Archiwa kategorii: inspirujące książki

10 głośnych książek, których nienawidzą krytycy

Jestem typem czarnej owcy. Zawsze pod prąd i w inną stronę niż wieje wiatr. 
Zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę, bo szkoda mi czasu na tandetę. Niektórych książek jednak nie da się tak łatwo ominąć. Zdarza się, że atakują z witryn księgarń mamiąc prowokującą okładką lub obyczajowym skandalem, który wywołały przy okazji ich wydania.

Przedstawiam Wam dziś 10 popularnych tytułów, które zdobyły złą sławę wśród ambitnych moli książkowych i znanych recenzentów, a które mimo to przez wiele miesięcy (czasem lat) utrzymywały się na szczytach box-office.


1.Pięćdziesiąt twarzy Greya E L James

Ann jest nieśmiałą i zahukaną 23-letnią dziennikarką. Christian, przystojnym i pewnym siebie biznesmenem. Oby dwoje spotykają się po raz pierwszy przy okazji wywiadu, który dziewczyna ma przeprowadzić dla gazety studenckiej. Spotkanie jest niepokojące i wywołuje w nieśmiałej Ann mnóstwo nieznanych jej dotąd emocji. Emocji, które były do tej pory poza zasięgiem ułożonej i skromnej dziewczyny. Spotkanie jest zaczątkiem erotycznej przygody obcych sobie ludzi, gdzie Ann odgrywa rolę Uległej, a Grey jej Pana.

Ta książka podzieliła czytelników. Jedni bili brawa za śmiałość autorki, która opisała prawdziwe (czy rzeczywiście?) pragnienia kobiet; feministki się oburzały, dostrzegając w powieści wielokrotnie powielany patriarchalny model kobiety jako słabszej istoty. Krytycy na autorce nie zostawili suchej nitki, pisząc że bohaterowie są płytcy i jednowymiarowi, a język i styl książki pozostawiają wiele do życzenia. Utarło się, że ta płytka lektura zadowoli jedynie niespełnione gospodynie domowe i znudzone żony, które szukają co najwyżej taniej podniety.

grey


2.Zmierzch, Stephenie Meyer

Fabuła jak wiele innych: ona, siedemnastoletnia szara myszka, on tajemniczy przystojniak. Ona przeprowadza się do małego miasteczka w którym przeżywa dramat bycia „nową”. On, zawraca jej w głowie. Jedynym szczegółem różniącym tę powieść od innych, jest to że ów intrygujący młodzieniec, Edward nie jest człowiekiem lecz… kilkusetletnim wampirem o nadnaturalnych zdolnościach.

Co takiego zachwyciło czytelników, że książka sprzedała się w nakładzie 53 milionów egzemplarzy? Szukam logicznych odpowiedzi ale takie się nie nasuwają. Może po prostu popularność dobrych tekstów spadła? A może dzisiejsi nastolatkowie bezkrytycznie podchodzą do miłości i pożądania? Skoro młodzi zakochują się w ckliwych powieściach i wierzą, że miłość to całkowite zaślepienie, to jak świat będzie wyglądał, gdy dorosną? Styl mierzi grafomanią, a dialogi które ułożyła autorka wołają o pomstę do nieba. Może fabuła faktycznie nadaje się na scenariusz lekkiego filmu przy kubku coli i popcornu, ale nie na książkę, która wychowuje pokolenia naiwnych marzycieli wierzących w bajki.

zmierzch-b-iext36843344


3.Jedz, módl się, kochaj, Elizabeth Gilbert

Pierwsza książka Gilbert, która naprawdę zrobiła furorę na rynku wydawniczym i rozsławiła autorkę na całym świecie. Ta powieść, to jej osobisty pamiętnik z podróży. Nieszczęśliwa w małżeństwie Liz, bierze rozwód, ponownie się zakochuje, po czym odchodzi od partnera i wyrusza w wielką podróż, która ma odmienić jej życie. Bohaterka spędza kilka upojnych miesięcy we Włoszech, gdzie uczy się języka zajadając się pizzą i makaronami. Potem jedzie do Indii, by spotkać się z hinduską guru (która, jak się okazuje mieszka w Nowym Jorku). A na koniec odwiedza Bali, gdzie spotyka miłość swojego życia.

Brzmi trochę infantylnie, prawda? Bo w istocie. Książka jest prosta i łatwa w odbiorze, co nie przeszkadza ją lubić. Bohaterka w całym swym pomieszaniu przypomina wiele kobiet, które jak niespokojne duchy wciąż szukają swojego miejsca w życiu. W sumie to nawet się cieszę, że książka powstała, bo dzięki niej dostaliśmy kolejne. Chociażby Botanikę duszy, która jest literackim majstersztykiem amerykańskiej prozy. Gdyby nie fenomen Jedz, módl się, kochaj, Gilbert zapewne, przepadłaby wraz z innymi autorkami w średnim wieku, piszącymi dla siebie i o sobie.

jedz-modl-sie-kochaj-b-iext35937416


4.Alchemik, Paulo Coelho

Santiago to młody chłopak, który wbrew woli rodziców decyduje się zostać pasterzem, by przemierzać pola Andaluzji. Jest marzycielem, który szuka skarbu i własnego przeznaczenia. Żeby je wypełnić, rzuca wszystko i udaje się w podróż ku egipskim piramidom. Tam poznaje Alchemika, człowieka który odkrywa przed nim tajniki prawdziwej istoty życia…

Książkę Paula Coelho można kochać lub nienawidzić. Droga środka nie ma tu racji bytu. Przede wszystkim forma alegorycznej przypowieści zadowoli jedynie wąskie grono odbiorców. Czytelników kochających baśnie i symbole. Dużo tu niedopowiedzeń ukrytych pod płaszczykiem wielkich słów. Krytycy zarzucają autorowi miałkość i banał, jego wierni fani natomiast odnajdują w powieści przewodnik duchowy na własnej krętej ścieżce.

Aby polubić tę lekturę na pewno trzeba mieć w sobie charakterystyczną wrażliwość i być człowiekiem poszukującym mistyki w zwykłych wydarzeniach dnia codziennego. Książka nie zadowoli szukających pomysłowej fabuły, akcji czy nowatorstwa. Jeżeli więc uważacie się za ambitnych znawców literatury, Alchemika kategorycznie odradzam. Jeżeli natomiast nie przeszkadza Wam przewidywalność a na widok cytatów Coelho krążących po internecie nie wyłączacie przeglądarki, zachęcam. A nuż postanowicie znaleźć Własną Legendę.

alchemik-b-iext34476519


5.Buszujący w zbożu, J.D. Salinger

Najpierw dużo się o niej nasłuchałam. Że jest świetna, że jest głosem pokolenia lat 50-tych, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Aha! I że jest ulubioną książką wszystkich psychopatów. Ja najwyraźniej psychopatką nie jestem, bo jej nie polubiłam. Pomimo to, po jedenastu latach od momentu, gdy ją przeczytałam, wciąż siedzi mi głęboko w pamięci. Nie dlatego, że była odkrywcza. Po prostu nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak mocno irytującym bohaterem. W Ameryce książka podzieliła opinię publiczną. Jedni zakazywali jej czytać ze względu na wulgarność języka i epatowanie seksem. Drudzy zachęcali, wskazując Holdena jako głos młodych buntowników, którzy wreszcie mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu.

Holden Caulfield to znudzony nastolatek, który zostaje usunięty ze szkoły średniej. Chłopak opuszcza internat i zamiast powrócić do domu, włóczy się bez celu po Nowym Jorku. Po drodze odwiedza nocne kluby i nawiązuje rozmowy z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Holdenowi nieodłącznie towarzyszy irytujący (czytelnika) monolog osobisty, z którego dowiadujemy się o jego poglądach na przyjaźń, związki, seks i religię, a przy okazji jesteśmy raz po raz przekonywani że życie w ogóle jest bez sensu a wszyscy ludzie to prości głupcy.

buszujacy_w_zbozu


6.Lolita, Vladimir Nabokov

Humbert Humbert to fikcyjna autobiografia tegoż bohatera, który opisuje historię poznania 12-letniej nimfetki oraz erotycznych gier, które z nią prowadził. Tytułowa Lolita, jest córka gospodyni, od której bohater tymczasowo wynajmuje pokój. Dziewczyna, mimo młodego wieku jest nad wyraz świadoma własnego wdzięku i pragnień jakie wzbudza wśród męskiego grona. W tym również nowego lokatora. Po śmierci matki udaje się wraz z Humbertem w podróż po Ameryce, gdzie ich romans nabiera szalonego tempa, obfitego w paraboliczne emocje.

Lolita jest absolutnym arcydziełem literatury, to nie podlega dyskusji. Nabokov zawsze był estetą formy i słowa. Jego książka to kunszt języka w najlepszym wydaniu, przemyślana fabuła i niesamowity zmysł obserwatorski. To jednak, co dzieliło (a może wciąż dzieli) krytyków i grono czytelnicze to treść. O ile jedni zachwycali się śmiałością i pięknem słowa użytego przy okazji opisu jakże prosto ludzkich namiętności, o tyle drudzy zarzucali pisarzowi rozpowszechnianie pornografii i pedofilii. Sunday Express oraz New York Times uznały dzieło Nabokova za niepohamowaną pornografię. A przy okazji publikacji książki we Francji, tamtejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zakazało jej dystrybucji. Ostatecznie W USA Lolita została wydana po raz pierwszy dopiero trzy lata od momentu jej ukończenia, przy czym akceptacja jej treści zajęła krytykom jeszcze wiele długich lat.

loli


7.Kod Leonarda Da Vinci, Dan Brown

W Luwrze zostaje popełnione morderstwo. I nie byłoby w tym niczego sensacyjnego, gdyby nie to, że zwłoki zostają znalezione w pozycji człowieka znanego z rysunku witruwiańskiego Leonarda Da Vinci. Głównym bohaterem jest podejrzany, Robert Langdon, profesor Harvardu, który jest najsłynniejszym w kraju znawcą symboliki religijnej. Bohater pada ofiarą nie tylko podejrzeń oficerów policji; ściga go również tajemniczy mnich o imieniu Sylas.

Powieść Dana Browna czyta się szybko, bo jest tu wartka akcja i dużo zagadek. Pisarz postawił sobie za cel zarzucić nas tysiącem pytań, dzięki którym od lektury trudno się oderwać. Przedstawione przez niego teorie na temat spisku Kościoła, analitycznym umysłom każą się zagłębić w religię i zapytać o sens istnienia tej przestarzałej instytucji. I choć teorie są ciekawe, to niektórych denerwują niejasnością i brakiem spójności ze światem rzeczywistym. Ale przecież Kod Leonarda Da Vinci jest tylko fikcją. Świetnie skonstruowanym kryminałem, który trzyma w napięciu przez ponad 500 stron, bo żadne rozwiązanie zagadki nie jest ostatecznym. Próżno szukać więc w niej odpowiedzi na własne religijne wątpliwości. Można natomiast poćwiczyć mózg i pogłówkować przy nudnym wieczorze.

d_433


8.Dziennik Bridget Jones, Helen Fielding

Któż nie zna Bridget? Sympatycznej, nieco za dużej, mało konsekwentnej kobiety w średnim wieku, która zajada smutek lodami i zapija tanim winem? Wszystkie koleżanki są już mężatkami, a ona bidulka wciąż jest bezdzietną starą panną, którą rodzina próbuje zeswatać z zamożnym kawalerem. Ten natomiast okazuje się być chłodnym i nadętym bufonem. Czyżby Helen Fielding tak widziała pokolenie obecnych 30-latek?

Lubię Bridget, bo mnie rozśmiesza w nieskomplikowany sposób. I choć nie utożsamiam się z bohaterką, która czasem wydaje się być nieludzko naiwna, to przecież kilka z jej cech jest mi bliskich. Jak zapewne wielu innym 30-letnim nie-mężatkom. Krytycy, zarzucali autorce spłycenie roli kobiety w społeczeństwie i sprowadzenie jej pragnień do jednego celu. Ja jednak uważam, że Fielding nigdy nie dążyła do bycia wieszczem a jej książki to dobra rozrywkowa literatura, która ma bawić. Fielding pisze o wadach kobiet z przymrużeniem oka i wbrew oczekiwaniom ambitnym, nie zamierza nawoływać ku bardziej wzniosłych ideałom.

dziennik-bridget-jones-b-iext35354540


9.Achaja. Andrzej Ziemiański

A teraz czas na coś polskiego. Achaja to tytułowa bohaterka trzytomowego cyklu fantasy. Jest księżniczką, która w okrutny sposób zostaje odsunięta od władzy. Dziewczyna poznaje smak prawdziwego życia i uczy się walczyć o to, co jej należne.

Achaja, to trzytomowy cykl, który wzbudził liczne kontrowersje wśród rodzimych czytelników. Jedni zachwycili się wielowątkowością powieści, inni zarzucili autorowi nieznajomość kobiecej natury. A skoro jej nie zna, to i nie powinien pisać z perspektywy kobiety, bo czyni w ten sposób bohaterkę mało wiarygodną. Recenzenci, tudzież amatorzy (amatorki?) fantasy zniesmaczyli się opisami przeżyć tytułowej dziewczyny, która bardziej przypomina jednowymiarowy plakat z męskiego pisma niż faktyczną kobietę z krwi i kości. Niemniej jednak Ziemiański nadal ma liczne grono fanów, o czym świadczą jego kolejne książki, w tym kontynuacja, Pomnik Cesarzowej Achai i niedawno wydany piąty tom serii, który oczywiście święci triumfy we wszystkich księgarskich box-office.

achajatom1biext32810


10.Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins

Rachel pokonuje pociągiem codziennie tą samą trasę, obserwując ludzi w budynku przy którym jest stacja. Jakie mają idealne życie, twierdzi. Jednak pewnego dnia Rachel zauważa, że kobieta z budynku zniknęła. Zaniepokojona postanawia rozwiązać zagadkę.

O niektórych książkach jest głośno na długo przed wydaniem. Jak to możliwe? Prawdopodobnie opinia mistrzów jest tu nie bez znaczenia. A tę pozycję zachwalał sam mistrz gatunku, Stephen King mówiąc, że dla niej zarwał noc. To chyba dostateczna reklama? W ciągu jednego tygodnia prawa do tłumaczeń powieści kupiło 30 krajów. Tytuł był najczęściej poszukiwaną książką roku w serwisie Goodreads.com, w Polsce natomiast (lubimyczytac.pl) zdobył popularność jako Książka Roku 2015 w kategorii Kryminał i Thriller. Mimo to, powieść Pauli Hawkins nie spełniła wszystkich oczekiwań. Kiedy czytelnicy spodziewali się Stiega Larssona czy Stephena Kinga w spódnicy, otrzymali po prostu dobry thriller lecz nic odkrywczego. Jak widać rozgłos i reklama potrafią też szkodzić. Rozdmuchują nadzieje, pompują oczekiwania, i zamiast cieszyć się dobrą literaturą w ludziach pozostaje niezaspokojone pragnienie.

193292

Obudź w sobie Artystę! 4 ważne książki, które rozwiną Twoją kreatywność

Co odróżnia artystę od zwykłego autora? Sposób zachowywania się? Wykształcenie? A może dorobek literacki? Otóż nie. Bycie artystą to często kwestia wyboru. Decyzja, by praca była czymś więcej niż zwykłym warsztatem. A tu z pomocą wszelkim twórcom przychodzi kreatywność. Właściwość, która przypisana jest człowiekowi niezależnie od tego kim jest, ile ma lat i gdzie się urodził.

twórca


Jeśli wierzyć licznym pisarzom, twórczości można się nauczyć. Jak? Przede wszystkim trzeba zaprząc kreatywność do działania a w chwilach kryzysu lub obniżonej energii na nowo ją rozbudzić. Od wielu lat rynek wydawniczy oferuje książki napisane przez twórców i odblokowanych artystów, którzy udzielają merytorycznych wskazówek jak pisać dobrze. Dzielą się metodami, które pomagają młodym marzycielom nareszcie chwycić za pióra, udzielają lekcji podając rzetelne instrukcje.

Pierwszymi polskimi autorami, którzy podzielili się tajnikami własnej sztuki byli niewątpliwie: Melchior Wańkowicz z Karafką La Fontain’a wydaną w 1972 (wznowioną przez wyd. Prószyński i S-ka w 2010 roku) oraz Ryszard Kapuściński ze swoim Autoportretem Reportera (wydaną w 2003 przez wyd. Znak). Jednak o ile książki wyczerpują temat warsztatu pisarza i reportera, o tyle na temat kreatywności ledwie wspominają. Nowością na polskim rynku jest natomiast podręcznik pisania pod jakże prostym lecz chwytliwym tytułem: Jak zostać pisarzem (wyd. Bukowy Las 2011).


Jak zostać pisarzem. Praca zbiorowa

Książka reklamuje się jako pierwszy polski podręcznik dla autorów. Rozpoczyna się próbą zgłębienia czym jest natchnienie i jaką rolę odgrywa w pracy każdego pisarza. I choć początek ma lekką formułę, to autorzy poważnie podeszli do zadania. Jak zostać pisarzem jest pełnowartościową pracą na temat sztuki i stylów pisania.

Podając przykłady polskich prozaików a także ich cytując, wyczerpująco zgłębiają temat. Czytelnik ma szansę dowiedzieć się nie tylko w jaki sposób pracują najwięksi twórcy, dostaje również instrukcję obsługi, by poradzić sobie z własnym dziełem. Dzięki temu może wzbogacić własną twórczość o ciekawe wątki i zabiegi stylistyczne, które urozmaicają jego teksty, nie tylko literackie lecz także reklamowe i biznesowe.

pisarz


Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania. Katarzyna Bonda

Katarzyny Bondy nie trzeba reklamować. Jej świetnie skonstruowane kryminały świadczą o jakości warsztatu. W podręczniku dla przyszłych autorów odziera akt twórczy z tajemnicy. Nie istnieje żadne natchnienie, a to co czyni powieść wybitną, to tylko wytrwała praca. Oto okazuje się, że najlepsza literatura rodzi się latami, często w bólach cierpliwości. Pisarz powinien być systematyczny i zdyscyplinowany, bo tylko w ten sposób doprowadzi pracę do końca. Efektem będzie lekkostrawna lektura, w którą zaangażuje się czytelnik.

Bonda dzieli się własnym doświadczeniem, radzi czego unikać w pracy twórczej i podaje pomysły na to jak skonstruować rzetelnego bohatera wraz z fabułą trzymającą w napięciu.
Tytuł książki pozbawia nas resztki złudzeń.
Maszyna do pisania, to narzędzie trudnej i wytrwałej pracy rzemieślniczej. Nie zadowoli ona marzycieli i poetów, lecz autorów, którzy twardo stąpają po ziemi.

maszyna-do-pisania-kurs-kreatywnego-pisania


Wielka Magia. Elizabeth Gilbert

Elizabeth Gilbert, w przeciwieństwie do Katarzyny Bondy uważa, że natchnienie jest udziałem każdego twórcy, i przejawia się w nagłych, genialnych pomysłach a przyciągnąć je można poprzez otwarty umysł. Autorka Jedz, módl się, kochaj twierdzi, że pomysły zamieszkują przestrzeń, skąd wypatrują przyszłych twórców. Jeżeli idea postanowi nas odwiedzić, a my nie zajmiemy się nią należycie, odejdzie do bardziej czułego artysty. Zabawna teoria? Ja uważam, że należy potraktować ją jak najbardziej serio, bo w nagrodę otrzymujemy radość tworzenia i pracę, która jest po prostu dobrą zabawą.

Gilbert uważa, że każdy z nas ma dostęp do kreatywności, a to co ją rozbudza to ciekawość świata i otwartość na zjawiska. Autorka obiecuje, że jeżeli tylko zgodzimy się zdjąć ciężkie brzemię odpowiedzialności z naszych popisów literackich, w zamian otrzymamy lekkie pióro. Bo, czyż to nie oczekiwania budują nieprzyjemne napięcie i frustrację? Gilbert radzi, by wyzbyć się perfekcjonizmu, który jest wrogiem prawdziwej twórczości: W miarę dobra powieść napisana teraz jest lepsza niż idealna powieść pedantycznie napisana na świętego nigdy.

wielka-magia,big,596717


Droga Artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę. Julia Cameron

Jeżeli Wielka Magia była wstępem do krainy twórczego natchnienia, o tyle podręcznik Julii Cameron jest biblią kreatywności. Ten 12-tygodniowy kurs powstał w 1992 roku, a ze względu na swoją rosnącą popularność, był kilkukrotnie wznawiany. W Polsce został wydany zupełnie niedawno, bo w 2013 roku, przez wydawnictwo Szafa.

Książka podzielona jest na dwanaście rozdziałów, a każdy z nich jest osobnym tygodniem, w którym odbywa się tzw. twórcze odrodzenie. Na czym ono polega? Na nauce tworzenia, bez oceniania. Czytelnik zobowiązuje się: po pierwsze pisać każdego ranka poranne strony- dziennik-w którym zostawia własne uczucia; a po drugie ma odbywać ze sobą randki artystyczne.

Brzmi ciekawie? Radki odbywają się raz w tygodniu i polegają głównie na zabawie. Zasady są proste: żadnego towarzystwa. Mają cię one nauczyć konstruktywnego działania w samotności, bo dobra zabawa napełnia umysł wrażeniami i prowokuje do tworzenia. Autorka przez wiele lat prowadziła zajęcia wśród zablokowanych pisarzy, aktorów, tancerzy, malarzy, którzy utknęli w martwym punkcie bo nie mieli dostępu do własnej kreatywności. Książka Cameron uczy nas jak na powrót stać się dziećmi, które w tworzeniu znajdują nie tyle pracę, co dobrą zabawę przynoszącą spełnienie osobiste.

artistsway


Jak zostać pisarzem i Maszyna do pisania dadzą ci wskazówki, które będziesz mógł wykorzystać w każdym tekście a Wielka Magia i Droga Artysty nauczą Cię czerpać radość z faktu posiadanego przez Ciebie talentu. Bo przecież chodzi o to, aby życie przeżyć z pasją, a każdy kolejny dzień miał trochę inny smak od dnia poprzedniego. Dobrze wykorzystana kreatywność rozwija nas jako ludzi, a także jest najlepszym sposobem na uczynienie z życia ciekawej podróży ku nieznanym krainom. Pamiętajcie, by podręczniki potraktować jako narzędzia służące rozwojowej zabawie, bo to w niej tkwi geniusz. Inspirującej lektury!

Szukając właściwej drogi

W naszym jednostkowym życiu najbardziej zmagamy się z dwoma modelami działania. Pierwszy to: zrób coś przyjemnego teraz, a w jakiejś nieokreślonej przyszłości jako konsekwencja pojawi się nieprzyjemne. Powtarzaj przyjemność dość często a nieprzyjemne pojawi się wraz z odsetkami, bez których moglibyśmy spokojnie żyć.

Drugi model to: zrób teraz coś, czego wygodniej byłoby nie robić i odnieś korzyści z tego później. Powtarzaj to zachowanie dość często, a w przyszłości zbierzesz plony w postaci pomnożonych odsetek.

B.K.S Iyengar
Joga światłem życia


yogapl

Powyższy cytat był jak szklanka zimnej wody w upalny dzień.
Oto nagle znalazłam się w domu!
Więc wszystko to, czemu się oddaję z takim zapałem, ma sens.
Dyscyplina, samokontrola i silna wola zwyciężają na drodze do szczęścia.

Nie zawsze żyłam tak jak teraz.
Był okres liceum i co sobotnich dyskotek.
Był okres studiów i conocnych imprez do świtu.
Był okres żywienia się hot-dogami z podejrzanej budki
i wypijania dwóch litrów coli dziennie.
Towarzyszyły temu: niepokój, zmęczenie i brak zadowolenia.
A więc coś robię źle, pomyślałam.

Zaczęłam poszukiwania, biorąc na celownik dietę.
W ręce wpadła mi książka Petera Singera o prawach zwierząt; potem
uzupełniłam ją „Szalonym Kowbojem” Howarda Lymana.  Wiedziałam już, że nigdy w życiu nie tknę mięsa. I że moje pierwotne reakcje w dzieciństwie były prawdziwe.
„Nie zjem”, „fuj”, „to nienaturalne”.

Intuicyjnie czułam, że dieta to nie wszystko, to ledwie wstęp do czegoś więcej. 
Bo człowiek to nie tylko ciało, mamy jeszcze umysł i duszę. Szukałam dalej… 

Na studiach dziennikarskich poznałam chłopaka, Krystiana. Przyciągnął mnie do siebie nieśmiałą innością. Okienka między wykładami sprzyjały zacieśnianiu więzów.
Otworzył się. Zaczął mówić o Dharmie. „Opowiedz mi jeszcze!”, prosiłam łapczywie.
Tak poznałam buddyzm. A potem, Wszechświat jakby w odpowiedzi na moje pytania podsunął mi te słowa przeczytane w pewnej gazecie…

Aby studiować buddyzm, trzeba studiować siebie. Aby studiować siebie, trzeba zapomnieć o sobie. A zapomnieć o sobie- to być oświeconym przez wszystko i wszystkich.

Pół roku później byłam już stałym bywalcem buddyjskiego ośrodka, w którym nauczyłam się medytować. Co prawda nikt z praktykujących nie był wegetarianinem; były co sobotnie imprezy, piwo i wino lały się strumieniami, ale dopiero po pięciu latach  zaczęło mi to bardziej przeszkadzać, do tego czasu jedynie uwierało.

Zaczęłam się zastanawiać jak to jest możliwe, że w ośrodkach w których dbałość o karmę (a więc o przyczynę i skutek) powinna być na pierwszym miejscu, a tymczasem ludzie zarywają noce, obżerają się cukrem, piją alkohol i jedzą mięso tak jakby przyczyna i skutek w stosunku do ciała w ogóle nie istniały?

Owszem, buddyzm kładzie nacisk na przemijalność, owszem nikt z nas nie jest własnym ciałem, ale póki je mamy, czyż nie lepiej i zdrowiej byłoby je szanować? Kłaść się o 22, wstawać skoro świt, zdrowo karmić, nie pić i dużo spacerować?

W buddyzmie zabrakło mi pracy z ciałem, a ono wołało o pomoc. Było tak pospinane, że chodziłam nienaturalnie przygarbiona. Nie czułam go. Jakby było nie moje.
Nadal czegoś szukałam, choć nie umiałam tego nazwać. Nadal żyłam tak jak lubię, nawet mimo tego, że znajomi się ze mnie śmiali. Poniedziałek czy piątek, ja w łóżku byłam już o 22 i konsekwentnie wstawałam o 6. Przeszłam na weganizm, bo cukier i nabiał rujnowały mi zdrowie. Nadal nie piłam. Spacerowałam. Już nie medytowałam Bo ile można siedzieć na poduszce w niewygodnej pozycji, z podbródkiem bezwładnie opadającym ku klatce.

Aż pewnego poranka, z ciekawości, bo zawsze to za mną chodziło poszłam na jogę.
To było dziwne spotkanie. Myślałam, że się zrelaksuję, że będzie miło a w tle zagra indyjska muzyka. Tymczasem, zamiast muzyki była nabożna cisza przerywana jedynie słowami nauczycielki prowadzącej zajęcia.

Zabolało. Nie tylko ciało. Zabolało mnie ego. Ze nie potrafię. Że mam 30 lat, a 60-letnia kobieta obok potrafi coś, co dla mojego ciała jest abstrakcją. Poczułam mięśnie. Ale tak naprawdę, dogłębnie, tak jakbym pod mikroskopem zaglądała do własnego wnętrza. Poczułam te miejsca o których istnieniu nie miałam pojęcia.

I czułam je jeszcze przez najbliższe dni.

-Czy ja źle ćwiczyłam, że mnie tak wszystko boli?– zapytałam Agnieszki, koleżanki, która ćwiczyła jogę przez wiele lat.
-Wręcz przeciwnie. Nareszcie zaczynasz czuć własne ciało.

Poczułam je być może po raz pierwszy w swoim trzydziestoletnim życiu.

Wróciłam, a jakże. I skupiłam się na poszukiwaniach najlepszego dla siebie nauczyciela.
A że jestem drobiazgowa i dociekliwa nie omieszkałam zasięgnąć opinii najstarszego jogina w Polsce, znanego w całym kraju. Wysłałam więc do niego maila, a tydzień później nadeszła odpowiedź z nazwiskami. Sprawdziłam je. Poszłam do każdego z instruktorów po kolei, u dwójki zostałam.

Ćwiczę codziennie. W zasadzie „ćwiczenie” to niewłaściwe słowo, bo wiąże się wyłącznie z fizycznym aspektem jogi. A joga to filozofia, która ma doprowadzić do pełnej integracji ciała, umysłu i duszy. Hatha joga, której z sercem się oddaję, jest jogą dyscypliny. Lub, jak nazwał ją wielki indyjski mistrz, B.K.S Iyengar, Jogą silnej woli.

Kiedy przeczytałam jego książki i natrafiłam na ten zwrot, wiedziałam że jestem w domu.
Wiedziałam już że nikomu nie muszę się tłumaczyć z własnej dyscypliny, ani z tego że nie piję, że nie jem cukru, że nie zarywam nocy i nie gadam o bzdurach, bo szkoda mi czasu.

Uczę się. Każdego dnia od nowa, z umysłem początkującego. Nie tylko przez 1,5 godziny na zajęciach, ale również pomiędzy każdym wdechem a wydechem. Wiem już, że im częściej będziemy wzmacniać własną samokontrolę poprzez unikanie zwykłych przyjemnostek, które przynoszą zgubne konsekwencje a ćwiczyć się w nawykach wymagających siły woli, tym większa szansa że osiągniemy szczęście. Lub po prostu nauczymy się je przeżywać we właściwy sposób.

Logicznie rzecz biorąc, posiadając zdrowie i sprawując samokontrolę, jesteśmy w stanie coraz lepiej kierować naszym życiem. Jesteśmy szczęśliwi, gdy panujemy nad własnym życiem, ponieważ doświadczamy wtedy coraz większej wolności.

B.K.S Iyengar

Gdy pisarz staje się botanikiem

„Im większe zagrożenie, tym szybciej postępuje ewolucja”.
Elizabeth Gilbert, Botanika Duszy


CAM00653

Lubię niedziele.
Za niespieszne, ciche poranki które pozwalają całkowicie oddać się lekturze przy wielkim kubku mocnej kawy. Dziś wstałam o 6.00, by dokończyć książkę, którą delektowałam się od tygodnia. Delektowanie się to najlepsze słowo oddające charakter tej powieści. Czasem potrzebuję, ot zwykłego zachwytu. Zachłyśnięcia się pięknem fabuły, estetyką słowa.

Botanika Duszy Elizabeth Gilbert nie jest nową książką.
Została wydana dwa lata temu. Mimo, że zawsze miałam ją w zasięgu wzroku i mijałam ją między półkami z napisem TOP 25, nie wzięłam jej wówczas do rąk. Może ze względu na nieodłącznie towarzyszący jej okładce napis: „bestseller”. 

Nigdy nie lubiłam tego wyświechtanego słowa. Dla mnie oznaczało: komercję, pisanie pod publikę i łatwy odbiór. Bo przecież coś, co tak łatwo zadowala gusty milionów nie może być wielkim działem, czyż nie?

Pomyliłam się.
I dobrze mi z tym.
Lubię czymś tak miło się zaskoczyć.

Botanika Duszy to książka wielowymiarowa.
Opisuje dzieje życia utalentowanej, niebywale inteligentnej choć niezbyt urodziwej kobiety imieniem Alma. Zamiłowanie do botaniki dostała w spadku z krwią przodków, podobnie jak bystry i chłonny umysł oraz umiejętność prowadzenia zaskakujących dysput.

Dziewczynka pomimo a może właśnie z tego powodu, że nigdy nie zainteresowała sobą żadnego mężczyzny, nie miała też prawdziwych przyjaciół, a stosunki z siostrą były oschłe, oddała się dziedzinie nauki zwanej briologią. Studiowała mchy, które po wielu latach badań doprowadziły ją do sformułowania odkrywczej teorii przetrwania gatunków.

Liz Gilbert przedstawiła Almę nad wyraz rzetelnie. Dzięki temu otrzymujemy wiarygodną bohaterkę, wraz z jej licznymi tęsknotami, kwitnącą seksualnością, i pasją dążenia do prawdy, która w trudnych sytuacjach, jako jedyna trzyma przy życiu.

Lubię Liz za jej osobowość i wiarę w to, że każdy człowiek posiada dostęp do kreatywności.
Jej najnowsza książka, Wielka Magia zajmuje na mojej półce czołowe miejsce. Te dwie pozycje wspaniale się uzupełniają. Botanika Duszy potwierdza tezę zawartą w Wielkiej Magii. Że w istocie jesteśmy powołani do tworzenia rzeczy wielkich. I że kreatywność jest jedynie kwestią otwarcia umysłu, na to co Wszechświat zechce nam dać.

Pisarka przy okazji premiery Botaniki… opowiedziała w jaki sposób zajęła się pisaniem książki o roślinach. Po prostu rośliny stały się jej chwilową odskocznią po poprzedniej książce. Miały być odpoczynkiem, zmianą kierunku, czymś w rodzaju „zarybiania wyschłego stawu”, Zdawało się jej wtedy, że pomysły się skończyły. I tak, amatorsko zaczęła hodować ogród a świat kwiatów zaintrygował ją na tyle, że stał się pasją. Z pasji natomiast narodziła się Botanika Duszy.

Dobrze jest mieć potwierdzone w 572 stronach to, co Gilbert zawarła w Wielkiej Magii. Kreatywność jest udziałem nas wszystkich. A rzeczy wielkie, co też piękne biorą się z zachwytu nad światem i z wiecznej ciekawości niezgłębionego życia.


Tytuł: Botanika Duszy
Autor: Elizabeth Gilbert
Wydawnictwo: Rebis
Rok wyd.: 2014
Stron: 572

Romantyczny przyjaciel

06


Jaką rolę odgrywają w Twoim życiu książki?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać, gdy pewnego wieczoru zaczęło boleć mnie ramię.
Dlaczego ramię? Bo gdziekolwiek wychodzę, w wielkiej torbie z łowickim haftem zawsze trzymam książkę. Lub dwie.

Nawet jeśli jest tam tysiąc ciężkich rzeczy. Nawet gdy boleśnie przez to tracę kobiecą oś ciała. Bo nigdy nie wiadomo kiedy będę potrzebować przyjaciela, który milcząco dotrzyma mi towarzystwa.

Ale zacznijmy od początku.

Kojarzycie obyczaj wyprawiania dziecku pierwszych urodzin?
Zjeżdża się wówczas cała rodzina.
Wszyscy wujkowie, ciocie, babcie, dziadkowie.
Stół zastawiony jest przedmiotami, których wybór przepowie przyszłość dziecka.

Wybranie pieniędzy symbolizuje bogactwo.
Książka, wykształcenie i mądrość.
Różaniec, religijne powołanie.
A alkohol… każdy wie.

Z całkowitym oddaniem i pewną ręką wybrałam książeczkę.

Natomiast dwa lata później, gdy byłam trzyletnim szkrabem, domagałam się, by zapisać mnie do biblioteki.

Tak też się stało.
Tata wziął mnie za rękę i zaprowadził do najpiękniejszego na świecie, przytulnego przytułku książek pachnących starością. Na miejscu bibliotekarka oznajmiła mi, że jestem najmłodszym zapisanym jak dotąd czytelnikiem. To był najpiękniejszy komplement!

Niedługo potem nauczyłam się czytać.
Gdy rodzice w sobotę zabierali mnie do miasta na lody,
ja marudzeniem, płaczem i szantażem wymuszałam zamiast lodów wizytę w małej księgarni.

To było jedyne mi znane miejsce sacrum.
Zachwycona oglądałam okładki, dotykałam palcem symetrycznych brzegów, wąchałam pojedynczo kartki aż zmuszona, by w końcu podjąć decyzję, z żalem rozstawałam się z tymi przyjaciółmi, których posiąść nie mogłam.

Mam 31 lat i niewiele się zmieniło.
Kocham książki i ich domy.
Kocham szelest kartek i ich zapach, lubię słowa i to jak dobierają się towarzysko, tworząc harmonijną i spójną logicznie treść.

Nie bywam już tak często w księgarniach bo odrzuca mnie krzykliwy marketing i reklama, ale odwiedzam antykwariaty.
Być może, specyficznie pachnące i zagracone
przypominają mi moją pierwszą wiejską biblioteką

A może po prostu bardziej do mnie pasują,
bo żadna z mieszkanek nie potrzebuje idealnie skrojonej szaty graficznej.
Ich wnętrze jest wszystkim co mają, a to wystarczy.

Mam niewielu znajomych i niewielu prawdziwych przyjaciół.
Czy dlatego, że zamiast wieczornego wyjścia zazwyczaj wolałam książkę?
A może dlatego, że książka w przeciwieństwie do człowieka nigdy nie jest w stanie rozczarować…

Oczywiście, wiem że papierowa relacja nigdy nie zastąpi tej fizycznej, skąd czerpiemy ciepło. Ale myślę, że gdyby nie książki, w życiu czegoś by mi brakowało i czułabym się uboga. Może to kwestia introwertyzmu. Tego, że bohaterowie nie żądają słów i akceptują głębokie emocje. Nie krępuje ich płacz, lubią wzruszać, kochają nakłaniać do przemyśleń.

Bo przecież lektury nie tylko towarzyszą; są czymś więcej.
Często to one kształtują nasz charakter i poglądy.
To one czynią nas dorosłymi, a czasami wręcz przeciwnie, wydobywają ze zbyt poważnych twarzy dziecięcą beztroskę.

Pamiętam, że moimi pierwszymi przyjaciółkami były „Ania z Zielonego Wzgórza” i
„Pollyanna”, pierwszym psem „Lessi, wróć” a gdy dorastałam zakochałam się w niespokojnych buntownikach :”Lordzie Jimie” , Konradzie z „Dziadów” a zupełnie niedawno krew znów uderzyła mi do głowy, gdy poznałam „Martina Edena”.

Miałam bardzo romantyczną naturę i tak mi zostało.
Może dlatego często słyszę, że bujam w obłokach.
Może nie o księciu co deklamuje wiersze,
ale o pracy wśród książek i słów.

Marzę o pracy w nabożnej ciszy, wśród zapachu papieru i dźwięku szeleszczących stron. Marzę o tytułach, które nawet mi się nie śniły i takich które przyprawiają o dreszcze: „Anna Karenina”, „Bracia Karamazow”, ” Ulisses”, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Czyż można wyobrazić sobie lepszych przyjaciół?

I czy można wyobrazić sobie lepiej spędzoną godzinę niż z książką w ręku, która spowoduje, że nagle świat zawiruje a gwiazdy zmienią swe położenie?

 

Znajdź swoją drogę

Są takie filmy, o których myślisz jeszcze długo po napisach końcowych.
Filmy, o których nie możesz zapomnieć i przy których głęboko się wzruszasz. 
I nie chodzi o to, że są ambitnym kinem niezależnym, poruszającym tematy tabu.
Te wyjątkowe filmy mówią o Tobie i Twoich największych pragnieniach. 

The-Way-1


Kino drogi

Od dziecka lubiłam kino drogi. Było dla mnie symbolem nie tylko zewnętrznej wędrówki głównego bohatera lecz wewnętrznej przemiany, która wydarzała się podczas tytułowej drogi.

Poza tym od dawna marzę o podróżach.
I choć strasznie się ich boję, to od czasu do czasu zdobywam się akt na odwagi i ruszam przed siebie opuszczając znajome włości. Każdemu wyjazdowi, i każdej choćby niewielkiej wycieczce towarzyszy strach i niepokój. Ostatecznie zawsze stwierdzam, że było warto. Że coś odkryłam i coś przełamałam a także porzuciłam przyjemną choć ograniczającą strefę komfortu.

„Droga życia” („The Way”, 2010)

Do filmu „Droga życia” powróciłam po dwóch latach przerwy.
Po raz pierwszy oglądałam go podczas pobytu w Norwegii, w deszczowym Bergen.

Pamiętam ile dał mi wówczas siły i wiary w we własną drogę.
Nakarmił mnie nadzieją, że nie bez powodu trafiamy w pewne miejsca a każde marzenie jest po to, by zmierzyć własną odwagę.

Daniel jest czterdziestoletnim podróżnikiem.
Parę lat wcześniej porzucił studia doktoranckie i bezpieczną posadę, by ruszyć przed siebie, poznać ludzi, nowe miejsca i zmierzyć się z własnymi ograniczeniami. Na skutek nieszczęśliwego wypadku traci życie na drodze do Santiago de Compostella, czyli na sławnej  francusko-hiszpańskiej trasie Camino, którą wybierają pielgrzymi z całego świata.

Jego ojciec, Tom, konserwatysta który wiedzie ustabilizowane i bezpieczne życie dociera na francuski posterunek, by odebrać prochy i rzeczy zmarłego syna. Początkowo zacietrzewiony i zamknięty w sobie, postanawia przejść trasę Camino, by na kolejnych odcinkach drogi zostawiać część prochów syna. Wynagradza mu w ten sposób czas, którego z nim nie dzielił, bo troska o dobrobyt była ważniejsza.

Camino staje się w ten sposób nie tylko kolejnym zadaniem Toma do zrealizowania. Jest czymś znacznie większym i potężniejszym. Jest procesem przemiany. Prowokuje go do zweryfikowania własnego poglądu na życie. Tom, początkowo zagniewany i dumny w stosunku do innych, powoli się otwiera. Najpierw na miejsca, potem na ludzi, ostatecznie na własne marzenia i sympatie. Odkrywa, że od słowa „mieć” ważniejsze jest „być”. Obecność, ludzkie relacje, poznawanie, ciekawość człowieka, kultury  i świata.

Wszechświat daje prezenty

Po obejrzeniu filmu, po raz kolejny zaczęły się dziać w moim życiu ciekawe rzeczy.
Bo ta historia napędziła moje marzenia. O drodze, o ruszeniu przed siebie, o spotkaniu własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu kiedyś wystarczały śmiech i zabawa, a nie pieniądze, społeczny status czy kariera.

I głęboko wierzę w to, że jeżeli o czymś się myśli, jeżeli się marzy i wypowiada życzenia, to Wszechświat z wielką miłością rzuca niespodzianki pod nogi. Może początkowo niewielkie, ale z pewnością takie które skłaniają do refleksji. Tak jakby życie pytało: „czy odważysz się w końcu?”.

Po tym filmie poszłam do pobliskiej biblioteki wypożyczyć parę dobrych książek. Weszłam na dział „podróże”, wzięłam do ręki Pawlikowską i ruszyłam w stronę bibliotekarza, aż mój wzrok przykuła kolorowa książka na wystawowej półce: „Autostopem przez Atlantyk i Amerykę Południową” Przemka Skokowskiego. Na okładce widniało zdjęcie miłego, młodego gościa, książka ładnie pachniała, wzięłam..

Przy ladzie do bibliotekarza była kolejka.
Nudząc się, zaczęłam zgarniać do torby wszelkie ulotki.
Jakiś repertuar Teatru Wybrzeże, ulotkę Dyskusyjnego Klubu Książkowego, jakieś zaproszenie na wystwę fotografii, spotkanie autorskie…

auto

Gdy dotarłam do domu, rzuciłam torbę w kąt i otworzyłam książkę Przemka.
Zaciekawiły mnie pierwsze strony. Młody chłopak, jeszcze w trakcie studiów postanowił ruszyć w drogę dla siebie i dla innych. Dzięki crowdfundingowi stworzył projekt „100.000 zł dla gdańskiego hospicjum”. W trakcie trasy miał opisywać własne przygody na blogu, a wszyscy chętni mięli wpłacać na rzecz hospicjum przysłowiowe pięć złotych.

Kilka stron  dalej przeczytałam, że…
W drodze do Ameryki Południowej Przemek wpadł na pomysł przejścia trasy Camino do Santiago de Compostella… Przypadek?

Kilka dni później, gdy wracałam z zakupów i  wyciągałam z torby warzywa i pieczywo, do jednej z siatek przyczepiła się kartka która sfrunęła na podłogę. Ach, to ulotka z biblioteki! Pomyślałam, po czym wzięłam ją do ręki.

Była zatytułowana „W drodze do Jerozolimy” a rysunek na ulotce przedstawiał wędrowca z drewnianym kijem. Ciekawe, myślę, po czym odwracam ją na drugą stronę. „Zapraszamy na spotkanie autorskie z podróżnikiem, który przebył pieszo 30.000 km, między innymi sławną trasę Camino, do Santiago de Compostella. Przypadek? Oczywiście poszłam, bo tego dnia w którym ulotka wypadła z torby, odbywało się spotkanie.

Naucz się języka znaków

Nie twierdzę, że Wszechświat daje mi znaki bym ruszyła pieszo przez Francję do hiszpańskiego miasta, Santiago de Compostella. Natomiast uważam, że Wszechświat daje to o czym dużo się myśli i gdzie lokuje się energię.

Ostatnio sporo myślę o podróżach. Chodzę na wszelkie publiczne spotkania z podróżnikami, czytam podróżnicze książki i przypominam sobie jak w dzieciństwie i wczesnej młodości marzyłam o wielkim plecaku ze stelażem z którym ruszam przed siebie. A National Geographic płaci mi za zdjęcia i artykuły o miejscach z całego świata 🙂

paulo

Pamiętam też, że zaczęło się od „Alchemika” Paula Coelho. 
Miałam piętnaście lat.
Dostałam na gwiazdkę tę książkę i olbrzymi atlas geograficzny.
Od tamtej wigilii, nie rozstawałam się z nimi i moim zdaniem świetnie się uzupełniały. Każdy szlak obrany przez książkowego bohatera, Santiago znajdywałam w atlasie. Najpierw zwiedziłam palcem Andaluzję, potem Gibraltar i Maroko.

Najważniejszym przesłaniem lektury było : dostrzegaj znaki i podążaj nimi
Więc dostrzegałam je wtedy i uczę się dostrzegać je teraz. I w filmie który powoduje mocne bicie serca i łzy. I w „przypadkowej” książce i w ulotce „przypadkowo” wyciągniętej z torby.

Acha. Jeżeli ktoś z was nie wie to dodam tylko, że Paulo Coelho napisał swoją pierwszą książkę „Pielgrzym” po przejściu trasy do… oczywiście Santiago de Compostella.
I tu klamra się zamyka a w niej zwiera cały mistycyzm znaków 🙂


„Pa­miętaj, że wszys­tko jest jed­nym. Pa­miętaj o języ­ku znaków.
Ale na­de wszys­tko pa­miętaj, że mu­sisz iść do kre­su swo­jej włas­nej legendy”.
P. Coelho, Alchemik

 

 

 

Czarujące Czarownice

Czym jest sen? Czy to krótkie wspomnienie poprzednich żywotów? A może to tylko 
iluzoryczna wizja niespełnionych pragnień? Freud i Jung zapewne pochyliliby się nad ich znaczeniem i doszukali się ukrytych symboli. A Maciej Bennewicz, autor „Przerażającego oddziaływania na odległość” nie tłumaczy, lecz jedynie częstuje czytelników  sennymi migawkami bohaterów, który zabłądzili w czasoprzestrzeni. 


czarownice

A ta czasoprzestrzeń jest w trzeciej części bliżej nieokreślona.
Owszem, mamy tu krótką kontynuację drugiego tomu. Kilkoro bohaterów jest wciąż w z zwykłej Polsce, inni w mitycznej i uporządkowanej niczym z powieści Aldousa Huxleya, lecz na skutek skoku, przejścia przez bramę czy choćby pociągnięcia za sznurek przy salcie w tył, Łasabi oraz Gonzo, Samanta oraz dwa gadające koty, Felek i Łoskot przestają być tymi, za jakich się uważali (tudzież za jakich czytelnicy ich uważali) i lądują w podzielonej krainie pełnej waśni, kłamstw i sporów, gdzie ludzie boją się wody a liczba siedem i zwierzę o nazwie habanuk mają wyjątkowe znaczenie. Więc pomijając nazwy krain i brak umiłowania do wody, jest to kraj podobny do naszej ojczystej ziemi. A nowi bohaterowie, to te same, znane nam już osoby lecz w innych ciałach.

Autor umiłował sobie przemycanie ważnych kwestii pod płaszczykiem obcych nazw i fantastycznych postaci, które przecież mimo nietypowo brzmiących nazwisk mają typowo polskie przywary. Chęć władzy i zysku, wszechobecne kłamstwo, manipulacja, rozsiewanie plotek, uwielbienie alkoholu, niezdrowego jedzenia i seksu są tu codziennością.  Każdy z bohaterów niezależnie od swojego statusu społecznego (czy też magicznego) jest typowym Kowalskim który zmaga się z nałogiem, jest manipulowany przez osoby wyższego szczebla, kocha, nienawidzi i posiada mniej lub bardziej wstydliwe ciągoty.

Za każdym razem sięgając po kolejny tom powieści jestem coraz bardziej zdumiona wyobraźnią autora i jego inteligentną żonglerką: czasów, miejsc i postaci, które niekiedy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Maciej Bennewicz potrafi nie tylko sprawnie prowadzić i przeplatać kilka oddzielnych historii naraz. On umiejętnie doprowadza je do logicznego spotkania i sytuacyjnego półfinału. Ileż to trzeba mieć szufladek w głowie, żeby się nie pogubić a ostatecznie doprowadzać dość skomplikowaną akcję do meritum i pamiętać przy tym o dialogach, które w każdej jego części są jej sercem. Wprowadzają wartki rytm i dowcip a czytelnik nie ma czasu się nudzić.

Książkę przeczytałam w dwa dni. Rozdziały są krótkie i urywają się w takich momentach, że po prostu żal było kończyć. No bo coś tu się urywa w pół zdania, ktoś tu pociągnął za sznurek i obudził się w innych czasach, a ktoś inny okazuje się ukraść cudze sumienie zamknięte w łupince orzeszka…

„Przerażające oddziaływanie na odległość” to zabawa dla inteligentnych i lubiących liczne metafory. Nie znudzą się miłośnicy fantasy i wartkiej akcji, amatorzy fizyki kwantowej będą zachwyceni. A dla wtajemniczonych: powieść ta to nie tylko fantastyka czy realizm magiczny, to nie tylko powieść w duchu wiktoriańskim, choć i takie elementy tu znajdziemy. Ta opowieść jest przede wszystkim metaforą człowieka i naszego kraju. Autor zadaje ważne pytanie, które błądzi między kolejnymi akapitami: czy jesteś świadomy? Czy ty wybierasz jak żyjesz, czy życie wybiera ciebie?

Na przedostatniej stronie widnieje zapowiedź kolejnej, czwartej części a ja tylko łapię się za głowę i pytam: skąd Pan, Panie Macieju bierze te wszystkie pomysły? Czy to aby sprawiedliwe że jedni cierpią na brak wyobraźni podczas gdy inni piszą inteligentne książki w zawrotnym tempie? Oby więcej pojawiało się takiej lektury w naszym kraju i oby więcej było świadomych autorów i czytelników. Bo tylko nasza mądra, ludzka świadomość ma siłę wydostania nas z sideł iluzji, która czyni z nas niewrażliwymi na głupotę, zemstę i kłamstwo.


 

Tytuł: Przerażające oddziaływanie na odległość. Część III. Czarujące Czarownice.
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok: 2016
Liczba stron: 316

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Mały Dorosły

Czasem przychodzi taki dzień, w którym zdajemy sobie sprawę, że przestaliśmy być Dzieckiem. I nie chodzi o pierwszą zmarszczkę, czy podjęcie pierwszej, ważnej decyzji. Po prostu podczas chwili ciszy i spokoju zauważamy, że zapomnieliśmy jak to jest się bawić, a zwykły śmiech zastąpiło wieczne marudzenie. Stało się. Oto kolejny człowiek stał się Dorosły w Poważnym Świecie.

Screen_Shot_2014-12-10_at_11.30.01_AM.0.0


Doroślejemy powoli, etapowo i niezauważalnie. Z pokoju giną zabawki, kolory szarzeją, a Kubuś Puchatek A.A.Milne, który wiódł prym na górnej półce nagle trafia do tekturowego pudła. Nie byłoby w tym niczego niepokojącego, gdyby nie to, że często dorastamy nie z własnej woli; świat od nas tego wymaga. Obserwujemy rodziców, przyjaciół i autorytety aż stwierdzamy, że czas porzucić infantylny świat i zacząć bawić się inaczej. Zdobyć wykształcenie, dobry zawód, zacząć zarabiać i kupić najnowszego McBooka. To nie czas na głupoty. Wszak okres studiów mamy dawno za sobą.

Kolega kupił kawalerkę, Kasia z Matim wzięli hipoteczny, a Anka jest w ciąży. Może i na mnie czas? Wielcy mówcy motywacyjni i szkoleniowcy od wizerunku uparcie powtarzają, że czas porzucić koszulki z batmanem na rzecz niewygodnych żakietów a życie trzeba brać na poważnie, bo inni są daleko na przedzie. Rozumiem dobre intencje mówców, ale nauczyłam się jednego- idąc cudzymi śladami, możemy trafić na manowce. Nie do każdej rady zastosujemy się w życiu, bo jesteśmy różni. Doświadczyliśmy odmiennych rzeczy, poznaliśmy różne sytuacje i mamy własne, odrębne właściwości w umyśle. Nie każdy musi być przebojową duszą towarzystwa a idąc jednak tym tropem narażamy się na frustrację i rozczarowanie swoją osobą.

Co zabawne, wielu Dorosłych ma w sobie takie pokłady ukrytego Dziecka i chęci pozwolenia sobie na zatroszczenie się nim, że sami sobie sprawiają dziecko, zamiast udać się do własnego wnętrza. Osoby chodzące na terapię z powodu bycia nieszczęśliwymi odkrywają, że źródłem nieszczęścia jest zapomnienie o własnym małym, wewnętrznym ja, które pragnie być kochane, spontaniczne i radosne. Nieszczęście jest często skutkiem 100%-owego wydoroślenia, które przekreśla każdy przejaw infantylności.

Wiecie kiedy zorientowałam się, że  stałam się Poważnym Dorosłym w Poważnym Świecie? Kiedy zaczęłam marudzić, stękać i narzekać. Zamiast spontanicznego śmiechu i głupot opowiadanych przy stole, że Skarpetkowe Potwory zżarły mi skarpetkę dlatego mam nie do pary, zaczęłam opowiadać jakie mam plany i co MUSZĘ zrobić w ciągu dnia. Zapaliła mi się lampka alarmowa(!). Zaraz, zaraz! Stałam się własną zrzędliwą ciotką i wredną sąsiadką z biedronki, która pcha wózkiem ludzi przy kasie, mówiąc „szybciej paniusiu!”.  Niedobrze.

Mimo, iż zawsze dbałam o to, by pamiętać o własnym Wewnętrznym Dziecku, to jednak gdzieś na ścieżce szybkiego życia zgubiłam parę elementów i przymiotów wiecznej młodości. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, oglądając „Małego Księcia”. Myślę, że każdy z Was zna krótką książeczkę A.de Saint-Exuepery’ego, prawda? Warto raz na jakiś czas ją sobie odświeżyć, przeczytać przed snem od deski do deski, i głeboko o niej pomysleć. I zachęcam też, do obejrzenia najnowszej ekranizacji Marka Osborne’a, bo mimo iż całkowicie złamał koncepcję książkowego pierwowzoru, to jednak zachował przewodnią myśl autora: jak pozostać Dzieckiem, będąc Dorosłym.

A to przecież nie lada wyczyn- być aktywnym, zdobywać się na akty spontaniczności i znajdywać dobre strony teoretycznie kiepskich i nieprzyjemnych sytuacji. Takim Dorosłym Dzieckiem jest 80-letni Pilot, narrator opowiadania (ten sam, który poznał Małego Księcia na pustyni), który żyje jakby wciąż miał dwanaście lat. Mieszka w osobliwie wyglądającym domu zagraconym niepotrzebnymi, choć sentymentalnymi bibelotami. Na dachu ma urządzone prowizoryczne obserwatorium astronomiczne, sam nieustannie chodzi w kombinezonie pilota i snuje ciekawe, metaforyczne opowieści, cały czas bawiąc się i zaprzęgając własną kreatywność do pracy i zabawy. Wydaje się, że staruszek jest mentalnie młodszy od własnej kilkuletniej sąsiadki, która jest odpowiedzialna, poukładana i… nieszczęśliwa oraz samotna w swej metodyczności, bo gdzie tu czas na zabawę i przyjaciół?

Film, podobnie jak książka przypomina, że w byciu Dzieckiem nie chodzi ani o metrykę ani o wygląd, lecz o energię. Pilot kilkukrotnie tłumaczy małej dziewczynce, coś co głęboko zapada w pamięć: nie chodzi o to, by nie dorosnąć, chodzi o to, by nie zapomnieć jak być Dzieckiem. Więc jak nie zapomnieć? Lis ma na to małą radę: widzi się dobrze tylko sercem. Najważniejsze jest niewidzialne dla oczu. Nasze Wewnętrzne Dziecko również mieszka w sercu i choć jest ukryte pod „dorosłymi” ciuchami, makijażem i dyplomacją, to wciąż wyrywa się do spełnienia swych infantylnych marzeń. Naszą rolą, jako opiekunów, jest mu pozwolić. I nie zapomnieć.