Archiwa kategorii: inspirujące książki

Głowy do wynajęcia

Pamiętacie recenzję książki Maciej Bennewicza, Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz. I. Gra w kości? (https://emocjonalnie.com/2015/11/08/czarownice-w-sluzbie-bezpieczenstwa/ ). Pan Maciej napisał drugą część. I nie jest ona bynajmniej prostsza (czy mniej zabawna) od poprzedniej.

głowa


Znany coach najwyraźniej lubi realizm magiczny zmierzający ku pastiszowi, na szczęście z wzajemnością. Prowadzi jednocześnie kilka wątków w równoległych rzeczywistościach, mnoży zagadki, intrygi i tajemnice by ostatecznie rozwiązać tylko kilka z nich a resztę odkryć w kolejnej, trzeciej części. Książka przyprawia o zawrót głowy i wprowadza sporo zamieszania w czytelniczej głowie. Czy to źle? Ależ skąd! Tylko dobry pisarz potrafi doprowadzić do szaleństwa. Niczym sprytny Bułhakow, który odbiera czytelnikowi klepkę po klepce i ten pewnego dnia nie wie już co jest prawdą a co fikcją (kto czytał Mistrza i Małgorzatę ten wie).

Ale o co właściwie chodzi?
Właśnie to pytanie zadawałam sobie wielokrotnie podczas lektury. Wielość wątków i detali jest zaskakująca ale to dzięki nim nie sposób się nudzić. Autor nie bawi się w niepotrzebne opisy; każde zdanie, każdy wątek i bohater jest po coś i odgrywa istotne znaczenie. Więc od razu uprzedzę, porzućcie wszelkie próby analitycznego myślenia i zadawania sobie podobnych pytań. Nawet jeśli przez chwilę nie wiadomo o co chodzi, to ostatecznie się wyjaśni.

W drugiej części trylogii, autor sporo uwagi skupia na świecie alternatywnym, na zamierzchłej przeszłości (a dokładniej na roku 1555) kiedy to Sabina Taube (zwana w czasach obecnych Samantą Gołąbek-Kryszulą) została oskarżona o herezję i uprawianie magii.  Opowieść rozpoczyna się owego 1555 roku, kiedy to ojciec Remigiusz osobiście sprawdza, czy stos na wiedźmę jest już gotowy…

W Głowie do wynajęcia są ci sami bohaterowie, ale zmieniły się koalicje, plany i rząd pragnący kontrolować polskie społeczeństwo. Jeden z głównych bohaterów poprzedniej części, Gonzo zostaje mianowany na głównego dowodzącego wśród magicznych i dostaje nie lada zadanie do wykonania: ma spotkać się z Samantą (która jest- jak się dowiedzieliśmy wcześniej- wiedźmą z gildii purpurowej) i zawrzeć z nią rozejm.

Samanta jest jednak wiedźmą przebudzoną i świadomą własnej mocy, więc wykorzystując naiwność niedouczonego Gonza, wysyła ich umysły na powrót do roku 1555, aby dać Gonzowi szansę na zmianę przeszłości a co za tym idzie, teraźniejszości. Samanta zapomniała jednak wspomnieć, że każda zmiana czasu, który już istniał może mieć poważne konsekwencje: wpłynąć na cały świat, jego klimat, nastrój i wszystkich mieszkańców. Podobnie jak ruch skrzydeł motyla w jednej części świata wywołuje tajfun na drugiej półkuli.

Autor kpi z polskich przywar i rozprawia się ze społeczeństwem wychowywanych na wódce, jak gdyby to ona rozwiązywała wszystkie problemy. W którymś momencie zadaje jednak pytanie, czy żyjąc w sielankowej krainie faktycznie bylibyśmy szczęśliwi (i autentyczni)? Jednym z alternatywnych światów jest właśnie iddyliczna Polska, w której żyje cztery miliony obywateli altruistów, wegetarian, szanujących każde życie a gdy nie są użyteczni dla innych, po cichu popełniają samobójstwa w humanitarnych warunkach podczas pięknie grającej muzyki.

Zazdroszczę panu Bennewiczowi kreatywności i zastanawiam się czy podczas osobistych spotkań też częstuje gości abstrakcyjnymi opowieściami. Czy ludzie się z tym rodzą, czy kształcą poprzez inne, czytane przez całe  życie lektury? Najbardziej zdumiewający jest fakt, że autor ma wszystko (początkowo wbrew pozorom) logicznie poukładane tak, że początkowo gubiąc się w gąszczu informacji nazwisk i historii (pojawia się nawet Andrzej Frycz Modrzewski, Zygmunt August i królowa Bona) otrzymujemy sprawnie napisaną i zajmującą opowieść, która nie jest zwykłą książką ale dowodem na twórczy spryt, poczucie humoru i ludzką kreatywność. Cieszy mnie również, że osoba z etykietą coacha wzięła się za obszar tak teoretycznie mało coachowy, dzięki czemu udowadnia, że chcieć to móc. A lubić coś i mieć pomysł, to wziąć się do działania. A Wy, moi drodzy, do czytania!


Tyt.: Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz.II. Głowa do wynajęcia
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach&Couch. Autobus i kanapa
Rok: 2015
Strony: 324
Do kupienia: http://autobusikanapa.pl/ksiazki/

 

 

Wielka Magia

Są książki, które potrafią zmieniać życie, poprzez prowokowanie do działania i poszukiwań. Przeczytałam ich wiele, ale tylko kilka z nich naprawdę zapadły mi w pamięć. „Wielka Magia” Elisabeth Gilbert jest jak kanapka z masłem orzechowym. Niby nic wykwintnego a potrafi nasycić i poprawić humor.


 

CAM01375 (2)

Dzisiaj nie będę obiektywnym krytykiem, bo nie zamierzam. Dziś jestem całkowicie subiektywną i wrażliwą jednostką, całkowicie pochłoniętą lekturą najnowszej książki autorki „Jedz módl się, kochaj”, oraz „Botaniki duszy”. Na takie książki czekam, na takie poluję i takie kocham całym sercem- książki, które rozbudzają ciekawość, inspirują i przyjemnie łaskoczą. Niby Elizabeth Gilbert nie odkryła niczego wielkiego, ale prostota i autentyzm są jej zdecydowaną zaletą.

Zaczęło się od wystąpienia w programie TED.
Pisarka wygłosiła piekny i motywujący wykład na temat kreatywności i pisania. Jej przemowa zaskakuje, bo wydawać by się mogło, że żaden pisarz po spektakularnym sukcesie nie miewa już problemów, a wszystko kolejne co napisze musi zostać uznane przez sam fakt wyrobionego nazwiska. Nic bardziej mylnego! Liz podczas wystąpienia przyznała, że dopiero po niebywałym (i jak skromnie twierdzi- całkowicie przypadkowym) sukcesie „Jedz módl się, kochaj”, zaczęły się niepokoje i problemy. Bo trudno jest powtórzyć wielki sukces. Bo presja otoczenia i krytyków jest ogromna. Bo hejterzy tylko czekają na małe potknięcie. A kiedy dzieło jest, kolokwialnie mówiąc do niczego, to wszyscy zacierając ręce, mówią- a nie mówiłem?!

Tak; znani pisarze i twórcy podobno nie mają lekko, bo wyrobione nazwisko zobowiązuje i staje się ciężarem. Liz poczuła się całkowicie zablokowana ludzkimi oczekiwaniami i obawami na tyle, że przestała pisać cokolwiek. Kiedy w końcu minęło już trochę czasu, odezwał się w niej naturalny, stęskniony głos twórcy. Więc usiadła do biurka i po prostu- tak jak potrafiła najlepiej, tak jak grało  w jej duszy, nie zwracając uwagi, czy to artystyczna proza czy zwykły kicz- pisała. Odkryła tym samym, że podążanie dalej, wytyczoną przez siebie drogą, jest kluczem. Czy do sukcesu, tego nie była w stanie powiedzieć, natomiast jest kluczem do własnego serca, które pragnie tworzyć i mieć gorący romans z kreatywnością.

To zdumiewające odkrycie popchnęło ją do stworzenia „Wielkiej Magii”, poradnika dla ludzi podobnie jak niegdyś ona- zablokowanych i przerażonych wizją własnej porażki. Efektem jej pracy jest wspaniała, ciepła lektura, pełna humoru ale i bezczelnego odarcia sztuki ze świętości. Bo w istocie- to świętość i cierpiętnictwo, ta wciąż jeszcze żywa chrześcijańska spuścizna blokują nas przed tworzeniem i działaniem. Boimy się co o nas powiedzą ludzie, boimy się, jak społeczeństwo odbierze nasze pomysły i dzieła. Obawiamy się śmieszności i braku sukcesu. Boimy się zapomnienia i hejtu, przy czym sami bezkrytycznie oceniamy własne twory, chcąc by były wielkimi pomnikami dla potomnych. A to przecież absurd!

To, co daje szczęście to nieprzerwane działanie, które prowadzi do zgłębiania tajemnic Wszechświata i siebie samego. Czemu ciekawość i poczucie misji są tak istotne w życiu? Bo dają radość. Po prostu. W wielkim świecie, w którym pełno jest głodu, wojen, konsumpcji, lęków, chorób i niepewności jedyne co potrzebujemy sobie dać, to odrobiny radości i poczucia sensu. Tego zapalnika, który spowoduje, że każdego ranka będziemy ochoczo wychodzić z łóżka. I właśnie dlatego, każdy rozdział Liz kończy zdaniem: „a teraz weź się do pracy i idź coś stwórz w końcu”. Nawet byle jak, nawet gdybyś miał to wyrzucić do kosza, „(…)na miłość boską, zrób coś!”

Bo nie trzeba być wielkim i nie trzeba robić wielkich rzeczy. To ego cierpi na manię wielkości i potrzebuje nagród a dusza pragnie tylko zachwytu. Naszym zadaniem nie jest zdobycie sławy czy uznania. Niespełnienie obietnic prowadzi jedynie do smutku i frustracji. Nasze zadanie jest o wiele prostsze a przy tym bardziej znaczące- być szczęśliwym, wiecznie ciekawym i myślącym człowiekiem. Autorka swoją książką udowadnia własną tezę, że to co najprostsze i najbliżej nas samych, jest równocześnie tym co najważniejsze i czego nam trzeba.


Tytuł: Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie.
Autor: Elizabeth Gilbert
Wyd.: Rebis
Rok wyd.: 2015
Okładka: twarda
Liczba stron: 335

Czarownice w Służbie Bezpieczeństwa

Co się stanie, gdy znany coach od rozwoju osobistego zacznie pisać powieść? Otóż, moi drodzy dostaniemy wszystko co przyjdzie nam do głowy, a czego nie spodziewalibyśmy się znaleźć w jednej książce.

41


I tak oto od pierwszych stron powieści spotykamy czarownice, demony, gadające koty, voo-doo a także agentów służb specjalnych, milicję i dziadów proszalnych. Brzmi jak dowcip? Zapewne Maciej Bennewicz zabawił się z czytelnikiem, kpiąc z obecnych w literaturze konwenansów i z historii PRLu.

Historia od samego początku zaczyna się tajemniczo. Poznajemy dwóch mężczyzn o zabawnych przezwiskach: Gonzo i Łasabi. Ten pierwszy jest wykształconym racjonalistą, który niewytłumaczalne rzeczy próbuje sprowadzić do możliwie prawdopodobnych teorii naukowych. Drugi natomiast cierpi na zespół obsesyjno-kompulsywny, pogłębiający się w miarę narastającej tęsknoty za Gonzo, który nie wiedzieć po co wyjechał do Islandii (śpieszę wyjaśnić, że na miejscu miał spotkać się z przedstawicielem religii Bahaitów). Pogmatwane? A to dopiero początek….

Będzie jeszcze więcej komplikacji, porównań i dziwnych powiązań agentów SB z czarną magią. Abstrakcyjna powieść Bułhakowa, „Mistrz i Małgorzata”, to przy tym mały pikuś, choć możecie spodziewać się wielu podobieństw. Autor z resztą między wierszami, sam przyznał się do inspiracji tym konkretnym dziełem. Nic dziwnego, że znajdziemy w jego opowieści gadającego kota i latającą nad miastem czarownicę.

„Przerażające oddziaływanie na odległość” spożywa się na lekko, z przymrużeniem oka. Jeżeli potraktujecie ją zbyt poważnie i dosłownie, zapętlicie się w analizie powiązań między bohaterami a nie o to przecież chodzi.

A o co chodzi?

Myślę, że przede wszystkim o przełączenie się z lewej analitycznej półkuli mózgu na prawą, odpowiedzialną za abstrakcyjne, kreatywne myślenie. Autor wyrywa nas ze znanego nam świata relatywnych zjawisk i każe balansować naszej wyobraźni między tym co prawdopodobne, a niepojęte. Maciej Bennewicz nie byłby z resztą sobą, gdyby nie wplótł swojej filozofii w fabułę książki. Rozprawia się z komunistyczną przeszłością, krytykuje przywary Polaków, takie jak picie alkoholu czy uzależnienie od mass mediów. Oberwie się też karierowiczom i tandetnym pannom, które pracowicie budują wizerunek inwestując w wygląd zewnętrzny zamiast w rozwój. Coach chciał (choć to tylko moje przypuszczenie), pokazać co powstaje z kolorowej mieszaniny którą jesteśmy karmieni każdego dnia przez media, korporacje czy zniekształconą historię- ten codzienny disneyland doprowadza do dewaluacji wartości u statystycznego młodego Polaka. Otrzymaliśmy zatem pastisz doskonały w swej przerysowanej, groteskowej formie.

Zdecydowanym plusem, za co kłaniam się autorowi, jest umiejętność prowadzenia kilku wątków fabularnych równocześnie, nie tracąc przy tym spójnego obrazu całości. W którymś momencie, wątki zbiegają się w jeden kulminacyjny punkt, który wyjaśnia wiele, choć nadal zostawia niedopowiedzenie, by zaprosić do drugiego tomu…

Książkę odradzam zakochanym w literackiej klasyce, natomiast śmiało mogę polecić ją wszystkim amatorom fantasy, political fiction, tudzież wariatom i innym nienormalnym jednostkom. Przestrzegę jednak: przed chwyceniem po powieść skonsultujcie to z waszym psychiatrą, psychoanalitykiem czy innym lekarzem. Zbytnio pobudzona wyobraźnia potrafi nieźle namieszać w głowie i zaprowadzić ku nieznanym (niebezpiecznym?) niewydeptanym ścieżkom.

Tytuł: Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz.I Gra w kości.
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa.
Rok wyd. 2014
Ilość stron: 374


Zdjęcie: http://www.autobusikanapa.pl

Coaching nie z tej ziemi

Zadawanie sobie ważnych pytań jest dalece ważniejsze niż same odpowiedzi. Dlaczego? Bo pytanie, to poszukiwanie. A poszukiwanie, to życie, energia i radość. O tym, jak ważne jest badanie samego siebie i zmiana przekonań pisze coach, Maciej Bennewicz w książce o zabawnym tytule: „Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości”.

coaching


Tytuł każe przypuszczać, że czytelnik będzie miał do czynienia z dużą dawką humoru i abstrakcyjności. I w rzeczy samej. „Coaching…” Bennewicza jest lekturą nietypową, bo to… komiks z ilustracjami samego autora, przeplatany sesjami coachingu, podczas którego mierzymy się z własnymi przekonaniami na temat rzeczywistości i siebie samych.

Książka pełna zabawnych rysunkowych kosmitów o wdzięcznych, polskich imionach (Ryś, Grześ, Mirek i Irek) ma za zadanie wytrącić nas z poważnej równowagi. Chodzi o zmianę myślenia, o podważenie przekonań i zasianie wątpliwości. Kosmici są indywidualistami, którzy niczym chór z greckich tragedii opisują i komentują czasami zbyt dosadnie (jak dla Ziemianina) zastaną rzeczywistość. Każdy z nas ma w głowie własnego kosmitę-indywidualistę, lecz z powodu lenistwa i nazbyt mechanicznego myślenia marginalizujemy jego istnienie. Wolimy utarty, bezpieczny schemat niż samodzielne myślenie, niekiedy dalekie od poprawności politycznej.

Autor dociera do czytelnika nie tylko przez humor i nietypowość. Między kolejnymi rysunkami znajdziemy pojedyncze sesje coachingu- rozdziały poświęcone temu, co okrada nas z poczucia szczęścia i stanowienia o sobie, a co jest remedium na ów stan. Praca zaczyna się od zmiany lub chociaż podważenia własnych przekonań, które przecież w dość istotnym stopniu decydują o naszym szczęściu i skuteczności. Im bardziej elastyczni będziemy, tym więcej przestrzeni na to, co nowe. A nowe przynosi odwagę, ekscytację i poznanie. Jak pisze autor: „Mamy we krwi poszukiwanie. Szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości”.

Trudno się nie zgodzić. Czyż na ogół nie doświadczamy poczucia głębokiej radości i sensu, gdy szukamy wiedzy? Gdy pytamy? Podróżujemy? Tropimy? Wystarczy cofnąć się w myślach wstecz, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy byłem/byłam szczęśliwa? Czyż nie wtedy, gdy szukałam? To nie cel jest szczęściem, lecz droga, która do niego prowadzi.

Coach prowokuje do myślenia i zadawania pytań o własną odpowiedzialność, indywidualizm- jakże niebezpieczny w konformistycznych czasach i wolność. Całość dopełnia propozycją zagłębienia się w siebie, by odnaleźć kiełkujące pytania graniczne; pytania które burzą mury lęku, prowokują do wyjścia poza strefę komfortu i odrzucenia tego, co przestarzałe wskutek czego nie działa już od bardzo dawna. Kosmici pomagają nas nakierować na trudne, choć świdrujące pytania: „Czego ci potrzeba żeby spełniać marzenia?”, pyta jeden z nich. „Jakiego talentu nie wykorzystujesz a szkoda…???”, pyta inny. I w końcu: „Kim jesteś”?.

„Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości” jest niegrubą książką na dwa wieczory. Jest lekka, bo zabawna, lecz niech Was nie zwiedzie pozorna infantylność. To, co proste jest ze swej natury najbardziej skuteczne. W codziennej gonitwie życia zapominamy o jego istocie. Żyjemy mechanicznie, niekiedy bezmyślnie a pytania zawarte w  lekturze pozwolą na nowo otworzyć umysł na to, co znajduje się poza utartym szlakiem. Pytania zadawane samemu sobie prowadzą do głębszego poznania własnej osoby. Mądre, choć trudne przeobrażają naszą świadomość czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne życie i poczucie szczęścia. Bo przecież tylko o to chodzi. By być szczęśliwym i skutecznym człowiekiem pełnym psychicznego nadmiaru. Wtedy żyje się łatwiej nie tylko nam. My sami stajemy się również bardziej pożyteczni dla świata, który potrzebuje dziś niezależnie myślących i wolnych jednostek.

Tytuł: Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok wyd.: 2014
Ilość stron: 176


Zdjęcie: http://autobusikanapa.pl/

Gdzie te autorytety?

london

Ostatnio często po głowie chodzi mi pytanie: jak zmotywować siebie do pracy twórczej? Bo jest ona niczym niepewna sinusoida, która po wytwornym skoku wzwyż tak samo szybko opada niczym płochliwy nastrój w deszczową pogodę. Czy jest możliwość zapanowania nad weną, nad tym co wszyscy artyści i rzemieślnicy nazywają górnolotnie natchnieniem? 


W świecie artystów

Jeżeli coś tworzysz, cokolwiek- nie ważne czy malujesz, tworzysz grafikę komputerową, miksujesz muzykę, piszesz wiersze, komponujesz zestawy ubraniowe, wiesz o czym mówię. Aby móc się oddać tworzeniu bez reszty musimy to czuć, to coś, co nazwiesz „flow”, pasją, natchnieniem, porywem serca, weną. W przeciwieństwie do etatowców i osób, które nie mają twórczych ciągot skazani jesteśmy na łaskę i niełaskę mocy twórczej- tego czegoś, skąd czerpiemy pomysły i materializujemy je w zgrabnych słowach, obrazach czy dźwiękach.

Jako osoba chcąca wykorzystać pełnię czasu -tu i teraz- nie godzę się na pojedyncze zrywy, które owszem są fantastycznym zastrzykiem życiodajnej twórczej krwi, lecz źle pompowana powoduje w rezultacie powolną śmierć komórek w artystycznym sercu. A taki na przykład Martin Eden Jacka Londona tworzył zawsze, niezależnie od weny, uczuć i sił. Może to jest sposób na twórczość i sztukę?

Martin Eden

O Martinie Edenie usłyszałam po raz pierwszy w audiobooku traktującym o technikach sprawnego blogowania. Potem kilka kolejnych lecz całkiem przypadkowych osób napomknęło, że to była książka ich życia; lektura odmieniająca sposób patrzenia na świat. I oto kilka dni później przechodząc obok gdańskiej biblioteki publicznej zauważyłam wystawiony karton ze starymi (żeby nie powiedzieć zrujnowanymi) książkami, które można było zabrać do domu.. Między pakietem poradników kulinarnych i przewodników podróżniczych, czekał on- poturbowany, posklejany i pachnący starocią Martin Eden, polskie wydanie z 1954 roku. Jak mogłabym go zostawić?

Książka czekała bezpiecznie na półce przez ponad rok.
I doczekała się.
Najpierw opornie zgłębiałam tajniki archaicznego stylu języka z początków XX wieku (Martin Eden został pierwotnie wydany w 1909 roku), po dwudziestu stronach zatopiłam się w lekturze bez reszty i śmiało mogę przyznać, że w dzisiejszych czasach wyznajemy niewłaściwe wartości i wierzymy w nieodpowiednie autorytety.

Martin Eden powinien być idolem dzisiejszej młodzieży, stał się nim dla mnie. Nie poprzez wyznawaną przez niego filozofię Spencera, nie poprzez nadmierny indywidualizm lecz poprzez upór w dążeniu do upragnionego celu. Oto portret człowieka, który postanowił zostać pisarzem- mimo klasy robotniczej, z której pochodził, mimo braku wszelkiego wykształcenia i niesprzyjających warunków. Postawił wszystko na jedną kartę- pisał dzień i noc, czytał, poznawał świat z kart książek, spisywał własne wizje, dopracowywał detale i w tym nieustająco trudnym szlifie stał się mistrzem wyprzedzającym własną epokę.

Smutne czasy wygody

Cóż natchnienie, cóż talent i wena! To ledwie iskierki które gasną po chwilowym świetle. I choć Martinem kierowała wyidealizowana miłość do kobiety z wyższych sfer, to w naszym przypadku motywacji może być tyle, ile jest ludzkich charakterów a wszystkie będą właściwe. Martin Eden jest zlepkiem luźnych wątków autobiograficznych. Jack London, był prostym człowiekiem wywodzącym się z klasy robotniczej posiadającym na początku swej drogi ledwie podstawowe wykształcenie. Do kariery pisarza doszedł sam poprzez głęboką świadomość tego, gdzie jest obecnie a gdzie chce być w przyszłości. Sam, niczym swój bohater- Martin Eden- pracował dzień i noc, często nie mając niczego w żołądku od kilku dni, by tylko stworzyć arcydzieło. Gdzie się podziali tacy ludzie? Gdzie są prawdziwie wielkie jednostki, na których moglibyśmy się wzorować?

Bo czyż nie jest tak, że gaśniemy zbyt szybko, poddajemy się łatwo, opuszczając strefę trudów i dyskomfortu, by rozsiąść się w wygodnym fotelu przed laptopem, tępo patrząc w kolejne piękne zdjęcia równie pięknych dalekich znajomych na Facebooku?

Skąd się wzięło w nas lenistwo? Czy to znak naszych czasów? Przyzwyczajamy się do tego, że wszystko jest łatwe i proste. Obiad na wynos gotowy w pięć minut, magisterka kupiona za tysiaka, przelew bankowy express. Od urodzenia mamy wszystko podane na tacy i choć to nie nasza prywatna taca, chętnie się nią zadowalamy poświęcając cenny czas na pseudożycie w cyberprzestrzeni. Nie ma w nas determinacji, tego pierwotnego zewu porywającego na wojnę z całym zakłamanym światem. Buntownicy i idealiści wyginęli; pojedyncze przypadki to za mało by zmienić świat. Tu trzeba zacząć od zmiany siebie. Wyplenić z umysłu lenistwo i stworzyć siebie na nowo. Aktywnego człowieka działającego w zgodzie z mentalnym rytmem serca, niezależnie co nim jest. Czy jest tworzenie, czy kochanie czy powrót do pierwotnych korzeni i instynktów.

W świecie pozbawionym autorytetów pozostaje szukać ich między kartkami kolejnych książek. Czerpać z pomysłów autorów i stworzonych przez nich bohaterów, odkrywać z nimi nowe lądy, wzorować się na zachowaniach, ktore dawno już przeszły do lamusa. Motywacji do własnej pracy szukałam wszędzie- w poradnikach, w filmach o samorozwoju, na coachingach czy po prostu radząc się doświadczonych znajomych. Prawdziwą motywację odnalazłam jednak całkowicie za darmo- między kolejnymi akapitami powieści Jacka Londona. Któż by pomyślał…


Zdjęcie: Jack London /  www.lettersofnote.com

Opuść patriarchat mądra kobieto

kobieta


Blog trochę podupadł w swej regularności, czemu winna jestem ja sama, jego autorka. Zaniedbałam stronę- przyznaję- wpisy powinny pojawiać co najmniej raz w tygodniu, wskutek roztargnienia rodziły się jednak rzadziej. Jak to bywa w życiu emocjonalnej kobiety, emocje żądzą jej kruchym życiem, niby właściciel marionetek posłusznie zawieszonych na cienkich lecz długich sznurkach. Toteż poruszały i mną, odwracając uwagę od niektórych ważnych spraw zewnętrznych.

Śpieszę od razu wytłumaczyć, że czas ten nie był czasem lenistwa. Bynajmniej! Był to czas pisania, rozmyślań nad życiowymi celami, pracy terapeutycznej i powrotu do korzeni. Tych rosnących głęboko pod psychiczną, gliniastą ziemią, gdzie zawiera się cała przeszłość i przyszłość jednocześnie.

Książki sprzyjające rozwojowi

Czas sprzyjał czytaniu i poszukiwaniu książek i artykułów o kobietach, matriarchacie, Animusie w kobiecej psychice i rozwoju kobiecości w ogóle. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzic, że na temat rozwoju kobiecej jaźni nie poświęcono zbyt wiele uwagi, a jeśli już to pobieżnie i zero-jedynkowo. Oprócz „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes udało mi się jeszcze dotrzeć do „Kobiecości w rozwoju” skandynawskiej analityczki ze szkoły Junga Pii Skogeman oraz „13 pierwotnych matek klanowych” Jamie Sams. Są również książki, które zawierają wszystkie wyżej wymienione elementy, choć ich treść traktuje je wyrywkowo; nie było bowiem celem autorów skupić się na tychże tematach. I na tym bazując mogę dodać:„Drogę Artysty”, Julii Cameron, „Być kobietą i nie zwariować” Katarzyny Miller oraz „Kobietę bez winy i wstydu” Eichelbergera. 

Ku własnej i innych uciesze dowiedziałam się także, że nasza polska Katarzyna Majak pracuje nad książką przedstawiającą portret 29 uduchowionych kobiet, żyjących niekonwencjonalnie, czyli w zgodzie z cyklami Ziemi i Natury a także z dawną starosłowiańską tradycją- obecną niegdyś jeszcze przed chrześcijaństwem i rozwijającą się równolegle, choć nie za społecznym przyzwoleniem.„Kobiety Mocy”, to książka społeczna- powstająca na zasadzie wspólnych wysiłków i zbierania funduszy. Autorka ponadto inwestuje w żywy przekaz- powstają publiczne wystawy zdjęć 29 bohaterek, organizuje warsztaty dla kobiet, które chciałyby bliżej poznać Kobiety Mocy- Czarownice, Pustelniczki, Uzdrowicielki, Zielarki, Indianki i Szeptuchy i dotrzeć do samych siebie- jeszcze nie do końca uświadomionych czarownic, zapomnianych przez lata kultury, która nie sprzyjała rozwoju duchowości.

Bo w istocie, my kobiety, posiadamy te wszystkie cenne właściwości, choć wiele z nas jeszcze nie dotarło do ich prawdziwego, głębokiego źródła, które bije pod gorącym sercem. Wszystkie jesteśmy uzdrowicielkami, marzycielkami, artystkami i mistyczkami. Bardziej niż mężczyźni żyjemy bliżej ziemi i natury, bo ta jest kobietą. Ona rodzi, ona łapie w objęcia, przytula i pozwala umrzeć temu co przyszło. Nikt lepiej niż my nie zrozumie cykliczności, prawa rodzenia i odchodzenia. Jesteśmy intuicyjne a jeżeli dobrze kierujemy wewnętrznym rozwojem i integracją tego co męskie i żeńskie, to również mądre i doświadczone.

Rozwój a społeczeństwo i kultura 

Dla każdej z kobiet głęboki, świadomy rozwój dążący do pełni rozpocznie się w innym okresie życia. Dla jednych będzie to wczesna młodość lub dzieciństwo, o ile kobiecie sprzyjają warunki i kultura, dla innej będzie to wiek średni lub okres menopauzy. Czasem jednak impulsem popychającym do rozwoju własnej kobiecości jest całkowita niezgoda na patriarchat w którym niestety wciąż żyjemy. „Kobiety są dla mężczyzn, kobiety powinny być takie jak życzą sobie mężczyźni, życie kobiety bez mężczyzny jest jałowe i puste”. Pisząc te słowa, obecne w nawykowym myśleniu wielu jeszcze kobiet, rodzi się we mnie głęboki bunt. Bo kobieta nie jest dla mężczyzny i sama w sobie jest całkowita i pełna. Nie umrzemy bez mężczyzny, nie musimy mieć obrączki na serdecznym palcu ani gromady uśmiechniętych dzieci by być spełnioną kobietą.

Niektóre kobiety tak bardzo dotknięte tym schematem, starają się na siłę udowodnić światu że tego nie potrzebują i wykształcają w sobie szereg cech typowo męskich, zapominając o kobiecie w sobie. A nie o to przecież chodzi! Nie w skrajnościach siła, lecz w pełni, równowadze i całkowitej harmonii. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” wielokrotnie zwracała uwagę czytelniczkom, by znaleźć mężczyznę dojrzałego, który rozumie dzikość i kobiece instynkty. „Znajdźcie mężczyznę, który rozumie(…)”, to jeden z pierwszych kroków, by wyrwać się z patriarchatu.

Potrzeba samodzielnego myślenia

Na szczęście są mądrzy mężczyźni, tuż obok nas; mężczyźni dojrzali, doświadczeni, wychowani przez mądre i świadome kobiety. Wojciech Eichelberger w wielu książkach pisze o potrzebie wyrwania się z patriarchatu, wskazując jednocześnie na przykre skutki poddawania się bezmyślnej choć niekiedy bardzo utajonej dyktaturze mężczyzn.  I nie myślcie, że będzie łatwo. Bo ludziom nie na rękę nasze wyzwolenie. Często będziemy postrzegane jako niepokorne buntowniczki, również przez same kobiety, co to inwestują energię i własny potencjał w piękne, wabiące równie pięknych rycerzy powierzchowne zamki, zamiast w Czarownicę żyjącą tuż pod naskórkiem… Ludzie, którzy słuchają (lecz nie slyszą) o czym mówię, myślą, że stałam się feministką, lecz jest to całkowite niezrozumienie i uproszczenie. Bo rozwój kobiety nie jest feminizmem. Feminizm był ledwie zaczątkiem, krzykiem który utknął w martwym punkcie. Pełen rozwój polega na całkowitym zrównoważeniu tego co żeńskie, jak i tego co męskie w sobie samym.

Przeczytaj także:


Zdjęcie: kobieta.wp.pl

A gdyby tak przekroczyć linię horyzontu?

inde


Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata

-Pewnego dnia straciłem wiarę w to, że Europa to pępek świata- ciągnął Sergio.- To był zwykły dzień, taki sam jak inne. Byłem nauczycielem, miałem więc pewną pracę, dom, narzeczoną…
Zdecydowałem, że muszę to wszystko zostawić, przelecieć wielką wodę i znaleźć się tu, w Ameryce Południowej. Zacząłem podróżować i uczyć się, musiałem otworzyć umysł, przemyśleć o co mi w życiu chodzi, czego chcę i po co. Dlaczego? Chciałem poznać, a może dopiero odkryć inny świat. (…)
To tu zdałem sobie sprawę, że w plecaku mam same niepotrzebne rzeczy. Naprawdę nie potrzeba sześciu koszul czy czterech par spodni, aby żyć. Trzeba zwalczyć w sobie uzależnienie polegające na ciągłej konieczności zaspokajania pozornych potrzeb. Widziałem głód, ale także radość ludzi. Coś nie do pomyślenia w naszej dzisiejszej Europie, gdzie panuje chciwość, oszustwo i zawiść. Wyciągi z konta, wielkie samochody, znane marki, urządzenia elektroniczne przytłaczają nas i powodują w efekcie smutek, choć po powrocie z pracy nasz stół ugina się od przysmaków. Zrozumiałem, że tam, gdzie ludzie nie mają nic, myślą o tym jak przeżyć, jak iść do przodu. Tam, gdzie jest wszystko, ludzie narzekają, bo zawsze jest im za mało.

W czasie mojej podróży spotkałem wiele osób, które uświadomiły mi, że życie mija zbyt szybko, by warto było tracić czas na pracę tylko po to, aby dotrzymać kroku innym, by nie mieć mniej. Pracować, aby kupić dom, samochód, superciuchy.(…) 
Tutaj przekonałem się, że Europa jest zimna, bo ludzie nie są blisko siebie. Nie wymieniamy uścisków ani uśmiechów. A gdy ktoś spojrzy na nas w metrze, uciekamy wzrokiem. Pracujemy bez większej ochoty, bo zawsze znajdzie się się jakiś szef czy kolega z pracy, który działa nam na nerwy tak bardzo, że jej nienawidzimy… Wracamy do domu wykończeni. To chwila, by zjeść kolację i powiedzieć swojej połowie jak bardzo jesteśmy wkurzeni z powodu tego gościa z pracy, którego nienawidzimy, no i z powodu korków, w których tkwiliśmy przez ponad godzinę. Ale było warto, nadal mamy pracę, dzięki której kupimy nowy telewizor z płaskim ekranem, czterdzieści dwa cale, w którym idealnie widać, że książę Monako nadal jest kawalerem a Ricky Martin powiedział, że jest gejem.”

Życiowa misja

To fragment książki nieżyjącego już Kacpra Godyckiego-Ćwirko, Sprzedaj lodówke i jedź dookoła świata. Przeczytałam ją w trzy dni i wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Bo Kacper w zasadzie zrobił, to co zawiera się w krótkim i zabawnym tytule- porzucił pozornie bezpieczny, korporacyjny świat i wyruszył ze swoją misją odkrywcy i pasjonata poznać inny świat. Ten bliższy natury i prawdy. Postawił wszystko na jedną kartę- kolejne akapity udowadniają, że nie wybierał taryfy ulgowej. Wtapiał się w tłum, by do cna poznać kulturę i tradycję mieszkańców, nie raz zbliżał się do krawędzi zdrowia i choroby; poznawał, smakował, żył z całą (niekiedy bolesną) intensywnością.

Parę razy zastanawiałam się czy będąc na jego miejscu, a jednak znając datę swojej śmierci, również żyłabym tak intensywnie? Czy nie przystopowałabym, aby odciążyć nie do końca wydolny organizm aby posłużył mi na dłuższe lata? Myślę, że to retoryczne pytanie zadaje sobie niejeden szaraczek tkwiąc na miękkiej kanapie, kiedy w górach ginie kolejny himalaista. Po co to robić, skoro to niebezpieczne? A no właśnie… A po co żyć? Pytanie jak chcemy, by wyglądało nasze życie. Prosto, zwyczajnie, schematycznie, dzień za dniem? Czy raczej intensywnie w całej jego różnorodności, choć z potencjalnymi niebezpieczeństwami? Tu, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wszak różnimy się- mamy inne charaktery, cechuje nas inna wytrzymałość lęki i marzenia.

Żyj jak w filmie

Zupełnie niedawno natknęłam się na książkę, której tytułu nie pamiętam, nie jest to jednak teraz istotne; w każdym razie, autor przyrównał życie człowieka do filmu. Każdy żyje innym filmem i według innego scenariusza. Wyobraź sobie, że w wieku siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat mógłbyś dostać taśmę z nagraniem z własnego życia. Co zobaczysz? Nudny tasiemiec, po którym śpi się jak dziecko, czy może przygodowy film akcji, w którym jesteś dobrym, nietuzinkowym bohaterem spełniającym swe najgłębiej ukryte w sercu pasje? Kim chcesz być? jak chcesz żyć? Kto jest Twoim bohaterem? I najważniejsze pytanie- dlaczego nie być nim samym dla siebie…?

Czytałam wiele książek podróżniczych, ale historia podróży Kacpra jest inna. Zawiera w sobie  wiele przemyśleń na temat tego dokąd zmierzamy, po co nam posiadanie i co zrobić z czasem który pozostał. A zwykle myślimy, że jest go sporo. Tu, życie pokazało, że zawsze mamy mniej czasu niż sądzimy, więc nie odkładajmy życia na później. Później może nigdy nie nadejść…

sprzed


Zdjęcia:
1). www.driverabroad.com
2). ksiazki.wp.pl

Kobiecość

Do pełnego zrozumienia własnej płci długo się dojrzewa; lata, dekady a czasem całe życie. Rzadko, która z nas dostaje to w spadku z mlekiem matki. Zazwyczaj uczymy się własnej płci tak samo jak pierwszych kroków i natury otaczającego świata. Kilka miesięcy temu zaczęłam poszukiwania własnej kobiecości od zadania sobie podstawowego pytania- Czym jest kobiecość?

str


Czym jest kobiecość?

Będąc młodsza, obserwując kobiety w rodzinie i starsze koleżanki myślałam, że kobiecość to buty na wysokich obcasach, zwiewne sukienki, pomalowane paznokcie i płakanie na ckliwych filmach. Może dlatego nie przepadałam za towarzystwem kobiet, wolałam trzymać się z chłopakami, którzy twardo stąpali po ziemi, zawsze mięli gotowe rozwiązania na niespodziewane problemy a przede wszystkim rozmawiali na poważne tematy a nie jakieś tam peelingi srelingi. Powyższe powody decydowały również o tym, że nie czułam się kobietą, bo przecież nie wpisywałam się w ciasne kryteria…

Zmiana punktu widzenia rozpoczęła się od poznania kilku fascynujących kobiet, które całkowicie złamały moje dość powierzchowne pomysły na temat naszej płci. Iza, Agnieszka, Magda i kilka innych fantastycznych kobiet pokazały mi jak różne może być wydanie kobiecości i jak wiele rozmaitych znaczeń kobiecość może posiadać. Wspólny mianownik to: dzikość, samodzielność, niezależne myślenie, przestrzeń, mistycyzm, intuicyjna mądrość i twórczość, która jak sądzę, nam kobietom przychodzi naturalniej.

Biegnąca z wilkami 

Prawdopodobnie też nie z przypadku odkryłam  zupełnie niedawno „Biegnącą z wilkami” autorstwa C.P. Estes, która poświęciła całe życie na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety i miejsca jakie posiada w historii i kulturze. Estes zaprzecza tezie jakoby kobiecie były przypisane tylko określone cechy- słabszej płci. Owszem, jesteśmy wrażliwsze, jesteśmy bardziej uczuciowe i troskliwe, ale to rodzi w nas siłę duchową; siłę innego pokroju- bycia blisko prawdziwej natury i autentycznej świadomości tego co jest. Wrażliwość prowadzi do pełnej uważności, a ta sprawia że działamy w mądry i intuicyjny sposób, niczym stara wilczyca poruszająca się po dobrze znanym lesie.

Nie bez powodu czarownicami były kobiety. Czarownica to dziś niestety pejoratywne znaczenie kobiety będącej blisko ziemi i natury. Kobiety, która nauczyła się żyć cyklami przyrody i wykorzystywać jej zdrowotne tajniki na użytek plemienia lub szerszej społeczności.

Kobiecość to nie określony typ urody. To nie ciało o pełnych kształtach ani nie styl ubierania. Kobiecość to bycie blisko Natury. Tej prawdziwej, nieskażonej i dzikiej. Kobiecość to przestrzeń- wolność wyborów i niezależne myślenie. Kobiecość to duchowość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Największymi  choć jakże cichymi mistykami były kobiety, które wiedziały co się wydarzy zanim wystąpił jakikolwiek symptom. Wyczuwają cudze nastroje, są empatyczne i śmiem twierdzić, że wiedzą więcej. My wiemy więcej. I nie jest to bynajmniej efektem logicznego myślenia ale instynktu zwanego intuicją, za który (jeśli był „niebezpiecznie” rozwinięty) palono na stosie.

Spotkać się po środku

Kobiety to wolne duchy. Uzdrowicielki. Artystki. Mistyczki. I to nie prawda, że nie podejmujemy ryzykownych wyzwań. Podejmujemy je każdego dnia będąc matkami, kochankami, żonami czy samotnymi nauczycielkami życia. Podejmujemy je w pracy na ważnym stanowisku i gdy codziennie bierzemy się za sztalugi by stworzyć intymne arcydzieło malowane krwią i głośnymi uderzeniami serca. Jesteśmy podróżniczkami. Częściej podróżujemy do wnętrza i rozumiemy własne sny. Aby być spełnioną, kobieta nie musi tkwić w domu w ciasnym fartuszku lub gorsecie poprawnych zachowań. Zdrowa kobieta potrzebuje mocnego animusa- męskiego aspektu psychiki, owej dzikiej natury, która tupnie nogą i spakuje walizkę kiedy zajdzie taka potrzeba. Tak jak mężczyzna, który by być bliżej ludzi musi choć trochę rozwinąć żeńską animę. Wtedy mamy szansę spotkać się w pół drogi i uzupełnić na wszystkich płaszczyznach dawcy i biorcy.


Zdjęcie: www.alexblackmore.com

Opowieść o chudym króliczku

rabbit-on-a-lawn


Był sobie raz mały króliczek o imieniu Bonifacy. Chudziutki i mniejszy od rówieśników.
Mieszkał z mamą, tatą i licznym rodzeństwem w małej króliczej norze.
Bonifacy rzadko opuszczał dom z powodu obaw i wybujałych lęków, które hamowały jego ciekawość świata. W króliczej norze było ciepło, niekiedy duszno ale znajomo. Nie było złych tygrysów ani bezwzględnych myśliwych, o których opowiadała synowi królicza mama.

Jego dni niczym się od siebie nie różniły- posiłki trzy razy dziennie, dwa krótkie spacery na bezpieczną odległość trzech drzew, codzienna toaleta i rozmowy z rodziną. Króliczek mało mówił; przywykł słuchać licznych opowieści dzielniejszego rodzeństwa, które opuszczało dom w poszukiwaniu przygód i smacznego pożywienia. Jego bracia byli sporych rozmiarów osobnikami- puchatymi i głośnymi, wyglądającymi niemal jak bohaterowie grubych książek.

-Na polu, za którym co wieczór zachodzi słońce mieszka Pan Mysz. Śmieszny to jegomość, który dużo mówi i szybko biega między liśćmi olbrzymiej sałaty- opowiadał pewnego wieczoru najstarszy brat. – A musicie też wiedzieć, że sałata jest doprawdy niezwykła bo syci na wiele długich godzin.
Chciałbym kiedyś ją skosztować– wtrącił nieśmiało Bonifacy- i poznać szybkiego Pana Myszę.- Rodzina w jednej chwili spojrzała na autora wypowiedzi,a w ich oczach tliło się politowanie dla tej chudej i kruchej istoty.
-Kochany mój– rzekła mama- Z twoją posturą i nikłymi siłami nie przebrnąłbyś nawet połowy drogi do wspomnianego pola sałaty. Byłbyś łatwym łupem dla myśliwych.

Bonifacy zamilkł i skulił się w sobie. Było mu wstyd. Marzył o podróżach, ale rodzina powtarzała, że jest za drobny na dalekie wyprawy. Poza tym jest zbyt cichy i spokojny, a żeby ruszyć w świat na spotkanie przygód trzeba mieć dużo werwy i siły przebicia.
-Musisz się najpierw zmienić– powtarzała mama- jeść więcej, głośniej mówić i częściej się uśmiechać.

I tak Bonifacy z silnym postanowieniem bycia takim, jakim rodzina chciała go widzieć, został w króliczej norze przez kolejne lata. Jadł na siłę, uczył się mówić więcej i głośniej, lecz efektów nie było widać. Wręcz przeciwnie. Im częściej rodzina mówiła Bonifacemu jaki powinien być, tym bardziej milknął i zamykał się w sobie. Sytuacje, gdy zmuszał się do tłustego jedzenia i czczej paplaniny jeszcze bardziej oddalały go od siebie samego. Nie był taki jak rodzeństwo, nie był też sobą. Nie był kimkolwiek. Bał się więcej i przestał lubić mamę, tatę, braci a najbardziej siebie.

Pewnego ranka, kiedy złość, smutek i zniechęcenie całkowicie opanowały jego małą główkę, postanowił wyjść z króliczej nory na odległość większą niż trzy najbliższe drzewa. „Niech mnie w końcu pożre tygrys i będzie święty spokój”, pomyślał w złości.

I tak kiedy wszyscy jeszcze słodko spali, Bonifacy opuścił stare włości, lękliwie stąpając po nieznanej ziemi. Co chwilę nasłuchiwał odgłosu kroków tygrysa lub myśliwego, ale ku swemu zdziwieniu słyszał tylko budzące się ze snu ptaki. Nie poszedł w stronę pola z sałatą, poszedł w przeciwnym kierunku, będąc jednocześnie głęboko przekonanym o nadchodzącym nieszczęściu. Uczucie zaczęło się pogłębiać, kiedy zza drzew zaczął dostrzegać intensywne, przerażające światło. „Myśliwi?” . Pomyślał ze zgrozą w zlęknionym sercu. Zatrzymał się, zamknął oczy i czekał. Czekał na strzał. Na huk. Na ogień, który przeszyje jego chude ciało. Czekał na to, że mama miała rację. Czekał. I czekał. I czekał aż blask zaczął być nieznośnie intensywny; nie towarzyszył mu jednak żaden hałas. Króliczek otworzył oczy. Ku swemu zdumieniu ujrzał pierwszy w swoim życiu wschód słońca. Piękny, nie dający się opisać w słowach. Lepszy od wszystkich wcześniejszych wyobrażeń na temat piękna mieszkającego poza króliczą norą. „A więc to jest życie” , pomyślał, po czym zaczął iść w kierunku słońca.

Nigdy już nie powrócił do króliczej, ciasnej norki. Nauczył się żyć po swojemu, akceptując siebie takiego, jakim był naprawdę. Chudym, spokojnym i małomównym króliczkiem, który chętnie słucha cudzych opowieści lecz własne chowa głęboko w sercu. Nikt z jego rodziny potem o nim nie słyszał. Może zjadł go tygrys? A może zwiedził cały świat? Może znalazł własną norkę, lub poszedł tam, gdzie nie chadza żaden puchaty królik?

Króliczą mamę martwiła niewiedza, co stało się z jej małym synkiem.
Chciałaby móc powiedzieć: „A nie mówiłam, że źle to się skończy?”.

Jak żyć kreatywnie?

creative-computer-wallpapers1

Twórczy umysł przydaje się na wiele sposobów. Pomaga rozwiązywać problemy w pracy, bo przełamuje schemat i wprowadza innowacyjność; sprzyja wspólnie spędzanym chwilom z przyjaciółmi a przede wszystkim ułatwia przyjaźń z samym sobą. Będąc kreatywnymi, nigdy nie nudzimy się we własnym towarzystwie.


Od jakiegoś czasu prześladowała mnie wciąż ta sama myśl: „Kup akwarele. Namaluj coś”. Wstąpiłam więc któregoś chłodnego popołudnia do papierniczego, by zaopatrzyć się w farby i pędzelek. Żebyście dobrze mnie zrozumieli- nie maluję na co dzień. W zasadzie ostatni raz malowałam, gdy miałam dziesięć czy jedenaście lat. A więc prawie dwie dekady temu. Po zakupach usiadłam do biurka z kartką białego papieru, wodą w kubku i pachnącymi akwarelami i… zaczęłam malować. Czułam się wspaniale i cieszyłam się jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę.
Efekt nie był istotny. Ważniejszy był akt. Malowanie. Doświadczanie uczucia, jakie było mi bliskie w wieku dziesięciu lat – radości, nieskrępowania i zabawy. 
Kilka dni później odwiedziłam kolejny sklep papierniczy by kupić pastele i wypróbować inną metodę rysunku. Wszak jest tyle szkół malowania, tyle narzędzi, tyle możliwości! Nie zrobiłabym tego, gdyby nie chęć odkrycia czegoś nowego.

pastele
Po co nam kreatywność? Po to, by uczynić życie nieustannym procesem twórczym. A tworzyć można niemal wszystko na nieskończenie wiele sposobów. Przypomnij sobie czas, gdy byłeś dzieckiem z głową pełną pomysłów. Pamiętasz, ile doświadczałeś radości? Tworzyłeś, wymyślałeś, próbowałeś i smakowałeś. Mama mówiła „nie jedz muchy!” a Ty ją i tak zjadałeś by poczuć jej kwaśny smak (nie pytaj skąd wiem 🙂 )

Kreatywność to nie tylko pomysłowość, to również nieustanna chęć doświadczania życia w każdym jego wymiarze. To chęć bezpośredniego przeżywania, która jest zaprzeczeniem biernej obserwacji, prowadzącej jedynie do marazmu i wniosków nie popartych osobistym doświadczeniem.

Zastanawiałeś się, co chciałbyś robić? I nie pytam o cele zawodowe tylko o tysiąc drobnych czynności, które sprawiają, że życie nabiera barw i ekscytującej dzikości. Zrób to! Namaluj coś, pójdź na koncert, chwyć za gitarę, pojedź na rajd w góry, pisz pamiętnik, pożycz aparat, cokolwiek co sprawi, że poczujesz krew tętniącą w gorących żyłach. Nic Cię nie blokuje przed ruchem, tylko Ty sam- Twoje obawy, nawyki i lenistwo. Kreatywność natomiast wydobywa z Ciebie witalność i siłę. Moc będącą potencjałem ukrytym w Twoim własnym umyśle.

Próbowanie rzeczy, których nie znasz, pobudzi prawą półkulę mózgu i sprawi, że poznasz siebie na nowo. T.S.Elliot zwykł mówić, że ” ten kto zajdzie za daleko, ma szansę przekonać się jak daleko potrafi zajść”. Zgadzam się. Możemy nigdy nie odkryć własnego powołania i największych radości jeżeli nie będziemy próbować, wymyślać czy odkrywać. Ciekawość świata jest naturalnym instynktem żyjącej istoty, człowieka także. Nie blokuj jej. Świat jest ogromny i nieprzenikniony a życie pasjonujące, jeżeli tylko pozwolisz mu takim być.

Niedawno na polskim rynku wydawniczym pojawiła się książka, która przedstawia zmiany jakie mogą zajść w człowieku, jeśli ten zgodzi się chwytać własne pomysły. „Przez 10 minut”, autorstwa włoskiej pisarki, Chiary Gamberale jest historią kobiety po przejściach, która by odwrócić uwagę od niemiłych wspomnień, dostaje zadanie od terapeuty – codziennie przez 10 minut ma robić coś czego nigdy wcześniej nie próbowała. W ten sposób bohaterka odkrywa siebie na nowo – poznaje co lubi, a czego nie; otwiera mnóstwo ukrytych do tej pory drzwi, gdzie spotyka się z własnym umysłem- twórczym, nieograniczonym i wypełnionym zdolnościami. I po to właśnie potrzebna jest nam kreatywność. By wyjść na spotkanie samego siebie- wspaniałego i ciekawego człowieka, którego życie jest wielką i fascynującą zagadką

przez-10-minut-b-iext25050868


Zadanie na nadchodzący tydzień:
Zainspirowana fabułą książki, poproszę Was, byście każdego dnia robili przez 10 minut coś czego nigdy wcześniej nie robiliście. Co to będzie? Zostawiam Wam wachlarz możliwości, jakim jest samo życie. Powodzenia!

Zdjęcia:
1.) www.download-hd-wallpapers.com
2.) www.ministrybestpractices.com
3.) www.empik.com