Archiwa tagu: blog

Krótka historia pewnej znajomości

Od jakiegoś czasu prowadzę korespondencyjną znajomość z pewną 34-latką. Znalazłyśmy się cztery lata temu, gdy obie prowadziłyśmy amatorskie, choć pełne pasji blogi, po których zostały jedynie adresy widma.

CAM01579


 

Miałyśmy podobną wrażliwość i kochałyśmy czytać swoje teksty. Z tej wrażliwości urodziły się miłe i pokrzepiające komentarze, które zostawiałyśmy sobie pod postami, aż te nie mogąc już znieść bycia krótkimi formami zamieniły się w kilka maili. Jak to jednak bywa w życiu- zmiana goni zmianę i kiedy wyjechałam do Norwegii zaniedbałam bloga, inwestując czas w pisanie książki i kontakt się urwał.

W pamięci jednak miałam zachowaną wspaniałą energię Agnieszki, więc po jakimś czasie próbowałam odwiedzić jej bloga. Przeglądarka jednak wypluła napis: address does not exist. Hmm? Czyżbym pomyliła adres a może Aga przestała pisać?

Po powrocie z Bergen, jakieś dwa lata temu założyłam kolejnego bloga: emocjonalnie.com, z obietnicą że ten będzie lepszy a już na pewno bardziej profesjonalny. Bo przecież człowiek piszący musi mieć gdzie się wyżyć. Tak więc świadomie wybrałam WordPressa, kupiłam książkę o blogowaniu i przystąpiłam do dzieła. Na pierwszych czytelników nie musiałam długo czekać. Pojawili się nie wiadomo skąd, a jednym z nich była… Agnieszka. „To ty Aga?!”- dopytywałam z niedowierzaniem. „Tak, to ja. Znalazłam cię”- odpisała w komentarzu.

IMG_20151209_132136

Zaczęłyśmy ponownie mailować. Tym razem wiadomości były dłuższe i częstsze. Nie skąpiłyśmy emocji i wspierania się w trudniejszych chwilach. Okazało się, że Agnieszka zaczęła prowadzić profesjonalną stronę i zajęła się masażem. Jej największą miłością jednak pozostało pisanie, więc to jak i wspólna wrażliwość połączyły nas na nowo. Jak to również bywa u jednostek sobie podobnych, oby dwie ukochałyśmy tę samą książkę, „Wielką Magię” Elizabeth Gilbert.

Pewnego razu Aga zapytała mnie, czy kojarzę fragment, w którym Elizabeth opowiada o swojej przyjaciółce pisarce, z którą regularnie korespondowała. Robiły to, by wypisać się ze wszystkich obaw i marzeń związanych z pisaniem. „Może byśmy zrobiły tak samo?”– zapytała Aga- „Piszmy do siebie, żeby wspierać się w tworzeniu”. I tak zawarłyśmy pakt o twórczości. Pisujemy do siebie regularnie, motywujemy do pracy, do wysyłania tekstów do redakcji i wydawnictw i pocieszamy w razie odmowy.

CAM01373 (2)

A musicie wiedzieć, że pisanie to niełatwy kawałek chleba, bo trudno jest tworzyć w całkowitej zgodzie ze sobą. Zwykle wydawnictwa i zleceniodawcy mają własne wymogi, na potrzeby których musimy diametralnie zmieniać teksty. Bo są za długie, bo czytelnicy nie zrozumieją metafor, bo używamy zbyt trudnych słów, bo wszyscy lubią zdania pojedyncze a nie podrzędnie złożone. To jedna z niewielu profesji, która nieustannie wystawia nasze dzieła na krytykę. A uwierzcie mi- ta boli czasem mocniej niż uderzenie pioruna. Nawet jeśli to tylko mały prztyczek w nos, u wrażliwców może zamienić owo drganie w istne trzęsienie ziemi.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kogoś innego niż partner. Kogoś kto patrzy w tym samym kierunku i widzi podobnie. Odczuwa nawet drobne emocje, wspiera, pomaga ciepłym słowem, służy za przykład- bo on już to przeszedł. Niedawno Aga nazwała mnie Czarodziejką. Ja mogę ją nazwać Dobrym Duchem. Mimo, że nigdy się nie widziałyśmy, czuję że jest obecna w tej wspólnej, twórczej przestrzeni. Przestrzeni, która kocha marzycieli, twórców i wszystkich którzy mimo niesprzyjających warunków wciąż przypinają do ramion pierzaste skrzydła.

 

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Gdzie te autorytety?

london

Ostatnio często po głowie chodzi mi pytanie: jak zmotywować siebie do pracy twórczej? Bo jest ona niczym niepewna sinusoida, która po wytwornym skoku wzwyż tak samo szybko opada niczym płochliwy nastrój w deszczową pogodę. Czy jest możliwość zapanowania nad weną, nad tym co wszyscy artyści i rzemieślnicy nazywają górnolotnie natchnieniem? 


W świecie artystów

Jeżeli coś tworzysz, cokolwiek- nie ważne czy malujesz, tworzysz grafikę komputerową, miksujesz muzykę, piszesz wiersze, komponujesz zestawy ubraniowe, wiesz o czym mówię. Aby móc się oddać tworzeniu bez reszty musimy to czuć, to coś, co nazwiesz „flow”, pasją, natchnieniem, porywem serca, weną. W przeciwieństwie do etatowców i osób, które nie mają twórczych ciągot skazani jesteśmy na łaskę i niełaskę mocy twórczej- tego czegoś, skąd czerpiemy pomysły i materializujemy je w zgrabnych słowach, obrazach czy dźwiękach.

Jako osoba chcąca wykorzystać pełnię czasu -tu i teraz- nie godzę się na pojedyncze zrywy, które owszem są fantastycznym zastrzykiem życiodajnej twórczej krwi, lecz źle pompowana powoduje w rezultacie powolną śmierć komórek w artystycznym sercu. A taki na przykład Martin Eden Jacka Londona tworzył zawsze, niezależnie od weny, uczuć i sił. Może to jest sposób na twórczość i sztukę?

Martin Eden

O Martinie Edenie usłyszałam po raz pierwszy w audiobooku traktującym o technikach sprawnego blogowania. Potem kilka kolejnych lecz całkiem przypadkowych osób napomknęło, że to była książka ich życia; lektura odmieniająca sposób patrzenia na świat. I oto kilka dni później przechodząc obok gdańskiej biblioteki publicznej zauważyłam wystawiony karton ze starymi (żeby nie powiedzieć zrujnowanymi) książkami, które można było zabrać do domu.. Między pakietem poradników kulinarnych i przewodników podróżniczych, czekał on- poturbowany, posklejany i pachnący starocią Martin Eden, polskie wydanie z 1954 roku. Jak mogłabym go zostawić?

Książka czekała bezpiecznie na półce przez ponad rok.
I doczekała się.
Najpierw opornie zgłębiałam tajniki archaicznego stylu języka z początków XX wieku (Martin Eden został pierwotnie wydany w 1909 roku), po dwudziestu stronach zatopiłam się w lekturze bez reszty i śmiało mogę przyznać, że w dzisiejszych czasach wyznajemy niewłaściwe wartości i wierzymy w nieodpowiednie autorytety.

Martin Eden powinien być idolem dzisiejszej młodzieży, stał się nim dla mnie. Nie poprzez wyznawaną przez niego filozofię Spencera, nie poprzez nadmierny indywidualizm lecz poprzez upór w dążeniu do upragnionego celu. Oto portret człowieka, który postanowił zostać pisarzem- mimo klasy robotniczej, z której pochodził, mimo braku wszelkiego wykształcenia i niesprzyjających warunków. Postawił wszystko na jedną kartę- pisał dzień i noc, czytał, poznawał świat z kart książek, spisywał własne wizje, dopracowywał detale i w tym nieustająco trudnym szlifie stał się mistrzem wyprzedzającym własną epokę.

Smutne czasy wygody

Cóż natchnienie, cóż talent i wena! To ledwie iskierki które gasną po chwilowym świetle. I choć Martinem kierowała wyidealizowana miłość do kobiety z wyższych sfer, to w naszym przypadku motywacji może być tyle, ile jest ludzkich charakterów a wszystkie będą właściwe. Martin Eden jest zlepkiem luźnych wątków autobiograficznych. Jack London, był prostym człowiekiem wywodzącym się z klasy robotniczej posiadającym na początku swej drogi ledwie podstawowe wykształcenie. Do kariery pisarza doszedł sam poprzez głęboką świadomość tego, gdzie jest obecnie a gdzie chce być w przyszłości. Sam, niczym swój bohater- Martin Eden- pracował dzień i noc, często nie mając niczego w żołądku od kilku dni, by tylko stworzyć arcydzieło. Gdzie się podziali tacy ludzie? Gdzie są prawdziwie wielkie jednostki, na których moglibyśmy się wzorować?

Bo czyż nie jest tak, że gaśniemy zbyt szybko, poddajemy się łatwo, opuszczając strefę trudów i dyskomfortu, by rozsiąść się w wygodnym fotelu przed laptopem, tępo patrząc w kolejne piękne zdjęcia równie pięknych dalekich znajomych na Facebooku?

Skąd się wzięło w nas lenistwo? Czy to znak naszych czasów? Przyzwyczajamy się do tego, że wszystko jest łatwe i proste. Obiad na wynos gotowy w pięć minut, magisterka kupiona za tysiaka, przelew bankowy express. Od urodzenia mamy wszystko podane na tacy i choć to nie nasza prywatna taca, chętnie się nią zadowalamy poświęcając cenny czas na pseudożycie w cyberprzestrzeni. Nie ma w nas determinacji, tego pierwotnego zewu porywającego na wojnę z całym zakłamanym światem. Buntownicy i idealiści wyginęli; pojedyncze przypadki to za mało by zmienić świat. Tu trzeba zacząć od zmiany siebie. Wyplenić z umysłu lenistwo i stworzyć siebie na nowo. Aktywnego człowieka działającego w zgodzie z mentalnym rytmem serca, niezależnie co nim jest. Czy jest tworzenie, czy kochanie czy powrót do pierwotnych korzeni i instynktów.

W świecie pozbawionym autorytetów pozostaje szukać ich między kartkami kolejnych książek. Czerpać z pomysłów autorów i stworzonych przez nich bohaterów, odkrywać z nimi nowe lądy, wzorować się na zachowaniach, ktore dawno już przeszły do lamusa. Motywacji do własnej pracy szukałam wszędzie- w poradnikach, w filmach o samorozwoju, na coachingach czy po prostu radząc się doświadczonych znajomych. Prawdziwą motywację odnalazłam jednak całkowicie za darmo- między kolejnymi akapitami powieści Jacka Londona. Któż by pomyślał…


Zdjęcie: Jack London /  www.lettersofnote.com

Ile inwestować? Poradnik dla leni

picturesofmoneyorg

Czy warto inwestować- w to co kochasz, w siebie, marzenia, plany na przyszłość i oczekiwania? Skąd wiadomo, że to nie będzie stratą pieniędzy? Czy ktoś nam zwróci choć złotówkę i poświęcony czas?


Bo przecież nie można robić tego bez końca, gdy nie przynosi wymiernych rezultatów, prawda? Jak więc obiektywnie ocenić gdzie jest granica w przeznaczaniu pieniędzy i czasu na coś na co się uparliśmy?

Wytrwali twierdzą, że nieustanna inwestycja w siebie i pasje musi w którymś momencie przynieść oczekiwane rezultaty, bo „tylko ciężką pracą ludzie się bogacą”. Jakkolwiek głupie powiedzenie to by nie było, to pewnie ma w sobie ziarno prawdy. Chcieć to móc. A móc to przede wszystkim działać aktywnie i z radosnym wysiłkiem na poczet idei, w które wierzymy.

justynapiesiewiczpl

Coach, Michał Pasterski (www.michalpasterski.pl) twierdzi że każdy z nas potrzebuje około 1,5-2 lat na przekwalifikowanie się i zdobycie warsztatu by stać się dobrym w konkretnej dziedzinie. Dla mnie to wersja optymistyczna, choć wcale nie pozbawiona racji bytu. Załóżmy jednak, że jesteśmy nieco bardziej leniwi, niż każdy porządny coach by sobie życzył. Jak daleko warto się posunąć akceptując jednocześnie swój rytm (powolnego) działania?

Większość z nas ma trochę z lenia. Gratuluję tym, którzy tu zaprzeczą, i zazdroszczę bo jako urodzona waga kocham wygodę, luksus i słodkie nicnierobienie. Ale do rzeczy, w co inwestować?

1. Oczywiście we własną stronę w internecie oraz fanpage na Facebooku. Jeżeli istniejesz w social mediach to istniejesz wszędzie a według dzisiejszych statystyk FB jest trzecią potęgą po Chinach i Indiach.

2. Jeżeli masz firmę/stronę/bloga, wykup reklamę na Facebooku. Na to nie potrzebujesz dużo pieniędzy, choć więcej pieniędzy to także większy zasięg. Ale załóżmy, że masz dość ograniczony budżet. Inwestując zaledwie 20-50 zł tygodniowo dotrzesz do grupy około 2.000-10.000 osób. Jeżeli nie zapoznałeś się jeszcze z ofertą Facebook for business, to koniecznie odwiedź tę zakładkę.

businesstravellerpl

3. Zainwestuj w przyjaciół. Innymi słowy opowiedz o tym co robisz i poproś ich o pomoc- o promocję Twojej firmy/strony/bloga. Plotki i wieści przekazywane drogą pantoflową rozchodzą się najszybciej a rekomendacje przyjaciół i znajomych znaczą czasem więcej niż najdrożej wykupiona reklama.

4. Nie bądź łoś- ucz się! Głupio byłoby ciągle być ostatnim w szeregu przez swoją ignorancję, czyż nie? Śledź swój rynek, dokształcaj się. To nie musi pozbawiać cię pieniędzy. Kup kilka książek, odwiedzaj dobre strony w internecie, które pomogą ci zwiększyć wiedzę na temat swojej branży. Internet to również dobre źródło zapoznania się z konkurencją.

5. Zainwestuj w wizerunek. To niestety jedna z droższych działek. Będziesz potrzebować dobrych ubrań, zdjęć, być może będziesz też musiał zapłacić komuś za ulepszenie strony czy loga firmy aby wszystko miało ręce i nogi, czyli by (przynajmniej próbować) stwarzać pozory profesjonalisty.

Tych kilka drobnych porad pomoże Ci się utrzymywać się na stabilnej powierzchni, choć są to inwestycje długofalowe na które trzeba poświęcać czas i parę groszy. Warto jest być na bieżąco we własnej branży by nie ograniczać się do zdobytych pagórków, kiedy przed nosem wyrastają szczyty Himalajów. Bo nie chodzi o to by nie utonąć, a o to by złapać dobrą falę, czego i wam i sobie życzę 🙂

Zdjęcia:
1.) picturesofmoney.org
2.) justynapiesiewicz.pl
3
.) businesstraveller.pl

Co jest Twoją misją?

way

Co jest Twoją misją, inaczej powołaniem? Co lubisz robić i do czego czujesz pociąg? Jakie masz talenty i umiejętności? Co jest Twoją dominującą właściwością? Zastanawiasz się nad tym? Bo ja zawsze o tym myślałam, ale nie w sposób praktyczny, który motywowałby do działania; myślałam raczej życzeniowo i przypuszczająco, „co by było, gdyby…”.  Ciekawiło mnie bowiem, jakie znaczenie dla świata miałoby to, że robię to co lubię i do czego mam talent.


A znaczenie miałoby ogromne, nie sądzisz? Wyobraź sobie, że dokładnie w tym momencie swojego życia robisz dokładnie to o czym marzyłeś całe dzieciństwo (pomiń ten punkt, jeśli twoim marzeniem było strzelanie z procy do bezdomnych kotów). To nie musi być twoja praca; to nie musi przynosić dochodów (choć może). Jak się czujesz? Szczęśliwy? Tak. Sądzę, że robiąc to co zawsze w skrytości ducha czuliśmy, bylibyśmy szczęśliwi. I tu mogę zakończyć, bo wszystko inne nie ma tak ogromnego znaczenia. Bo kiedy jesteś szczęśliwy dokładasz solidną cegiełkę wartości dla świata, który potrzebuje ludzi spełnionych. Tacy ludzie budują nowy świat, zmieniają tor wydarzeń lub po prostu dają innym tysiąc innych, pomniejszych właściwości takich jak poczucie bezpieczeństwa, radość, spokój i wiarę w możliwości.

Książka, która wczoraj wpadła mi w ręce zachęciła mnie do tego by pomyśleć- gdzie jestem, co robię, co chcę robić i gdzie chcę dojść. Nieustannie też poruszała temat „życiowej misji”, czyli właśnie owego powołania, które uwypukla życie i czyni je bardziej wartościowym. Coaching, czyli restauracja osobowości, Macieja Bennewicza, jest książką dla ludzi szukających odpowiedzi na powyższe pytania. Autor za cel postawił sobie zaktywizowanie ludzi do działania i podążania własną ścieżką.

bennewicz

Uprzedzę z góry- nie recenzuję książki, nie przeczytałam jej, a ledwie musnęłam kilka fragmentów. Były to jednak fragmenty na tyle mocne i skłaniające do refleksji, by zachęciły mnie do powrotu; więc kiedy skończę to co czytam aktualnie, na pewno będzie pierwszą w kolejce. Skoro ledwie mała jej część, sprawiła że chcę coś zmienić, to zapewne już dziś śmiało mogę ją polecić.

Owy fragment, był historią pewnego polskiego zakonnika, który podróżując po świecie, spowiadał ludzi w ośmiu różnych językach, a każda spowiedź czy rozmowa z nimi sprowadzała się do jednego- że rozmówcy nie czuli się szczęśliwi- minęli się bowiem z tym o czym marzyli przez całe życie. W obawie przed krytyką, przed inwestowaniem w siebie, w obawie przed tym, że nie są dostatecznie dobrzy lub gotowi. Brzmi znajomo? Bo ja się podpisuję pod tym obiema rękoma.

coaching-czyli-restauracja-130_l

Krótki lid pod tytułem, brzmi: „Zawsze jest za pięć dwunasta, aż do chwili kiedy niespodziewanie będzie już pięć po. Teraz jest właśnie za pięć”. A więc jest jeszcze czas. Ten czas nazywa się Teraz. Teraz jest czas na zmianę, Teraz jest czas na działanie, Teraz jest czas na Twoje wspaniałe życie. Chwyćmy więc byka za rogi i uczyńmy go naszym. Co Ty na to? 🙂

Blog Bennewicza: http://www.bennewicz.pl/blog/

Zdjęcia:
1). http://www.customize.org
2). http://www.weekend.gazeta.pl (Maciej Bennewicz)
3). www. merlin.pl

Czasem potrzebna jest przerwa..

1363423911_ciastka

Blog potrzebował przerwy. Podobnie jak ja. To jeden z powodów a także świetne, poprawne politycznie wytłumaczenie. Mam jednak nadzieję, że rozumiecie i nie śpieszycie się z osądem blogera, który pozwolił o sobie zapomnieć. Bloger- lepszy czy gorszy- też człowiek. W dodatku pracujący zawodowo i próbujący zarabiać pieniądze. Czasem więc pewne rzeczy trzeba odłożyć na bok.


A propo pracy i zarobków czy robicie w życiu to, co naprawdę kochacie? A jeśli nie, to co chcielibyście robić? Zaczęłam się nad tym sporo zastanawiać a i niedawno też usłyszałam pytanie- kim chciałabym być? Wiedząc, że moja odpowiedź o treści- wspaniałym i miłosiernym człowiekiem- nie satysfakcjonuje rozmówcy, odparłam po krótkim namyśle, ponownie – bibliotekarką.

-A dlaczegóż to?
-Bo tam jest mnóstwo książek- odparłam
-A wiesz, ile zarabia bibliotekarka?
-1.500?
-Chyba na etacie w Bibliotece Narodowej…

Niestety takie są fakty. Mimo, iż bardzo chcielibyśmy móc coś robić zawodowo, nie składają się ku temu warunki. Albo zarobki są zbyt niskie, a studia zbyt drogie, albo po prostu nie posiadamy odpowiednich predyspozycji, zaprzeczając sławnym słowom, że chcieć to móc.

Niemniej jednak, cudowne jest to, że pracę możemy traktować jedynie jako źródło stałego napływu gotówki, a potrzeby samorozwoju realizować poza pracą. (tu odsyłam do ciekawego tekstu, znajomego blogera http://madeinzen.pl/nie-rob-tego-co-kochasz/ ).

Co zabawne, dziś zbadałam swoje predyspozycje poprzez wykonanie testu w internecie, który składał się z 47 pytań. Najwyraźniej znam siebie na wyrost, bo odpowiedź wynikająca z testu brzmiała, że najlepiej pasujące do mnie zawody to dziedziny związane ze sztuką i bibliotekoznawstwo. A jednak! Polecam Wam zrobienie testu. Nie zajmuje dużo czasu, a przy okazji jest fajnym narzędziem służącym do postawienia sobie kilku ważnych pytań. Poza tym, jest to też ciekawa forma rozrywki na jesienny wieczór 🙂

Test predyspozycji zawodowych: http://www.arealme.com/16types/pl/

Zdjęciewww.3dartistonline.com

New blogging

580bloger

Ludzie blogi piszą. Tak tak. Już nie listy a blogi, których coraz więcej. Blogi: muzyczne, filmowe, książkowe, kulinarne, parentingowe, podróżnicze, modowe, blogi o wszystkim i o niczym. Jedno jest pewne- aby się wybić trzeba mieć charyzmę i pomysł. Lub przynajmniej charyzmę, bo to ona jest w stanie załatwić wszystko- nawet spowodować diametralny wzrost środków na koncie osobistym.


Już kiedyś pisałam o charyzmie a mój nowy post nie będzie powtórzeniem tematu. Zastanawia mnie jednak zjawisko wysypu blogów; pojawiania się w sieci z dnia na dzień coraz większej ilości blogerów- ludzi młodych, ciekawych świata, mających pasje, nietypowe zamiłowania i cięty język. Blogerzy to ludzie odważni i niepoprawni politycznie, którzy niekiedy nadużywają wulgaryzmów i wrzucają w sieć najintymniejsze momenty ze swojego pozornie zwykłego życia. I co tu dużo ukrywać- cieszą się sporą popularnością.

Nie bez powodu poruszam ten temat. Paweł Opydo, znany wielu jako ZombieSamurai opublikował listę najpopularniejszych blogów. Listę świeżą i aktualną. W swoim poście podał pięć stron, które warto znać lub odwiedzić przynajmniej jeden raz, chcąc być na bieżąco w trendach dominujących w blogosferze. Oczywiście blogów jest zapewne milion lub więcej (choć podobno co drugi jest stroną widmo, na której pierwszy post jest również ostatnią publikacją), lecz pieniądze zarabiają jedynie obrotni i mający głowę na swoim miejscu. Inni natomiast szczycą się wymianą barterową i rosnącymi statystykami, co dla mniej ambitnych też jest powodem do dumy.

O czym piszą ludki? Głównie o modzie. Na drugim miejscu są blogi kulinarne, potem podróżnicze, wreszcie szeroko pojęta kultura, głownie recenzje gier, filmów, seriali i książek.
W tych ostatnich rządzi rosnąca subkultura „geeków”. Ludzi specyficznych, zamkniętych w życiu rzeczywistym, dających upust w sieci językiem niekiedy ostrym, wulgarnym oraz wyrazistą opinią.

Podziwiam tych wszystkich, którzy prą do przodu i pobijają własne rekordy. Podziwiam ich za wiarę w spełnienie marzeń i w uparte dążenie do celu. Podziwiam i zazdroszczę charyzmy- tego czegoś co wyróżnia z ich grona innych przeciętniaków i sprawia, że ich słowa nabierają sensownego znaczenia wśród skomputeryzowanego społeczeństwa. Spójrzcie tylko na vlogi- czyli filmową odmianę blogów mających swój dom na youtubie. Któż z was nie zna dziś Abstrachuje, Kisiela czy Lekko Stronniczy. To są ludzie, którzy robią biznes, choć niektórzy po prostu gadają do statycznej kamery.

Z blogami podobnie jak w życiu. Aby coś wygrać trzeba sporo zainwestować. Czas, energię, pieniądze-niekiedy duże- miesięczna reklama na fejsbuku kosztuje około 200-300 zł, własna domena 100-300 zł, kupienie czcionki 40-200 zł, nowy motyw to 30-300 zł… Trzeba mieć zapał, wiarę i pomysł, który każdego dnia nabiera na sile. Ludkowi musi się chcieć; zadziała to jedynie na zasadzie pasji, chęci poświęcenia siebie i cennego czasu. Jak to napisał Kominek w książce Blog. Pisz. Kreuj. ZarabiajBlogowanie to nie tylko pisanie na blogu. To również nieustanne myślenie o nim. 
Wniosek? Pasja i biznes tylko dla wytrwałych…

 

Zdjęcie: http://www.socialmedia.pl

 

Jak „ugryźć” dołek?

CAM00877[1]

Powoli kończy się lato; słońce rzadziej przypieka policzki a deszcz z melancholijną radością stuka o szyby. Zbliża się jesień. Czas zimnych wiatrów, mokrych brązowych liści w szarobrudnych kałużach, czas nieznośnego zmęczenia i chandry. Czy zawsze musi tak być?


Nie oszukujmy się. Jesień jest tylko pretekstem by dać sobie upust. To dobry czas by zwolnić, pomyśleć i schować się pod ciepłym kocem z książką. Już teraz, przy końcu sierpnia zaczynamy odczuwać w kościach zmiany w pogodzie. Dłużej śpimy, wychodzimy rzadziej i jemy dużo truffli- zdecydowanie więcej niżeli byłoby to wskazane. Aha i jeszcze jedno- rzadziej piszemy na blogach…

Dołki. Chandry. Smutki. Nazwa uczuć jest nieistotna. Większość z was wie o czym mówię. Pojawiają się znikąd, opanowują całą głowę, zakopują nas pod kocem zabraniając jakichkolwiek konstruktywnych działań. Po znajomych blogerach widzę, że nie tylko ja miałam chwilowy spadek formy. Regularnie śledzę poczynania paru pisarzy- amatorów i wiem, że oni również padli ofiarą kryzysu. Nie mówili mi, nie dzwonili ani nie zamieszczali takiegoż komunikatu publicznego. Ale wiedz, że ponad tygodniowa przerwa w postach świadczy o jednym- bloger ma depresję. Co należy zrobić? A no nic. Pozostawić blogera w spokoju lub zamieścić w komentarzu słowa otuchy ( jestem z tobą; masz wielki talent; nie łam się, etc.).

CAM00875[1]

A tak na serio. Co robić, gdy przychodzi dołek? Po pierwsze: dołek też człowiek, potrzebuje spokoju. Zauważ i sięgnij pamięcią w przeszłość- czy nadmierne zajmowanie się tym uczuciem kiedykolwiek przyniosło ci dobre rezultaty? Bo u mnie efekt zawsze był  odwrotny. Nieustanne myślenie o tym że brakuje mi radości i że mam mniej sił niż zwykle i że w ogóle cały świat jest przeciw mnie, wzmacniał uczucie niepokoju i oddzielenia. Chandra zwykle pojawia się w momencie, kiedy o sobie zapomniałeś, kiedy przestałeś się sobą opiekować i gdy dałeś światu wejść sobie na głowę. Pojawia się wtedy, gdy żyjesz wbrew swym najwierniejszym zasadom; jest obroną wewnętrznego systemu; sprzeciwem na zaniedbanie głębokich potrzeb takich jak potrzeba akceptacji, spokoju, samotności, bliskości, ciepła czy nawet relaksu.

Zrób sobie gorący napój. Niech to będzie kakao, jakie robiła ci mama w niedzielny poranek, gdy miałeś sześć lat. Poleż, wypocznij, poczytaj, pójdź na rower, pobiegaj, porozmawiaj ze sobą i mocno się przytul. Zrób sobie taki dzień lub dwa. A gdy da ci to dużo frajdy, powtarzaj i zrób z tego nawyk. W miejskiej gonitwie pamiętamy o wszystkim lecz nie o samych sobie. Oddychamy za szybko, jemy byle jak, śpimy za mało, więc pewnego dnia przychodzi kryzys, w postaci chorego ja- małego dziecka które pragnie trochę uwagi. Zrób mu więc pić, otul je kocem i niczym się nie martw. Masz prawo mieć wolne. Od pracy, od świata i od wszystkich muszę. Nikt od tego nie zginie, prócz chandry która rozpłynie się, gdy będziesz wolny od wszelkiego strachu i dramatów.

Sztuka blisko ludzi

12

Sztuka powoli schodzi z piedestału. Zaczyna być czymś uniwersalnym i dostępnym nie tylko dla elit, ale również dla mas. Pojawia się tam, gdzie wcześniej pokazywanie jej było w złym tonie.


Chociażby w social mediach. Opanowuje opiniotwórcze portale społecznościowe, gdzie zbliża do siebie ludzi wrażliwych na określone piękno. Przestaje dominować w galeriach i na salonach skupiających śmietankę towarzyską. Sztuka zaczęła przemawiać głosem prostych ludzi, którzy niekiedy z braku środków korzystają z komponentów dostępnych pod ręką. Często są zdolnymi samoukami, którzy wykorzystują własne, nietypowe pomysły i  jednocześnie czerpią z doświadczeń innych, nie bojąc się eksperymentować.

Zdecydowałam się poruszyć ten temat ze względu na mojego dobrego znajomego, 28-letniego Michała, który będzie miał w sierpniu wystawę grafik w gdańskim Bunkrze. Nie prosił mnie o to. Myślę jednak że warto poruszyć jego temat, bo takich jak on jest wielu.

Michał Mozolewski jest artystą samoukiem, który w swoich pracach wykorzystuje dobrodziejstwa techniki 3D oraz fotomontażu cyfrowego. Jego prace przedstawiają na ogół ludzkie twarze i kobiece ciała; on sam porusza się na granicy surrealizmu i sugestywnej abstrakcji, która na tyle zachwyciła odbiorców, że został poproszony o wystawienie prac w Wielkiej Brytanii na The Until London. 

michał

Artysta nieustannie przypomina o wartości portali społecznościowych, które pozwoliły mu wyjść poza obszar Trójmiasta; dowodem niech na to będą wyróżnienia, które zdobył w serwisach takich jak: Its Art Magazine , Artlimited , DeviantArt  czy Digart. Poprzez nieustannie zaangażowanie, by jego prace trafiały do zwykłych ludzi, zainteresowała się nim popularna marka odzieżowa Medicine, która zdecydowała się podjąć z nim współpracę. Dzięki niej, mnóstwo dziewczyn chodzi w T-shirtach z nadrukami przedstawiającymi jego grafiki. Sama mam jedną koszulkę, jest wygodna, dobrej jakości i dodaje charakteru. Michał również osobiście rozda T-shirty,  pierwszym dwudziestu pięciu kobietom, które pojawią się na jego wystawie 10.08.

CAM00856

I pomyśleć że chłopak zaczynał od pracy na wysypisku śmieci. Dzień w dzień ciężko pracował, by zarobić pieniądze na życie a wieczorami tworzył grafiki. Nieustannie przy tym pokazywał się innym- na Tumblr., Facebooku, czy Google+. Dziś nadal jest zwykłym chłopakiem z mnóstwem marzeń w głowie, ale zrobił coś, czego wielu jeszcze nie potrafi- dotarł do ludzi poprzez pokazanie się, dokładnie takim jakim jest. Skromnym, zwykłym chłopakiem z energią i chęcią działania. Udowodnił, że zawsze można wydostać się z miejsca w którym na pozór się utknęło. Przybliżył sztukę zwyczajnym ludziom; dzięki niemu możemy mieć ją w szafie, lajkować na serwisach społecznościowych czy obejrzeć na żywo w takim miejscu, jak trójmiejski Bunkier.

Cichych i skromnych artystów jest więcej. Przestają traktować swoje prace jako produkt z przeznaczeniem dla konkretnego odbiorcy. Teraz ważne jest by dotrzeć do jak najszerszej grupy; poruszyć pewien temat, zwrócić na coś uwagę, sprowokować. Podobnie sprawa wygląda z blogerami. Nikt z nas nie wydaje książek bo nie chcemy być poprawni politycznie; nie chcemy przechodzić cenzury; nie chcemy elit- chcemy trafiać do mas. Książka nie spełni dziś tego zadania, podobnie jak obraz wiszący w klimatyzowanej galerii.

 

Zdjęcia udostępnione dzięki uprzejmości Michała Mozolewskiego.
Koszulka- własność K.Gulbicka, zdjęcie archiwum.

Potrzeba wolności

emkrzyk

Coraz więcej młodych ludzi szuka w pracy i na ścieżce kariery nie tylko dużych pieniędzy ale również niezależności.  Łatwo zmieniamy pracę z jednej na drugą,  bo ogranicza wolność i nie pozwala nam się w pełni wyrazić.  A gdy jej nie zmieniamy, to często lądujemy u psychiatry.


Dostaliśmy niedawno, wspólnie z kolegą blogerem, wiadomość na fb od  naszego znajomego- innego blogera, o treści:  „Powiem wam, że wk****a mnie już powoli praca na etacie i trzeba coś wymyślić, by nasze blogi zaczęły zarabiać”.  Często słyszę takie głosy. Niekiedy bardziej zdeterminowane na zmianę, inne mniej. Głosy o potrzebę wolności i niezależności. Jesteśmy młodzi, potencjalnie silni i wytrzymali a jednak tak podatni na stres i obciążenia psychiczne jak nigdy wcześniej. Wychowaliśmy się w latach 80-tych i 90-tych, więc nie obcy jest nam bunt; potrafimy szukać wygody i spełnienia.  I nie ma w tym niczego niewłaściwego; trudno nas dziś zadowolić byle czym i wciąż szukamy złotego runa w bezkresnym lesie konsumpcji. Nie godzimy się na coś co w naszym pojęciu dalekie jest od szczęścia i niezależności. Widząc możliwości świata, oczekujemy więcej niż dekadę temu.

Pracuję na pół etatu i nie wyobrażam sobie pracować na pełen etat. Po prostu szkoda mi życia; moje życie jest zbyt cenne bym mogła tracić je na pracę dla kogoś. Wolę robić inne, ważniejsze rzeczy, chociażby takie jak dostrzeganie każdej wolno upływającej minuty czy cieszenie się słodkim lodem w upalny dzień. Infantylne? Socjologowie przeprowadzili badania na grupie ludzi w hospicjach, pytając ich, czego najbardziej żałują w obecnej chwili. Jedna z najczęściej pojawiających się odpowiedzi brzmiała: „że pracowałem za dużo”. To powinno dać nam do myślenia.

Mam sporo znajomych po 30-stce. Są to osoby dojrzałe emocjonalne, inteligentne i świadome, a jednak wiele z nich leczy się u psychiatrów, bo nie dają rady w pracy, bo nie wytrzymują gonitwy życia, bo nie radzą sobie z napięciem i nieustannym stresem, który każe działać na pełnych obrotach i rodzi trudny do określenia lęk.
Gdyby dziś na moim koncie pojawił się milion, pierwszą rzeczą jaką zrobiłabym jutro, byłoby złożenie wypowiedzenia w pracy. Potem zaczęłabym myśleć, co dalej. Zainwestowałabym w coś, założyła własną firmę, albo w końcu wydała książkę (we własnym wydawnictwie).

Kilka dni temu, gdy tak uskarżałam się koledze, że tego miliona wciąż nie mam, usłyszałam „no to znajdź sobie pracę na pełen etat”. Myślałam, że śnię. Jak można chcieć mieć pracę na pełen etat tylko po to by zarabiać 400 zł więcej? Czy tyle jest warte wasze życie? Bo moje warte jest przeżycia je tak jak chcę. I nieprawda że pieniądze pojawiają się u tych, którzy pracują najwięcej. U tych którzy pracują najwięcej pojawia się co najwyżej śmierć z  przemęczenia, a pieniądze leżą na koncie u tych którzy mają łeb na karku, pomysł na siebie lub po prostu pasję. Życie nie może być aż tak trudne. Pomyślcie tylko, na co bogatym pieniądze skoro byliby faktycznie tak zapracowani?

 

 

Obrazek: E.Munch „Krzyk”