Archiwa tagu: krytyka

Jak okiełznać Krytyka i zostać Listonoszem?

Czy czujesz się czasem przygnieciony oczekiwaniami? Zdarza ci się słyszeć nieprzyjemną krytykę pod swoim adresem? Czy zastanawiasz się czasem, żeby schować się pod miotłą i udawać, że nie istniejesz? Witaj w klubie. Każdy z nas miewa takie dni.


IMG_20151209_073607

Konstruktywna krytyka jest dobra, bo motywuje do zmian i poszukiwań lepszych osób, w nas samych. Problemem zaczyna być wtedy, gdy nie jest merytoryczna a obraźliwa i prowokuje monolog Wewnętrznego Krytyka. A ten Pan, jest zdecydowanie groźniejszy!

Mam Go w sobie od dawna. Pewnie jak każdy, choć sporo osób lekceważy jego istnienie lub nauczyło się łagodnie z nim obchodzić. Niestety mój wredny Krytyk Wewnętrzny uaktywnia się niespodziewanie po każdym złym słowie i mąci myśli, wspomnienia; wciąż krzyczy i rozkazuje, by być idealnym. Jak gdyby dążenie do perfekcji było najlepszą z wszelkich możliwych dróg.

A właśnie! Zapomniałam dodać, że Wewnętrzni Krytycy na ogół żyją w głowach perfekcjonistów zatruwając życie i każdy twórczy czy nietwórczy pomysł, w myśl zasady, że może być lepiej. A że to już było, że to sztampa, banał, kolokwializm. Inni są lepsi– mówi Krytyk. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze! Schowaj to, bo najesz się wstydu. Czasem gdy mam dostatecznie dużo odwagi staram się go wysłuchać, a nuż między pogardą znajdzie się złota myśl. Na ogół są to jednak toksyczne zdania, które odbierają chęć do życia i powodują jeszcze większe zapędy ku niezdrowemu perfekcjonizmowi.

Kiedyś na tyle bałam się jego głosu, że unikałam wszelkich sytuacji prowokujących go do ataku. Czyli sytuacji wyrażania opinii, bo te potencjalnie mogą się komuś nie spodobać. Usłyszałabym złe słowo, słowo jak ziarno zapuściłoby korzenie, na których Krytyk by wzrósł i znów wredotę musiałaby nosić na plecach przez boży tydzień. A on wcale mało nie waży! Więc przez studia przemknęłam po cichu, jako oportunistka, która wiecznie potakuje głową i grzecznie się uśmiecha. Dopiero parę lat temu zaczęłam głośno wyrażać opinie i wydobywać na zewnątrz pomysły zamieszkałe głowę. Byłam gotowa się zmierzyć z krytyką, bo ostatecznie jest nieunikniona. Publikowanie jest zawsze ryzykowaną grą w „kochają cię- nienawidzą cię” i zaczęłam grać w nią w 2008 roku a na poważnie w kwietniu 2014 roku.

Podczas tego czasu usłyszałam wiele przykrych słów, podobnie jak pochwał, a w miarę inwestowania w reklamę i wzrostu statystyk, jak również publikowania poza blogiem nauczyłam się jednego- od krytyki nigdy się nie uwolnię. Ani ja, ani Wy jeżeli coś tworzycie, projektujecie czy po prostu robicie coś mało popularnego. Nasza praca i my- autorzy, projektanci czy wszelcy paziowie social mediów, zawsze będziemy poddawani ocenie, więc jak nie zwariować? Tu pomoże tylko zdrowy dystans. Ja każdego dnia powtarzam sobie: dziś cię kochają, jutro nienawidzą. Dzień jak co dzień.

Jestem zwolenniczką psychoterapii, psychologii pozytywnej, i wszelkiego rodzaju mów motywacyjnych. Ostatnio zainspirowana metodami działania pana Jacka Walkiewicza, autora „Pełnej mocy odwagi”, odnalazłam na youtube wywiad, gdzie zapytany jak radzi sobie z krytyką odpowiedział: nauczyłem się, że najzdrowsze podejście, to rola posłańca. Jestem posłańcem wiadomości. Przekazuję wam prawdy w które wierzę. Jeżeli one do was nie przemawiają, lub nie podobają wam się, to trudno, nie biorę tego do siebie. Jestem zwykłym listonoszem. To dla mnie najrozsądniejsze wyjście- bycie kanałem. Coś chce przez nas być wyrażone, więc niech się wyrazi w formie w jakiej przyszło. Cała reszta- odbiór, interpretacja, lubię i nie lubię to już nie nasza działka. Więc róbmy swoje a o cudze się nie martwmy.

Reklamy

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com