę i skutek) powinna być na pierwszym miejscu, a tymczasem ludzie zarywają noce, obżerają się cukrem, piją alkohol i jedzą mięso tak jakby przyczyna i skutek w stosunku do ciała w ogóle nie istniały?
Owszem, buddyzm kładzie nacisk na przemijalność, owszem nikt z nas nie jest własnym ciałem, ale póki je mamy, czyż nie lepiej i zdrowiej byłoby je szanować? Kłaść się o 22, wstawać skoro świt, zdrowo karmić, nie pić i dużo spacerować?
W buddyzmie zabrakło mi pracy z ciałem, a ono wołało o pomoc. Było tak pospinane, że chodziłam nienaturalnie przygarbiona. Nie czułam go. Jakby było nie moje.
Nadal czegoś szukałam, choć nie umiałam tego nazwać. Nadal żyłam tak jak lubię, nawet mimo tego, że znajomi się ze mnie śmiali. Poniedziałek czy piątek, ja w łóżku byłam już o 22 i konsekwentnie wstawałam o 6. Przeszłam na weganizm, bo cukier i nabiał rujnowały mi zdrowie. Nadal nie piłam. Spacerowałam. Już nie medytowałam Bo ile można siedzieć na poduszce w niewygodnej pozycji, z podbródkiem bezwładnie opadającym ku klatce.
Aż pewnego poranka, z ciekawości, bo zawsze to za mną chodziło poszłam na jogę.
To było dziwne spotkanie. Myślałam, że się zrelaksuję, że będzie miło a w tle zagra indyjska muzyka. Tymczasem, zamiast muzyki była nabożna cisza przerywana jedynie słowami nauczycielki prowadzącej zajęcia.
Zabolało. Nie tylko ciało. Zabolało mnie ego. Ze nie potrafię. Że mam 30 lat, a 60-letnia kobieta obok potrafi coś, co dla mojego ciała jest abstrakcją. Poczułam mięśnie. Ale tak naprawdę, dogłębnie, tak jakbym pod mikroskopem zaglądała do własnego wnętrza. Poczułam te miejsca o których istnieniu nie miałam pojęcia.
I czułam je jeszcze przez najbliższe dni.
-Czy ja źle ćwiczyłam, że mnie tak wszystko boli?– zapytałam Agnieszki, koleżanki, która ćwiczyła jogę przez wiele lat. -Wręcz przeciwnie. Nareszcie zaczynasz czuć własne ciało.
Poczułam je być może po raz pierwszy w swoim trzydziestoletnim życiu.
Wróciłam, a jakże. I skupiłam się na poszukiwaniach najlepszego dla siebie nauczyciela.
A że jestem drobiazgowa i dociekliwa nie omieszkałam zasięgnąć opinii najstarszego jogina w Polsce, znanego w całym kraju. Wysłałam więc do niego maila, a tydzień później nadeszła odpowiedź z nazwiskami. Sprawdziłam je. Poszłam do każdego z instruktorów po kolei, u dwójki zostałam.
Ćwiczę codziennie. W zasadzie „ćwiczenie” to niewłaściwe słowo, bo wiąże się wyłącznie z fizycznym aspektem jogi. A joga to filozofia, która ma doprowadzić do pełnej integracji ciała, umysłu i duszy. Hatha joga, której z sercem się oddaję, jest jogą dyscypliny. Lub, jak nazwał ją wielki indyjski mistrz, B.K.S Iyengar, Jogą silnej woli.
Kiedy przeczytałam jego książki i natrafiłam na ten zwrot, wiedziałam że jestem w domu.
Wiedziałam już że nikomu nie muszę się tłumaczyć z własnej dyscypliny, ani z tego że nie piję, że nie jem cukru, że nie zarywam nocy i nie gadam o bzdurach, bo szkoda mi czasu.
Uczę się. Każdego dnia od nowa, z umysłem początkującego. Nie tylko przez 1,5 godziny na zajęciach, ale również pomiędzy każdym wdechem a wydechem. Wiem już, że im częściej będziemy wzmacniać własną samokontrolę poprzez unikanie zwykłych przyjemnostek, które przynoszą zgubne konsekwencje a ćwiczyć się w nawykach wymagających siły woli, tym większa szansa że osiągniemy szczęście. Lub po prostu nauczymy się je przeżywać we właściwy sposób.
Logicznie rzecz biorąc, posiadając zdrowie i sprawując samokontrolę, jesteśmy w stanie coraz lepiej kierować naszym życiem. Jesteśmy szczęśliwi, gdy panujemy nad własnym życiem, ponieważ doświadczamy wtedy coraz większej wolności.
„Im większe zagrożenie, tym szybciej postępuje ewolucja”. Elizabeth Gilbert, Botanika Duszy
Lubię niedziele.
Za niespieszne, ciche poranki które pozwalają całkowicie oddać się lekturze przy wielkim kubku mocnej kawy. Dziś wstałam o 6.00, by dokończyć książkę, którą delektowałam się od tygodnia. Delektowanie się to najlepsze słowo oddające charakter tej powieści. Czasem potrzebuję, ot zwykłego zachwytu. Zachłyśnięcia się pięknem fabuły, estetyką słowa.
Botanika Duszy Elizabeth Gilbert nie jest nową książką.
Została wydana dwa lata temu. Mimo, że zawsze miałam ją w zasięgu wzroku i mijałam ją między półkami z napisem TOP 25, nie wzięłam jej wówczas do rąk. Może ze względu na nieodłącznie towarzyszący jej okładce napis: „bestseller”.
Nigdy nie lubiłam tego wyświechtanego słowa. Dla mnie oznaczało: komercję, pisanie pod publikę i łatwy odbiór. Bo przecież coś, co tak łatwo zadowala gusty milionów nie może być wielkim działem, czyż nie?
Pomyliłam się.
I dobrze mi z tym.
Lubię czymś tak miło się zaskoczyć.
Botanika Duszy to książka wielowymiarowa.
Opisuje dzieje życia utalentowanej, niebywale inteligentnej choć niezbyt urodziwej kobiety imieniem Alma. Zamiłowanie do botaniki dostała w spadku z krwią przodków, podobnie jak bystry i chłonny umysł oraz umiejętność prowadzenia zaskakujących dysput.
Dziewczynka pomimo a może właśnie z tego powodu, że nigdy nie zainteresowała sobą żadnego mężczyzny, nie miała też prawdziwych przyjaciół, a stosunki z siostrą były oschłe, oddała się dziedzinie nauki zwanej briologią. Studiowała mchy, które po wielu latach badań doprowadziły ją do sformułowania odkrywczej teorii przetrwania gatunków.
Liz Gilbert przedstawiła Almę nad wyraz rzetelnie. Dzięki temu otrzymujemy wiarygodną bohaterkę, wraz z jej licznymi tęsknotami, kwitnącą seksualnością, i pasją dążenia do prawdy, która w trudnych sytuacjach, jako jedyna trzyma przy życiu.
Lubię Liz za jej osobowość i wiarę w to, że każdy człowiek posiada dostęp do kreatywności.
Jej najnowsza książka, Wielka Magia zajmuje na mojej półce czołowe miejsce. Te dwie pozycje wspaniale się uzupełniają. Botanika Duszy potwierdza tezę zawartą w Wielkiej Magii. Że w istocie jesteśmy powołani do tworzenia rzeczy wielkich. I że kreatywność jest jedynie kwestią otwarcia umysłu, na to co Wszechświat zechce nam dać.
Pisarka przy okazji premiery Botaniki… opowiedziała w jaki sposób zajęła się pisaniem książki o roślinach. Po prostu rośliny stały się jej chwilową odskocznią po poprzedniej książce. Miały być odpoczynkiem, zmianą kierunku, czymś w rodzaju „zarybiania wyschłego stawu”, Zdawało się jej wtedy, że pomysły się skończyły. I tak, amatorsko zaczęła hodować ogród a świat kwiatów zaintrygował ją na tyle, że stał się pasją. Z pasji natomiast narodziła się Botanika Duszy.
Dobrze jest mieć potwierdzone w 572 stronach to, co Gilbert zawarła w Wielkiej Magii. Kreatywność jest udziałem nas wszystkich. A rzeczy wielkie, co też piękne biorą się z zachwytu nad światem i z wiecznej ciekawości niezgłębionego życia.
Tytuł: Botanika Duszy Autor: Elizabeth Gilbert Wydawnictwo: Rebis Rok wyd.: 2014 Stron: 572
Niepostrzeżenie nadszedł czerwiec i przyniósł kolejne święto.
Dzień Dziecka.
Boże, mnóstwo tych świąt. Powoli się gubię.
Ale o Dniu Dziecka pamiętam zawsze.
Jest dla mnie ważniejszy niż Dzień Kobiet; ba! nawet od własnych urodzin.
Ale dlaczego? Przecież własnych dzieci nie mam…
Zanim jednak przejdę do wyjaśnień przeczytajcie pewną opowieść:
Było upalne lato. W dusznym pokoju siedziała młoda mama i jej trzyletni synek. Chłopczyk bawił się klockami, a mama zaczytywała się w kolorowej gazecie. Nagle przez otwarte okno wleciała mucha robaczyca powodując mnóstwo hałasu i zamieszania. W końcu zdenerwowana kobieta zwinęła gazetę w sztywny rulon i zaczęła ganiać muchę po pokoju. -Co robisz?!-krzyczy przerażony synek. -Nie lubię much, trzeba ją zabić. -Zostaw ją, proszę! -A niby dlaczego? -Bo dotrzymuje nam towarzystwa…
Niezależnie od wieku, każdy z nas ma w swoim sercu Dziecko
pełne empatii, miłości i sprawiedliwości. I dlatego tak lubię pierwszego czerwca.
Przypomina mi, że mały człowieczek wciąż jest we mnie obecny i jeżeli tylko dobrze go nakarmię, zabiorę na spacer i podaruję mu prezent on zrewanżuje się odwagą, radością i głęboką wdzięcznością.
Zdaję sobie sprawę, że już wielokrotnie o tym czytaliście.
Pomyślicie, że Emocjonalna blogerka się powtarza.
A niech tam! Będę się powtarzać, bo dla mnie to temat tyle ciekawy,
co niezgłębiony.
Wewnętrzne Dziecko, to nie osoba, choć w przypływie
czułości tak możemy je traktować. Wewnętrzne Dziecko, to cecha naszego serca, aspekt psychiki,
który powoduje ciekawość i budzi oryginalną kreatywność.
Wewnętrzne Dziecko to chęć zabawy.
Pragnienie wyrwania się z rutyny i wypłynięcia na głębokie wody.
Wewnętrzne Dziecko to życie w zgodzie z prawami natury
oraz z cyklem własnego serca.
To również głos intuicji i głębokiego przejawu miłości.
Dzieci nie różnicują, nie dzielą, nie tworzą barier.
Dla nich Wszechświat jest piękną i doskonałą jednością.
Nie boją się wchodzić na drzewa i robić fikołków na piasku.
Nie analizują czy sytuacja, w którą chcą wejść będzie dla nich
dostatecznie korzystna.
Pozwalają sobie być w tu i teraz. Po prostu.
I cieszą się z drobiazgów.
Pomyśl teraz przez chwilę o sobie.
Czy jesteś wdzięczny, odważny i radosny?
A może więcej analizujesz i wciąż się czymś zamartwiasz?
Podarujcie sobie prezent.
To nie luźna propozycja. To zadanie dla Was.
Ja zabieram dziś moje Dziecko na piknik z książką na trawie
a potem idziemy do kina na „Alicję po drugiej stronie lustra”.
Niczego nie oczekuję w zamian choć i tak dostanę sporo.
Wdzięczność za życie.
Radość istnienia
i miłość od świata.
Więcej niż mogłabym chcieć.
Wytrwałość.
Słowo dobrze znam znane.
Dla niektórych oznacza ciężką pracę do wykonania.
Dla innych nudną konsekwencję i dyscyplinę.
Jakkolwiek o niej myślimy, jest niezbędna, by odnieść sukces.
A gdy już nadejdzie, wytrwałość pomaga go udźwignąć i nie utonąć w odmętach samozadowolenia.
Zadam Ci teraz ważne pytanie:
Czy jesteś wytrwały?
Wyobraź sobie, że do sukcesu potrzebujesz jedynie wytrwałości, niczego więcej.
To nie pobożne życzenia.
Statystyki dowodzą, że wygrywają wytrwali i zdyscyplinowani.
Nie przebojowi, nie pyskaci i nie ci, którzy posiadają liczne znajomości.
Ba! Nawet nie utalentowani!
Talent, nawet największy jest niczym bez wytrwałości.
To ona go rozwija, to ona posuwa nas naprzód.
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie wykład mojego promotora podczas ostatnich zajęć podyplomowych. Nadszedł czas podsumowań i wygłoszenia inspirującej mowy dla przyszłych specjalistów od zarządzania treścią w krainie social mediów.
Piotr Bucki zachęcał więc do wytrwałości mimo przeszkód.
Do pisania, spełniania marzeń i realizowania celów małymi kroczkami.
Na dowód podawał nazwiska osób, którym się udało.
Pokazywał w internecie ich dokonania.
A przecież jeszcze do niedawna nikt o nich nie słyszał.
Wygrali, bo byli wytrwali.
Czyli byliby dziś tu, gdzie są gdyby nie ich determinacja?
Czy sam talent wyniósłby ich na piedestał?
Jako pasjonatce literatury przychodzą mi też do głowy nazwiska pisarzy.
Utalentowanych, ale i pracowitych, którzy po pierwszych nieudolnych próbach szli dalej.
Katarzyna Bonda, Elizabeth Gilbert, Katarzyna Grochola, Jack London i wielu innych.
Duchowi mistrzowie zwykli mawiać, że oświecenie smakuje potem, krwią i łzami.
Tak samo każdy sukces, zawodowy, osobisty czy partnerski
wymaga poświęcenia i całkowitego zaangażowania,
bo mimo pragnień, wielkie rzeczy nie przychodzą łatwo.
Gdyby tak było, ile mielibyśmy w sobie szacunku i wdzięczności za osiągnięty cel?
Mimo życia w epoce szybkiego zaspokajania nawet wyrafinowanych potrzeb zapomnieliśmy czym jest prawdziwa wytrwałość i dyscyplina. W trudne projekty angażujemy się na pół gwizdka, szukając jednocześnie łatwiejszych i przyjemnych.
I pewnie dlatego tak szybko się zniechęcamy.
Porzucamy dobre pomysły, niedokończone powieści, zamykamy małe firmy, bo wszystkie wymagają od nas zaangażowania i trudnej wiary.
Rozwiązaniem może być powrót do dawnych wartości, w których jakże dziś niemodna dyscyplina była kiedyś osią życia niemal każdego człowieka.
Potraktujmy więc własne pomysły niczym dzieci.
Nawet krnąbrne i szalone, poprzez uważną miłość i czas spokornieją i odwdzięczą się w najlepszy możliwy sposób. Dzięki temu być może uda nam się osiągnąć każdy cel, a w najgorszym wypadku i tak rozwiniemy mentalne skrzydła i umocnimy własny charakter.
Czyż gra nie jest warta całkowitego zaangażowania?
Jaką rolę odgrywają w Twoim życiu książki?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać, gdy pewnego wieczoru zaczęło boleć mnie ramię.
Dlaczego ramię? Bo gdziekolwiek wychodzę, w wielkiej torbie z łowickim haftem zawsze trzymam książkę. Lub dwie.
Nawet jeśli jest tam tysiąc ciężkich rzeczy. Nawet gdy boleśnie przez to tracę kobiecą oś ciała. Bo nigdy nie wiadomo kiedy będę potrzebować przyjaciela, który milcząco dotrzyma mi towarzystwa.
Ale zacznijmy od początku.
Kojarzycie obyczaj wyprawiania dziecku pierwszych urodzin?
Zjeżdża się wówczas cała rodzina.
Wszyscy wujkowie, ciocie, babcie, dziadkowie.
Stół zastawiony jest przedmiotami, których wybór przepowie przyszłość dziecka.
Wybranie pieniędzy symbolizuje bogactwo.
Książka, wykształcenie i mądrość.
Różaniec, religijne powołanie.
A alkohol… każdy wie.
Z całkowitym oddaniem i pewną ręką wybrałam książeczkę.
Natomiast dwa lata później, gdy byłam trzyletnim szkrabem, domagałam się, by zapisać mnie do biblioteki.
Tak też się stało.
Tata wziął mnie za rękę i zaprowadził do najpiękniejszego na świecie, przytulnego przytułku książek pachnących starością. Na miejscu bibliotekarka oznajmiła mi, że jestem najmłodszym zapisanym jak dotąd czytelnikiem. To był najpiękniejszy komplement!
Niedługo potem nauczyłam się czytać.
Gdy rodzice w sobotę zabierali mnie do miasta na lody,
ja marudzeniem, płaczem i szantażem wymuszałam zamiast lodów wizytę w małej księgarni.
To było jedyne mi znane miejsce sacrum.
Zachwycona oglądałam okładki, dotykałam palcem symetrycznych brzegów, wąchałam pojedynczo kartki aż zmuszona, by w końcu podjąć decyzję, z żalem rozstawałam się z tymi przyjaciółmi, których posiąść nie mogłam.
Mam 31 lat i niewiele się zmieniło.
Kocham książki i ich domy.
Kocham szelest kartek i ich zapach, lubię słowa i to jak dobierają się towarzysko, tworząc harmonijną i spójną logicznie treść.
Nie bywam już tak często w księgarniach bo odrzuca mnie krzykliwy marketing i reklama, ale odwiedzam antykwariaty.
Być może, specyficznie pachnące i zagracone
przypominają mi moją pierwszą wiejską biblioteką
A może po prostu bardziej do mnie pasują,
bo żadna z mieszkanek nie potrzebuje idealnie skrojonej szaty graficznej.
Ich wnętrze jest wszystkim co mają, a to wystarczy.
Mam niewielu znajomych i niewielu prawdziwych przyjaciół.
Czy dlatego, że zamiast wieczornego wyjścia zazwyczaj wolałam książkę?
A może dlatego, że książka w przeciwieństwie do człowieka nigdy nie jest w stanie rozczarować…
Oczywiście, wiem że papierowa relacja nigdy nie zastąpi tej fizycznej, skąd czerpiemy ciepło. Ale myślę, że gdyby nie książki, w życiu czegoś by mi brakowało i czułabym się uboga. Może to kwestia introwertyzmu. Tego, że bohaterowie nie żądają słów i akceptują głębokie emocje. Nie krępuje ich płacz, lubią wzruszać, kochają nakłaniać do przemyśleń.
Bo przecież lektury nie tylko towarzyszą; są czymś więcej.
Często to one kształtują nasz charakter i poglądy.
To one czynią nas dorosłymi, a czasami wręcz przeciwnie, wydobywają ze zbyt poważnych twarzy dziecięcą beztroskę.
Pamiętam, że moimi pierwszymi przyjaciółkami były „Ania z Zielonego Wzgórza” i
„Pollyanna”, pierwszym psem „Lessi, wróć” a gdy dorastałam zakochałam się w niespokojnych buntownikach :”Lordzie Jimie” , Konradzie z „Dziadów” a zupełnie niedawno krew znów uderzyła mi do głowy, gdy poznałam „Martina Edena”.
Miałam bardzo romantyczną naturę i tak mi zostało.
Może dlatego często słyszę, że bujam w obłokach.
Może nie o księciu co deklamuje wiersze,
ale o pracy wśród książek i słów.
Marzę o pracy w nabożnej ciszy, wśród zapachu papieru i dźwięku szeleszczących stron. Marzę o tytułach, które nawet mi się nie śniły i takich które przyprawiają o dreszcze: „Anna Karenina”, „Bracia Karamazow”, ” Ulisses”, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Czyż można wyobrazić sobie lepszych przyjaciół?
I czy można wyobrazić sobie lepiej spędzoną godzinę niż z książką w ręku, która spowoduje, że nagle świat zawiruje a gwiazdy zmienią swe położenie?
Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.
Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.
Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.
Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.
DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY
Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.
I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.
Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?
NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ
Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.
Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?
Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.
Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.
Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.
Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.
Wielkimi krokami zbliża się czerwiec a wraz z nim urlopy, wyjazdy i wojaże. Nie jestem wielką fanką podróży, co jedynie krótkich i nieskomplikowanych wycieczek, ale uwielbiam kino drogi. Filmowi bohaterowie odkrywają bowiem nie tylko geograficzne miejsca, lecz także poznają własne, często skomplikowane wnętrze. Wszak każda podróż jest dobrą okazją do stawiania ważnych pytań. Niech te filmy zainspirują Was zatem do przemyśleń na temat siebie i Waszej drogi do szczęścia.
10. Dzienniki motocyklowe (reż. Walter Salles; 2004)
Jaki był Che Guevara zanim dojrzał?
Przede wszystkim był pasjonatem życia, marzycielem i idealistą, który wierzył w równość.
Salles przedstawił go jako młodego studenta medycyny, który wyrusza wraz z przyjacielem w podróż po Ameryce Łacińskiej na starym motocyklu. Wydawać by się mogło, że właśnie ta podróż ukształtowała przyszłego rewolucjonistę, który na trasie poznaje ludzi, wraz z ich ubóstwem, chorobą i pragnieniami. Lubię ten film i lubię do niego wracać. Tchnie z niego młodzieńczą energią, która rodzi nowe pomysły i rozwiązania. Energią, która każe zadać sobie pytanie: po co jestem? Film nie zrewolucjonizuje Waszego życia, co najwyżej zabierze Was w barwną drogę z dwójką pozytywnych młokosów. „Dzienniki motocyklowe” to obraz dla lubiących naturalizm i spokojną fabułę.
9. Dzika droga (reż. Jean-Marc Vallee; 2014)
Poszłam do kina z myślą że to głównie przygoda. Lecz prócz przygody otrzymałam znacznie więcej. Przede wszystkim dostęp do wnętrza głównej bohaterki a także wiarę, że niemożliwe nie istnieje. Poznajemy przemyślenia bohaterki, wzruszamy się, delikatnie zahaczając o jej przeszłość.
Cheryl, podróżnicza amatorka i długodystansowy laik wyrusza w drogę sławnym amerykańskim szlakiem Pacific Crest Trail po to, by poukładać przeszłość. Uporać się z niełatwym dzieciństwem, narkotykami, własnym rozwodem i śmiercią ukochanej matki. Film niesie nadzieję, że w jakkolwiek trudnej sytuacji byśmy nie byli, zawsze jest z niej wyjście. Czasem potrzebujemy lat by wybaczyć, czasem potrzebujemy drogi. Jak pokazuje przykład Cheryl, która jest rzeczywistą postacią, czasem trzeba odciąć się się od zewnętrznego świata i pobyć tylko ze sobą, by móc zacząć żyć na nowo.
8. Droga życia (reż. Emilio Estevez; 2010)
Pisałam o tym filmie niedawno, ale warto bym napisała raz jeszcze. „Drogę życia” ogląda się bowiem z otwartym sercem i całkowitą sympatią do czwórki bohaterów, którzy odbywają pielgrzymkę do Santiago de Compostella.
Każdy z nich miał inny powód, by tu trafić. Sarah chce rzucić palenie, Jack napisać powieść, Joost stracić brzuch, a zacietrzewiony w sobie Tom rozrzucić na trasie prochy tragicznie zmarłego syna. Ten obraz jest jest jak hologram, niejednoznaczny i wielowymiarowy. Raz jest poważnie a za chwilę śmiesznie. Z każdym kilometrem coraz lepiej poznajemy czwórkę wędrowców, którzy dzielą się nie zawsze miłymi historiami z własnego życia, lecz jakże znajomymi dla nas, zwykłych widzów. Reżyser przekonuje, że to nie cel stanowi trzon życia, lecz droga, która do niego prowadzi.
7. Elizabethtown (reż. Cameron Crove; 2005)
W przeciwieństwie do poprzednich produkcji, nie znajdziecie tu globtroterskich wypraw, tylko spokojną podróż ulicami Ameryki w rytm muzyki, która wpada w ucho.
Po serii niemiłych doświadczeń, Drew dowiaduje się o nagłej śmierci ojca. Jego zadaniem jest sprowadzić ciało z prowincjonalnego miasteczka, gdzie ojciec pojechał z wizytą. Towarzyszy mu w tym przypadkowo poznana stewardesa, Claire która umila mu czas i wnosi powiew świeżej energii, do mało radosnego życia. Nie będę Was oszukiwać- to zdecydowanie kobiecy film i moim zdaniem zawiera wszystko, co taki obraz powinien mieć, by odprężyć Was w długi, sobotni wieczór. Jest tu wątek miłosny, spokojna fabuła i inspirująca muzyka, która często towarzyszy podróżnikom na trasie. Reżyser zdaje się pytać, czy rodzina nadal ma jakąś wartość w dzisiejszym społeczeństwie czy jest jedynie wymuszoną koniecznością.
6. Trzecia gwiazda (Hattie Dalton; 2010)
To film o umieraniu i o próbie życia w tu i teraz.
Śmiertelnie chory James wyrusza wraz ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi do Walii, by po raz ostatni zobaczyć swoje ulubione miejsce, do którego jeździł w dzieciństwie.
Wydawać by się mogło, że będzie smutno, i chwilami jest. Jednocześnie też film bawi i angażuje emocjonalnie. Bo co zrobić, jeżeli nie zostało już nic? Jak pogodzić się z umieraniem? Jak cieszyć się chwilą, gdy za rogiem czai się śmierć? Droga przez Walię jest trudna nie tylko dla samego Jamesa, który nadużywa morfiny, by uchronić się przed bólem. Jest trudna także dla jego przyjaciół, którzy nie potrafią skonfrontować się z ludzkim cierpieniem. Ta słodko-gorzka opowieść jest lekcją o przemijalności, z której mimo dramatycznego zakończenia wychodzi się z lekkim sercem.
5. Wszystko za życie (reż. Sean Penn; 2007)
Jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć więcej niż jeden raz. Ta produkcja wychodzi daleko poza tendencję kina drogi. Jest manifestem przeciwko konsumpcjonizmowi i wołaniem o wolność.
Christoper kończy studia i choć rodzina oczekuje od niego, że wybierze ścieżkę kariery zawodowej, on tnie na małe kawałki wszystkie swoje karty kredytowe, porzuca samochód, podpala banknoty i wyrusza na Alaskę po to by poznać jak smakuje życie w całkowitej dziczy. Na swojej drodze łapie stopa, poznaje inspirujących ludzi, próbuje nowych rzeczy, dorywczo pracuje jednocześnie wyrzekając się wszelkiego luksusu i materialnych dóbr. To film zrealizowany z tęsknoty za przygodą, wolnością i dzikością, od której odcinamy się budynkami z betonu i coraz nowszymi przedmiotami, które stają się bożkami domagającymi się uwagi. Christoper był autentyczną postacią. Młodym, świadomym chłopakiem który nie chciał żyć we władzy pieniądza. Pragnął jedynie beztroskiej wolności, jak wielu z nas.
4. I twoją matkę też (reż. Alfonso Cuaron; 2001)
Kocham ten film! Dla mnie to absolutny numer jeden w kategorii kina drogi. Ta latynoamerykańska opowieść rozbawi Was do łez! Uprzedzam, że do seansu trzeba być przygotowanym. Czyli żadnych ambitnych oczekiwań, żadnych prób doszukiwania się dziur w scenariuszu. Ten film po prostu się chłonie jak chłodny sok ze świeżego ananasa. Idealny na urlop lub na chwilę przed nim.
Dwójka zwariowanych nastolatków poznaje na uroczystości rodzinnej starszą od nich kobietę. Zafascynowani jej urodą zapraszają ją w podróż na tajemniczą meksykańską wyspę „Usta Niebios”. Początkowo niechętnie, kobieta zgadza się w końcu wyruszyć z nimi ulicami Meksyku w podróż pełną ekscesów. Niewinna trasa okaże się prawdziwym sprawdzianem przyjaźni dwójki chłopaków.
3. Sekretne życie Waltera Mitty (reż. Ben Stiller; 2013)
Oglądam zawsze, gdy mi smutno. Szybko poprawia nastrój i zabiera w podróż na Alaskę, w Andy i na Rejkjavik. Pozwala wierzyć, że dla każdej szarej myszki jest przygotowane ważne miejsce w świecie.
Bo Walter MItty niewątpliwie taką szarą myszą jest. Nieśmiały, pozwalający się wykorzystywać przełożonemu, bojaźliwy. Gdyby nie zaginione zdjęcie sławnego fotografa za które był odpowiedzialny pewnie nigdy nie wyściubiłby nosa z domu. A on tymczasem, w obliczu życiowego kryzysu, w średnim wieku zaczyna spełniać swoje marzenia o podróżach i życiu pełną piersią. Film dla ambitnych jak i dla niewybrednych; dla wszystkich, którzy chcą obejrzeć przyjemną produkcję i wyjść z domu z nowym spojrzeniem na życie i z wiarą w sens odległych marzeń.
2. W drodze (Walter Salles; 2012)
Dlaczego ten film dostał tak niskie noty na portalach filmowych? Nie mam pojęcia. Ja byłam nim zafascynowana. Może ze względu na bliską mi tematykę beatników? To już kolejna produkcja Waltera Salles’a w tym zestawieniu, który często tworzy motyw drogi w swoich opowieściach.
Film powstał na motywach książki sławnego beatnika Jacka Kerouca. Kto choć trochę poznał jego historię, ten wie, że mnóstwo tu wątków autobiograficznych. Podczas drogi młodych bohaterów mamy okazję zapoznać się z pokoleniem młodych artystów wczesnych lat 50. A ci znacznie różnili się od dzisiejszych pisarzy. Byli bardziej zbuntowani i bezczelni. Trójka bohaterów: Sal, Dean i jego dziewczyna wyruszą w podróż po Ameryce, podczas której mierzą się z wiarą we własne ideały. Dla mnie, to kino świeże i inspirujące, które zasługuje na wyższe noty i nieco więcej wrażliwej uwagi.
1.Zjawa (Alejandro Gonzalez Innaritu; 2015)
Podczas pierwszej sceny, siedząc w kinie pomyślałam, że „pachnie tu Londonem”. Bo w istocie, klimat filmu przypomina książki sławnego trapa i pisarza, które często rozgrywały się w górach i lasach pełnych zwierząt przedstawiając historie Indian i poszukiwaczy złota.
Zjawa jest świetnie zrealizowaną produkcją, z jednym minusem. Jest za długi. Pomijając jednak ten fakt, dostajemy niezwykle sugestywny obraz człowieka zdeterminowanego by przeżyć. To trudne kino pełne przemocy i cierpienia. Warto je jednak obejrzeć nie tylko ze względu na cierpiętniczą trasę jaką pokonał Hugh, by zemścić się na oprawcy syna. Także po to, by przekonać się ile trzeba wycierpieć by w końcu zasłużyć na Oscara…
A tu obejrzysz krótkie zestawienie najlepszych filmów drogi.
Zapraszam na mój kanał na youtube:
Ostatnie dni spędziłam u rodziców na wsi.
Z okazji jubileuszowej imprezy
zjechali się wszyscy z rodziny, nawet krewni zza granicy.
To był dla mnie moment powrotu do przeszłości.
Niektórych zobaczyłam po czterech latach przerwy,
innych po dziesięciu.
Przybyło zmarszczek, dzieci, kilogramów.
Ale nie ubyło pogody ducha, której krewniakom nigdy nie brakło.
Kiedyś, gdy byłam szkrabem, zjazdy rodzinne były cotygodniową normą,
A potem…
Dzieci dorosły, wnuki rozjechały się po świecie i jedyną okazją do uśmiechu
stały się kolorowe kartki wręczane przez listonosza.
Pamiętam, że co niedziela jeździliśmy do babci.
Na obiad były kartofle, mięso, buraczki i kompot z gruszek.
A gruszki rosły na podwórku.
Po obiedzie był deser. Wielki tort, który babcia wnosiła do salonu.
Kulinarny majstersztyk, którego nie powstydziłaby się sama Nigella.
Kto chciał rozmawiał, kto nie chciał, milczał.
Były zabawy, dziadek robił nam „samolota” a dorośli siorbali kawę.
Wykorzystałam tę okazję rodzinnego zjazdu, by skonfrontować się z przeszłością.
I w dniu po uroczystości odnalazłam w starych szafach albumy i kartony pełne zdjęć.
Znalazłam siebie, małą pyzę w długich lokach i siebie nastoletnią, chudą i przestraszoną.
Już jako trzyletni brzdąc byłam nieśmiała i zamknięta, a jako nastolatka uszczelniłam się jeszcze bardziej. Pamiętam tamte kompleksy chudych ramion i brzydkiej cery.
Pamiętam, że na dyskotekach podpierałam ściany.
I pamiętam że wiecznie się bałam.
Gdybym mogła teraz- jako dorosła- odwiedzić siebie tamtą, dziewczynę która biegała po łąkach i pisała wiersze, to przytuliłbym się mocno i powiedziała, „hej Kam, wyrośniesz na fajną kobietę i spotka cię wiele dobrego”. I choć wiele z dziecięcych marzeń nigdy się nie spełniło, to w zamian doświadczyłam wielu ważniejszych rzeczy.
Nie było białej sukienki, ale poznałam smak wyzwalającej miłości.
Nie zbudowałam drewnianego domu, ale jest metaforyczna przystań, w której ktoś zawsze czeka.
Nie ma satysfakcjonującej pracy, ale jest pasja życia, która rośnie po pracy.
Nie ma tuzina przyjaciół, ale są dobrzy ludzie wokół, na których zawsze mogę liczyć.
Przygarnęłam z kartonu jedno zdjęcie.
I pamiętam moment, kiedy zostało zrobione.
Mam trzy lata i nie wiem dokładnie co się dzieje, ale widzę pluszowego psa.
A psy kocham od urodzenia.
„Śmiało, usiądź na nim”, zachęcają rodzice a fotograf macha ręką.
Nie wiem o co chodzi, ja widzę tylko wspaniałego, pluszowego psa.
„Mogę zabrać?”
„Nie, to dla innych dzieci”.
To była pierwsza nauka kolektywizmu i nie przywiązywania się.
Wzięłam zdjęcie, by mi zawsze przypominało, że nic się nie zmieniło.
Że wciąż jestem wewnętrznie małym szkrabem, które kocha psy i choć
czasem się gubi, to tylko dlatego że szuka własnej drogi do szczęścia,
lub drogi, która będzie szczęściem.
Zawsze gdy będę dla siebie niedobra, gdy będę mieć poczucie winy czy lęk, spojrzę na tą małą dziewczynkę. Cóż ona może chcieć? Cóż jej pomoże?
I przytulę się do siebie wewnętrznie i powiem „kocham cię”.
Kocham cię każdą. I trzyletnią na psie i mało urodziwą nastoletnią i
dwudziestoletnią naiwną.
Teraz ja jestem swoim rodzicem.
I mamą i tatą, dzieckiem i dorosłym.
Więc po ludzku i zdrowo dam sobie
miłość i akceptację, których niegdyś sobie skąpiłam.
Dla kogo chcesz być ważny?
Zawsze zaczynaj od siebie.