Myśl ciałem, nie głową

body


Ostatnio coraz bardziej zadziwia mnie inteligencja ciała.
Bo to, że mamy inteligencję głowy, to wszyscy wiemy.
Logiczne myślenie, racjonalne decyzje, analityczna drobiazgowość.
Czasem pomagają, a czasem męczą, zwłaszcza gdy nie pozwalają odprężyć się przy ciepłej majówce.

Od dziecka dbamy o inteligencję głowy.
Rozsądnie myślimy po to, by nie zrobić sobie krzywdy.
By nie dotknąć gorącego, nie wpaść pod samochód czy nie opuścić samolotu
nie upewniwszy się wpierw, że na plecach jest spadochron.

Jednak nadmierna analiza potrafi wywołać też lęk nieproporcjonalny do rzeczywistości.

Znasz ten lęk przed egzaminem, choć wiesz że jesteś przygotowany?
Albo pójście po raz pierwszy do nowego miejsca?
Lęk przed zrobieniem prawa jazdy,
przed wejściem na drzewo,
lęk przed wskoczeniem do jeziora, gdy nie znasz jego dna,
a nawet irracjonalna obawa przed zapytaniem sąsiada z pociągu o imię.

Natomiast zdrowe ciało boi się tylko wtedy gdy powinno.
Ciało nie analizuje. Ciało wie. Ciało czuje.
Drży z nerwów, nadmiernie się poci, boli lub się rozluźnia.

Ciało(serce) i głowa (mózg) są ściśle powiązane i wzajemnie na siebie oddziałują.
Jednak kiedy nauczysz się słuchać ciała a nie mózgu stanie się coś wspaniałego.

Będziesz bał się mniej.
Będziesz częściej doświadczał.
Będziesz żył, zamiast myśleć o życiu.

Odkryłam to niedawno na jodze.
Przede wszystkim po raz pierwszy w życiu NAPRAWDĘ zaczęłam czuć swoje ciało,
każdy jego drobny element.
Czucie uruchomiło ból zastygły w wiecznym napięciu.

I zrozumiałam, że rozwiązanie problemów poprzez myślenie, czytanie czy mówienie o nich, to tylko połowa drogi. Druga połowa leży po stronie ciała.

Możesz mi wierzyć, lub nie, ale każda emocja jaką doświadczyłeś, mieszka w ciele.
I jeżeli w żaden sposób nie pracujesz z nim świadomie, to ona tam tkwi, mimo że w głowie
jest pozorny spokój.

Stąd biorą się choroby,
stąd bierze się smutek,
stąd są niepokoje,
nadpobudliwość lub ospałość.

Możesz oszukać terapeutę,
możesz oszukać siebie i własne ego.
Ale ciało i tak zawsze powie Ci prawdę.

Więc gdy czegoś się boisz, to sprawdź swoje ciało,
poczuj je, zlokalizuj napięcie i zapytaj: kto się boi?
Mózg czy serce?

Czy to nie aby analityczny umysł wprowadza chaos?
Czy to nie on powoduje napięcie i wycofanie?
Czego chce Twoje ciało? Może się wyrywa do odważnego kroku,
lecz jest niepotrzebnie hamowane przez myśl?

To również najprostszy sposób, by dowiedzieć się jak się czujesz.
Nie myśl.
Oddychaj. Poczuj.
I zaufaj, że
w Twoim ciele jest każda odpowiedź.
Zamieszkaj więc w nim i ciesz się jego mądrością.

 

Porzuć kontrolę!

Czy często starasz się dostosować rzeczywistość do własnych pomysłów? Jeśli tak, to wiedz,  że próba kontrolowania świata, który żyje własnym życiem, jest z góry skazana na niepowodzenie. Z nadmiernej kontroli nigdy nie wynika nic dobrego. Jedynie własna frustracja i zawężenie pola widzenia.

man


Potrzeba wiecznej kontroli

Czy pamiętasz, gdy byłeś małym szkrabem?
Wieczne poczucie kontroli było Ci obce, a Ty bardziej skupiałeś się na namacalnym doświadczaniu życia, bez oceniania tego, co widzisz. Te umiejętności zwane spontanicznością i akceptacją były tym, czego dziś brakuje wielu dorosłym.

Według nas, życie powinno być ściśle określone i zaplanowane na każdym etapie. Dobre liceum, merytoryczne studia, doktorat, miły partner, ślub, ładne dziecko i dom z własnym ogrodem. Gorzej, jeśli nie spełniamy własnych oczekiwań lub co gorsza, inni nie chcą ich spełnić! Doktorat nie przynosi upragnionej pracy, dzieci są nieznośne a partner woli telewizję od ciepłej rozmowy. A miało być tak pięknie!

Niestety rzeczywistości na dłuższą metę nie da rady kontrolować. To trochę jak w przypowieści o wędrowcu, który chciał pokryć ziemię skórą by móc swobodnie po niej chodzić. Nie pomyślał, że prostszym rozwiązaniem będzie uszyć ze skóry proste buty na własne stopy…

Zamiast więc dostosowywać rzeczywistość do siebie, spróbuj dostosować siebie do rzeczywistości. Czyż nie brzmi to lepiej?

Kontrola jest dobra i potrzebna, gdy pracujesz w biurze czy urzędzie lub masz dzieci na wychowaniu. We wszystkich innych aspektach życia potrzebujesz jej w mniejszej ilości; nadmierna utrudnia zdrowe i radosne funkcjonowanie i na własne życzenie wykluczasz otwartość na to co niesie nowy dzień.

Z czego wynika?

Próba wiecznego kontrolowania życia i świata wynika tylko z jednego.
Z lęku. 

Bo kiedy puszczasz kontrolę i pozwalasz, by życie po prostu się toczyło, otwiera się ogromna przestrzeń możliwości. A więc wydarzyć się może absolutnie wszystko.
Możesz się zadziwić, zachwycić ale i wystraszyć. Mogą Cię spotkać rzeczy wspaniałe i takie o których wolałbyś nie myśleć. A my lubimy przewidywać! Lubimy logikę i racjonalność, lubimy to, co znajome nawet jeśli jest mało rozwijające.

Kupujemy coraz to lepsze książki, by zrozumieć rzeczywistość. Jeden kierunek studiów już nam nie wystarcza, bo przecież musimy się zabezpieczyć na każdą ewentualność. Nie chcemy być niczym zaskakiwani. Jesteśmy jak wojownicy z wiecznie uniesioną tarczą, czekając by odeprzeć każdy potencjalny atak.

W ten sposób przeżywamy życie w mocno ograniczonym stopniu.
Idziemy jedną drogą, nie chcąc dostrzec mniejszych, może bardziej zarośniętych lecz ciekawszych ścieżek do przejścia. Kontrolujemy finanse, żywienie, tryb dnia, wagę i zaciskamy się tak mocno, że życie choćby i chciało podarować nam prezent to nie ma do nas dostępu.

Minusy wynikające z kontroli

Apatia, frustracja, ciągłe zmęczenie, rozczarowanie, strach a nawet zablokowane ciało.
To tylko kilka z nieprzyjemnych minusów poddawania się kontroli.
Najbardziej bolesnym jest brak odczuwania radości.
Bo jak tu odczuwać radość, gdy tyle jest do zaplanowania i sprawdzenia?

Rozumiem Twoją potrzebę kontroli, bo sama mam analityczny umysł i każdy problem zawsze rozbierałam na czynniki pierwsze.

Trzeba mieć plan na całe życie.
A w razie porażki plan B.
Trzeba mieć zapas gotówki na koncie oszczędnościowym,
trzeba trzymać partnera krótko i zaplanować wakacje z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, co by nie zostać przypadkiem na lodzie.

I wszystko to wydaje się być zdrowe i rozsądne ale to tylko pozory.
Bo jeżeli uważnie się przyjrzysz sobie, to dostrzeżesz lęk. Dużo lęku.
I coraz więcej, w miarę większych oczekiwań i coraz częstszej próby kontroli życia.

Odpuść sobie!

Natomiast gdy puścisz wszystko co kochasz, gdy pozwolisz zjawiskom się toczyć, to w Twoją codzienność wkradnie się prostota.

Wraz z prostotą pojawi się spontaniczność i małe rytualne celebracje drobnych przyjemności. Bo dopiero, gdy sobie odpuszczasz plan na życie, prawdziwe życie zaczyna się toczyć. Nareszcie oddychasz pełną piersią i dopuszczasz do siebie możliwości, które wcześniej wydawały się przerażające.

Więc zdaj się na los.
Wiedz, że życie nie chce Cię skrzywdzić i uwierz że, Wszechświat (Przeznaczenie, Przestrzeń, jakkolwiek to nazwiesz) kocha Cię i chce dla Ciebie jak najlepiej.

Życie jest jak mała drewniana łódka na wielkim ocenie. Mimo raz obranego kursu, wielka fala i wiatr same wskażą Ci właściwy kierunek, nawet jeśli początkowo będzie Ci to nie w smak. Zaufanie jest przeciwieństwem kontroli. Jest aktem odwagi, który przynosi nagrody w postaci doświadczeń. Najczęściej takich, których nigdy nie miałbyś okazji poznać idąc wąską, szarą i dobrze oznakowaną ulicą, która choć wydaje się prostsza i bezpieczniejsza, to męczy bardziej, bo zubaża wewnętrznie.

Odpuść sobie. Odważ się żyć i niczego nie kontrolować. Zdaj się na dobre wiatry! Cytując Marka Twaina: „(…) odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj”. Życie jest podróżą. Niech to będzie ciekawa wyprawa pełna owoców samopoznania. Ahoj!

 

Znajdź swoją drogę

Są takie filmy, o których myślisz jeszcze długo po napisach końcowych.
Filmy, o których nie możesz zapomnieć i przy których głęboko się wzruszasz. 
I nie chodzi o to, że są ambitnym kinem niezależnym, poruszającym tematy tabu.
Te wyjątkowe filmy mówią o Tobie i Twoich największych pragnieniach. 

The-Way-1


Kino drogi

Od dziecka lubiłam kino drogi. Było dla mnie symbolem nie tylko zewnętrznej wędrówki głównego bohatera lecz wewnętrznej przemiany, która wydarzała się podczas tytułowej drogi.

Poza tym od dawna marzę o podróżach.
I choć strasznie się ich boję, to od czasu do czasu zdobywam się akt na odwagi i ruszam przed siebie opuszczając znajome włości. Każdemu wyjazdowi, i każdej choćby niewielkiej wycieczce towarzyszy strach i niepokój. Ostatecznie zawsze stwierdzam, że było warto. Że coś odkryłam i coś przełamałam a także porzuciłam przyjemną choć ograniczającą strefę komfortu.

„Droga życia” („The Way”, 2010)

Do filmu „Droga życia” powróciłam po dwóch latach przerwy.
Po raz pierwszy oglądałam go podczas pobytu w Norwegii, w deszczowym Bergen.

Pamiętam ile dał mi wówczas siły i wiary w we własną drogę.
Nakarmił mnie nadzieją, że nie bez powodu trafiamy w pewne miejsca a każde marzenie jest po to, by zmierzyć własną odwagę.

Daniel jest czterdziestoletnim podróżnikiem.
Parę lat wcześniej porzucił studia doktoranckie i bezpieczną posadę, by ruszyć przed siebie, poznać ludzi, nowe miejsca i zmierzyć się z własnymi ograniczeniami. Na skutek nieszczęśliwego wypadku traci życie na drodze do Santiago de Compostella, czyli na sławnej  francusko-hiszpańskiej trasie Camino, którą wybierają pielgrzymi z całego świata.

Jego ojciec, Tom, konserwatysta który wiedzie ustabilizowane i bezpieczne życie dociera na francuski posterunek, by odebrać prochy i rzeczy zmarłego syna. Początkowo zacietrzewiony i zamknięty w sobie, postanawia przejść trasę Camino, by na kolejnych odcinkach drogi zostawiać część prochów syna. Wynagradza mu w ten sposób czas, którego z nim nie dzielił, bo troska o dobrobyt była ważniejsza.

Camino staje się w ten sposób nie tylko kolejnym zadaniem Toma do zrealizowania. Jest czymś znacznie większym i potężniejszym. Jest procesem przemiany. Prowokuje go do zweryfikowania własnego poglądu na życie. Tom, początkowo zagniewany i dumny w stosunku do innych, powoli się otwiera. Najpierw na miejsca, potem na ludzi, ostatecznie na własne marzenia i sympatie. Odkrywa, że od słowa „mieć” ważniejsze jest „być”. Obecność, ludzkie relacje, poznawanie, ciekawość człowieka, kultury  i świata.

Wszechświat daje prezenty

Po obejrzeniu filmu, po raz kolejny zaczęły się dziać w moim życiu ciekawe rzeczy.
Bo ta historia napędziła moje marzenia. O drodze, o ruszeniu przed siebie, o spotkaniu własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu kiedyś wystarczały śmiech i zabawa, a nie pieniądze, społeczny status czy kariera.

I głęboko wierzę w to, że jeżeli o czymś się myśli, jeżeli się marzy i wypowiada życzenia, to Wszechświat z wielką miłością rzuca niespodzianki pod nogi. Może początkowo niewielkie, ale z pewnością takie które skłaniają do refleksji. Tak jakby życie pytało: „czy odważysz się w końcu?”.

Po tym filmie poszłam do pobliskiej biblioteki wypożyczyć parę dobrych książek. Weszłam na dział „podróże”, wzięłam do ręki Pawlikowską i ruszyłam w stronę bibliotekarza, aż mój wzrok przykuła kolorowa książka na wystawowej półce: „Autostopem przez Atlantyk i Amerykę Południową” Przemka Skokowskiego. Na okładce widniało zdjęcie miłego, młodego gościa, książka ładnie pachniała, wzięłam..

Przy ladzie do bibliotekarza była kolejka.
Nudząc się, zaczęłam zgarniać do torby wszelkie ulotki.
Jakiś repertuar Teatru Wybrzeże, ulotkę Dyskusyjnego Klubu Książkowego, jakieś zaproszenie na wystwę fotografii, spotkanie autorskie…

auto

Gdy dotarłam do domu, rzuciłam torbę w kąt i otworzyłam książkę Przemka.
Zaciekawiły mnie pierwsze strony. Młody chłopak, jeszcze w trakcie studiów postanowił ruszyć w drogę dla siebie i dla innych. Dzięki crowdfundingowi stworzył projekt „100.000 zł dla gdańskiego hospicjum”. W trakcie trasy miał opisywać własne przygody na blogu, a wszyscy chętni mięli wpłacać na rzecz hospicjum przysłowiowe pięć złotych.

Kilka stron  dalej przeczytałam, że…
W drodze do Ameryki Południowej Przemek wpadł na pomysł przejścia trasy Camino do Santiago de Compostella… Przypadek?

Kilka dni później, gdy wracałam z zakupów i  wyciągałam z torby warzywa i pieczywo, do jednej z siatek przyczepiła się kartka która sfrunęła na podłogę. Ach, to ulotka z biblioteki! Pomyślałam, po czym wzięłam ją do ręki.

Była zatytułowana „W drodze do Jerozolimy” a rysunek na ulotce przedstawiał wędrowca z drewnianym kijem. Ciekawe, myślę, po czym odwracam ją na drugą stronę. „Zapraszamy na spotkanie autorskie z podróżnikiem, który przebył pieszo 30.000 km, między innymi sławną trasę Camino, do Santiago de Compostella. Przypadek? Oczywiście poszłam, bo tego dnia w którym ulotka wypadła z torby, odbywało się spotkanie.

Naucz się języka znaków

Nie twierdzę, że Wszechświat daje mi znaki bym ruszyła pieszo przez Francję do hiszpańskiego miasta, Santiago de Compostella. Natomiast uważam, że Wszechświat daje to o czym dużo się myśli i gdzie lokuje się energię.

Ostatnio sporo myślę o podróżach. Chodzę na wszelkie publiczne spotkania z podróżnikami, czytam podróżnicze książki i przypominam sobie jak w dzieciństwie i wczesnej młodości marzyłam o wielkim plecaku ze stelażem z którym ruszam przed siebie. A National Geographic płaci mi za zdjęcia i artykuły o miejscach z całego świata 🙂

paulo

Pamiętam też, że zaczęło się od „Alchemika” Paula Coelho. 
Miałam piętnaście lat.
Dostałam na gwiazdkę tę książkę i olbrzymi atlas geograficzny.
Od tamtej wigilii, nie rozstawałam się z nimi i moim zdaniem świetnie się uzupełniały. Każdy szlak obrany przez książkowego bohatera, Santiago znajdywałam w atlasie. Najpierw zwiedziłam palcem Andaluzję, potem Gibraltar i Maroko.

Najważniejszym przesłaniem lektury było : dostrzegaj znaki i podążaj nimi
Więc dostrzegałam je wtedy i uczę się dostrzegać je teraz. I w filmie który powoduje mocne bicie serca i łzy. I w „przypadkowej” książce i w ulotce „przypadkowo” wyciągniętej z torby.

Acha. Jeżeli ktoś z was nie wie to dodam tylko, że Paulo Coelho napisał swoją pierwszą książkę „Pielgrzym” po przejściu trasy do… oczywiście Santiago de Compostella.
I tu klamra się zamyka a w niej zwiera cały mistycyzm znaków 🙂


„Pa­miętaj, że wszys­tko jest jed­nym. Pa­miętaj o języ­ku znaków.
Ale na­de wszys­tko pa­miętaj, że mu­sisz iść do kre­su swo­jej włas­nej legendy”.
P. Coelho, Alchemik

 

 

 

Czarujące Czarownice

Czym jest sen? Czy to krótkie wspomnienie poprzednich żywotów? A może to tylko 
iluzoryczna wizja niespełnionych pragnień? Freud i Jung zapewne pochyliliby się nad ich znaczeniem i doszukali się ukrytych symboli. A Maciej Bennewicz, autor „Przerażającego oddziaływania na odległość” nie tłumaczy, lecz jedynie częstuje czytelników  sennymi migawkami bohaterów, który zabłądzili w czasoprzestrzeni. 


czarownice

A ta czasoprzestrzeń jest w trzeciej części bliżej nieokreślona.
Owszem, mamy tu krótką kontynuację drugiego tomu. Kilkoro bohaterów jest wciąż w z zwykłej Polsce, inni w mitycznej i uporządkowanej niczym z powieści Aldousa Huxleya, lecz na skutek skoku, przejścia przez bramę czy choćby pociągnięcia za sznurek przy salcie w tył, Łasabi oraz Gonzo, Samanta oraz dwa gadające koty, Felek i Łoskot przestają być tymi, za jakich się uważali (tudzież za jakich czytelnicy ich uważali) i lądują w podzielonej krainie pełnej waśni, kłamstw i sporów, gdzie ludzie boją się wody a liczba siedem i zwierzę o nazwie habanuk mają wyjątkowe znaczenie. Więc pomijając nazwy krain i brak umiłowania do wody, jest to kraj podobny do naszej ojczystej ziemi. A nowi bohaterowie, to te same, znane nam już osoby lecz w innych ciałach.

Autor umiłował sobie przemycanie ważnych kwestii pod płaszczykiem obcych nazw i fantastycznych postaci, które przecież mimo nietypowo brzmiących nazwisk mają typowo polskie przywary. Chęć władzy i zysku, wszechobecne kłamstwo, manipulacja, rozsiewanie plotek, uwielbienie alkoholu, niezdrowego jedzenia i seksu są tu codziennością.  Każdy z bohaterów niezależnie od swojego statusu społecznego (czy też magicznego) jest typowym Kowalskim który zmaga się z nałogiem, jest manipulowany przez osoby wyższego szczebla, kocha, nienawidzi i posiada mniej lub bardziej wstydliwe ciągoty.

Za każdym razem sięgając po kolejny tom powieści jestem coraz bardziej zdumiona wyobraźnią autora i jego inteligentną żonglerką: czasów, miejsc i postaci, które niekiedy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Maciej Bennewicz potrafi nie tylko sprawnie prowadzić i przeplatać kilka oddzielnych historii naraz. On umiejętnie doprowadza je do logicznego spotkania i sytuacyjnego półfinału. Ileż to trzeba mieć szufladek w głowie, żeby się nie pogubić a ostatecznie doprowadzać dość skomplikowaną akcję do meritum i pamiętać przy tym o dialogach, które w każdej jego części są jej sercem. Wprowadzają wartki rytm i dowcip a czytelnik nie ma czasu się nudzić.

Książkę przeczytałam w dwa dni. Rozdziały są krótkie i urywają się w takich momentach, że po prostu żal było kończyć. No bo coś tu się urywa w pół zdania, ktoś tu pociągnął za sznurek i obudził się w innych czasach, a ktoś inny okazuje się ukraść cudze sumienie zamknięte w łupince orzeszka…

„Przerażające oddziaływanie na odległość” to zabawa dla inteligentnych i lubiących liczne metafory. Nie znudzą się miłośnicy fantasy i wartkiej akcji, amatorzy fizyki kwantowej będą zachwyceni. A dla wtajemniczonych: powieść ta to nie tylko fantastyka czy realizm magiczny, to nie tylko powieść w duchu wiktoriańskim, choć i takie elementy tu znajdziemy. Ta opowieść jest przede wszystkim metaforą człowieka i naszego kraju. Autor zadaje ważne pytanie, które błądzi między kolejnymi akapitami: czy jesteś świadomy? Czy ty wybierasz jak żyjesz, czy życie wybiera ciebie?

Na przedostatniej stronie widnieje zapowiedź kolejnej, czwartej części a ja tylko łapię się za głowę i pytam: skąd Pan, Panie Macieju bierze te wszystkie pomysły? Czy to aby sprawiedliwe że jedni cierpią na brak wyobraźni podczas gdy inni piszą inteligentne książki w zawrotnym tempie? Oby więcej pojawiało się takiej lektury w naszym kraju i oby więcej było świadomych autorów i czytelników. Bo tylko nasza mądra, ludzka świadomość ma siłę wydostania nas z sideł iluzji, która czyni z nas niewrażliwymi na głupotę, zemstę i kłamstwo.


 

Tytuł: Przerażające oddziaływanie na odległość. Część III. Czarujące Czarownice.
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok: 2016
Liczba stron: 316

Opuść pole walki

CAM01808 (1)

Długo milczałam.
Ale wiesz, jak to czasem bywa.
Kiedy coś Cię opuszcza, pozwalasz by sobie poszło i nie biegniesz za tym.
A kiedy przychodzi nowe, otwierasz ramiona mierząc się z nowym światem.

Ode mnie odeszło pisanie. Nie czułam radości z faktu stukania w klawiaturę,
a na siłę nigdy tego nie robię. Przynajmniej nie wtedy, gdy nie muszę.

Więc na chwilę opuściłam pisarską krainę, by zająć się rzeczami nowymi.
By posmakować nieznanych rzeczy.
By poznać siebie na nowo.
By zobaczyć co lubię.

Ze zdumieniem odkryłam, że marzenia które miałam we wczesnej młodości
nadal są we mnie obecne, choć przez ostatnie pięciolecie były uśpione.
A uspał je lęk.

Bo zobacz. Kiedy czegoś się boisz, to wszystkie wielkie marzenia odsuwasz na bok.
Zwłaszcza te, które wymagają zakasania rękawów i podjęcia próby zmiany życia.
Boisz się tego, że będziesz musiał się zmienić,
zastąpić nieefektywne nawyki skuteczniejszymi,
porzucić własny komfort na rzecz poznania innego świata.

Świata, który nie będzie wyłącznie małym ciasnym pokoikiem,
lecz planetą pełną przestrzeni i możliwości.

Swoje stare marzenia porzuciłam na chwilę.
Łudziłam się, że do nich wrócę. Za rok, za dwa lata, a może za dekadę.
Uparcie powtarzałam, że spełnię się kiedy wyrosnę z lęków.
I będę żyć tak jak pragnę, ale najpierw pozbędę się cierpienia.

Wiecznego bólu żołądka, trzęsących się z nerwów nóg,
kołatania serca i myśli, że „coś ze mną jest nie tak”.
Oraz pomysłu, że świat zastawił na mnie pułapkę.

Bo widzisz, jak wielu ludzi znaczną część życia spędzałam na wojnie.
Była to uparta walka z własnymi emocjami i własnym lękiem.

„Kiedy tylko ukończę terapię”, powtarzałam,
„Kiedy tylko będę mieć lepszą pracę”,
„Kiedy tylko pokocham siebie (…),
wtedy podejmę wyzwanie.

Aż trzy tygodnie temu ktoś mądry podsunął mi książkę „W pułapce myśli”.
Otworzyłam ją na pierwszej stronie i przeczytałam zdumiona:
„A gdybyś tak porzucił pomysł, że musisz wygrać wojnę?
Gdybyś mógł opuścić pole bitwy i zaczął normalnie żyć, to czy zrobiłbyś to?”

Wyobraź sobie jak mogłoby wyglądać Twoje życie,
gdybyś nagle mógł oddychać pełną piersią?

Czy wiesz, że gdybyś zaakceptował swój lęk, ból, smutek, samotność,
gniew, upokorzenie czy niedowartościowanie, to prawdopodobnie
zacząłbyś żyć tak jak zawsze tego pragnąłeś?

Bo ile czasu mierzysz się już ze swoim cierpieniem?
Pół roku, miesiąc?
Zapewne dłużej niż kilka lat,
jeśli nie całe życie.

Zaakceptuj więc fakt, że może nigdy Cię nie opuszczą, bo
są naturalnym elementem życia.

Zaakceptowałam.
Stałam się gotowa, by spytać.
Czego pragniesz Kama?
Jak chcesz żyć?
Jak wyglądałoby Twoje życie, gdyby Twój lęk Cię nie blokował?

Odpowiedzi były niczym ciepły deszcz na spękaną od słońca ziemię.
Bo oto w tym jednym momencie
pozwoliłam samej sobie na życie,
jakie zawsze prowadziłam w swojej głowie.

Parę lat temu napisałam krótki wiersz.
„Chyba oszalałam.
Zamiast żyć,
wciąż myślę o życiu”.

Nareszcie mogę schować go do głębokiej szuflady,
gdzie tkwią stare niepotrzebne pamiątki.
I zamiast myśleć,
uparcie powtarzać TAK  wszystkiemu co przychodzi.

 

Pozwól sobie pomarzyć

Parę dni temu umówiłyśmy się z koleżanką na wymianę marzeń. 
Ona wypisała swoje, a ja w zamian zaserwowałam jej wizję własnego życia. 
Potraktowałyśmy to rytualnie, celebrując ten wieczór. 
Zapaliłyśmy kadzidła, włączyłyśmy muzykę, ubrałyśmy fikuśne kolczyki…
Raz na jakiś czas każdy z nas powinien odbyć randkę z marzeniami. 

zgoda


Mnóstwo ludzi nie zna siebie i nie wie dokąd zmierza.
Może Ty także?
Owszem, mamy mglistą wizję przyszłości,
często jednak jest zbyt mało konkretna, byśmy mogli ją urzeczywistnić.

Rozmowa z zaufanym przyjacielem o marzeniach lub
wypisanie ich z najdrobniejszymi szczegółami pozwala lepiej siebie poznać.
Kiedy obcujesz z białą kartką papieru, to jesteś zmuszony zapytać:

O czym marzę?
Co chciałabym osiągnąć?
Jakim chcę być człowiekiem?
Co jest dla mnie ważne?
Gdzie widzę siebie za pięć i dziesięć lat?

Czasami decydujemy się iść utartym szlakiem,
którym podąża reszta.
Niekiedy idziemy na oślep przed siebie, nie pytając
czy to dobry kierunek.

A przecież życie jest jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi marzeniami.

Nawet jeśli nie jesteś gawędziarzem czy pisarzem spróbuj stworzyć historię.
Bądź własnym bohaterem i napisz krótką opowieść o sobie za pięć lat.
Bądź konkretny i szczegółowy.
Gdzie mieszkasz? Co masz? Czy masz dzieci? A może zwierzęta?
Co robisz? Jak pracujesz? Jakie masz plany?

Najtrudniej jest zacząć.
Nie zwracaj uwagi na krytyka, tylko płyń, bo to lubią marzenia.
Ja stworzyłam własną historię i wysłałam ją sobie na maila.
Oflagowałam, by pamiętać, że to ważna treść.
Kamila życzy Kamili i śle mnóstwo miłości.

Stworzona historia była zaskakująca, bo myślałam, że jestem inna i pragnę innych rzeczy.
A przecież z roku na rok, zmienia się nie tylko nasz wygląd, ale także potrzeby, plany, marzenia i priorytety. Niech Cię zatem nie zdziwi, że podróż do Nepalu przestała być numerem jeden. Nie bój się, że teraz pragniesz innych rzeczy, miejsc i wartości. Takie jest życie. Gdy odpuszczasz jedno, drugie przychodzi.

Może prostsze,
może głupsze,
nie oceniaj.

Wypowiedzenie na głos lub opisanie swoich marzeń to jak pakt.
Oto zobowiązujesz się, by zadbać o siebie i swoje życie.
Puszczasz marzenie w świat.
Niech przestrzeń działa, a Ty mu pomagaj.
W końcu Twoje marzenia, to najlepszy system wartości Twojego życia.

Więc umów się na randkę.
Spotkaj się z przyjacielem i powiedz mu na głos o czym marzysz.
Zamknij się w pokoju, zapal świecę i pisz.
Tu nie nie ma złych odpowiedzi.
Potrzebny jest tylko konkret.

Zapisałeś? Zostaw i rób swoje.
I obserwuj co się wydarzy.

Zgoda na Tu i Teraz

„Szczególny charakter naszego geniuszu odkryjemy wtedy, gdy przestaniemy się dopasowywać do własnych albo cudzych wzorców, kiedy nauczymy się być sobą i pozwolimy, aby otworzył się w nas naturalny kanał”. Shakti Gawain

zgoda 2


 

Przez całe życie czegoś szukałam.

Sensu.
Celu.
Powodów by się chciało.

Moja codzienność była jednym wielkim poszukiwaniem szczęścia.
Coś mnie pociągało, czymś się zainspirowałam
a potem wchodziłam w to.
Na sto procent.

Przez dwa i pół roku ćwiczyłam sztuki walki.
Potem przeszłam na wegetarianizm,
czytałam książki o roślinnym żywieniu.

Rok później zakochałam się w fitnessie. Och, jak ja to kochałam!
Miałam iść do szkoły, zostać instruktorem…gdyby nie ciężka szafa,
którą niezdarnie upuściłam na swoją stopę.

Praktykowałam buddyzm przez pięć lat.
Podróżowałam.
Niemcy, Litwa, Czechy, Norwegia.
Zaliczając po drodze warsztaty rozwojowe.

Psychoterapię.
Kursy.
Grupowe procesy.
Rok temu przeszłam na weganizm.
Tydzień temu poznałam jogę.

Czy z perspektywy czasu któreś dały mi szczęście?
Nie. Przyniosły doświadczenia i kontakty. Były dobre, bo czegoś uczyły.
Poznałam świat i ludzi, coś w sobie odkryłam.

Ale nigdy nie przyniosły szczęścia.
Co najwyżej uwolniły serotoninę do mózgu.
Nic poza tym.

Samo szukanie szczęścia jest wielkim nieporozumieniem.
Szczęście nie mieszka w ideologiach.
Ani w ruchu, sporcie, czy stylu życia.

Szczęście to ni mniej ni więcej jak świadomość i akceptacja.

Oto jestem.
Mam emocje.
Mam serce pełne marzeń i głowę pełną lęków.
Jestem przebojowa lub nieśmiała.
Lubię miasto a może wieś.
Nieważne.

Jestem jaka jestem.
I ani Twoje ani moje szczęście nie zależy od niczego.
Ani od religii, którą wyznajemy.
Ani od jedzenia, które wkładamy do lodówki.
Nie zależy od sukcesów czy ich braku.

Bo kiedy wszystkiego nagle zabraknie,
gdy zniknie sukces, gdy przyjdzie porażka,
gdy przytyjesz a może schudniesz,
ożenisz się, rozwiedziesz się,
pochwalą Cię, lub wyśmieją,

to, co zawsze zostanie
będzie miłością do siebie
lub jej brakiem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam z wiecznego szukania jest jedna.
Na końcu zawsze jesteś  TY,
na końcu zawsze jestem JA.
I będziemy mieć emocje.

I choćbyśmy pili na umór,
choćbyśmy zjedli wszystkie czekolady świata,
choćbyśmy oglądali  komedie wszech czasów,
biegali w maratonach i jeździli na rowerze,
ta pustka w końcu wyjdzie.
Więc trzeba będzie się z nią skonfrontować.

Przeżyć smutek.
Doświadczyć nudy.
Pokochać samotność.
Zobaczyć w gniewie radę.

Gdy to się uda,
nareszcie przyjdzie wolność i spokój.
A wraz z nimi akceptacja pełna wdzięczności.
Że oto jestem jaki jestem.
We właściwym miejscu.
We właściwym czasie.

Mam co mieć powinnam,
a czego nie mam, mają inni,
więc jest na świecie równowaga
i Wszechświat kocha nas po równo.

Jak smakuje życie?

pexels-photo-large

Tożsamość

A gdybyś tak mógł być kimś innym, to kim? Co byś robił? Jak byś żył?
Wyobraź sobie, że możesz. To kim teraz jesteś nie definiuje Cię na zawsze. Możesz dokonać wyboru. Odważyć się. Być spontaniczny. Zacząć szukać. Szukanie zawsze doprowadza człowieka we właściwe miejsce i napełnia mądrym doświadczeniem.

Co zrobić, by odkryć siebie na nowo?
Pozwolić Wewnętrznemu Dziecku działać.

Zadaj sobie pytanie, o czym całe życie marzyłeś, co robiłeś będąc dzieckiem, co lubisz robić teraz? Wypisz na kartce dwadzieścia potencjalnych czynności, które mogłyby Cię zainteresować. Wybierz dwie, które Cię pociągają i podejmij wyzwanie. Zrób to! Zrób coś czego się zawsze bałeś, lub odsuwałeś na margines, bo zwykle brakowało Ci czasu na „niepotrzebne głupoty”.

Bądź spontaniczny!

Od dawna uważałam się za rozsądną i spokojną dziewczynę. Taki mam też status quo wśród znajomych. Jadam zdrowo i regularnie, kładę się spać przed 23,  a  gdy chcę się zabawić, to idę do kina lub czytam książkę. W porywie szaleństwa zapraszam do siebie gości. Nie więcej jak dwójkę naraz, bo nie lubię tłumu. Dobrze jest mieć swoje zasady, ale jeszcze zdrowsze jest ich złamanie. Przynajmniej raz na jakiś czas. Uwalniamy się wtedy od ciasnego gorsetu reguł, które włożyliśmy sobie na żebra. Porzucenie pomysłu, że jestem spokojna i poukładana przyniosło fantastyczne rezultaty. Oto nareszcie mogłam się otworzyć i doświadczyć tego, co obce, co „nie-moje”. A więc niebezpieczne i ciekawe.

Gdy otworzysz się na rzeczy „straszne”, miej pewność, że skonfrontują Cię z tajemnicą. Tą, którą Jung nazywał Cieniem. Warto otworzyć mentalne drzwi wszystkim mrocznym postaciom mieszkającym w umyśle, bo te zawsze czegoś nas nauczą. Dzięki nim doświadczamy nowych uczuć, poznajemy osoby, na które zwykle byliśmy zamknięci, odkrywamy rzeczy, do których nie mieliśmy dostępu z powodu własnych ograniczeń.

Tam, gdzie mieszkają Dzikie Stwory

Otworzenie drzwi na spontaniczną zabawę i  nowe „ja” nie zawsze bywa przyjemne. Zwykle towarzyszy temu strach. Niekiedy zmęczenie. A czasem ból.  Clarissa Pinkola Estes, podróżując po świecie w celu zebrania dawnych opowieści rodzinnych, napisała, że zawsze miała romantyczną wizję pisarki-podróżniczki, a jednak to, czego najczęściej doświadczała było nieprzyjemnościami żołądkowymi z powodu bakterii e-coli.

Ale co z tego? My otrzymaliśmy dzięki niej wspaniałą książkę, która od lat porusza i budzi kobiety na całym świecie, a ona zgromadziła doświadczenie i wiedzę o sobie samej.

Pozbycie się ciasnego gorsetu reguł i próba życia inaczej niż zostało nam zapisane (bądź sami sobie zapisaliśmy) przynosi o wiele więcej niż zwykłe zadowolenie. Przynosi bogactwo. Cenne przeżycia, wiedzę i samoświadomość. Na kursach creative writing młodym adeptom zwykle radzi się trochę pożyć, a potem pisać.

Zdefiniuj siebie na nowo

Jak powiedział Maciej Parowski, ojciec redaktor Nowej Fantastyki: ” Hemingway mówił, że dla młodego autora ważne jest żeby odróżnić to, co czuje naprawdę od tego co wydaje mu się, że powinien czuć(…). Ale młody człowiek, który jeszcze nie wie, kim jest, pewnie źle robi, jeśli już teraz, natychmiast, zaraz chce pisać. Powinien tego niezdefiniowanego, nieokreślonego siebie najpierw zbudować.”

I to samo dotyczy każdego z nas, niezależnie od tego kim jesteśmy i kim chcemy być. Zdefiniuje nas tylko własne, pełne doświadczenie. Wyjdź poza strefę komfortu, złam zasadę. Choćby jedną na miesiąc. Połóż się spać godzinę później, zjedz ciasto z tuczącym kremem, idź pobiegać, zjedź z pionowej zjeżdżalni na basenie, idź sam na kawę i tym razem nie planuj niczego. Może ta przestrzeń, która nagle się wyłoni zaprowadzi Cię tam gdzie nie byłeś nawet w najpiękniejszych snach.

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Pokochaj kreatywność!

I tak oto po dwóch tygodniach milczenia muszę stwierdzić, że bez tworzenia człowiek umiera; powoli usycha tracąc wszelkie życiowe soki. I nie mówię tu o konkretnej formie twórczości, ale o kreatywności w ogólnym sensie.

CAM01617


 

Przez ostatnie dwa tygodnie niewiele pisałam. Dni dzieliłam między pracę, szkołę i książki. Żyłam rutynowo, wykonując codzienne obowiązki bez dopuszczania do siebie jakiejkolwiek formy  zabawy. Efekt? Marazm, lenistwo i brak sił witalnych. Nasunął mi się luźny choć adekwatny wniosek, że człowiek jest istotą twórczą i aby dobrze żyć, musi tworzyć.

Nie twierdzę, że każdy jest artystą. Natomiast sądzę, że jeżeli dopuszczamy do siebie kreatywność, nasze życie nabiera kolorów a serce wyrywa się do działania. Nie każdy musi być pisarzem, ale czyż nie jest miło raz na jakiś czas wydobyć z siebie uczucia, przelewając na papier? Na przykład w formie listu? Kiedy wysłałeś ostatnio do kogoś list? Kiedy narysowałeś jakiegoś stwora na marginesie ważnych notatek? Kiedy ugotowałeś coś nowego? Kiedy wymyśliłeś własne ciasto? Czy wiesz, że zamiast kupić bazylię w supermarkecie, można samemu taką wyhodować od nasionka?

Tworzenie jest moim powietrzem. Nawet kiedy tłumaczę sobie, że przecież nie mam czasu, nie mam weny i że w ogóle nic mi się nie chce, bo za oknem szaro i buro, to kreatywność tak czy inaczej znajduje ujście bocznym źródłem. Bo ta cecha jest naszym naturalnym ludzkim przymiotem.

CAM01619

Tydzień temu, przed wyjściem do pracy, powodowana tajemniczym impulsem wrzuciłam do torby opakowanie plasteliny. I w pracy, między jednym a drugim zadaniem, niby od niechcenia zaczęłam lepić. Musiałam. To było silniejsze od rozsądku, może dlatego że było proste i naturalne. Najpierw ulepiłam Mozarta (w końcu każdy z nas ma swojego idola), a potem żyrafę, kota i psa.

Kiedy tak siedziałam przy biurku i lepiłam godzinami,  nie szło dłużej się z tym kryć. Przełożona odkryła, a jakże i… zachwycona plastelinowymi zwierzakami zamówiła u mnie dwa psy. Podeszła z telefonem, pokazując mi zdjęcia swoich pupilów. „O takie. Jeden niech będzie czarno-biały a drugi brązowy”. Zadanie wykonałam i teraz dwa plastusie siedzą dumnie na czterech łapach na monitorze przełożonej.

Kreatywności nie można stłamsić ani tym bardziej zabronić. Kreatywność jest dla nas tym czym fruwanie dla ptaka.Nie oceniaj więc siebie i zrób coś dla zabawy. Kreatywność jest dzieckiem i karmi się kolorami, otwartością i śmiechem. Im więcej jej tego dostarczysz, tym więcej otrzymasz w zamian. A co ważniejsze, jeśli pozwolisz, by twórczość zamanifestowała się w codzienności to pomożesz myślom się uspokoić. Bo dzięki tworzeniu i zabawie nagle przerywasz bezmyślny strumień świadomości; skupiasz się tylko na konkrecie i szczególe.

Pisanie przenosi do krainy wyobraźni a czasem intelektu. Natomiast prace manualne takie jak rysowanie, robótki ręczne, lepienie i rękodzieło pozwalają uciszyć lęk, odstresować się i wypełniają ciało błogim spokojem. Potraktuj to jak chcesz: jak zabawę, medytację czy konieczność. Pozwól kreatywności być w Twoim  życiu a potem sam oceń, czy zaszły zmiany.