Archiwa tagu: marzenia

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Pozwól sobie pomarzyć

Parę dni temu umówiłyśmy się z koleżanką na wymianę marzeń. 
Ona wypisała swoje, a ja w zamian zaserwowałam jej wizję własnego życia. 
Potraktowałyśmy to rytualnie, celebrując ten wieczór. 
Zapaliłyśmy kadzidła, włączyłyśmy muzykę, ubrałyśmy fikuśne kolczyki…
Raz na jakiś czas każdy z nas powinien odbyć randkę z marzeniami. 

zgoda


Mnóstwo ludzi nie zna siebie i nie wie dokąd zmierza.
Może Ty także?
Owszem, mamy mglistą wizję przyszłości,
często jednak jest zbyt mało konkretna, byśmy mogli ją urzeczywistnić.

Rozmowa z zaufanym przyjacielem o marzeniach lub
wypisanie ich z najdrobniejszymi szczegółami pozwala lepiej siebie poznać.
Kiedy obcujesz z białą kartką papieru, to jesteś zmuszony zapytać:

O czym marzę?
Co chciałabym osiągnąć?
Jakim chcę być człowiekiem?
Co jest dla mnie ważne?
Gdzie widzę siebie za pięć i dziesięć lat?

Czasami decydujemy się iść utartym szlakiem,
którym podąża reszta.
Niekiedy idziemy na oślep przed siebie, nie pytając
czy to dobry kierunek.

A przecież życie jest jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi marzeniami.

Nawet jeśli nie jesteś gawędziarzem czy pisarzem spróbuj stworzyć historię.
Bądź własnym bohaterem i napisz krótką opowieść o sobie za pięć lat.
Bądź konkretny i szczegółowy.
Gdzie mieszkasz? Co masz? Czy masz dzieci? A może zwierzęta?
Co robisz? Jak pracujesz? Jakie masz plany?

Najtrudniej jest zacząć.
Nie zwracaj uwagi na krytyka, tylko płyń, bo to lubią marzenia.
Ja stworzyłam własną historię i wysłałam ją sobie na maila.
Oflagowałam, by pamiętać, że to ważna treść.
Kamila życzy Kamili i śle mnóstwo miłości.

Stworzona historia była zaskakująca, bo myślałam, że jestem inna i pragnę innych rzeczy.
A przecież z roku na rok, zmienia się nie tylko nasz wygląd, ale także potrzeby, plany, marzenia i priorytety. Niech Cię zatem nie zdziwi, że podróż do Nepalu przestała być numerem jeden. Nie bój się, że teraz pragniesz innych rzeczy, miejsc i wartości. Takie jest życie. Gdy odpuszczasz jedno, drugie przychodzi.

Może prostsze,
może głupsze,
nie oceniaj.

Wypowiedzenie na głos lub opisanie swoich marzeń to jak pakt.
Oto zobowiązujesz się, by zadbać o siebie i swoje życie.
Puszczasz marzenie w świat.
Niech przestrzeń działa, a Ty mu pomagaj.
W końcu Twoje marzenia, to najlepszy system wartości Twojego życia.

Więc umów się na randkę.
Spotkaj się z przyjacielem i powiedz mu na głos o czym marzysz.
Zamknij się w pokoju, zapal świecę i pisz.
Tu nie nie ma złych odpowiedzi.
Potrzebny jest tylko konkret.

Zapisałeś? Zostaw i rób swoje.
I obserwuj co się wydarzy.

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Zmiana trasy

Któż z nas nie próbował bądź nie chciał choć raz zmienić swojego życia? Tak totalnie- zaczynając od zera, od pustej głowy bez uprzedzeń, napełniając ją na nowo umiejętnościami i pomysłami?

most-drzewa-1


Najbardziej motywujące jest niezadowolenie z miejsca w którym jesteśmy. Bo jeżeli mamy dobrze rozwiniętą wyobraźnię, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie co będzie za trzydzieści lat. W głowie zaczynają świtać myśli: Co jeśli  będąc sześćdziesięciolatkiem będę w tym samym miejscu- na tym samy stanowisku? A jeśli nawet będę wyżej, lecz w tej samej firmie? Czy tego chcę? Czy jeśli zmienię zakład pracy, lecz zostanę w podobnej branży, to będę usatysfakcjonowany? Co czujesz zadając te pytania?

Bo ja frustrację.
Gdybym mogła zmienić przeszłość, nie wahałabym się. Wybrałabym inny kierunek studiów, doświadczenie zdobywałabym już podczas nauki w szkole, zamiast tańczyć na akademickich stołach ze znajomymi. Bardziej ukierunkowałabym się na przyszłość i na cele, które chcę osiągnąć i dziś nie narzekałabym, że robię bzdurne rzeczy za śmieszne pieniądze. Byłam leniwą konformistką, to teraz mam…

Człowiek nabiera mądrości i pokory z wiekiem. Jedni wcześniej, inni później, choć nie bez znaczenia jest tu zapewne wychowanie. Bogaci, przedsiębiorczy rodzice wychowają dziecko na samodzielne i sprytne, podczas, gdy etatowi opiekunowie bez wiary w marzenia pokażą dziecku pracę jedynie jako smutny, lecz niezbędny sposób na zarabianie pieniędzy. By starczyło do 1-ego.

Nie mogę wpłynąć na przeszłość, ale mam przyszłość przed sobą. Mogę sporo zmienić, mogę się przebranżowić. To trudne, czasochłonne i wymaga poświęceń. Czy zatem warto? Na szybko zrobiłam kalkulację w głowie: jeżeli teraz mam 30 lat, a moje studia wstępne trwają dwa lata plus czteroletni program licencyjny, dodać praktykę i staże, to na swoim będę w wieku 36 lub 37 lat. Do tego czasu będę się uczyć, praktykować i płacić około 3.500-4.000 zł rocznie. Pomnożyć przez sześć lat, w sumie 21.000-24.000 złotych. Po drodze książki, podręczniki, kserówki, pisanie pracy dyplomowej, praktyka własna, która też wymaga nakładu. Stoję pod znakiem zapytania.

Rozpoczynając pracę na wymarzonym stanowisku będę w pięknym wieku średnim, podczas gdy znajomi po fachu będą już mogli poszczycić się niejednym osiągnięciem, pracą czy książką powstałą przez lata własnych obserwacji. Warto?

Coach i trener rozwoju osobistego, Michał Pasterski zachęca by to zrobić, w myśl zasady, że nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli mielibyśmy rozpocząć ukochaną pracę w wieku 40 lat, to czy nie warto dla tych 20-30 lat, które zostały do emerytury? Nigdy nie jest za późno, by zacząć się realizować i spełniać marzenia. Niech za przykład posłużą tu Uniwersytety Trzeciego Wieku, które cieszą się popularnością wśród ludzi młodych duchem, choć nie metryką. W którymś momencie w końcu musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nikt nie ofiaruje nam szczęścia, satysfakcji i spełnienia, wszystko jest tylko w naszych rękach.

A co jeżeli zmiana trasy przyniesie rozczarowanie? Koszty nauki nie zwrócą się, nie będę mieć klientów lub nie skończę szkoły, bo zabraknie mi pieniędzy? Co jeżeli nie będę mieć czasu na ukochane książki, kino, znajomych, albo co gorsze- nowa praca nie przyniesie oczekiwanej satysfakcji bo piękna była jedynie w marzeniach?

I tak wygram. W końcu będę bogata w doświadczenie, która odpowiednio przefiltrowane zamieni się w mądrość i radość. Bo tym jest życie przecież- doświadczaniem, empiryzmem w każdym drobnym przejawie. Kim byłby poeta, który nie doświadczył miłości? Tym samym co marzyciel nie sięgający gwiazd. A przecież właśnie dzięki marzycielom i idealistom mamy komputery, Mcbooki, żarówkę czy cyfrowy aparat. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, bo za pierwszym krokiem przychodzą następne i nagle jesteśmy w procesie. W wielkim procesie zmiany, życia, chwytania odległych dotąd marzeń za złoty ogon.


Zdjęcie: www.tapeta-most-drzewa-1.na-pulpit.com

W rytmie serca

Ile to już razy zrobiliśmy coś wbrew sobie, by zadowolić otoczenie lub upewnić je, że wszystko z nami w porządku? Szukamy aprobaty jak myszy tłustego sera, nie licząc się z tym, że złapiemy się w misterną pułapkę zdrady wlasnych przekonań. A gdy zdradzimy samych siebie, to nie potrafimy już ufać swoim wyborom. To rzecz taka sama jak z mało lojalnym kochankiem. Aby ufać, musimy wiedzieć, że partner jest zawsze i całkowicie lojalny. Tak samo my, sami wobec siebie musimy być uczciwi i lojalni do samego końca.

pobrane


Próbowałam to robić wielokrotnie- być kimś innym niż jestem. Tańczyć na stołach, śmiać się do rozpuku z nieśmiesznych żartów, mówić głośno, choć to dla mnie nienaturalne, udawać zaciekawienie podczas niemądrych rozmów na tematy niskich lotów. Próbowałam pić czego nie piję i jeść czego nie lubię, bo wypada w towarzystwie. Bo wypada być elastycznym, swobodnym i rozluźnionym.

I choć na zewnątrz pewnie wszystko wyglądało dobrze i poprawnie, w środku skręcałam się wewnętrznie marząc by uciec, wcisnąć pedał gazu by się stąd wydostać, by zrzucić niewygodne koronki i położyć się na łące pachnącej wilgotną glebą i patrzeć we wschodzący księżyc.

A gdyby mogło tak być naprawdę?
Wyobraź sobie, że nic nie musisz.
Że możesz być kim zechcesz. Że nareszcie zawsze i wszędzie możesz być sobą.

Nikt Cię nie krytykuje, nikt do niczego nie przymusza; czujesz wokół miłość, ciepło i tolerancję.
Czujesz sympatię ze strony otoczenia, bo jesteś. Po prostu. Tylko i aż dlatego.
Czy to nie piękne?

A teraz posłuchaj- naprawdę może tak być!
I nie zamierzam namawiać Cię do zmiany otoczenia, wykluczenia pojedynczych znajomych czy innych, podobnie absurdalnych pomysłów. Zamierzam powiedzieć, że możesz być tym kim jesteś w rzeczywistości. I że to jaki jesteś jest dobre i właściwe.

Nie chodzi o to by tkwić po uszy we własnych przywarach jak w szlamie pełnym niedoskonałości. Ale dopiero całkowicie uczciwa akceptacja tego jaki jesteś pozwoli Ci pójść dalej i dokonać takich zmian jakie uznasz za słuszne. I niech będą to zmiany, które Tobie przyniosą korzyści. Bo im bardziej dbasz o siebie, im bardziej siebie kochasz, szanujesz i akceptujesz to, kim jesteś, tym żyjesz bliżej swojego serca. Zaczynasz wyczuwać jego rytm. Zgrywasz się z nim i oddzielenie przestaje istnieć w Twoim życiu.

Myślę, że zrozumienie, iż to my mamy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi jest kluczem do dojrzalej relacji z życiem. Bo jeśli kochasz siebie, to przyciągasz wszystko co najlepsze- stajesz się własną wizją i spełnionym, chodzącym marzeniem. W Twoim towarzystwie pojawiają się wówczas właściwi, bo serdeczni ludzie, dostajesz od życia takie lekcje jakich potrzebujesz, podobnie jak miłe niespodzianki z wiecznie brzemiennej przestrzeni.

Prawdopodobnie trudno jest być autentycznym w młodym wieku. Mamy jeszcze za mało mądrości i doświadczenia by docenić własne towarzystwo i to jak wielkim skarbem jesteśmy. Niemniej jednak możemy z tym pracować. Każdego dnia możemy ufać sobie coraz bardziej- szanować własne granice, być asertywnym, pozytywnym człowiekiem, który ma prawo iść własną, choćby krętą drogą i spełniać osobiste marzenia. Mamy prawo sprawdzać, próbować, popełniać błędy. Powiedz NIE, jeżeli czegoś nie czujesz, powiedz TAK, gdy coś do Ciebie przemawia. Całkiem niedawno uwiodły mnie słowa Krystyny Jandy, mądrej i dojrzalej kobiety, którą cenię za sposób bycia, ciężką pracę i temperament. Czyż jej słowa, nie powinny wisieć nad łóżkiem większości z nas, wiecznie potrzebujących ludzkiej aprobaty, zapominając że najistotniejsza mieści się w naszym centrum Wszechświata? W sercu…

„Dla mnie receptą jest niezmuszanie się do niczego. Ja robię to, na co mam ochotę. A na szczęście mam ochotę pracować. Ja nie spotykam się z ludźmi, z którymi nie chcę się spotkać. Nie czytam książek, które mnie nudzą, nie oglądam filmów… Od pewnego momentu uznałam, że nic nie muszę ani nie powinnam nawet. Takie słowo „powinnam” też wykreśliłam.”

Cudownego dnia Kochani! Mnóstwa akceptacji, miłości i zrozumienia dla siebie samych 🙂


Zdjęcie: www.wellness-workshop.com

I że cię nie opuszczę…

… aż do kryzysu. Aż do znudzenia a może spotkania kogoś lepszego. W krótszej spódnicy. Z lepszym nosem lub szybszym samochodem. Nie opuszczę cię dopóki mi nie przeszkadzasz, dopóki nie chrapiesz i żyjesz na moich warunkach… Nie opuszczę cię aż do śmierci naszych złudzeń.

bukiet1


Krótkie jest życie dzisiejszych relacji. Na palcach jednej dłoni mogę policzyć szczęśliwe małżeństwa, plus kilka partnerstw bez ślubu. Zmieniamy siebie jak rękawiczki lub zużyty towar po skończonej gwarancji. Przyzwyczailiśmy się do suplementacji, więc zastępujemy sobie wzbogacające duchowo związki przygodnymi znajomościami albo randkowaniem bez zobowiązań, w najgorszym wypadku samotnym piwem przed telewizorem.

Co jest przyczyną?

Oczywiście oczekiwania. Mamy ich zbyt wiele i zwykle dalece odbiegają od rzeczywistości. Chcielibyśmy, aby partner był taki jakim go sobie wyśniliśmy. Male potknięcie czy drobna pomyłka przekreślają wszystkie zgromadzone miesiące czy lata wspólnego bycia. Jesteśmy mało tolerancyjni a przede wszystkim nieszczęśliwi. Wierzymy telewizji i producentom filmowym, że druga osoba jest po to, by wypełniła cały świat, nosiła nas na rękach i karmiła gwiazdkami z nieba.

A to nie tak. Tu tkwi podstawowy błąd myślenia: że oto ktokolwiek będzie miał moc sprawczą, by nas uszczęśliwić.

Ale wiesz co? Nikt nie ma takiej mocy, oprócz Ciebie samego.
Ty sam możesz kochać siebie najmocniej na świece, bez aleze wszystkimi wielkimi i małymi wadami, siebie chrapiącego, smutnego, nerwowego i z podkrążonymi oczami. W wyciągniętych dresach i objadającego się tabliczką czekolady. Możesz siebie kochać bez ograniczeń, miłością jaką chcesz i możesz podarować sobie wszystko, czego zawsze pragnąłeś od drugiego człowieka.

A więc co sobie dasz? Czym się obdarzysz? Jaka będzie to miłość?

 Miłość i dzieciństwo

Psychologowie są zgodni- że im mniej miłości i uwagi w dzieciństwie tym większa jej potrzeba w dorosłości. A to niestety popycha nas w ramiona kolejnych rozczarowań. Bo przecież żaden partner nie da Ci tyle miłości, uwagi, bliskości ile byś chciał. Ta dziura, ten nieprzyjemny deficyt będzie już w Tobie zawsze jeżeli sam go nie załatasz miłością i uważną opieką. Bądź dla siebie najlepszą mamą i najlepszym tatą na świecie. Rozpieszczaj się, wychodź na spacery, przytulaj i kupuj prezenty. Wspieraj w upadkach, motywuj do działania na wszelkich startach. Tak rośnie poczucie własnej wartości. Wiesz, że zasługujesz na miłość, bo każdego dnia ją otrzymujesz dając ją sobie. Rośniesz mentalnie, karmisz swojego ducha- wewnętrzne dziecko, które zawsze  chciało być kochane miłością absolutną i bezwarunkową. Karmisz siebie miłością, aż stajesz się jej pełen a kiedy ta energia się z Ciebie wyleje już nic nie będzie stało na przeszkodzie byś podarował ją światu.

W książce „Być kobietą i nie zwariować”, Katarzyna Miller namawia swoje pacjentki by się ze sobą zaręczyły, albo poszły jeszcze dalej i wzięły ze sobą ślub. A więc moi mili, moje miłe: sprawcie sobie coś co będzie symbolizowało wasz głęboki związek se sobą do końca tego życia i wszystkich innych żyć. Pokochajcie się, włóżcie sobie na palec pierścionek i wiedźcie, że nie potrzebujecie tego już od nikogo. Absolutnie NIKOGO. Wszystko co Was spotka na drodze będzie fantastyczną niespodzianką, darem z przestrzeni a pojawi się spontanicznie w najbardziej odpowiednim momencie. Miłość do siebie się opłaca. Jest zawsze autentyczna, głęboka, najczulsza, wspierająca, nietoksyczna i na zawsze. Jak zatem moglibyśmy chcieć być jeszcze uszczęśliwianym przez innych ludzi? Niech każdy z osobna dba o miłość do siebie, a świat będzie wzrastał.

Ty będziesz wzrastał.


Zdjęcie: slubnetapety.pl

Pod prąd

Przechodząc osiem lat temu na wegetarianizm, słyszałam wiele niepochlebnych opinii i powodów, dla których nie powinnam tego robić: „dostaniesz anemii”, „wylądujesz w szpitalu”, „zginiesz marnie”. Minęło osiem lat. Nigdy nie miałam anemii, nie przetaczali mi krwi, żyję i mam się dobrze. Ten post nie jest o tym jak przejść na dietę roślinną, ale o tym jak żyć w zgodzie ze swoimi wartościami, które czasem wymagają od nas pójścia pod prąd i sprzeciwienia się społecznie przyjętemu konwenansowi. pod


Często w życiu doświadczałam uczucia, że jestem inna. Nie dlatego, że ubierałam się dziwnie czy miałam różowe włosy. Zwykle wyglądałam normalnie. Inności dodawał mi fakt wyznawania wartości, które nie są powszechne wśród społeczeństwa. Czasem nawet są zaprzeczeniem, tego co większość Polaków uznaje za dobre, właściwe czy konieczne. Sytuacje i miejsca, w których spotykamy ludzi, wyznających wartości odmienne do naszych mogą powodować pogłębienie przepaści a nawet zwątpienie. „Czy dobrze robię?”, „Czy aby się nie mylę?”, „Może powinnam zrobić to, co reszta?”.

Doświadczam tych uczuć często w miejscu pracy- korporacji która wychowuje konsumpcyjne społeczeństwo nastawione na powielanie schematów. Zaręczyny, głośny ślub z setką gości, kredyt hipoteczny, dziecko, skromny awans w przyszłości. Ja podziękuję. Wysiadam, choć jest trudno, bo pociąg jedzie z zawrotną szybkością. Oczekiwania innych i brak zaufania do siebie, mogą spowodować, że zawrócimy z własnej drogi i zaczniemy żyć czyimiś wymaganiami. Skutek? Frustracja, brak kontroli własnego życia i ogólne poczucie niespełnienia. Najtrudniej jest odpowiadać ludziom na pytania, na które (ich zdaniem) jest tylko jedna dobra odpowiedź. „Dlaczego nie weźmiecie ślubu?”- słyszę wciąż od życzliwych znajomych; lub u lekarzy: „Dlaczego pani jeszcze nie rodziła?”. Równie dobrze to ja mogłabym zapytać: „Masz 35 lat. Dlaczego jeszcze nie spełniłeś swojego życiowego marzenia?”. Ale po co. Każdy niech żyje własnymi kryteriami a osądzanie i wymaganie pozostawi samemu sobie i tylko w stosunku do swojej osoby.

Aby iść pod prąd trzeba przede wszystkim znać swoje wartości. Zrobić ich hierarchię i odświeżać co pół roku. Słuchać intuicji i mieć do niej zaufanie. Znać własne cele, mieć świadomość jakich emocji chcemy w życiu doświadczać i sprawdzać swoje potrzeby. Bez tych filarów będziemy jak puszek na wietrze, targany nieswoimi pomysłami na życie. Bez miłości do samego siebie też się nie obejdzie. Tylko kochając siebie (zajrzyj tu: https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2015/04/13/100-powodow-dla-ktorych-warto-kochac-siebie/ ), jesteśmy w stanie autentycznie zaufać sobie na wielu poziomach i być swoim mądrym przewodnikiem.

Pamiętaj- niezależnie od tego kim jesteś i co czujesz, masz prawo być sobą. Wegetarianinem, innowiercą, ateistą, singlem, bezdzietnym, buntownikiem, podróżnikiem, grubasem, chudzielcem i marzycielem. Kimkolwiek. Bądź sobą, bo tylko tak nie zawiedziesz najważniejszej osoby w twoim życiu- siebie. Cała reszta nie ma znaczenia. Każdy ma inne powołanie i inną misję do wykonania. Odetnij więc społeczną pępowinę i daj sobie prawo być tym, kim jesteś, z wartościami które wyznajesz. Aprobata innych jest jedynie chwilową dumą, która niczego nie przyniesie w dłuższej perspektywie czasu. Pójście pod prąd będzie wymagało wzięcia całkowitej odpowiedzialności za własne życie. Wszak tak łatwo zwalać na kraj, system, społeczeństwo czy tradycyjny model wychowania. Dobra wiadomość jest taka, że mamy wybór. Zawsze mamy wybór. Niech zatem będzie świadomy i z kierunkiem na szczęście. A jeżeli nadal bardzo pragniemy aprobaty innych, otaczajmy się tymi, którzy sprzyjają naszym decyzjom, jakiekolwiek by one nie były.


Zdjęcie: fishki.pl

Piękni 30-letni (?)

Kim są dzisiejsi 30-latkowie? Co osiągnęli i jakie stawiają sobie zadania? Czy różnią się od 30-latków, jakimi byli nasi rodzice?

prison


Pokolenie obecnych 30-latków, to ludzie z rocznika 83, 84 a teraz także i 85 (ja sama). Zaczęłam ostatnio obserwować rówieśników, podpytując co robią, kim i z kim są, jak układa im się życie. Czasami nawet nie muszę pytać, wystarczy obserwować ich aktywność na facebooku i uważnie słuchać, by wyłapać to co między słowami i kolejnymi przechwałkami.

A więc kim jesteśmy?

Niestety przykro to przyznać, ale my 30-latkowie jesteśmy pokoleniem telemarketerów. Ludzi z potencjałem, pracujących na umowę o dzieło, umowę zlecenie czy niekończącą się umowę na czas próbny lub określony. Jesteśmy ludźmi o otwartych umysłach i szerokich horyzontach; ludźmi którzy uczą się szybko, bo tego wymaga od nas życie. Jednakże pomimo ogromu pięknych właściwości większość z nas wciąż nie wykorzystuje szans, które kiedyś się skończą. Boimy się wielkich wyzwań i podjęcia trudu, toteż często zaczynamy jako telemarketerzy i na tym stanowisku kończymy. Nie twierdzę też, że nie zdarzają się przypadki ambitnych osób. Zdarzają się i owszem! Wszak Golden line i Linkedin pękają w szwach od menegerów i CEO, lecz i tym nieobce są lęki i uniki, choć może na nieco innym polu niż zawodowym.

Zatem czego się boimy?

Skoro już upieramy się, że jesteśmy otwarci na zmiany i ambitni na tyle, by skakać po szczeblach kariery, to kosztem czego? 30-latkowie, którzy odnoszą sukcesy zawodowe częstokroć są osobami przerażeni wizją stabilności i zastoju. Są to więc niekiedy osoby bezdzietne, bez rodzin, bez stałych partnerów. A jeżeli partnerów mają, to boże broń, by coś im obiecywali, w myśl zasady, że są zbyt „wolni” by ich ujarzmić.

Osoby, które w wieku 26 lat i wyżej zdecydowały się założyć rodziny, są to zwykle osoby w wychowane w tradycyjnym domu, u rodziców na etacie. To są właśnie ci przerażeni zdobyciem tego o czym marzyli, więc pocieszają się wizją sielskiego domku i stałej umowy o pracę. Wszak ta daje możliwość wzięcia kredytu hipotecznego, a gdy już się go ma, to nie w głowie wielkie zmiany i podróże dookoła świata.

families

Zbyt proste?

Myślicie, że stosuję czarno białą kliszę ocen? Być może jesteśmy pokoleniem czarno- białym? Albo kredyt-rodzina-spokój, albo kariera-partnerstwo bez zobowiązań?

Piszę o tym, co widzę, a widzę że przynajmniej setkę znajomych z facebooka mogę właśnie w jednej z owych kategorii umieścić. Kilka moich znajomych z liceum i podstawówki robi zawrotną karierę. Na pytanie o życie osobiste, milkną lub odpowiadają, że nie ma o czym mówić. Wielu z nich wychowało się w bogatych domach; są dziećmi rodziców, którzy wzbogacili się na kapitalizmie i otwartym rynku. Są nauczeni by inwestować w siebie; bywają rozpieszczeni hojnością domu, toteż teraz pewni siebie biorą co chcą, lecz niekoniecznie chcą dawać- zwłaszcza na polu uczuciowym.

Z kolei inni wciąż każą mi oglądać swoje pociechy na tablicy facebooka, informując jednocześnie: „Agnieszka K. i Tomasz Z. zaręczyli się”, lub „Anna J. i Krzysztof F. są w zwiazku małżeńśkim”. Co robią, poza braniem ślubów i rodzeniem dzieci? A no nic szczególnego. Takie tam- nauczycielka po filologii, on w jakiejś dużej firmie budowlanej jako inżynier, stała posada, kredyt we frankach, są śliczne dzieci więc jest dobrze.

Wolni 30-letni

Nieodzowną cechą nas, 30-latków jest umiłowanie wolności o której trąbimy na lewo i prawo. Jesteśmy pokoleniem spuścizny solidarności i walki o wolność. Więc musimy być wolni. Jesteśmy wolni. Jesteśmy zbyt wolni: na kredyt we frankach i zbyt wolni by brać ślub. Jesteśmy zbyt wolni by pracować w korpo i zbyt wolni by pracować na etat, przeto zachwycamy się comiesięcznym przelewem od rodziców, lub stałą pożyczką od przyjaciół, co by nie jeść suchego chleba. Lub, jeśli mamy szczęście i zdolność kredytową, bierzemy kredyt pod inwestycję, która pada w ciągu czterech lat. Jesteśmy zbyt wolni by jadać w sieciówkach i zbyt wolni by wracać na studia i poświęcać czas na to by zmienić swoją teraźniejszość, która ma kluczowy wpływ na przyszłość. Jesteśmy tacy wolni!

Wolność jest cudowną przykrywką lęku. Boimy się zaangażowania i boimy się zamkniętych furtek, które przecież otwierają inne. Wszak wolność mieszka w umyśle a to oznacza, że wolnym można być wszędzie i z każdym. Pytanie tylko, czy samemu damy sobie do tego prawo, czy zrzucimy je na karb zewnętrznych warunków. Jedno jest pewne- trzydziestolatkowie sprzed dwudziestu i trzydziestu lat byli bardziej zaangażowani w życie, przeto i w związki. Mieli bardziej spójny system wartości, który nawet jeśli ulegał zmianie to dlatego, że wymagały tego warunki. My 30-latkowie również jesteśmy elastyczni, a jakże. Może nawet za bardzo. Świat wymaga od nas elastyczności na każdym polu, toteż elastycznie traktujemy życie pozbywając się własnego systemu wartości. A jeżeli go mamy, to bywa niespójny i daleki od prawdziwego życia. Nazywamy go wówczas idealizmem.


Zdjęcia:
1. madworldnews.com
2. www.leicesterpsychotherapyandcounselling.co.uk

Moment graniczny

Pieniądze są doskonałą wymówką by odkładać życie na później. Bo podróże są za drogie, podobnie jak kurs montażu czy koncert światowej sławy muzyka. I tak żyjemy niepełnie, po łebkach i na pół gwizdka aż do momentu krytycznego w życiu, który nagle uzmysławia, że albo teraz albo nigdy-zaczniemy nareszcie żyć.

parachute-jump-wallpaper


Moment krytyczny

Moment krytyczny, lub inaczej moment graniczny w życiu człowieka, jak nazywają go psychologowie, to sytuacja zagrożenia, która wymaga od nas całkowitego przewartościowania świata i poglądów. Większość z nas doświadczyło już takiej chwili, lub jest dopiero przed nią. Może nią być śmierć bliskiej osoby, rozwód, utrata pieniędzy lub zdrowia czy poważna choroba. Może nią być również wydarzenie lżejszej wagi, choć dla przeżywającego o wiele bardziej znaczące.

Co to oznacza? 

W chwili totalnego zagrożenia i przesytu lęków i obaw mogą wydarzyć się dwie rzeczy. Albo staniemy się ich ofiarą i zaleje nas fala smutku i depresji, albo wykrzesamy z siebie właściwości wojownika i zaczniemy walczyć o życie, przestrzeń, wolność i marzenia. Jeżeli wygra drugie, to zaczniemy nareszcie brać los we własne ręce. Tak oto w najtrudniejszych życiowo sytuacjach zdajemy sobie nagle sprawę, że nikt nie może nam pomóc, a jedynie my sami. Widzimy, że posiadamy wszystkie narzędzia by pomóc sobie i że jeżeli nie będziemy przyjaciółmi dla siebie, to inni też nie będą. Tak więc po doświadczeniu momentu granicznego wracamy na studia, podejmujemy nową pracę, lub wręcz przeciwnie- rzucamy tą która głęboko nas unieszczęśliwiała. Wyruszamy w podróż, tą zewnętrzną jak i mentalną by odkryć prawdę o sobie.

Przed i po

Próbujemy nowych rzeczy, przekraczamy własne granice i wychodzimy naprzeciw światu, który przedtem wydawał się mieć ostre zęby. Wybieramy oszczędności z konta i zaczynamy robić wszystko czego chcieliśmy, choć zawsze odkładaliśmy na później. Dobrym przykładem są tu ludzie, którzy pokonali raka. Sama znałam jeden taki przykład- kobietę przed chorobą i kobietę po chorobie. Po pokonaniu raka życie nabrało na intensywności, w myśl zasady, że jutro może nie nadejść. Wszak rak, nawet pokonany jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Prawdopodobieństwo nawrotu choroby jest większe niż się przypuszcza a jak rak wraca to z impetem atakując cały organizm a nie tylko jeden wybrany organ.

Życie pełną piersią

Po trudnych doświadczeniach dostrzegamy, że pieniądze nie są przeszkodą by żyć pełniej i nigdy nie były. Bo prawdziwe życie wydarza się w teraźniejszości a my decydujemy o sposobie jego przeżywania. Każda chwila jest jedyna i wyjątkowa, bo nikt nam jej nie zwróci. Przestajemy liczyć się z opinią świata i dbamy o autentyczność względem siebie, wiedząc że w ostateczności tylko przed samymi sobą będziemy się rozliczać. To jak przeżywamy świat jest po części nawykiem, genetycznymi predyspozycjami czy skutkami wychowania ale ostatnie słowo zawsze należy do nas. To my podejmujemy decyzję, czy żyjemy najlepiej jak potrafimy i na przekór przeciwnościom, które w konsekwencji zmiany toku myślenia mogą stać się najlepszymi przyjaciółmi. To my decydujemy czy jesteśmy szczęśliwi. A nie warunki. I nie pieniądze.

Trudno to zrozumieć, kiedy w życiu nie wydarzyło się coś, co by nami potrząsnęło. Co zaskakujące, niektórzy właśnie takiej terapii szokowej potrzebują po to, by odrzucić wszelkie koncepcje i pomysły na temat życia, doświadczenia i marzeń. Nie ma żadnej przeszkody by spełniać marzenia i nie ma żadnych granic w ludzkim życiu. Największą przeszkodą może być jedynie zamknięty i przestraszony umysł. Wszak, „jest on jak spadochron. Nie działa gdy jest zamknięty”.


Zdjęcie: www.youwall.com