Archiwa tagu: samoakceptacja

Wystarczy, że jesteś…

To był czwartek. Ot, zwykły dzień,
podobny do każdego innego.

Wstałam o 5.30. Wyszłam na spacer
z psem, wróciłam, ugotowałam kawę
z przyprawami, zmiksowałam guacamole.

Do śniadania włączyłam sobie filmik
na Youtube – wykłady buddyjskiego
mnicha, Ajahna Brahma, bo lubię
wyjść z domu dobrze naładowana.

Ta słynna mowa z 2010 r.
była o akceptacji siebie.

Pomyślałam – że przecież
wszystko już na ten temat wiem.

Przeczytałam tonę książek
najlepszych psychologów,
odbyłam niejeden warsztat,
niejeden wykład obejrzałam
i niejeden problem przegadałam.

A jednak…

Słowa mnicha zrobiły na
mnie ogromne wrażenie.

Wiesz czemu? Bo były proste.
Proste i zrozumiałe do szpiku kości.

Zainspirowałam się.

Wzięłam kartkę, długopis i zanotowałam:

„Nasze oczekiwania wobec samych siebie
i innych są zbyt wysokie.

Obniżcie oczekiwania i odetchnijcie!
Nie musisz być taka piękna,
nie musisz być taki silny.
Możesz być sobą.

Wiesz od kogo pochodzą oczekiwania,
które karmią Twój umysł?
Od ludzi, którzy Cię nie kochają.

Ci, którzy naprawdę Cię kochają
będą z Tobą mimo wszystko.

Przy nich możesz odetchnąć.
Możesz być sobą. Zamiast oczekiwać zbyt wiele
od ludzi a zwłaszcza od siebie skorzystajmy z
umiejętności kochania samego siebie.

Otwórz drzwi swojego serca niezależnie
od tego kim jesteś lub będziesz –
niezależnie od cudzych opinii.

Nie musisz osiągać sukcesów,
aby być wartościowy.

Zamiast osiągać sukces, zainwestuj
w inteligencję emocjonalną.

Nie musisz być piękny.
Nie musisz być bogaty.
Nie musisz być popularny.

Możesz popełniać błędy.
Wystarczy, że jesteś sobą.”

I tyle. Proste, prawda?

Minutę później przepisałam
słowa z kartki do posta na
fangage’u. Znalazłam w sieci
darmowe zdjęcie Ajahna Brahma
i kliknęłam „opublikuj”.

Nie myśląc o tym więcej, wstałam,
spakowałam plecak i wyszłam do pracy.

A miedzy czasie zaczęło się dziać…

Kilka godzin później
próbowałam wejść na Facebooka i nie
mogłam – zawieszał się.

Post nie chciał się wczytać,
podobnie jak powiadomienia.

Wyczyściłam ciasteczka w przeglądarce
i spróbowałam znowu.

To, co zobaczyłam przeszło moje
najśmielsze oczekiwania. A gdzie tam!

Ja w zasadzie nie miałam oczekiwań.
Zastanawiałam się tylko czy post zdoła zaciekawić
więcej niż dziesięć osób.

Tymczasem „Ajahn Brahm” został
właśnie przez kogoś udostępniony
po raz 35. I miał ponad 150 lajków.

„Spokojnie. Nie ekscytuj się tak!”

-powiedziałam sama do siebie,
wiedząc że internauci są tak samo
kapryśni jak polska pogoda.

Wróciłam do domu. Włączyłam komputer.

Post o buddyjskim mnichu z Theravady
miał 400 lajków, 370(!) udostępnień i ponad
70 komentarzy, na które nie byłam w stanie
już odpowiadać.

Mało tego.

Ze skromnej liczby 850 fanów bloga
zrobiło się ich 1400 i ta liczba
wciąż rośnie.

Co tu się właściwie wydarzyło?
I dlaczego?

Przecież to tylko proste słowa
buddyjskiego mistrza.

Oklepane. Przegadane. Przepisane po wielokroć.
Żadna nowość, żadne tam wielkie odkrycie.

A jednak poniosło się w świat
dając wiralowy efekt udostępnień
i dzielenia się z ludźmi w mediach.

Czyżbyśmy byli tak bardzo
złaknieni zapewnień:

że wszystko 
z nami w porządku?

Czy naprawdę wciąż ktoś musi nam mówić,
że nie trzeba być idelanym i że mamy prawo
do błędów?

Najwyraźniej tak.

Bo skoro to na mnie
wywarło ogromne wrażenie
i dało poczucie ulgi, to znaczy,
że podziałało tak na każdego.

Bo przecież wciąż wymagamy
od siebie zbyt wiele.

Wciąż sobie rozkazujemy,
krzyczymy na siebie,
a w razie pomyłek
potępiamy i odrzucamy.

Każdego dnia, gdy włączasz komputer
porównujesz się z innymi.

Piękniejszymi.
Inteligentnymi.
Bogatszymi.
Odważnymi.

I zarzucasz sobie, że nimi nie jesteś.
Że wciąż zrobiłeś za mało, za wolno
i byle jak. A reszta społeczeństwa podbija kosmos.

Przyznaj w duszy – jest tak, prawda?

I nagle pojawia się ktoś, kto głosi
tezę zgoła odwrotną.

Nic nie musisz.

Nie musisz być idealny.
Nie musisz być piękny.
Nie musisz być:

silny
zdyscyplinowany
wytrwały ponad miarę
zamożny,
utalentowany
przedsiębiorczy
zdolny
miłosierny
poukładany

(wybierz dowolne).

Możesz być dokładnie taki
jaki jesteś.

Ze wszystkimi  wadami.
Pomyłkami. Błędami.
Emocjami. Lękami.

To przecież Ty. 

Te wszystkie cechy tworzą
cię tym kim jesteś.

A z drugiej strony, w ogóle
o Tobie nie świadczą, bo nimi
nie jesteś.

Czy to nie piękne?

Nareszcie możemy rozluźnić się
i wypuścić z siebie zatęchłe powietrze.

Przestać się nadymać jak balon,
przestać udawać i po prostu
być sobą.

Czyli kim?

Tym, kim się dziś czujesz.
Tym co o sobie wiesz i tym,
czego jeszcze nie wiesz.

Możesz być wrażliwością.

Miłością. Odwagą. Lub smutkiem,
gniewem i lękiem. A jutro możesz być
jedną wielką radością. Lub nikim.

Po protu wielką pustką.

Bo nic o nas nie jest ostatecznie prawdziwe.
Jesteśmy wszystkim i jesteśmy niczym jednocześnie.

I w tym zawiera się cały Wszechświat
możliwości. I totalnego odprężenia.

To co jednak mamy w życiu do zrobienia
to KOCHAĆ.

Siebie przede wszystkim.

Bo jeśli kochasz siebie całego, ze
wszystkim co piękne, i z tym co brzydkie,
to przecież pokochasz też drugiego człowieka.

I trzeciego.
I czwartego.

I każdego napotkanego na swej drodze.

Wszyscy jesteśmy kimś szczególnym,
z boską cząstką w sercach i umysłach.

Przede wszystkim zaś
jesteśmy kimś znacznie więcej niż wszystkie
myśli i określenia jakie mamy na własny temat.

A to wielka ulga.

A teraz wypuść powietrze.
I powiedz: KOCHAM CIĘ.

Jak okiełznać Krytyka i zostać Listonoszem?

Czy czujesz się czasem przygnieciony oczekiwaniami? Zdarza ci się słyszeć nieprzyjemną krytykę pod swoim adresem? Czy zastanawiasz się czasem, żeby schować się pod miotłą i udawać, że nie istniejesz? Witaj w klubie. Każdy z nas miewa takie dni.


IMG_20151209_073607

Konstruktywna krytyka jest dobra, bo motywuje do zmian i poszukiwań lepszych osób, w nas samych. Problemem zaczyna być wtedy, gdy nie jest merytoryczna a obraźliwa i prowokuje monolog Wewnętrznego Krytyka. A ten Pan, jest zdecydowanie groźniejszy!

Mam Go w sobie od dawna. Pewnie jak każdy, choć sporo osób lekceważy jego istnienie lub nauczyło się łagodnie z nim obchodzić. Niestety mój wredny Krytyk Wewnętrzny uaktywnia się niespodziewanie po każdym złym słowie i mąci myśli, wspomnienia; wciąż krzyczy i rozkazuje, by być idealnym. Jak gdyby dążenie do perfekcji było najlepszą z wszelkich możliwych dróg.

A właśnie! Zapomniałam dodać, że Wewnętrzni Krytycy na ogół żyją w głowach perfekcjonistów zatruwając życie i każdy twórczy czy nietwórczy pomysł, w myśl zasady, że może być lepiej. A że to już było, że to sztampa, banał, kolokwializm. Inni są lepsi– mówi Krytyk. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze! Schowaj to, bo najesz się wstydu. Czasem gdy mam dostatecznie dużo odwagi staram się go wysłuchać, a nuż między pogardą znajdzie się złota myśl. Na ogół są to jednak toksyczne zdania, które odbierają chęć do życia i powodują jeszcze większe zapędy ku niezdrowemu perfekcjonizmowi.

Kiedyś na tyle bałam się jego głosu, że unikałam wszelkich sytuacji prowokujących go do ataku. Czyli sytuacji wyrażania opinii, bo te potencjalnie mogą się komuś nie spodobać. Usłyszałabym złe słowo, słowo jak ziarno zapuściłoby korzenie, na których Krytyk by wzrósł i znów wredotę musiałaby nosić na plecach przez boży tydzień. A on wcale mało nie waży! Więc przez studia przemknęłam po cichu, jako oportunistka, która wiecznie potakuje głową i grzecznie się uśmiecha. Dopiero parę lat temu zaczęłam głośno wyrażać opinie i wydobywać na zewnątrz pomysły zamieszkałe głowę. Byłam gotowa się zmierzyć z krytyką, bo ostatecznie jest nieunikniona. Publikowanie jest zawsze ryzykowaną grą w „kochają cię- nienawidzą cię” i zaczęłam grać w nią w 2008 roku a na poważnie w kwietniu 2014 roku.

Podczas tego czasu usłyszałam wiele przykrych słów, podobnie jak pochwał, a w miarę inwestowania w reklamę i wzrostu statystyk, jak również publikowania poza blogiem nauczyłam się jednego- od krytyki nigdy się nie uwolnię. Ani ja, ani Wy jeżeli coś tworzycie, projektujecie czy po prostu robicie coś mało popularnego. Nasza praca i my- autorzy, projektanci czy wszelcy paziowie social mediów, zawsze będziemy poddawani ocenie, więc jak nie zwariować? Tu pomoże tylko zdrowy dystans. Ja każdego dnia powtarzam sobie: dziś cię kochają, jutro nienawidzą. Dzień jak co dzień.

Jestem zwolenniczką psychoterapii, psychologii pozytywnej, i wszelkiego rodzaju mów motywacyjnych. Ostatnio zainspirowana metodami działania pana Jacka Walkiewicza, autora „Pełnej mocy odwagi”, odnalazłam na youtube wywiad, gdzie zapytany jak radzi sobie z krytyką odpowiedział: nauczyłem się, że najzdrowsze podejście, to rola posłańca. Jestem posłańcem wiadomości. Przekazuję wam prawdy w które wierzę. Jeżeli one do was nie przemawiają, lub nie podobają wam się, to trudno, nie biorę tego do siebie. Jestem zwykłym listonoszem. To dla mnie najrozsądniejsze wyjście- bycie kanałem. Coś chce przez nas być wyrażone, więc niech się wyrazi w formie w jakiej przyszło. Cała reszta- odbiór, interpretacja, lubię i nie lubię to już nie nasza działka. Więc róbmy swoje a o cudze się nie martwmy.

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

Ukłon do lustra

Miłość. Towar na który zawsze jest popyt. Słowo wykorzystywane na wszelkie sposoby, jako obietnica a także pogróżka, jeśli zasugerujemy jej brak. Idealne narzędzie marketingowe by sprzedać czekoladę, czasopismo, książkę lub nowy film. Czyżby była kluczem do szczęścia?

17675-desktop-wallpapers-love


Znamy jej kilka rodzajów. Rodzicielska, przyjacielska, romantyczna, intymna… Mogłabym wymienić jeszcze szereg innych w obrębie pokrewieństwa i poza nim, lecz chciałabym się skupić na nieco innym jej przejawie. Na tym, o którym wiemy jeszcze chyba zbyt mało- miłości do siebie.

Do napisania artykułu zainspirował mnie wczorajszy spacer  z przyjacielem, podczas którego rozmawialiśmy o tej szczególnej wewnętrznej relacji, zgadzając się, że żadny związek, przyjaźń, czy praca, nigdy nie dadzą stuprocentowej satysfakcji, jeśli najpierw nie pokochamy samych siebie. I że przecież każdy problem wynika właśnie z braku miłości. Bo owszem, w okresie dzieciństwa najważniejsza była miłość rodziców, która ukształtowała nas na obecnych dorosłych, istotna była również pierwsza przyjaźń, pierwsze zakochanie, ale wszystko to wydaje się być mijającymi etapami na drodze życia, w  przeciwieństwie do romansu z samym sobą, który raz rozpoczęty trwa na ogół całe życie.

 Co to właściwie oznacza? Jak pokochać siebie?”- zapytał w którymś momencie przyjaciel.

Zaczęłam się zastanawiać. Bo czym miłość jest w pojęciu ogólnym? Dla każdego zapewne czym innym; dla jednych przywiązaniem, dla innych bliskością. Dla mnie akceptacją i całkowitą wolnością. Kochać oznacza zwracać wolność, pozwalać na przestrzeń, jednocześnie wpuszczać drugą osobę do przestrzeni własnej. A jak to się ma do relacji z samym sobą?

Z własnej empirycznej obserwacji potrafię zauważyć, kiedy siebie kocham, a kiedy nie. To dość oczywiste, choć tak łatwo to przeoczyć. Kiedy jestem smutna, kiedy się gotuję, tłumię emocje, kiedy się złoszczę, kiedy się boję, stresuję i płaczę to wiem że gdzieś po drodze zapomniałam, by się ukochać. Że zapomniałam ze sobą porozmawiać- tak wewnętrznie, po cichu, w ciepły sposób. I unikałam własnego wzroku w lustrze, bojąc się stwierdzić, że dałam po sobie podeptać, przekroczyć własne granice.

Bo miłość to wielkie słowo i ma wielkie znaczenia. Ale kochać siebie można na milion małych sposobów. Od mówienia stanowczego nie, rzeczom i ludziom którzy chcą nas okraść z radości i z czasu; poprzez zdrowe odżywianie, długie spacery, wystawianie buzi do słońca, ośmiogodzinny sen; kończąc na takich drobnostkach jak pyszne ciastko do gorącej kawy w ulubionym kubku, kiedy za oknem temperatura niebezpiecznie zniża się do pięciu na plusie. Miłość to pozwalanie sobie na bycie sobą całkowicie. Nawet jeśli gdzieś tam w duszy czujemy, że jesteśmy dziwakami czy kosmitami. Żeby tylko my. Spójrz dookoła- świat jest pełen cieni i zielonych kosmitów, skrzętnie ukrywających się pod firmowymi ciuchami.

Miłość własna to prawo do szczęścia i wszystkich emocji. To prawo wyboru, że taka własnie chcę być- gruba, chuda, ruda, czy blondynka. Że chcę pisać lub skakać wzwyż. Że chcę malować na Monciaku groteskowe portrety. To akceptacja że taka jaka jestem jest dobre i znaczące. Bo nie jestem gorsza od nikogo i nikt inny tez nie jest gorszy ode mnie.

W jednej ze swoich książek (wybaczcie mi krótką pamieć, że nie podam tytułu) psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger napisał: „zacznijmy kłaniać się sobie w lustrze, oto początek wielkiej miłości”. I podpisuję się pod tym obiema rękoma.


Zdjęcie: 1ms.net

W rytmie serca

Ile to już razy zrobiliśmy coś wbrew sobie, by zadowolić otoczenie lub upewnić je, że wszystko z nami w porządku? Szukamy aprobaty jak myszy tłustego sera, nie licząc się z tym, że złapiemy się w misterną pułapkę zdrady wlasnych przekonań. A gdy zdradzimy samych siebie, to nie potrafimy już ufać swoim wyborom. To rzecz taka sama jak z mało lojalnym kochankiem. Aby ufać, musimy wiedzieć, że partner jest zawsze i całkowicie lojalny. Tak samo my, sami wobec siebie musimy być uczciwi i lojalni do samego końca.

pobrane


Próbowałam to robić wielokrotnie- być kimś innym niż jestem. Tańczyć na stołach, śmiać się do rozpuku z nieśmiesznych żartów, mówić głośno, choć to dla mnie nienaturalne, udawać zaciekawienie podczas niemądrych rozmów na tematy niskich lotów. Próbowałam pić czego nie piję i jeść czego nie lubię, bo wypada w towarzystwie. Bo wypada być elastycznym, swobodnym i rozluźnionym.

I choć na zewnątrz pewnie wszystko wyglądało dobrze i poprawnie, w środku skręcałam się wewnętrznie marząc by uciec, wcisnąć pedał gazu by się stąd wydostać, by zrzucić niewygodne koronki i położyć się na łące pachnącej wilgotną glebą i patrzeć we wschodzący księżyc.

A gdyby mogło tak być naprawdę?
Wyobraź sobie, że nic nie musisz.
Że możesz być kim zechcesz. Że nareszcie zawsze i wszędzie możesz być sobą.

Nikt Cię nie krytykuje, nikt do niczego nie przymusza; czujesz wokół miłość, ciepło i tolerancję.
Czujesz sympatię ze strony otoczenia, bo jesteś. Po prostu. Tylko i aż dlatego.
Czy to nie piękne?

A teraz posłuchaj- naprawdę może tak być!
I nie zamierzam namawiać Cię do zmiany otoczenia, wykluczenia pojedynczych znajomych czy innych, podobnie absurdalnych pomysłów. Zamierzam powiedzieć, że możesz być tym kim jesteś w rzeczywistości. I że to jaki jesteś jest dobre i właściwe.

Nie chodzi o to by tkwić po uszy we własnych przywarach jak w szlamie pełnym niedoskonałości. Ale dopiero całkowicie uczciwa akceptacja tego jaki jesteś pozwoli Ci pójść dalej i dokonać takich zmian jakie uznasz za słuszne. I niech będą to zmiany, które Tobie przyniosą korzyści. Bo im bardziej dbasz o siebie, im bardziej siebie kochasz, szanujesz i akceptujesz to, kim jesteś, tym żyjesz bliżej swojego serca. Zaczynasz wyczuwać jego rytm. Zgrywasz się z nim i oddzielenie przestaje istnieć w Twoim życiu.

Myślę, że zrozumienie, iż to my mamy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi jest kluczem do dojrzalej relacji z życiem. Bo jeśli kochasz siebie, to przyciągasz wszystko co najlepsze- stajesz się własną wizją i spełnionym, chodzącym marzeniem. W Twoim towarzystwie pojawiają się wówczas właściwi, bo serdeczni ludzie, dostajesz od życia takie lekcje jakich potrzebujesz, podobnie jak miłe niespodzianki z wiecznie brzemiennej przestrzeni.

Prawdopodobnie trudno jest być autentycznym w młodym wieku. Mamy jeszcze za mało mądrości i doświadczenia by docenić własne towarzystwo i to jak wielkim skarbem jesteśmy. Niemniej jednak możemy z tym pracować. Każdego dnia możemy ufać sobie coraz bardziej- szanować własne granice, być asertywnym, pozytywnym człowiekiem, który ma prawo iść własną, choćby krętą drogą i spełniać osobiste marzenia. Mamy prawo sprawdzać, próbować, popełniać błędy. Powiedz NIE, jeżeli czegoś nie czujesz, powiedz TAK, gdy coś do Ciebie przemawia. Całkiem niedawno uwiodły mnie słowa Krystyny Jandy, mądrej i dojrzalej kobiety, którą cenię za sposób bycia, ciężką pracę i temperament. Czyż jej słowa, nie powinny wisieć nad łóżkiem większości z nas, wiecznie potrzebujących ludzkiej aprobaty, zapominając że najistotniejsza mieści się w naszym centrum Wszechświata? W sercu…

„Dla mnie receptą jest niezmuszanie się do niczego. Ja robię to, na co mam ochotę. A na szczęście mam ochotę pracować. Ja nie spotykam się z ludźmi, z którymi nie chcę się spotkać. Nie czytam książek, które mnie nudzą, nie oglądam filmów… Od pewnego momentu uznałam, że nic nie muszę ani nie powinnam nawet. Takie słowo „powinnam” też wykreśliłam.”

Cudownego dnia Kochani! Mnóstwa akceptacji, miłości i zrozumienia dla siebie samych 🙂


Zdjęcie: www.wellness-workshop.com

Pod prąd

Przechodząc osiem lat temu na wegetarianizm, słyszałam wiele niepochlebnych opinii i powodów, dla których nie powinnam tego robić: „dostaniesz anemii”, „wylądujesz w szpitalu”, „zginiesz marnie”. Minęło osiem lat. Nigdy nie miałam anemii, nie przetaczali mi krwi, żyję i mam się dobrze. Ten post nie jest o tym jak przejść na dietę roślinną, ale o tym jak żyć w zgodzie ze swoimi wartościami, które czasem wymagają od nas pójścia pod prąd i sprzeciwienia się społecznie przyjętemu konwenansowi. pod


Często w życiu doświadczałam uczucia, że jestem inna. Nie dlatego, że ubierałam się dziwnie czy miałam różowe włosy. Zwykle wyglądałam normalnie. Inności dodawał mi fakt wyznawania wartości, które nie są powszechne wśród społeczeństwa. Czasem nawet są zaprzeczeniem, tego co większość Polaków uznaje za dobre, właściwe czy konieczne. Sytuacje i miejsca, w których spotykamy ludzi, wyznających wartości odmienne do naszych mogą powodować pogłębienie przepaści a nawet zwątpienie. „Czy dobrze robię?”, „Czy aby się nie mylę?”, „Może powinnam zrobić to, co reszta?”.

Doświadczam tych uczuć często w miejscu pracy- korporacji która wychowuje konsumpcyjne społeczeństwo nastawione na powielanie schematów. Zaręczyny, głośny ślub z setką gości, kredyt hipoteczny, dziecko, skromny awans w przyszłości. Ja podziękuję. Wysiadam, choć jest trudno, bo pociąg jedzie z zawrotną szybkością. Oczekiwania innych i brak zaufania do siebie, mogą spowodować, że zawrócimy z własnej drogi i zaczniemy żyć czyimiś wymaganiami. Skutek? Frustracja, brak kontroli własnego życia i ogólne poczucie niespełnienia. Najtrudniej jest odpowiadać ludziom na pytania, na które (ich zdaniem) jest tylko jedna dobra odpowiedź. „Dlaczego nie weźmiecie ślubu?”- słyszę wciąż od życzliwych znajomych; lub u lekarzy: „Dlaczego pani jeszcze nie rodziła?”. Równie dobrze to ja mogłabym zapytać: „Masz 35 lat. Dlaczego jeszcze nie spełniłeś swojego życiowego marzenia?”. Ale po co. Każdy niech żyje własnymi kryteriami a osądzanie i wymaganie pozostawi samemu sobie i tylko w stosunku do swojej osoby.

Aby iść pod prąd trzeba przede wszystkim znać swoje wartości. Zrobić ich hierarchię i odświeżać co pół roku. Słuchać intuicji i mieć do niej zaufanie. Znać własne cele, mieć świadomość jakich emocji chcemy w życiu doświadczać i sprawdzać swoje potrzeby. Bez tych filarów będziemy jak puszek na wietrze, targany nieswoimi pomysłami na życie. Bez miłości do samego siebie też się nie obejdzie. Tylko kochając siebie (zajrzyj tu: https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2015/04/13/100-powodow-dla-ktorych-warto-kochac-siebie/ ), jesteśmy w stanie autentycznie zaufać sobie na wielu poziomach i być swoim mądrym przewodnikiem.

Pamiętaj- niezależnie od tego kim jesteś i co czujesz, masz prawo być sobą. Wegetarianinem, innowiercą, ateistą, singlem, bezdzietnym, buntownikiem, podróżnikiem, grubasem, chudzielcem i marzycielem. Kimkolwiek. Bądź sobą, bo tylko tak nie zawiedziesz najważniejszej osoby w twoim życiu- siebie. Cała reszta nie ma znaczenia. Każdy ma inne powołanie i inną misję do wykonania. Odetnij więc społeczną pępowinę i daj sobie prawo być tym, kim jesteś, z wartościami które wyznajesz. Aprobata innych jest jedynie chwilową dumą, która niczego nie przyniesie w dłuższej perspektywie czasu. Pójście pod prąd będzie wymagało wzięcia całkowitej odpowiedzialności za własne życie. Wszak tak łatwo zwalać na kraj, system, społeczeństwo czy tradycyjny model wychowania. Dobra wiadomość jest taka, że mamy wybór. Zawsze mamy wybór. Niech zatem będzie świadomy i z kierunkiem na szczęście. A jeżeli nadal bardzo pragniemy aprobaty innych, otaczajmy się tymi, którzy sprzyjają naszym decyzjom, jakiekolwiek by one nie były.


Zdjęcie: fishki.pl

Po co nam bycie niezwykłym?

Co dzień od nowa silimy się na oryginalność w myśl zasady, że im trudniej, tym lepiej. Skomplikowane sytuacje to ciekawe życie. A może odwrotnie? Im trudniej tym mniej zabawnie?

hipster


Mało kto z nas otwarcie przyznaje się do prawdziwych zainteresowań i sympatii, w obawie przed śmiesznością lub co gorsza, posądzeniem o banalizm.

Grochola? Proszę cię! W życiu nie czytałam Grocholi! Czytam Marcela Prousta, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Nie w głowie mi proste rzeczy…

A szkoda, bo w prostocie mieszka czas, ukryty sens i znaczenie. Goethe, Einstein, Byron, Pascal, Da Vinci czy Rousseau, mogli poszczycić się IQ powyżej 150 jednostek. Nie wypada mieć mniej. A jeśli mamy , to chcemy przynajmniej sprawiać  wrażenie mądrzejszych niż w istocie. Mądrych intelektualnie, bo do mądrości autentycznego zrozumienia to nam daleko, skoro wciąż tak łatwo przychodzi nam udawanie.

Męczy mnie przeintelektualizowany świat, który czyni z siebie samego destylat pozbawiony wartości. Każdy chce być jakiś. Chodzimy więc na kursy szlifu: pisania, gotowania, myślenia i życia, jakby to co jest było zbyt słabe i zwykle, a zwykłość była karana ścięciem głowy. Najgorsze jest to, że wzajemnie się wspieramy w krytyce zwykłości i jakże niechlubnego banału. Złościmy się, gdy tajemniczy jegomość okazuje się być szarakiem pośród tłumu, wątpimy w przyjaciółkę, która zwierza się z jakże prostych marzeń o domu z ogródkiem. My sami udajemy przed znajomymi kim to nie jesteśmy i czego to nie lubimy nie pozwalając jednocześnie drugiemu człowiekowi autentycznie pobyć w  naszym świecie.

Kiedy miałam 19 lat i przyjechałam na studia do wielkiego miasta. Zapisałam się na warsztaty literackie, bo lubiłam pisać wiersze i wcale nie pretendowałam do bycia wieszczem narodu. Zdobywając się na odwagę przeczytałam publicznie swój tekst, po czym  z tłumu usłyszałam: „Czy zdajesz sobie sprawę, że operujesz najprostszym banałem?”. Minęło dziesięć lat a ja wciąż pamiętam to jedno zdanie, krzyczące mi w twarz, gdy nie mam siły pisać.

Nie akceptujemy banałów ani powielanych schematów.  A szkoda…
Myślę, że w prostocie mieszka szczęście. Nigdy nie uwierzę, że szczęście jest trudne.
Bezwysiłkowość jest szczęściem.

Ktoś niedawno w wywiadzie z Kalicińską powiedział:
-Jest pani jedną z większych pisarek w Polsce(…)
-Ja wielką pisarką?-odparła Kalicińska.- Moje książki są jak zwykła zupa ogórkowa do wykwintnego dania.

Prostota i jej jawność są kwestią wyboru. Tylko silni potrafią być autentyczni, bo nie boją się stracić własnego ego.


Zdjęcie: http://www.wired.co.uk/

100 powodów, dla których warto kochać siebie

Są takie powody i zna je osoba najbliższa Twojemu sercu. Nikt inny jak Ty sam. Nie podam Ci ich, bo  Cię nie znam a nie chcę zmyślać. Wiem natomiast za co siebie mogę darzyć ogromem miłości i codziennie wymieniam na kartce sto argumentów dlaczego warto bym siebie kochała. Powody każdego dnia są inne, choć niektóre na tyle ważne, że powtarzają się na nowo. 

big-love


Myślisz, że to głupie zadanie? Nudne? A może nie chcesz zrobić tego co ja, by nie popaść w narcyzm? Obawiam się, że większości z nas daleko do zapatrzonych w siebie narcyzów. Jesteśmy narodem sfrustrowanych cierpiętników, którzy chętnie przyjmują na barki poczucie winy za krzywdy całego świata. Bluzgamy, krzyczymy na siebie w duchu i karcimy jak psa, który przecież nie wiedział, że kanapa nie jest do jedzenia, tylko do siedzenia.

Będziesz miał sto doskonałych powodów by nie zrobić tego zadania. By nie napisać sobie, dlaczego siebie kochasz. Ale i tak zachęcam- na przekór obawom (zniechęcenie zwykle bierze się z obaw), weź do ręki kartkę, długopis i napisz TERAZ sto powodów, dla których warto byś siebie kochał.

Za co siebie kochasz?
Przecież za coś na pewno, choćby za to, że podlewasz kwiaty co drugi dzień i za to, że się wzruszasz na Shreku. Nie pisz, za co świat miałby Cię kochać. Napisz, za co Ty siebie kochasz. Nie ma złych powodów. I teraz uwaga! Coś, co lubią leniuchy- powtarzaj to zadanie przez następnych trzydzieści dni. Tylko regularna powtarzalność pozwoli wytworzyć w sobie nawyk kochania.

Mnóstwo Polaków ma problem z dobrnięciem do trzydziestu powodów. Ci, którzy docierają do połowy, potrafią siebie cenić, choć wciąż akceptują wewnętrzne a jakże niepotrzebne hamulce. Mam złą wiadomość dla wszystkich księżniczek i romantyczek wychowanych na baśniowych opowieściach i „Titanicu” Jamesa Camerona. Królewicz nie przybędzie. Nikt was nie uratuje, nie złoży do pięknych stóp całego świata ani tym bardziej nie pokocha bezwarunkowo. To zadanie należy do was. Miłość do świata i wszystkich istot zaczyna się zawsze od samego siebie. Kropka.

Na pytanie dziennikarza, o powód zaangażowania się w walkę o pokój i prawa obywatelskie ludzi, Mahatma Gandhi odpowiedział, „robię to dla siebie”. Z miłością jest tak samo. Pokochaj siebie, dla siebie a skorzysta cały świat, bądź tego pewien.


Zdjęcie: www.pageresource.com

Zaprogramowani

Zastanawiałeś się kiedyś co otrzymałeś od swojej rodziny? Na pewno więcej niż myślisz. Oprócz dobrego wykształcenia i opieki, zostałeś ponadto wyposażony we wzorce zachowań, które prawdopodobnie powielasz bardziej lub mniej świadomie. Jedne mogą przynosić Ci korzyści, inne wręcz przeciwnie- mogą ograniczać i wywoływać wiele niepotrzebnych lęków.

rodzina


Znaczenie rodziny

Czym dla Ciebie jest rodzina?
Sacrum? Stabilnością? Dobrym czy złym wspomnieniem?

Warto zatrzymać się nad tym prostym pytaniem i przyjrzeć się własnemu wnętrzu, by zobaczyć jakie uczucia pojawiają się na myśl o największej z ludzkich instytucji- rodzinie. Jeżeli uczucia są dobre, to prawdopodobnie miałeś szczęśliwe dzieciństwo i zostałeś wychowany w duchu ciepła, szacunku i poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli natomiast czujesz niepokój na myśl o dzieciństwie, warto zadać sobie kilka pytań- co nie zagrało? czym zostałem zraniony? co muszę wybaczyć?

Niezależnie od uczuć pojawiających na wspomnienie dzieciństwa, jedno jest pewne. Jesteśmy zaprogramowani na życie w dość określony sposób. Zaprogramowani mechanicznie przez obserwację rodziców, a także przez system wartości zaaplikowany do mentalnego krwiobiegu, który był systemem wartości bardziej naszych opiekunów niż nas samych. To oznacza, że wchodzimy w dorosłość z pakietem obaw, oczekiwań, nadziei, wiary ale także określoną samooceną, mniejszą lub większą szansą na sukces zawodowy czy nawet miłosny. Wszystkie bowiem aktualne przekonania na temat życia, społeczeństwa, rodziny, pracy i miłości wzięły się z domu. Z tego co reprezentowała matka jako kobieta i ojciec jako mężczyzna. Jeżeli długo wychowywałeś się z rodziną pod jednym dachem tym mocniejsze i trudniejsze do wyplenienia są schematy myślowe, które wydają Ci się być własne, a jednak wyrośnięte na glebie obserwacji najważniejszych ludzi w Twoim początkowym okresie życia.

Świadomość

Dobra wiadomość jest taka, że zmienić można wszystko.
Każdy wzorzec i każdy utrudniający życie nawyk. Zmiana jednak zawsze zaczyna się od świadomości, więc w pierwszej kolejności należy zadać sobie kilka podstawowych pytań:

  • Jakie dobre wartości przekazali mi rodzice? Które z nich pomagają mi w życiu i czynią mnie szczęśliwym?
  • Jakie uprzedzenia przekazali mi rodzice? Które z nich mi nie służą? Które z nich mnie hamują i wywołują lęki?
  • Jakich cech rodzice mi nie przekazali, a które chciałbym posiadać? Jacy ludzie dysponują cechami, które mi imponują? Jakie wartości są dla mnie cenne a w domu były nieobecne? Kto owe wartości uznaje? Od kogo mogę się uczyć? Kogo mogę obserwować?

Odpowiedzi definiują kim jesteśmy i pokazują dlaczego wybieramy takie a nie inne drogi, relacje i związki (czasem „na przekór” sobie). Drogą do wolności jest świadomy wybór tych cech i wartości, które autentycznie nam służą, oraz odrzucenie lub próba modyfikacji cech szkodliwych i ograniczających. Jako osoby dorosłe, żyjące na własny rachunek możemy świadomie budować życie o jakim marzymy bez względu na system wartości wpajany nam w domu.

Zmiana programu

Czasami wystarczy świadoma zmiana nawyków, w innym wypadku potrzebne będzie całkowite i natychmiastowe przecięcie pępowiny- czyli wyprowadzka, uniezależnienie się, pójście w kierunku przeciwnym do rodzicielskich zamierzeń. Niekiedy będzie to konieczność wybaczenia rodzicom za zaaplikowanie nam niskiej samooceny czy braku wiary we własne możliwości. Czasem będzie potrzeba pójścia w świat bez telefonu na który mama mogłaby zadzwonić, i życie własnym życiem. Osiągnięcie celów, spełnienie marzeń. Dopiero wtedy silniejsi i doświadczeni własnym życiem, nauczeni na własnych błędach i porażkach, nakarmieni osobistymi sukcesami możemy powrócić i podziękować za wszystko co otrzymaliśmy w dzieciństwie.


Ćwiczenie zaczerpnięte z książki „Miłość toksyczna. Miłość dojrzała. Coaching relacji”. Maciej Bennewicz.

Zdjęcie: wiadomosci.wp.pl

Jak być nie-idealnym?

Kiedy ostatnio pozwoliłeś sobie być dokładnie taki jaki jesteś- nie aspirując do bycia ideałem? Perfekcjonizm jest zmorą naszych czasów. Zjada dobre myślenie o sobie i nie pozwala zakończyć projektów, w czasie kiedy warunki pokazują, że czas odpuścić.

0192_9da1


Perfekcjonizm

Bo w gruncie rzeczy perfekcjonizm to niemożność odpuszczenia. Jak napisała w jednej z książek Julia Cameron, to odmowa by pójść dalej. Przez własne pomysły i oczekiwania na temat tego, jak rzeczy mają wyglądać, podejmujemy się mnóstwa projektów lecz ich nie kończymy. Nie wywiązujemy się ze zleceń i obietnic nawet przed samymi sobą, bo nie pozwalamy sobie w pewnym momencie powiedzieć „ok, to jest takie jakie jest”. A przecież to klucz do tego, by zamknąć wciąż uchylone drzwi przez które ucieka nasza energia. Perfekcjoniści poprawiają każdy szczegół, myślą tak długo nad pomysłem, aż ten stanie się doskonały. Są przy tym sfrustrowani i wiecznie wyczerpani. Bo jak tu się nie zmęczyć, gdy wciąż trzeba być pierwszym?

Co by było gdyby…

Gdybyś był dokładnie taki jaki jesteś i robił rzeczy najlepiej jak potrafisz? Uwaga! Robić rzeczy najlepiej, nie oznacza być wciąż na podium. Nie oznacza być idealnym. Nie znaczy, posiadać najgenialniejszych pomysłów. Chodzi o wykonywanie zadań w sposób dostępny- przy obecnych warunkach i zasobach. Wszak nie napiszesz epopei narodowej, gdy przysypiasz i nie będziesz konkurował z wielką firmą, zakładając dwuosobową spółkę mając ograniczone środki. Więc, zapytam inaczej: co by było gdybyś nareszcie mógł cieszyć się tym co robisz, nie wymagając od siebie brawurowych wyników? Co byś dzisiaj zrobił, gdyby to nie musiało być idealne? Weź kartkę, długopis i pisz co przyjdzie Ci do głowy. Ja zapisałam 15 czynności, które chcę spróbować. A na zapisanie dałam sobie minutę. Co by było przy dwóch?

Perfekcjonizm to odmowa, by pójść dalej”.
Julia Cameron

Prawda co do perfekcjonizmu jest taka, że mamy głęboko zakorzenione poczucie niższości, które przyjmuje mniej lub bardziej znany głos w umyśle, „jesteś do niczego”. Przy tak srogiej i destrukcyjnej krytyce, każdy impulsywny wojownik wyciąga broń i tarczę. Szlifuje umiejętności do granic wyczerpania, pracuje ponad siły i zarzyna swój psychiczny dobrostan, aby udowodnić, że jest kimś. Mało tego, że jest kimś. Jest numerem jeden.

Perfekcjonizm jako lęk przed błędami

Kiedy odpuszczasz, to pojawia się naturalne odprężenie. Pomysły same wypływają na powierzchnię. Łatwiej nawiązujesz relacje z ludźmi. Pozwalasz sobie być człowiekiem, dzięki czemu inni widzą w Tobie zwykłą osobę, która jak każda popełnia błędy. Obawa przed błędami wynika z niedojrzałości i niezrozumienia, że zarówno błędy jak i wygrane są częścią życia. Każda nauka i doświadczenie wypływają po części z wcześniej popełnionych pomyłek i poniesionych porażek. Sukcesy nie są domeną ułożonych perfekcjonistów lecz ludzi doświadczonych. A tym właśnie są porażki- doświadczeniem i nieuniknionymi krokami na drodze do każdego celu.
I jeszcze jedno. Jeżeli na chwilę porzucisz pomysł, by to co robisz było doskonałe, takie właśnie będzie. Powstanie spontanicznie i bezwysiłkowo jak wszystko co najlepsze w życiu.


Zdjęcie: ocalsiebie.pl