Archiwa kategorii: psychologia

Pustka

Mędrzęc Roshi Jakusho Kwong powiedział,
że najważniejszą rzeczą w życiu jest nauczyć się przeżywać PUSTKĘ.

Trzeba wówczas przyjąć, że umysł jest jak pusta butelka.
Nie należy postrzegać niczego przez pryzmat siebie
i swoich upodobań, ale przyjmować rzeczy takimi jakimi są.

To jest piękne przeżywanie PUSTKI.
Prawdziwe, buddyjskie, świadome, symboliczne.
Po prostu pozwalać zjawiskom przepływać,
nie oceniając ich.

Jednak my, ludzie na relatywnym poziomie
możemy też doświadczać innego rodzaju PUSTKI.

Tej mniej buddyjskiej, a bardziej nihilistycznej, gdy
mówimy, że czujemy wszechogarniającą wewnętrzną dziurę,
której niczym nie można nakarmić.

W chwilach, gdy w moim życiu duchowość
schodzi na dalszy plan, lub w ogóle nie ma jej na
bladym horyzoncie, czuję jak ta doskwierająca pustka
pożera mnie w całości.

Wszystko wówczas wydaje się zbyt błahe,
zbyt trywialne, zbyt byle jakie, by nakarmić ten potężny
i wiecznie dziurawy głód.

Teraz właśnie jestem na takim etapie.
Mój umysł łapie każdą rzecz w głodne gardło bez dna.
A nuż coś nasyci psychikę- odnajdę odpowiedź, zrozumiem życie
i własny powód istnienia.

Dużo czytam, bo może gdzieś TO znajdę.
Oglądam filozoficzne filmy.  Biegam na jogę.
Piszę. Medytuję. Gotuję według ajurwedy.
Przytulam się do drzew. Chodzę na terapię.
Szukam niczym Indiana Jones skarbu templariuszy.

water-lily-nuphar-lutea-aquatic-plant-blossom-158551

Ostatecznie i tak zawsze zostaję z pustymi rękoma.
Nic nie daje trwałego szczęścia i nic nigdy nie jest na pewno.
To co jeszcze przed chwilą cieszyło i napełniało znaczeniem
dziś wydaje się być kupką szarego popiołu.

W takich chwilach pozostaje jedno- doświadczyć owej PUSTKI.
Po prostu być i pozwolić sobie nie wiedzieć, nie rozumieć
i bać się tak zupełnie po ludzku.

Odkrywam wtedy, że w tej PUSTCE,
tej strasznej, głodnej dziurze można doświadczać spokoju.

I przyznanie się przed sobą, że jestem głodna,
niedoskonała i wiecznie poszukująca też jest ok.

PUSTKA może być pięknym stanem przejściowym.
Chwilą na złapanie oddechu i odklejenia się od etykietek.
Bo w PUSTCE nie jestem ani buddystką, nie jestem joginką,
nie jestem wiedźmą czy tą, która żyje wg określonych zasad Wszechświata.

Po prostu jestem.
Słucham.
Patrzę.
Wącham.
Czuję.
Doświadczam a
czasem nie doświadczam wcale.

Trochę czekam, jak spóźniony gość na
powolnego busa. Trochę śpiewam, trochę płaczę a niekiedy łapię motyle.

Wydaje się, że to takie życie bez sensu. Ale kto powiedział,
że sens życia należy odczuwać zawsze?Może czasem trzeba
doświadczyć niewiedzy by w końcu się dowiedzieć.

Może czasem trzeba wkładać do umysłu mentalne fast-foody,
by pewnego dnia odkryć doskonały, apetyczny smak samego siebie
i poczuć, że jestem właściwą osobą, we właściwym miejscu,
we właściwym czasie, robiąc to co od zawsze należało do mojego serca.

Przynależeć do siebie, być w centrum, kochać i być w świecie.

Jakim archetypem jesteś? AMAZONKA

k


Czy znasz to uczucie wzbierającego buntu, który chce eksplodować
poprzez aktywne działanie, sprzeciw lub gorącą dyskusję?
To nasza wewnętrzna Amazonka dochodzi do głosu.

Nasze męskie cechy, a wiec Animus który pragnie się ujawnić
i wziąć górę nad wewnętrzną kobietą uderza w mocne tony.

W ton walki, w ton obrony, w ton gniewu. W to wszystko,
co przypisuje się mężczyznom, zapominając że każda
z nas również dźwiga w sobie męskie właściwości.

Amazonki, których męskie a więc tożsame z siłą i pewnością
cechy są dominujące, bywają same z wyboru. Oto wolą żyć w zgodzie z własną
prawdą i nie musieć chodzić na żadne kompromisy.

Często są to kobiety waleczne,
wojujące o własne ideały. Feministki, samotne matki
ale również silne partnerki mądrych, dojrzałych
i nad wyraz tolerancyjnych mężczyzn.

Zakładają i prowadzą firmy, są liderkami, podróżują, zdobywają doświadczenia
i walczą o prawo do bycia tym, kim w istocie się czują.

Bywają władcze i dominujące. To indywidualistki, które są
jak czarne owieczki i idą pod ustalony prąd.

Amazonka wg Greków

Mitologia grecka przedstawiała je jako waleczne córki boga Aresa
i nimfy Harmonii. Ubierały się w skóry zabitych zwierząt, jeździły konno
i nigdzie nie zagrzewały miejsca. Miały głębokie relacje z innymi
kobietami a mężczyzn traktowały instrumentalnie.

Znam kilka Amazonek. Trzy z nich nie mają partnerów- są same z wyboru.
Nie przywykły chadzać na ustępstwa i rezygnować z własnych
potrzeb na rzecz cudzych widzimisie.

Także wiele kobiet w mojej rodzinie
ma w sobie cechy Amazonek, choć nie są nimi  w stu procentach.

Są pyskate, niezależne, samodzielne i niepoprawne politycznie.
Moja babcia zawsze wiedziała jak o siebie zadbać i wywalczyć sobie
cudzy szacunek. Bywała gniewna, klęła jak szewc i samotnie podróżowała
na zachód, gdy jeszcze nie było to w modzie.

Mama po wielu wzlotach i upadkach
nauczyła się dbać o swój komfort i stawiać bezpieczne
granice osobom, które próbowały wejść jej na głowę.
Bywa dominująca i asertywna.

Animus w każdej z nas

Sama mam niewiele cech tego intrygującego archetypu.
Nie żebym się bała, nie żebym nie lubiła. Wręcz przeciwnie.

Otaczam się silnymi kobietami, które są władcze, gniewne i
konkretne. Nie bawią się w podchody lecz zdobywają szczyty
własnych marzeń.

Czasem patrzę na nie z jakąś tęsknotą,
wielkim podziwem, że nie wpisują się w nasz
przykry stereotyp cierpiącej Madonny tudzież zawsze oddanej Matki Polki.
Chciałabym mieć ich cechy, ale najwyraźniej jeszcze nie dojrzałam
i zbyt długo opierałam się na innych zamiast na samej sobie.

Zabrać młodości, to co najlepsze

Amazonkami bywają dziewczyny w okresie buntu, gdy mają 15-18 lat,
nie są już naiwnymi podlotkami i zaczynają odkrywać własną siłę. Ta,
dobrze zrozumiana potężna siła może przynieść im nagrody
w postaci osobistego spełnienia i realizacji trudnych oraz dalekosiężnych celów.

Życzę Wam, byście potrafiły odkryć wewnętrznego Animusa.
Praktycznego, silnego mężczyznę w psychice, który wesprze Was
na drodze realizacji w każdej sferze życia.

Obyśmy potrafiły walczyć o siebie
i własne szczęście, bez krwawych ofiar i psychicznych strat.
Bo o ile zatopienie się w tym walecznym archetypie może nieść
samotność i nieustanną potrzebę walki, o tyle jego pojedyncze cechy
przyniosą nam radość z bycia asertywną i samodzielną kobietą.

Jakim archetypem jesteś? WIEDŹMA

old-woman-desert-old-age-bedouin-40509


Odkąd pamiętam, zawsze czułam się staro.

Nawet, gdy miałam dwadzieścia lat
towarzyszyło mi uczucie zbliżania się do jakiegoś progu,
niczym wyglądanie tajemniczego końca „czegoś”.

Kontemplowałam, dużo myślałam, czerpałam z emocji.
Trochę tak jakby mój wiek przemnożyć przez cztery.. .

W wieku piętnastu lat przyjaźniłam się ze znajomymi
rodziców. Zabierałam ich na spacery, byśmy swobodnie
mogli dyskutować o życiu i jego znaczeniu.

Zadawałam pytania o sens bycia, czytałam Nietzschego i Junga,
oglądałam filmy o starych ludziach i co chwilę
zatapiałam się w pytania „dlaczego”.

Tak jest do dziś. Rówieśnicy mnie nudzą, często męczą
zbyt aktywnym stylem życia i zadziwiają brakiem refleksji.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Czasem na drodze spotykam
wspaniałych ludzi sporo młodszych, ale w duchu jakby
przetrąconych cudzymi latami.

ARCHETYP WIEDŹMY

Najwyraźniej mocno weszłam w rolę Wiedźmy. To jeden
z archetypów funkcjonujących od zarania dziejów
w zbiorowej świadomości. Jej męskim odpowiednikiem
jest postać Mędrca, Starca i Mentora.

W każdym zamkniętym społeczeństwie
żyły Wiedźmy, Szeptuchy i Staruchy.
Te, które niejedno przeżyły,
i widziały niejedną śmierć.

Te, które poznały życie od podszewki
w ich najgłębszym znaczeniu. Bliskie im były:
brzydota, ból i cierpienie oraz druga strona medalu: radość,
miłość i piękno.

Cierpiały, kochały, przyjmowały porody, żegnały zmarłych i uzdrawiały.

Wiedźmy wiedziały więcej. Miały wykształconą intuicję,
polegały na przeczuciach i mądrości własnego doświadczenia, a ta
była wielowymiarowa i różnorodna niczym wachlarz przeżytych emocji.

CECHY WIEDŹMY: 
intuicyjność, mądrość, doświadczenie, wewnętrzny spokój, umiłowanie
przyrody, integralność ze światem, dojrzałość emocjonalna,
akceptacja tego co jest, refleksyjność, znajomość przyczyny i skutku,
cierpliwość, sprawiedliwość, bogactwo wiedzy o sobie i świecie.

W ten archetyp najczęściej wpisują się kobiety dojrzałe, starsze
i doświadczone na wielu poziomach. Nic dziwnego, że
wraz z wiekiem  (o ile mądrze kierowałyśmy życiem
i wewnętrznymi zasobami) powoli rozwijamy w sobie jej cechy.

Zostawiamy wówczas małostkowe sprawy i doczesne problemy,
porzucamy szaty archetypu KOCHANKI, MATKI lub DZIEWICY
i przywdziewamy eteryczne atrybuty emocjonalnej mądrości.

Z każdą kolejną zmarszczką i mądrze przekształconą a więc
zrozumianą emocją wpuszczamy WIEDŹMĘ do swojego serca,
pozwalając, by kierowała naszym życiem. Uczy nas ona
doceniać każdą emocję i widzieć jej skutki. Pokazuje jak korzystać
z błędów i porażek, uczy jak kochać, akceptować teraźniejszość,
dawać ale także i brać.

Niektórzy z nas jednak muszą przejść odwrotną drogę.
Od WIEDŹMY, ku małej, beztroskiej DZIEWCZYNCE (DZIEWICY).

Muszą rozwinąć Wewnętrzne Dziecko.
Zakosztować doświadczeń KOCHANKI.
Poczuć się waleczną AMAZONKĄ, która
rezygnuje z piersi na rzecz większej wygranej.

Najwyraźniej, to jest moja droga. Nauczyć się być dzieckiem.
Odpuścić kontrolę i pozwolić sobie na spontaniczną radość
i błędy młodości. Nie zmądrzeć, a zgłupieć.

Bo przecież prawdziwą WIEDŹMĄ jest ta,
która zgromadziła doświadczenia pozostałych kobiet
i zawiera w sobie jej wszystkie aspekty.


Przeczytaj:
Biegnąca z Wilkami, Clarissa Pinkola Estes
Kobieta bez winy i wstydu, Wojciech Eichelberger,
Boginie w każdej kobiecie, Jean Shinoda Bolen

Wszystko z Tobą w porządku!

 

Tydzień temu jadąc „ukochaną” komunikacją miejską i przeżywając istne katusze w pudełku pełnym ludzkich sardynek, gdzie dostępne były tylko miejsca stojące, moją uwagę przykuł długowłosy chłopak w czarnej bluzie z kapturem.

Podeszłam do niego i ustałam tuż obok siedzenia, które zajmował.
Siedział nieruchomo, wzrok miał wbity w książkę i wydawał się być pogrążony
w swoim własnym świecie.”Lubię go”, pomyślałam, próbując dojrzeć, co czyta.

Chwilę później stało się jasne dlaczego go polubiłam.
Swój zawsze pozna swego.
Chłopak czytał „Siłę introwersji” Arnie Kozak. 

CAM00837

Podziękowałam mu w duchu za to, że była nas dwójka- cichych samotników- w tramwaju pełnym rozwydrzonych ludzi a także za książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Do tej pory  o tej tematyce znana mi była tylko „Ciszej, proszę” Susan Cain.

W domu otworzyłam komputer i wpisałam tytuł w Google.
No tak. Nic dziwnego, że o niej nie słyszałam.
„Siła introwersji” została wydana dopiero kilka miesięcy temu.

Zalogowałam się na konto wojewódzkiej biblioteki publicznej, by sprawdzić dostępność tytułu. Szybkość z jaką publiczna biblioteka zamawia nowości wydawnicze zawsze mnie zachwyca!

Na drugi dzień miałam ją u siebie na biurku.
Towarzyszyła mi przy śniadaniu i przy obiedzie.
W tramwaju, w parku i w plecaku na rowerze.

Nie czytałam jej kompulsywnie, jak to zwykle mam w zwyczaju,
lecz delektując się każdym pojedynczym słowem.

Bo oto autor i psycholog, Arnie Kozak udowadnia, że introwertycy są światu tak samo potrzebni jak ekstrawertycy i że trudności jakie spotykają nas w życiu są skutkiem kultury stworzonej przez ekstrawertyczne i głośne społeczeństwo, których motywacją jest otrzymywanie nagród.

Ile razy czułeś, że „coś z Tobą jest nie tak”? Bo ja czułam tak przez całe życie.
W końcu przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i nauczyłam się z nią żyć.
Ale jak cicha owieczka ma odnaleźć się w stadzie dzikich wilków?

Bo zobacz. Niemal wszystko co znasz jest stworzone przez ekstrawertyczne społeczeństwo (które ma nieco większą przewagę od introwertyków).

Żyjemy w w konsumpcyjnym świecie, pełnym centrów handlowych, głośnych i kolorowych reklam, reality show w którym wygrywają ludzie bardziej przebojowi i przebiegli a miejsca pracy zwane open space zabierają nam ostatnie resztki ciszy i przestrzeni.
Nic dziwnego, że czujemy się nie na miejscu! 

Arnie Kozak powtarza co drugi akapit: Wszystko z Tobą w porządku. Też jestem introwertykiem i wiem co czujesz. Co za ulga!

Ameryka i Europa są wybitnie ekstrawertyczne i nagradzają uwagą ludzi przebojowych, głośnych i zabawnych. Introwertycy zwykle giną w tłumie i często obrywa im się za bycie dziwakiem, który woli spędzić sobotni wieczór w domu z książką niż na towarzyskim spotkaniu w pubie.

Tymczasem wielu wizjonerów, naukowców i artystów było introwertykami.

Albert Einstein.
Clint Eastwood
Bill Gates
Fryderyk Chopin
Marcel Proust
Franz Kafka
Mahatma Gandhi
Karol Darwin
J.K. Rowling
Abraham Lincoln
Steven Spielberg
Julia Roberts
Maria Skłodowska-Curie

Żyjąc w ekstrawertycznym, pstrokatym świecie często dajemy sobie wmówić, że faktycznie coś z nami nie tak i że powinniśmy zmienić swój charakter. W ten sposób sami sobie nakładamy maski i uczymy się żyć w strefie pozbawionej komfortu. W strefie, która całkowicie nas wyczerpuje.

Nie wiem jak Ty, ale ja po godzinnej jeździe zatłoczonym tramwajem i dziesięciominutowym pobycie na zakupach w centrum handlowym muszę się zamknąć w pokoju i zdrzemnąć. Natychmiast!

Tymczasem zapominamy, że mamy coś, czego ekstrawertykom brakuje.
Możemy to wykorzystać w pracy, na rozmowach rekrutacyjnych a także w drodze do własnych celów. A są to:

determinacja
wytrwałość
zaangażowanie
cierpliwość
skupienie
wrażliwość
empatia
rozwaga
refleksja
uważność
umiejętne słuchanie

Gdybyśmy żyli w introwertycznym świecie, myślę że wszystko wyglądałoby inaczej.

Nie byłoby blokowisk.
Ludzie żyliby bez telewizji, w domkach jednorodzinnych, otoczonych naturą.
Zamiast wielkich korporacji, na rynku kwitłyby małe spółki lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Rynek lokalny by kwitł, podobnie jak szkoły medytacji, uważności, centra jogi i rozwijania samoświadomości.

System edukacji zachęcałby do rozwijania kreatywności i twórczego podejścia do życia; nie byłoby ocen, a handel rozwijałby się na zasadzie barteru.

Niestety te słowa to czysta utopia.
Pozostaje nam zatem pilnowanie własnej przestrzeni i rozwijanie asertywności.
Nie żyjemy w świecie sprzyjającym introwertykom, ale możemy decydować.

O tym z kim się trzymamy.
Jak spędzamy czas wolny.
Jak pracujemy.
Na co poświęcamy cenną energię (która z uwagi na to, że jesteśmy wrażliwi wyczerpuje się błyskawicznie).

Postanowiłam, że kupię książkę Arniego Kozaka i dam do przeczytania mojej rodzinie i znajomym.

Rodzicom, którzy wciąż się dziwią, że nie lubię spotkań rodzinnych i zakupów.
Znajomym, którzy wciąż pytają: „co tak milczysz?”.
I tym wszystkim, którzy mają pretensje że nigdy nie odbieram ich telefonów.
Oraz tym, którzy siedzą u mnie w mieszkaniu dłużej niż godzinę (po godzinie kontaktu jestem wyczerpana, a nie umiem ludzi wyrzucać).

Ale przede wszystkim kupię ja dla siebie.
Bo jak nikt inny, powinnam o siebie dbać w tym niełatwym dla mnie świecie.
I upewniać się, że mam wiele do zaoferowania, mimo że nie mam siły przebicia.
Chcę ją mieć, żeby zapamiętać: „ŻE WSZYSTKO Z NAMI W PORZĄDKU”.


Tytuł: Siła introwersji. Wykorzystaj swój potencjał.
Autor: Arnie Kozak
Wyd.: 
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok:
2016
Stron:
262

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Matka psychicznych dzieci

NIEWYGODNA PRAWDA

Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.

Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.

Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.

Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.

DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY

Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.

I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.

Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?

NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ

Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.

Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?

Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.

Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.

Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.

Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.

Myśl ciałem, nie głową

body


Ostatnio coraz bardziej zadziwia mnie inteligencja ciała.
Bo to, że mamy inteligencję głowy, to wszyscy wiemy.
Logiczne myślenie, racjonalne decyzje, analityczna drobiazgowość.
Czasem pomagają, a czasem męczą, zwłaszcza gdy nie pozwalają odprężyć się przy ciepłej majówce.

Od dziecka dbamy o inteligencję głowy.
Rozsądnie myślimy po to, by nie zrobić sobie krzywdy.
By nie dotknąć gorącego, nie wpaść pod samochód czy nie opuścić samolotu
nie upewniwszy się wpierw, że na plecach jest spadochron.

Jednak nadmierna analiza potrafi wywołać też lęk nieproporcjonalny do rzeczywistości.

Znasz ten lęk przed egzaminem, choć wiesz że jesteś przygotowany?
Albo pójście po raz pierwszy do nowego miejsca?
Lęk przed zrobieniem prawa jazdy,
przed wejściem na drzewo,
lęk przed wskoczeniem do jeziora, gdy nie znasz jego dna,
a nawet irracjonalna obawa przed zapytaniem sąsiada z pociągu o imię.

Natomiast zdrowe ciało boi się tylko wtedy gdy powinno.
Ciało nie analizuje. Ciało wie. Ciało czuje.
Drży z nerwów, nadmiernie się poci, boli lub się rozluźnia.

Ciało(serce) i głowa (mózg) są ściśle powiązane i wzajemnie na siebie oddziałują.
Jednak kiedy nauczysz się słuchać ciała a nie mózgu stanie się coś wspaniałego.

Będziesz bał się mniej.
Będziesz częściej doświadczał.
Będziesz żył, zamiast myśleć o życiu.

Odkryłam to niedawno na jodze.
Przede wszystkim po raz pierwszy w życiu NAPRAWDĘ zaczęłam czuć swoje ciało,
każdy jego drobny element.
Czucie uruchomiło ból zastygły w wiecznym napięciu.

I zrozumiałam, że rozwiązanie problemów poprzez myślenie, czytanie czy mówienie o nich, to tylko połowa drogi. Druga połowa leży po stronie ciała.

Możesz mi wierzyć, lub nie, ale każda emocja jaką doświadczyłeś, mieszka w ciele.
I jeżeli w żaden sposób nie pracujesz z nim świadomie, to ona tam tkwi, mimo że w głowie
jest pozorny spokój.

Stąd biorą się choroby,
stąd bierze się smutek,
stąd są niepokoje,
nadpobudliwość lub ospałość.

Możesz oszukać terapeutę,
możesz oszukać siebie i własne ego.
Ale ciało i tak zawsze powie Ci prawdę.

Więc gdy czegoś się boisz, to sprawdź swoje ciało,
poczuj je, zlokalizuj napięcie i zapytaj: kto się boi?
Mózg czy serce?

Czy to nie aby analityczny umysł wprowadza chaos?
Czy to nie on powoduje napięcie i wycofanie?
Czego chce Twoje ciało? Może się wyrywa do odważnego kroku,
lecz jest niepotrzebnie hamowane przez myśl?

To również najprostszy sposób, by dowiedzieć się jak się czujesz.
Nie myśl.
Oddychaj. Poczuj.
I zaufaj, że
w Twoim ciele jest każda odpowiedź.
Zamieszkaj więc w nim i ciesz się jego mądrością.

 

Porzuć kontrolę!

Czy często starasz się dostosować rzeczywistość do własnych pomysłów? Jeśli tak, to wiedz,  że próba kontrolowania świata, który żyje własnym życiem, jest z góry skazana na niepowodzenie. Z nadmiernej kontroli nigdy nie wynika nic dobrego. Jedynie własna frustracja i zawężenie pola widzenia.

man


Potrzeba wiecznej kontroli

Czy pamiętasz, gdy byłeś małym szkrabem?
Wieczne poczucie kontroli było Ci obce, a Ty bardziej skupiałeś się na namacalnym doświadczaniu życia, bez oceniania tego, co widzisz. Te umiejętności zwane spontanicznością i akceptacją były tym, czego dziś brakuje wielu dorosłym.

Według nas, życie powinno być ściśle określone i zaplanowane na każdym etapie. Dobre liceum, merytoryczne studia, doktorat, miły partner, ślub, ładne dziecko i dom z własnym ogrodem. Gorzej, jeśli nie spełniamy własnych oczekiwań lub co gorsza, inni nie chcą ich spełnić! Doktorat nie przynosi upragnionej pracy, dzieci są nieznośne a partner woli telewizję od ciepłej rozmowy. A miało być tak pięknie!

Niestety rzeczywistości na dłuższą metę nie da rady kontrolować. To trochę jak w przypowieści o wędrowcu, który chciał pokryć ziemię skórą by móc swobodnie po niej chodzić. Nie pomyślał, że prostszym rozwiązaniem będzie uszyć ze skóry proste buty na własne stopy…

Zamiast więc dostosowywać rzeczywistość do siebie, spróbuj dostosować siebie do rzeczywistości. Czyż nie brzmi to lepiej?

Kontrola jest dobra i potrzebna, gdy pracujesz w biurze czy urzędzie lub masz dzieci na wychowaniu. We wszystkich innych aspektach życia potrzebujesz jej w mniejszej ilości; nadmierna utrudnia zdrowe i radosne funkcjonowanie i na własne życzenie wykluczasz otwartość na to co niesie nowy dzień.

Z czego wynika?

Próba wiecznego kontrolowania życia i świata wynika tylko z jednego.
Z lęku. 

Bo kiedy puszczasz kontrolę i pozwalasz, by życie po prostu się toczyło, otwiera się ogromna przestrzeń możliwości. A więc wydarzyć się może absolutnie wszystko.
Możesz się zadziwić, zachwycić ale i wystraszyć. Mogą Cię spotkać rzeczy wspaniałe i takie o których wolałbyś nie myśleć. A my lubimy przewidywać! Lubimy logikę i racjonalność, lubimy to, co znajome nawet jeśli jest mało rozwijające.

Kupujemy coraz to lepsze książki, by zrozumieć rzeczywistość. Jeden kierunek studiów już nam nie wystarcza, bo przecież musimy się zabezpieczyć na każdą ewentualność. Nie chcemy być niczym zaskakiwani. Jesteśmy jak wojownicy z wiecznie uniesioną tarczą, czekając by odeprzeć każdy potencjalny atak.

W ten sposób przeżywamy życie w mocno ograniczonym stopniu.
Idziemy jedną drogą, nie chcąc dostrzec mniejszych, może bardziej zarośniętych lecz ciekawszych ścieżek do przejścia. Kontrolujemy finanse, żywienie, tryb dnia, wagę i zaciskamy się tak mocno, że życie choćby i chciało podarować nam prezent to nie ma do nas dostępu.

Minusy wynikające z kontroli

Apatia, frustracja, ciągłe zmęczenie, rozczarowanie, strach a nawet zablokowane ciało.
To tylko kilka z nieprzyjemnych minusów poddawania się kontroli.
Najbardziej bolesnym jest brak odczuwania radości.
Bo jak tu odczuwać radość, gdy tyle jest do zaplanowania i sprawdzenia?

Rozumiem Twoją potrzebę kontroli, bo sama mam analityczny umysł i każdy problem zawsze rozbierałam na czynniki pierwsze.

Trzeba mieć plan na całe życie.
A w razie porażki plan B.
Trzeba mieć zapas gotówki na koncie oszczędnościowym,
trzeba trzymać partnera krótko i zaplanować wakacje z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, co by nie zostać przypadkiem na lodzie.

I wszystko to wydaje się być zdrowe i rozsądne ale to tylko pozory.
Bo jeżeli uważnie się przyjrzysz sobie, to dostrzeżesz lęk. Dużo lęku.
I coraz więcej, w miarę większych oczekiwań i coraz częstszej próby kontroli życia.

Odpuść sobie!

Natomiast gdy puścisz wszystko co kochasz, gdy pozwolisz zjawiskom się toczyć, to w Twoją codzienność wkradnie się prostota.

Wraz z prostotą pojawi się spontaniczność i małe rytualne celebracje drobnych przyjemności. Bo dopiero, gdy sobie odpuszczasz plan na życie, prawdziwe życie zaczyna się toczyć. Nareszcie oddychasz pełną piersią i dopuszczasz do siebie możliwości, które wcześniej wydawały się przerażające.

Więc zdaj się na los.
Wiedz, że życie nie chce Cię skrzywdzić i uwierz że, Wszechświat (Przeznaczenie, Przestrzeń, jakkolwiek to nazwiesz) kocha Cię i chce dla Ciebie jak najlepiej.

Życie jest jak mała drewniana łódka na wielkim ocenie. Mimo raz obranego kursu, wielka fala i wiatr same wskażą Ci właściwy kierunek, nawet jeśli początkowo będzie Ci to nie w smak. Zaufanie jest przeciwieństwem kontroli. Jest aktem odwagi, który przynosi nagrody w postaci doświadczeń. Najczęściej takich, których nigdy nie miałbyś okazji poznać idąc wąską, szarą i dobrze oznakowaną ulicą, która choć wydaje się prostsza i bezpieczniejsza, to męczy bardziej, bo zubaża wewnętrznie.

Odpuść sobie. Odważ się żyć i niczego nie kontrolować. Zdaj się na dobre wiatry! Cytując Marka Twaina: „(…) odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj”. Życie jest podróżą. Niech to będzie ciekawa wyprawa pełna owoców samopoznania. Ahoj!

 

Opuść pole walki

CAM01808 (1)

Długo milczałam.
Ale wiesz, jak to czasem bywa.
Kiedy coś Cię opuszcza, pozwalasz by sobie poszło i nie biegniesz za tym.
A kiedy przychodzi nowe, otwierasz ramiona mierząc się z nowym światem.

Ode mnie odeszło pisanie. Nie czułam radości z faktu stukania w klawiaturę,
a na siłę nigdy tego nie robię. Przynajmniej nie wtedy, gdy nie muszę.

Więc na chwilę opuściłam pisarską krainę, by zająć się rzeczami nowymi.
By posmakować nieznanych rzeczy.
By poznać siebie na nowo.
By zobaczyć co lubię.

Ze zdumieniem odkryłam, że marzenia które miałam we wczesnej młodości
nadal są we mnie obecne, choć przez ostatnie pięciolecie były uśpione.
A uspał je lęk.

Bo zobacz. Kiedy czegoś się boisz, to wszystkie wielkie marzenia odsuwasz na bok.
Zwłaszcza te, które wymagają zakasania rękawów i podjęcia próby zmiany życia.
Boisz się tego, że będziesz musiał się zmienić,
zastąpić nieefektywne nawyki skuteczniejszymi,
porzucić własny komfort na rzecz poznania innego świata.

Świata, który nie będzie wyłącznie małym ciasnym pokoikiem,
lecz planetą pełną przestrzeni i możliwości.

Swoje stare marzenia porzuciłam na chwilę.
Łudziłam się, że do nich wrócę. Za rok, za dwa lata, a może za dekadę.
Uparcie powtarzałam, że spełnię się kiedy wyrosnę z lęków.
I będę żyć tak jak pragnę, ale najpierw pozbędę się cierpienia.

Wiecznego bólu żołądka, trzęsących się z nerwów nóg,
kołatania serca i myśli, że „coś ze mną jest nie tak”.
Oraz pomysłu, że świat zastawił na mnie pułapkę.

Bo widzisz, jak wielu ludzi znaczną część życia spędzałam na wojnie.
Była to uparta walka z własnymi emocjami i własnym lękiem.

„Kiedy tylko ukończę terapię”, powtarzałam,
„Kiedy tylko będę mieć lepszą pracę”,
„Kiedy tylko pokocham siebie (…),
wtedy podejmę wyzwanie.

Aż trzy tygodnie temu ktoś mądry podsunął mi książkę „W pułapce myśli”.
Otworzyłam ją na pierwszej stronie i przeczytałam zdumiona:
„A gdybyś tak porzucił pomysł, że musisz wygrać wojnę?
Gdybyś mógł opuścić pole bitwy i zaczął normalnie żyć, to czy zrobiłbyś to?”

Wyobraź sobie jak mogłoby wyglądać Twoje życie,
gdybyś nagle mógł oddychać pełną piersią?

Czy wiesz, że gdybyś zaakceptował swój lęk, ból, smutek, samotność,
gniew, upokorzenie czy niedowartościowanie, to prawdopodobnie
zacząłbyś żyć tak jak zawsze tego pragnąłeś?

Bo ile czasu mierzysz się już ze swoim cierpieniem?
Pół roku, miesiąc?
Zapewne dłużej niż kilka lat,
jeśli nie całe życie.

Zaakceptuj więc fakt, że może nigdy Cię nie opuszczą, bo
są naturalnym elementem życia.

Zaakceptowałam.
Stałam się gotowa, by spytać.
Czego pragniesz Kama?
Jak chcesz żyć?
Jak wyglądałoby Twoje życie, gdyby Twój lęk Cię nie blokował?

Odpowiedzi były niczym ciepły deszcz na spękaną od słońca ziemię.
Bo oto w tym jednym momencie
pozwoliłam samej sobie na życie,
jakie zawsze prowadziłam w swojej głowie.

Parę lat temu napisałam krótki wiersz.
„Chyba oszalałam.
Zamiast żyć,
wciąż myślę o życiu”.

Nareszcie mogę schować go do głębokiej szuflady,
gdzie tkwią stare niepotrzebne pamiątki.
I zamiast myśleć,
uparcie powtarzać TAK  wszystkiemu co przychodzi.

 

Zgoda na Tu i Teraz

„Szczególny charakter naszego geniuszu odkryjemy wtedy, gdy przestaniemy się dopasowywać do własnych albo cudzych wzorców, kiedy nauczymy się być sobą i pozwolimy, aby otworzył się w nas naturalny kanał”. Shakti Gawain

zgoda 2


 

Przez całe życie czegoś szukałam.

Sensu.
Celu.
Powodów by się chciało.

Moja codzienność była jednym wielkim poszukiwaniem szczęścia.
Coś mnie pociągało, czymś się zainspirowałam
a potem wchodziłam w to.
Na sto procent.

Przez dwa i pół roku ćwiczyłam sztuki walki.
Potem przeszłam na wegetarianizm,
czytałam książki o roślinnym żywieniu.

Rok później zakochałam się w fitnessie. Och, jak ja to kochałam!
Miałam iść do szkoły, zostać instruktorem…gdyby nie ciężka szafa,
którą niezdarnie upuściłam na swoją stopę.

Praktykowałam buddyzm przez pięć lat.
Podróżowałam.
Niemcy, Litwa, Czechy, Norwegia.
Zaliczając po drodze warsztaty rozwojowe.

Psychoterapię.
Kursy.
Grupowe procesy.
Rok temu przeszłam na weganizm.
Tydzień temu poznałam jogę.

Czy z perspektywy czasu któreś dały mi szczęście?
Nie. Przyniosły doświadczenia i kontakty. Były dobre, bo czegoś uczyły.
Poznałam świat i ludzi, coś w sobie odkryłam.

Ale nigdy nie przyniosły szczęścia.
Co najwyżej uwolniły serotoninę do mózgu.
Nic poza tym.

Samo szukanie szczęścia jest wielkim nieporozumieniem.
Szczęście nie mieszka w ideologiach.
Ani w ruchu, sporcie, czy stylu życia.

Szczęście to ni mniej ni więcej jak świadomość i akceptacja.

Oto jestem.
Mam emocje.
Mam serce pełne marzeń i głowę pełną lęków.
Jestem przebojowa lub nieśmiała.
Lubię miasto a może wieś.
Nieważne.

Jestem jaka jestem.
I ani Twoje ani moje szczęście nie zależy od niczego.
Ani od religii, którą wyznajemy.
Ani od jedzenia, które wkładamy do lodówki.
Nie zależy od sukcesów czy ich braku.

Bo kiedy wszystkiego nagle zabraknie,
gdy zniknie sukces, gdy przyjdzie porażka,
gdy przytyjesz a może schudniesz,
ożenisz się, rozwiedziesz się,
pochwalą Cię, lub wyśmieją,

to, co zawsze zostanie
będzie miłością do siebie
lub jej brakiem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam z wiecznego szukania jest jedna.
Na końcu zawsze jesteś  TY,
na końcu zawsze jestem JA.
I będziemy mieć emocje.

I choćbyśmy pili na umór,
choćbyśmy zjedli wszystkie czekolady świata,
choćbyśmy oglądali  komedie wszech czasów,
biegali w maratonach i jeździli na rowerze,
ta pustka w końcu wyjdzie.
Więc trzeba będzie się z nią skonfrontować.

Przeżyć smutek.
Doświadczyć nudy.
Pokochać samotność.
Zobaczyć w gniewie radę.

Gdy to się uda,
nareszcie przyjdzie wolność i spokój.
A wraz z nimi akceptacja pełna wdzięczności.
Że oto jestem jaki jestem.
We właściwym miejscu.
We właściwym czasie.

Mam co mieć powinnam,
a czego nie mam, mają inni,
więc jest na świecie równowaga
i Wszechświat kocha nas po równo.