Archiwa tagu: kreatywność

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Reklamy

Gdy pisarz staje się botanikiem

„Im większe zagrożenie, tym szybciej postępuje ewolucja”.
Elizabeth Gilbert, Botanika Duszy


CAM00653

Lubię niedziele.
Za niespieszne, ciche poranki które pozwalają całkowicie oddać się lekturze przy wielkim kubku mocnej kawy. Dziś wstałam o 6.00, by dokończyć książkę, którą delektowałam się od tygodnia. Delektowanie się to najlepsze słowo oddające charakter tej powieści. Czasem potrzebuję, ot zwykłego zachwytu. Zachłyśnięcia się pięknem fabuły, estetyką słowa.

Botanika Duszy Elizabeth Gilbert nie jest nową książką.
Została wydana dwa lata temu. Mimo, że zawsze miałam ją w zasięgu wzroku i mijałam ją między półkami z napisem TOP 25, nie wzięłam jej wówczas do rąk. Może ze względu na nieodłącznie towarzyszący jej okładce napis: „bestseller”. 

Nigdy nie lubiłam tego wyświechtanego słowa. Dla mnie oznaczało: komercję, pisanie pod publikę i łatwy odbiór. Bo przecież coś, co tak łatwo zadowala gusty milionów nie może być wielkim działem, czyż nie?

Pomyliłam się.
I dobrze mi z tym.
Lubię czymś tak miło się zaskoczyć.

Botanika Duszy to książka wielowymiarowa.
Opisuje dzieje życia utalentowanej, niebywale inteligentnej choć niezbyt urodziwej kobiety imieniem Alma. Zamiłowanie do botaniki dostała w spadku z krwią przodków, podobnie jak bystry i chłonny umysł oraz umiejętność prowadzenia zaskakujących dysput.

Dziewczynka pomimo a może właśnie z tego powodu, że nigdy nie zainteresowała sobą żadnego mężczyzny, nie miała też prawdziwych przyjaciół, a stosunki z siostrą były oschłe, oddała się dziedzinie nauki zwanej briologią. Studiowała mchy, które po wielu latach badań doprowadziły ją do sformułowania odkrywczej teorii przetrwania gatunków.

Liz Gilbert przedstawiła Almę nad wyraz rzetelnie. Dzięki temu otrzymujemy wiarygodną bohaterkę, wraz z jej licznymi tęsknotami, kwitnącą seksualnością, i pasją dążenia do prawdy, która w trudnych sytuacjach, jako jedyna trzyma przy życiu.

Lubię Liz za jej osobowość i wiarę w to, że każdy człowiek posiada dostęp do kreatywności.
Jej najnowsza książka, Wielka Magia zajmuje na mojej półce czołowe miejsce. Te dwie pozycje wspaniale się uzupełniają. Botanika Duszy potwierdza tezę zawartą w Wielkiej Magii. Że w istocie jesteśmy powołani do tworzenia rzeczy wielkich. I że kreatywność jest jedynie kwestią otwarcia umysłu, na to co Wszechświat zechce nam dać.

Pisarka przy okazji premiery Botaniki… opowiedziała w jaki sposób zajęła się pisaniem książki o roślinach. Po prostu rośliny stały się jej chwilową odskocznią po poprzedniej książce. Miały być odpoczynkiem, zmianą kierunku, czymś w rodzaju „zarybiania wyschłego stawu”, Zdawało się jej wtedy, że pomysły się skończyły. I tak, amatorsko zaczęła hodować ogród a świat kwiatów zaintrygował ją na tyle, że stał się pasją. Z pasji natomiast narodziła się Botanika Duszy.

Dobrze jest mieć potwierdzone w 572 stronach to, co Gilbert zawarła w Wielkiej Magii. Kreatywność jest udziałem nas wszystkich. A rzeczy wielkie, co też piękne biorą się z zachwytu nad światem i z wiecznej ciekawości niezgłębionego życia.


Tytuł: Botanika Duszy
Autor: Elizabeth Gilbert
Wydawnictwo: Rebis
Rok wyd.: 2014
Stron: 572

Niech każdy dzień będzie Dniem Dziecka

DCIM102GOPRO

Niepostrzeżenie nadszedł czerwiec i przyniósł kolejne święto.
Dzień Dziecka.
Boże, mnóstwo tych świąt. Powoli się gubię.
Ale o Dniu Dziecka pamiętam zawsze.
Jest dla mnie ważniejszy niż Dzień Kobiet; ba! nawet od własnych urodzin.

Ale dlaczego? Przecież własnych dzieci nie mam…
Zanim jednak przejdę do wyjaśnień przeczytajcie pewną opowieść:

Było upalne lato. W dusznym pokoju siedziała młoda mama i jej trzyletni synek.
Chłopczyk bawił się klockami, a mama zaczytywała się w kolorowej gazecie. 
Nagle przez otwarte okno wleciała mucha robaczyca powodując mnóstwo hałasu i zamieszania. W końcu zdenerwowana kobieta zwinęła gazetę w sztywny rulon i zaczęła ganiać muchę po pokoju.
-Co robisz?!-krzyczy przerażony synek.
-Nie lubię much, trzeba ją zabić.
-Zostaw ją, proszę!
-A niby dlaczego?
-Bo dotrzymuje nam towarzystwa…

Niezależnie od wieku, każdy z nas ma w swoim sercu Dziecko
pełne empatii, miłości i sprawiedliwości. I dlatego tak lubię pierwszego czerwca.
Przypomina mi, że mały człowieczek wciąż jest we mnie obecny i jeżeli tylko dobrze go nakarmię, zabiorę na spacer i podaruję mu prezent on zrewanżuje się odwagą, radością i głęboką wdzięcznością. 

Zdaję sobie sprawę, że już wielokrotnie o tym czytaliście.
Pomyślicie, że Emocjonalna blogerka się powtarza.
A niech tam! Będę się powtarzać, bo dla mnie to temat tyle ciekawy,
co niezgłębiony.

Wewnętrzne Dziecko, to nie osoba, choć w przypływie
czułości tak możemy je traktować.
Wewnętrzne Dziecko, to cecha naszego serca, aspekt psychiki,
który powoduje ciekawość i budzi oryginalną kreatywność.

Wewnętrzne Dziecko to chęć zabawy.
Pragnienie wyrwania się z rutyny i wypłynięcia na głębokie wody.

Wewnętrzne Dziecko to życie w zgodzie z prawami natury
oraz z cyklem własnego serca.
To również głos intuicji i głębokiego przejawu miłości.

Dzieci nie różnicują, nie dzielą, nie tworzą barier.
Dla nich Wszechświat jest piękną i doskonałą jednością.
Nie boją się wchodzić na drzewa i robić fikołków na piasku.
Nie analizują czy sytuacja, w którą chcą wejść będzie dla nich
dostatecznie korzystna.

Pozwalają sobie być w tu i teraz. Po prostu.
I cieszą się z drobiazgów.

Pomyśl teraz przez chwilę o sobie.
Czy jesteś wdzięczny, odważny i radosny?
A może więcej analizujesz i wciąż się czymś zamartwiasz?

Podarujcie sobie prezent.
To nie luźna propozycja. To zadanie dla Was.

Ja zabieram dziś moje Dziecko na piknik z książką na trawie
a potem idziemy do kina na „Alicję po drugiej stronie lustra”.
Niczego nie oczekuję w zamian choć i tak dostanę sporo.

Wdzięczność za życie.
Radość istnienia
i miłość od świata.
Więcej niż mogłabym chcieć.

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Krótka historia pewnej znajomości

Od jakiegoś czasu prowadzę korespondencyjną znajomość z pewną 34-latką. Znalazłyśmy się cztery lata temu, gdy obie prowadziłyśmy amatorskie, choć pełne pasji blogi, po których zostały jedynie adresy widma.

CAM01579


 

Miałyśmy podobną wrażliwość i kochałyśmy czytać swoje teksty. Z tej wrażliwości urodziły się miłe i pokrzepiające komentarze, które zostawiałyśmy sobie pod postami, aż te nie mogąc już znieść bycia krótkimi formami zamieniły się w kilka maili. Jak to jednak bywa w życiu- zmiana goni zmianę i kiedy wyjechałam do Norwegii zaniedbałam bloga, inwestując czas w pisanie książki i kontakt się urwał.

W pamięci jednak miałam zachowaną wspaniałą energię Agnieszki, więc po jakimś czasie próbowałam odwiedzić jej bloga. Przeglądarka jednak wypluła napis: address does not exist. Hmm? Czyżbym pomyliła adres a może Aga przestała pisać?

Po powrocie z Bergen, jakieś dwa lata temu założyłam kolejnego bloga: emocjonalnie.com, z obietnicą że ten będzie lepszy a już na pewno bardziej profesjonalny. Bo przecież człowiek piszący musi mieć gdzie się wyżyć. Tak więc świadomie wybrałam WordPressa, kupiłam książkę o blogowaniu i przystąpiłam do dzieła. Na pierwszych czytelników nie musiałam długo czekać. Pojawili się nie wiadomo skąd, a jednym z nich była… Agnieszka. „To ty Aga?!”- dopytywałam z niedowierzaniem. „Tak, to ja. Znalazłam cię”- odpisała w komentarzu.

IMG_20151209_132136

Zaczęłyśmy ponownie mailować. Tym razem wiadomości były dłuższe i częstsze. Nie skąpiłyśmy emocji i wspierania się w trudniejszych chwilach. Okazało się, że Agnieszka zaczęła prowadzić profesjonalną stronę i zajęła się masażem. Jej największą miłością jednak pozostało pisanie, więc to jak i wspólna wrażliwość połączyły nas na nowo. Jak to również bywa u jednostek sobie podobnych, oby dwie ukochałyśmy tę samą książkę, „Wielką Magię” Elizabeth Gilbert.

Pewnego razu Aga zapytała mnie, czy kojarzę fragment, w którym Elizabeth opowiada o swojej przyjaciółce pisarce, z którą regularnie korespondowała. Robiły to, by wypisać się ze wszystkich obaw i marzeń związanych z pisaniem. „Może byśmy zrobiły tak samo?”– zapytała Aga- „Piszmy do siebie, żeby wspierać się w tworzeniu”. I tak zawarłyśmy pakt o twórczości. Pisujemy do siebie regularnie, motywujemy do pracy, do wysyłania tekstów do redakcji i wydawnictw i pocieszamy w razie odmowy.

CAM01373 (2)

A musicie wiedzieć, że pisanie to niełatwy kawałek chleba, bo trudno jest tworzyć w całkowitej zgodzie ze sobą. Zwykle wydawnictwa i zleceniodawcy mają własne wymogi, na potrzeby których musimy diametralnie zmieniać teksty. Bo są za długie, bo czytelnicy nie zrozumieją metafor, bo używamy zbyt trudnych słów, bo wszyscy lubią zdania pojedyncze a nie podrzędnie złożone. To jedna z niewielu profesji, która nieustannie wystawia nasze dzieła na krytykę. A uwierzcie mi- ta boli czasem mocniej niż uderzenie pioruna. Nawet jeśli to tylko mały prztyczek w nos, u wrażliwców może zamienić owo drganie w istne trzęsienie ziemi.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kogoś innego niż partner. Kogoś kto patrzy w tym samym kierunku i widzi podobnie. Odczuwa nawet drobne emocje, wspiera, pomaga ciepłym słowem, służy za przykład- bo on już to przeszedł. Niedawno Aga nazwała mnie Czarodziejką. Ja mogę ją nazwać Dobrym Duchem. Mimo, że nigdy się nie widziałyśmy, czuję że jest obecna w tej wspólnej, twórczej przestrzeni. Przestrzeni, która kocha marzycieli, twórców i wszystkich którzy mimo niesprzyjających warunków wciąż przypinają do ramion pierzaste skrzydła.

 

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.