Archiwa tagu: wewnętrzne dziecko

Niech każdy dzień będzie Dniem Dziecka

DCIM102GOPRO

Niepostrzeżenie nadszedł czerwiec i przyniósł kolejne święto.
Dzień Dziecka.
Boże, mnóstwo tych świąt. Powoli się gubię.
Ale o Dniu Dziecka pamiętam zawsze.
Jest dla mnie ważniejszy niż Dzień Kobiet; ba! nawet od własnych urodzin.

Ale dlaczego? Przecież własnych dzieci nie mam…
Zanim jednak przejdę do wyjaśnień przeczytajcie pewną opowieść:

Było upalne lato. W dusznym pokoju siedziała młoda mama i jej trzyletni synek.
Chłopczyk bawił się klockami, a mama zaczytywała się w kolorowej gazecie. 
Nagle przez otwarte okno wleciała mucha robaczyca powodując mnóstwo hałasu i zamieszania. W końcu zdenerwowana kobieta zwinęła gazetę w sztywny rulon i zaczęła ganiać muchę po pokoju.
-Co robisz?!-krzyczy przerażony synek.
-Nie lubię much, trzeba ją zabić.
-Zostaw ją, proszę!
-A niby dlaczego?
-Bo dotrzymuje nam towarzystwa…

Niezależnie od wieku, każdy z nas ma w swoim sercu Dziecko
pełne empatii, miłości i sprawiedliwości. I dlatego tak lubię pierwszego czerwca.
Przypomina mi, że mały człowieczek wciąż jest we mnie obecny i jeżeli tylko dobrze go nakarmię, zabiorę na spacer i podaruję mu prezent on zrewanżuje się odwagą, radością i głęboką wdzięcznością. 

Zdaję sobie sprawę, że już wielokrotnie o tym czytaliście.
Pomyślicie, że Emocjonalna blogerka się powtarza.
A niech tam! Będę się powtarzać, bo dla mnie to temat tyle ciekawy,
co niezgłębiony.

Wewnętrzne Dziecko, to nie osoba, choć w przypływie
czułości tak możemy je traktować.
Wewnętrzne Dziecko, to cecha naszego serca, aspekt psychiki,
który powoduje ciekawość i budzi oryginalną kreatywność.

Wewnętrzne Dziecko to chęć zabawy.
Pragnienie wyrwania się z rutyny i wypłynięcia na głębokie wody.

Wewnętrzne Dziecko to życie w zgodzie z prawami natury
oraz z cyklem własnego serca.
To również głos intuicji i głębokiego przejawu miłości.

Dzieci nie różnicują, nie dzielą, nie tworzą barier.
Dla nich Wszechświat jest piękną i doskonałą jednością.
Nie boją się wchodzić na drzewa i robić fikołków na piasku.
Nie analizują czy sytuacja, w którą chcą wejść będzie dla nich
dostatecznie korzystna.

Pozwalają sobie być w tu i teraz. Po prostu.
I cieszą się z drobiazgów.

Pomyśl teraz przez chwilę o sobie.
Czy jesteś wdzięczny, odważny i radosny?
A może więcej analizujesz i wciąż się czymś zamartwiasz?

Podarujcie sobie prezent.
To nie luźna propozycja. To zadanie dla Was.

Ja zabieram dziś moje Dziecko na piknik z książką na trawie
a potem idziemy do kina na „Alicję po drugiej stronie lustra”.
Niczego nie oczekuję w zamian choć i tak dostanę sporo.

Wdzięczność za życie.
Radość istnienia
i miłość od świata.
Więcej niż mogłabym chcieć.

Matka psychicznych dzieci

NIEWYGODNA PRAWDA

Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.

Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.

Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.

Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.

DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY

Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.

I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.

Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?

NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ

Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.

Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?

Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.

Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.

Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.

Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.

Zaadoptuj trzylatka

CAM00504


Ostatnie dni spędziłam u rodziców na wsi.
Z okazji jubileuszowej imprezy
zjechali się wszyscy z rodziny, nawet krewni zza granicy.
To był dla mnie moment powrotu do przeszłości.
Niektórych zobaczyłam po czterech latach przerwy,
innych po dziesięciu.

Przybyło zmarszczek, dzieci, kilogramów.
Ale nie ubyło pogody ducha, której krewniakom nigdy nie brakło.
Kiedyś, gdy byłam szkrabem, zjazdy rodzinne były cotygodniową normą,
A potem…
Dzieci dorosły, wnuki rozjechały się po świecie i jedyną okazją do uśmiechu
stały się kolorowe kartki wręczane przez listonosza.

Pamiętam, że co niedziela jeździliśmy do babci.
Na obiad były kartofle, mięso, buraczki i kompot z gruszek.
A gruszki rosły na podwórku.
Po obiedzie był deser. Wielki tort, który babcia wnosiła do salonu.
Kulinarny majstersztyk, którego nie powstydziłaby się sama Nigella.
Kto chciał rozmawiał, kto nie chciał, milczał.
Były zabawy, dziadek robił nam „samolota” a dorośli siorbali kawę.

Wykorzystałam tę okazję rodzinnego zjazdu, by skonfrontować się z przeszłością.
I w dniu po uroczystości odnalazłam w starych szafach albumy i kartony pełne zdjęć.

Znalazłam siebie, małą pyzę w długich lokach i siebie nastoletnią, chudą i przestraszoną.
Już jako trzyletni brzdąc byłam nieśmiała i zamknięta, a jako nastolatka uszczelniłam się jeszcze bardziej. Pamiętam tamte kompleksy chudych ramion i brzydkiej cery.
Pamiętam, że na dyskotekach podpierałam ściany.
I pamiętam że wiecznie się bałam.

Gdybym mogła teraz- jako dorosła- odwiedzić siebie tamtą, dziewczynę która biegała po łąkach i pisała wiersze, to przytuliłbym się mocno i powiedziała, „hej Kam, wyrośniesz na fajną kobietę i spotka cię wiele dobrego”. I choć wiele z dziecięcych marzeń nigdy się nie spełniło, to w zamian doświadczyłam wielu ważniejszych rzeczy.

Nie było białej sukienki, ale poznałam smak wyzwalającej miłości.
Nie zbudowałam drewnianego domu, ale jest metaforyczna przystań, w której ktoś zawsze czeka.
Nie ma satysfakcjonującej pracy, ale jest pasja życia, która rośnie po pracy.
Nie ma tuzina przyjaciół, ale są dobrzy ludzie wokół, na których zawsze mogę liczyć.

Przygarnęłam  z kartonu jedno zdjęcie.
I pamiętam moment, kiedy zostało zrobione.
Mam trzy lata i nie wiem dokładnie co się dzieje, ale widzę pluszowego psa.
A psy kocham od urodzenia.

„Śmiało, usiądź na nim”, zachęcają rodzice a fotograf macha ręką.
Nie wiem o co chodzi, ja widzę tylko wspaniałego, pluszowego psa.
„Mogę zabrać?”
„Nie, to dla innych dzieci”.
To była pierwsza nauka kolektywizmu i nie przywiązywania się.

Wzięłam zdjęcie, by mi zawsze przypominało, że nic się nie zmieniło.
Że wciąż jestem wewnętrznie małym szkrabem, które kocha psy i choć
czasem się gubi, to tylko dlatego że szuka własnej drogi do szczęścia,
lub drogi, która będzie szczęściem.

Zawsze gdy będę dla siebie niedobra, gdy będę mieć poczucie winy czy lęk, spojrzę na tą małą dziewczynkę. Cóż ona może chcieć? Cóż jej pomoże?
I przytulę się do siebie wewnętrznie i powiem „kocham cię”.
Kocham cię każdą. I trzyletnią na psie i mało urodziwą nastoletnią i
dwudziestoletnią naiwną.

Teraz ja jestem swoim rodzicem.
I mamą i tatą, dzieckiem i dorosłym.
Więc po ludzku i zdrowo dam sobie
miłość i akceptację, których niegdyś sobie skąpiłam.

Dla kogo chcesz być ważny?
Zawsze zaczynaj od siebie.

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Cicha wędrówka do korzeni

Zawsze zadziwia mnie ile szczęścia mogą dać najprostsze rzeczy i czynności. A odkąd czytam „Biegnącą z wilkami” do tego, co najprostsze zaczynam powracać z wielką wdzięcznością i otwartym umysłem.

ścieżka1


Pamiętam jak będąc jeszcze małym skrzatem niewiele potrzebowałam do szczęścia. Odrobinę swobody i rodzicielskiego zaufania oraz łąki i kontakt ze zwierzętami.

Zwykle tak spędzałam każde lato- biegałam z psem po nadwiślańskiej plaży, wchodziłam we wszystkie chaszcze w poszukiwaniu saren, obserwowałam z ukrycia czaple i bażanty. Najbardziej interesowały mnie jednak te polany na których konie i źrebaki biegały samopas. To było idealne miejsce by skonfrontować się z dziką naturą. Dotknąć jeszcze nieoswojonego źrebaka, poczuć jego szorstką, długą sierść pod dłonią, pozwolić mu do siebie podejść w odpowiednim czasie.

O zachwyt nie było trudno. Zachwyt mieszkał w moim sercu a to czyniło mnie spełnioną. I oto pozwoliłam powrócić zachwytowi do mojego serca, bo tu jest jego miejsce. To on czyni nas na powrót dzieckiem- wdzięcznym, otwartym i całkowicie ufnym. Dzieckiem które kocha to, co widzi i słyszy bo nie sprzeciwia się rzeczywistości. Żyje w niej. Jest blisko Matki Natury.

morze3

A ona jest czymś więcej niż kilkoma drzewami i śpiewem ptaków. Jest naszym oddechem i ziemią po której chodzimy. Jest ciepłem i zimnem, pokarmem i serdecznym uściskiem.

Kiedy ostatni raz byłeś na długim, wielogodzinnym spacerze? Takim bez pospiechu?

Od tygodnia pozwalam sobie na powrót do dzikich korzeni. Otwieram szeroko oczy, wpuszczam do serca kroplę wdzięczności i udaję się na długie, nieśpieszne wędrówki. Odwiedzam las a w nim przytulam się drzew. Jeżeli masz na tyle odwagi i otwartości, zrób to również. Wybierz drzewo które cię woła, zdejmij wełnianą rękawiczkę i poczuj chropowatość jego kory a potem przyłóż do niej policzek. Stój tak chwilę w bezruchu. Nie myśl o niczym a już na pewno nie myśl, że to głupie. Po prostu pozwól sobie na chwilę ciszy. Może usłyszysz w niej słowa. Może śpiew ptaka. Stukot dzięcioła. A może bicie drewnianego serca?

napis

Gdy poczujesz, że jesteś pełen miłości idź z tym w świat a zobaczysz, że zaczną się spełniać życzenia. Nielogiczne? Ależ przeciwnie! To z wdzięczności i z zachwytu biorą się wszystkie prezenty Wszechświata.

Ja na przykład marzę o psie. A gdy mam zachwycone serce, te same mnie znajdują. Wyrywają się właścicielom, podbiegają, liżą ręce, skaczą na kurtkę. Dziś w lesie na zakręcie spotkałam huskiego, który biegł z taką szybkością, że nie zdążył wyhamować i wpadł na mnie zdziwiony z całym impetem. Chyba nawet powiedział „o przepraszam najmocniej”, ale nie jestem pewna bo pobiegł dalej dotrzymać kroku właścicielce uprawiającej jogging.

Nie jesteś mną, Twoją radością może być cokolwiek innego, cokolwiek co czyni Cię rozbawionym dzieckiem. Może twórczość? Może szycie sukienek? Kolorowanki? Gotowanie? Cokolwiek to jest, pozwól temu wrócić do własnego życia i oddaj mu należne ważne miejsce. Zachwyć się i idź w kierunku własnego zachodzącego słońca; bądź sobą i pozwól sobie na życie jakiego zawsze pragnąłeś. Wszyscy o czymś marzyliśmy będąc dziećmi, lecz przytłoczeni dorosłością, wiele z pragnień zagubiło się po drodze. Wciśnij zatem wsteczny i podejmij wędrówkę do własnego domu. Do korzeni.

 

 

Mały Dorosły

Czasem przychodzi taki dzień, w którym zdajemy sobie sprawę, że przestaliśmy być Dzieckiem. I nie chodzi o pierwszą zmarszczkę, czy podjęcie pierwszej, ważnej decyzji. Po prostu podczas chwili ciszy i spokoju zauważamy, że zapomnieliśmy jak to jest się bawić, a zwykły śmiech zastąpiło wieczne marudzenie. Stało się. Oto kolejny człowiek stał się Dorosły w Poważnym Świecie.

Screen_Shot_2014-12-10_at_11.30.01_AM.0.0


Doroślejemy powoli, etapowo i niezauważalnie. Z pokoju giną zabawki, kolory szarzeją, a Kubuś Puchatek A.A.Milne, który wiódł prym na górnej półce nagle trafia do tekturowego pudła. Nie byłoby w tym niczego niepokojącego, gdyby nie to, że często dorastamy nie z własnej woli; świat od nas tego wymaga. Obserwujemy rodziców, przyjaciół i autorytety aż stwierdzamy, że czas porzucić infantylny świat i zacząć bawić się inaczej. Zdobyć wykształcenie, dobry zawód, zacząć zarabiać i kupić najnowszego McBooka. To nie czas na głupoty. Wszak okres studiów mamy dawno za sobą.

Kolega kupił kawalerkę, Kasia z Matim wzięli hipoteczny, a Anka jest w ciąży. Może i na mnie czas? Wielcy mówcy motywacyjni i szkoleniowcy od wizerunku uparcie powtarzają, że czas porzucić koszulki z batmanem na rzecz niewygodnych żakietów a życie trzeba brać na poważnie, bo inni są daleko na przedzie. Rozumiem dobre intencje mówców, ale nauczyłam się jednego- idąc cudzymi śladami, możemy trafić na manowce. Nie do każdej rady zastosujemy się w życiu, bo jesteśmy różni. Doświadczyliśmy odmiennych rzeczy, poznaliśmy różne sytuacje i mamy własne, odrębne właściwości w umyśle. Nie każdy musi być przebojową duszą towarzystwa a idąc jednak tym tropem narażamy się na frustrację i rozczarowanie swoją osobą.

Co zabawne, wielu Dorosłych ma w sobie takie pokłady ukrytego Dziecka i chęci pozwolenia sobie na zatroszczenie się nim, że sami sobie sprawiają dziecko, zamiast udać się do własnego wnętrza. Osoby chodzące na terapię z powodu bycia nieszczęśliwymi odkrywają, że źródłem nieszczęścia jest zapomnienie o własnym małym, wewnętrznym ja, które pragnie być kochane, spontaniczne i radosne. Nieszczęście jest często skutkiem 100%-owego wydoroślenia, które przekreśla każdy przejaw infantylności.

Wiecie kiedy zorientowałam się, że  stałam się Poważnym Dorosłym w Poważnym Świecie? Kiedy zaczęłam marudzić, stękać i narzekać. Zamiast spontanicznego śmiechu i głupot opowiadanych przy stole, że Skarpetkowe Potwory zżarły mi skarpetkę dlatego mam nie do pary, zaczęłam opowiadać jakie mam plany i co MUSZĘ zrobić w ciągu dnia. Zapaliła mi się lampka alarmowa(!). Zaraz, zaraz! Stałam się własną zrzędliwą ciotką i wredną sąsiadką z biedronki, która pcha wózkiem ludzi przy kasie, mówiąc „szybciej paniusiu!”.  Niedobrze.

Mimo, iż zawsze dbałam o to, by pamiętać o własnym Wewnętrznym Dziecku, to jednak gdzieś na ścieżce szybkiego życia zgubiłam parę elementów i przymiotów wiecznej młodości. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, oglądając „Małego Księcia”. Myślę, że każdy z Was zna krótką książeczkę A.de Saint-Exuepery’ego, prawda? Warto raz na jakiś czas ją sobie odświeżyć, przeczytać przed snem od deski do deski, i głeboko o niej pomysleć. I zachęcam też, do obejrzenia najnowszej ekranizacji Marka Osborne’a, bo mimo iż całkowicie złamał koncepcję książkowego pierwowzoru, to jednak zachował przewodnią myśl autora: jak pozostać Dzieckiem, będąc Dorosłym.

A to przecież nie lada wyczyn- być aktywnym, zdobywać się na akty spontaniczności i znajdywać dobre strony teoretycznie kiepskich i nieprzyjemnych sytuacji. Takim Dorosłym Dzieckiem jest 80-letni Pilot, narrator opowiadania (ten sam, który poznał Małego Księcia na pustyni), który żyje jakby wciąż miał dwanaście lat. Mieszka w osobliwie wyglądającym domu zagraconym niepotrzebnymi, choć sentymentalnymi bibelotami. Na dachu ma urządzone prowizoryczne obserwatorium astronomiczne, sam nieustannie chodzi w kombinezonie pilota i snuje ciekawe, metaforyczne opowieści, cały czas bawiąc się i zaprzęgając własną kreatywność do pracy i zabawy. Wydaje się, że staruszek jest mentalnie młodszy od własnej kilkuletniej sąsiadki, która jest odpowiedzialna, poukładana i… nieszczęśliwa oraz samotna w swej metodyczności, bo gdzie tu czas na zabawę i przyjaciół?

Film, podobnie jak książka przypomina, że w byciu Dzieckiem nie chodzi ani o metrykę ani o wygląd, lecz o energię. Pilot kilkukrotnie tłumaczy małej dziewczynce, coś co głęboko zapada w pamięć: nie chodzi o to, by nie dorosnąć, chodzi o to, by nie zapomnieć jak być Dzieckiem. Więc jak nie zapomnieć? Lis ma na to małą radę: widzi się dobrze tylko sercem. Najważniejsze jest niewidzialne dla oczu. Nasze Wewnętrzne Dziecko również mieszka w sercu i choć jest ukryte pod „dorosłymi” ciuchami, makijażem i dyplomacją, to wciąż wyrywa się do spełnienia swych infantylnych marzeń. Naszą rolą, jako opiekunów, jest mu pozwolić. I nie zapomnieć.

 

 

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com