Archiwa kategorii: psychologia

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Matka psychicznych dzieci

NIEWYGODNA PRAWDA

Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.

Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.

Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.

Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.

DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY

Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.

I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.

Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?

NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ

Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.

Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?

Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.

Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.

Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.

Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.

Myśl ciałem, nie głową

body


Ostatnio coraz bardziej zadziwia mnie inteligencja ciała.
Bo to, że mamy inteligencję głowy, to wszyscy wiemy.
Logiczne myślenie, racjonalne decyzje, analityczna drobiazgowość.
Czasem pomagają, a czasem męczą, zwłaszcza gdy nie pozwalają odprężyć się przy ciepłej majówce.

Od dziecka dbamy o inteligencję głowy.
Rozsądnie myślimy po to, by nie zrobić sobie krzywdy.
By nie dotknąć gorącego, nie wpaść pod samochód czy nie opuścić samolotu
nie upewniwszy się wpierw, że na plecach jest spadochron.

Jednak nadmierna analiza potrafi wywołać też lęk nieproporcjonalny do rzeczywistości.

Znasz ten lęk przed egzaminem, choć wiesz że jesteś przygotowany?
Albo pójście po raz pierwszy do nowego miejsca?
Lęk przed zrobieniem prawa jazdy,
przed wejściem na drzewo,
lęk przed wskoczeniem do jeziora, gdy nie znasz jego dna,
a nawet irracjonalna obawa przed zapytaniem sąsiada z pociągu o imię.

Natomiast zdrowe ciało boi się tylko wtedy gdy powinno.
Ciało nie analizuje. Ciało wie. Ciało czuje.
Drży z nerwów, nadmiernie się poci, boli lub się rozluźnia.

Ciało(serce) i głowa (mózg) są ściśle powiązane i wzajemnie na siebie oddziałują.
Jednak kiedy nauczysz się słuchać ciała a nie mózgu stanie się coś wspaniałego.

Będziesz bał się mniej.
Będziesz częściej doświadczał.
Będziesz żył, zamiast myśleć o życiu.

Odkryłam to niedawno na jodze.
Przede wszystkim po raz pierwszy w życiu NAPRAWDĘ zaczęłam czuć swoje ciało,
każdy jego drobny element.
Czucie uruchomiło ból zastygły w wiecznym napięciu.

I zrozumiałam, że rozwiązanie problemów poprzez myślenie, czytanie czy mówienie o nich, to tylko połowa drogi. Druga połowa leży po stronie ciała.

Możesz mi wierzyć, lub nie, ale każda emocja jaką doświadczyłeś, mieszka w ciele.
I jeżeli w żaden sposób nie pracujesz z nim świadomie, to ona tam tkwi, mimo że w głowie
jest pozorny spokój.

Stąd biorą się choroby,
stąd bierze się smutek,
stąd są niepokoje,
nadpobudliwość lub ospałość.

Możesz oszukać terapeutę,
możesz oszukać siebie i własne ego.
Ale ciało i tak zawsze powie Ci prawdę.

Więc gdy czegoś się boisz, to sprawdź swoje ciało,
poczuj je, zlokalizuj napięcie i zapytaj: kto się boi?
Mózg czy serce?

Czy to nie aby analityczny umysł wprowadza chaos?
Czy to nie on powoduje napięcie i wycofanie?
Czego chce Twoje ciało? Może się wyrywa do odważnego kroku,
lecz jest niepotrzebnie hamowane przez myśl?

To również najprostszy sposób, by dowiedzieć się jak się czujesz.
Nie myśl.
Oddychaj. Poczuj.
I zaufaj, że
w Twoim ciele jest każda odpowiedź.
Zamieszkaj więc w nim i ciesz się jego mądrością.

 

Porzuć kontrolę!

Czy często starasz się dostosować rzeczywistość do własnych pomysłów? Jeśli tak, to wiedz,  że próba kontrolowania świata, który żyje własnym życiem, jest z góry skazana na niepowodzenie. Z nadmiernej kontroli nigdy nie wynika nic dobrego. Jedynie własna frustracja i zawężenie pola widzenia.

man


Potrzeba wiecznej kontroli

Czy pamiętasz, gdy byłeś małym szkrabem?
Wieczne poczucie kontroli było Ci obce, a Ty bardziej skupiałeś się na namacalnym doświadczaniu życia, bez oceniania tego, co widzisz. Te umiejętności zwane spontanicznością i akceptacją były tym, czego dziś brakuje wielu dorosłym.

Według nas, życie powinno być ściśle określone i zaplanowane na każdym etapie. Dobre liceum, merytoryczne studia, doktorat, miły partner, ślub, ładne dziecko i dom z własnym ogrodem. Gorzej, jeśli nie spełniamy własnych oczekiwań lub co gorsza, inni nie chcą ich spełnić! Doktorat nie przynosi upragnionej pracy, dzieci są nieznośne a partner woli telewizję od ciepłej rozmowy. A miało być tak pięknie!

Niestety rzeczywistości na dłuższą metę nie da rady kontrolować. To trochę jak w przypowieści o wędrowcu, który chciał pokryć ziemię skórą by móc swobodnie po niej chodzić. Nie pomyślał, że prostszym rozwiązaniem będzie uszyć ze skóry proste buty na własne stopy…

Zamiast więc dostosowywać rzeczywistość do siebie, spróbuj dostosować siebie do rzeczywistości. Czyż nie brzmi to lepiej?

Kontrola jest dobra i potrzebna, gdy pracujesz w biurze czy urzędzie lub masz dzieci na wychowaniu. We wszystkich innych aspektach życia potrzebujesz jej w mniejszej ilości; nadmierna utrudnia zdrowe i radosne funkcjonowanie i na własne życzenie wykluczasz otwartość na to co niesie nowy dzień.

Z czego wynika?

Próba wiecznego kontrolowania życia i świata wynika tylko z jednego.
Z lęku. 

Bo kiedy puszczasz kontrolę i pozwalasz, by życie po prostu się toczyło, otwiera się ogromna przestrzeń możliwości. A więc wydarzyć się może absolutnie wszystko.
Możesz się zadziwić, zachwycić ale i wystraszyć. Mogą Cię spotkać rzeczy wspaniałe i takie o których wolałbyś nie myśleć. A my lubimy przewidywać! Lubimy logikę i racjonalność, lubimy to, co znajome nawet jeśli jest mało rozwijające.

Kupujemy coraz to lepsze książki, by zrozumieć rzeczywistość. Jeden kierunek studiów już nam nie wystarcza, bo przecież musimy się zabezpieczyć na każdą ewentualność. Nie chcemy być niczym zaskakiwani. Jesteśmy jak wojownicy z wiecznie uniesioną tarczą, czekając by odeprzeć każdy potencjalny atak.

W ten sposób przeżywamy życie w mocno ograniczonym stopniu.
Idziemy jedną drogą, nie chcąc dostrzec mniejszych, może bardziej zarośniętych lecz ciekawszych ścieżek do przejścia. Kontrolujemy finanse, żywienie, tryb dnia, wagę i zaciskamy się tak mocno, że życie choćby i chciało podarować nam prezent to nie ma do nas dostępu.

Minusy wynikające z kontroli

Apatia, frustracja, ciągłe zmęczenie, rozczarowanie, strach a nawet zablokowane ciało.
To tylko kilka z nieprzyjemnych minusów poddawania się kontroli.
Najbardziej bolesnym jest brak odczuwania radości.
Bo jak tu odczuwać radość, gdy tyle jest do zaplanowania i sprawdzenia?

Rozumiem Twoją potrzebę kontroli, bo sama mam analityczny umysł i każdy problem zawsze rozbierałam na czynniki pierwsze.

Trzeba mieć plan na całe życie.
A w razie porażki plan B.
Trzeba mieć zapas gotówki na koncie oszczędnościowym,
trzeba trzymać partnera krótko i zaplanować wakacje z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, co by nie zostać przypadkiem na lodzie.

I wszystko to wydaje się być zdrowe i rozsądne ale to tylko pozory.
Bo jeżeli uważnie się przyjrzysz sobie, to dostrzeżesz lęk. Dużo lęku.
I coraz więcej, w miarę większych oczekiwań i coraz częstszej próby kontroli życia.

Odpuść sobie!

Natomiast gdy puścisz wszystko co kochasz, gdy pozwolisz zjawiskom się toczyć, to w Twoją codzienność wkradnie się prostota.

Wraz z prostotą pojawi się spontaniczność i małe rytualne celebracje drobnych przyjemności. Bo dopiero, gdy sobie odpuszczasz plan na życie, prawdziwe życie zaczyna się toczyć. Nareszcie oddychasz pełną piersią i dopuszczasz do siebie możliwości, które wcześniej wydawały się przerażające.

Więc zdaj się na los.
Wiedz, że życie nie chce Cię skrzywdzić i uwierz że, Wszechświat (Przeznaczenie, Przestrzeń, jakkolwiek to nazwiesz) kocha Cię i chce dla Ciebie jak najlepiej.

Życie jest jak mała drewniana łódka na wielkim ocenie. Mimo raz obranego kursu, wielka fala i wiatr same wskażą Ci właściwy kierunek, nawet jeśli początkowo będzie Ci to nie w smak. Zaufanie jest przeciwieństwem kontroli. Jest aktem odwagi, który przynosi nagrody w postaci doświadczeń. Najczęściej takich, których nigdy nie miałbyś okazji poznać idąc wąską, szarą i dobrze oznakowaną ulicą, która choć wydaje się prostsza i bezpieczniejsza, to męczy bardziej, bo zubaża wewnętrznie.

Odpuść sobie. Odważ się żyć i niczego nie kontrolować. Zdaj się na dobre wiatry! Cytując Marka Twaina: „(…) odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj”. Życie jest podróżą. Niech to będzie ciekawa wyprawa pełna owoców samopoznania. Ahoj!

 

Opuść pole walki

CAM01808 (1)

Długo milczałam.
Ale wiesz, jak to czasem bywa.
Kiedy coś Cię opuszcza, pozwalasz by sobie poszło i nie biegniesz za tym.
A kiedy przychodzi nowe, otwierasz ramiona mierząc się z nowym światem.

Ode mnie odeszło pisanie. Nie czułam radości z faktu stukania w klawiaturę,
a na siłę nigdy tego nie robię. Przynajmniej nie wtedy, gdy nie muszę.

Więc na chwilę opuściłam pisarską krainę, by zająć się rzeczami nowymi.
By posmakować nieznanych rzeczy.
By poznać siebie na nowo.
By zobaczyć co lubię.

Ze zdumieniem odkryłam, że marzenia które miałam we wczesnej młodości
nadal są we mnie obecne, choć przez ostatnie pięciolecie były uśpione.
A uspał je lęk.

Bo zobacz. Kiedy czegoś się boisz, to wszystkie wielkie marzenia odsuwasz na bok.
Zwłaszcza te, które wymagają zakasania rękawów i podjęcia próby zmiany życia.
Boisz się tego, że będziesz musiał się zmienić,
zastąpić nieefektywne nawyki skuteczniejszymi,
porzucić własny komfort na rzecz poznania innego świata.

Świata, który nie będzie wyłącznie małym ciasnym pokoikiem,
lecz planetą pełną przestrzeni i możliwości.

Swoje stare marzenia porzuciłam na chwilę.
Łudziłam się, że do nich wrócę. Za rok, za dwa lata, a może za dekadę.
Uparcie powtarzałam, że spełnię się kiedy wyrosnę z lęków.
I będę żyć tak jak pragnę, ale najpierw pozbędę się cierpienia.

Wiecznego bólu żołądka, trzęsących się z nerwów nóg,
kołatania serca i myśli, że „coś ze mną jest nie tak”.
Oraz pomysłu, że świat zastawił na mnie pułapkę.

Bo widzisz, jak wielu ludzi znaczną część życia spędzałam na wojnie.
Była to uparta walka z własnymi emocjami i własnym lękiem.

„Kiedy tylko ukończę terapię”, powtarzałam,
„Kiedy tylko będę mieć lepszą pracę”,
„Kiedy tylko pokocham siebie (…),
wtedy podejmę wyzwanie.

Aż trzy tygodnie temu ktoś mądry podsunął mi książkę „W pułapce myśli”.
Otworzyłam ją na pierwszej stronie i przeczytałam zdumiona:
„A gdybyś tak porzucił pomysł, że musisz wygrać wojnę?
Gdybyś mógł opuścić pole bitwy i zaczął normalnie żyć, to czy zrobiłbyś to?”

Wyobraź sobie jak mogłoby wyglądać Twoje życie,
gdybyś nagle mógł oddychać pełną piersią?

Czy wiesz, że gdybyś zaakceptował swój lęk, ból, smutek, samotność,
gniew, upokorzenie czy niedowartościowanie, to prawdopodobnie
zacząłbyś żyć tak jak zawsze tego pragnąłeś?

Bo ile czasu mierzysz się już ze swoim cierpieniem?
Pół roku, miesiąc?
Zapewne dłużej niż kilka lat,
jeśli nie całe życie.

Zaakceptuj więc fakt, że może nigdy Cię nie opuszczą, bo
są naturalnym elementem życia.

Zaakceptowałam.
Stałam się gotowa, by spytać.
Czego pragniesz Kama?
Jak chcesz żyć?
Jak wyglądałoby Twoje życie, gdyby Twój lęk Cię nie blokował?

Odpowiedzi były niczym ciepły deszcz na spękaną od słońca ziemię.
Bo oto w tym jednym momencie
pozwoliłam samej sobie na życie,
jakie zawsze prowadziłam w swojej głowie.

Parę lat temu napisałam krótki wiersz.
„Chyba oszalałam.
Zamiast żyć,
wciąż myślę o życiu”.

Nareszcie mogę schować go do głębokiej szuflady,
gdzie tkwią stare niepotrzebne pamiątki.
I zamiast myśleć,
uparcie powtarzać TAK  wszystkiemu co przychodzi.

 

Zgoda na Tu i Teraz

„Szczególny charakter naszego geniuszu odkryjemy wtedy, gdy przestaniemy się dopasowywać do własnych albo cudzych wzorców, kiedy nauczymy się być sobą i pozwolimy, aby otworzył się w nas naturalny kanał”. Shakti Gawain

zgoda 2


 

Przez całe życie czegoś szukałam.

Sensu.
Celu.
Powodów by się chciało.

Moja codzienność była jednym wielkim poszukiwaniem szczęścia.
Coś mnie pociągało, czymś się zainspirowałam
a potem wchodziłam w to.
Na sto procent.

Przez dwa i pół roku ćwiczyłam sztuki walki.
Potem przeszłam na wegetarianizm,
czytałam książki o roślinnym żywieniu.

Rok później zakochałam się w fitnessie. Och, jak ja to kochałam!
Miałam iść do szkoły, zostać instruktorem…gdyby nie ciężka szafa,
którą niezdarnie upuściłam na swoją stopę.

Praktykowałam buddyzm przez pięć lat.
Podróżowałam.
Niemcy, Litwa, Czechy, Norwegia.
Zaliczając po drodze warsztaty rozwojowe.

Psychoterapię.
Kursy.
Grupowe procesy.
Rok temu przeszłam na weganizm.
Tydzień temu poznałam jogę.

Czy z perspektywy czasu któreś dały mi szczęście?
Nie. Przyniosły doświadczenia i kontakty. Były dobre, bo czegoś uczyły.
Poznałam świat i ludzi, coś w sobie odkryłam.

Ale nigdy nie przyniosły szczęścia.
Co najwyżej uwolniły serotoninę do mózgu.
Nic poza tym.

Samo szukanie szczęścia jest wielkim nieporozumieniem.
Szczęście nie mieszka w ideologiach.
Ani w ruchu, sporcie, czy stylu życia.

Szczęście to ni mniej ni więcej jak świadomość i akceptacja.

Oto jestem.
Mam emocje.
Mam serce pełne marzeń i głowę pełną lęków.
Jestem przebojowa lub nieśmiała.
Lubię miasto a może wieś.
Nieważne.

Jestem jaka jestem.
I ani Twoje ani moje szczęście nie zależy od niczego.
Ani od religii, którą wyznajemy.
Ani od jedzenia, które wkładamy do lodówki.
Nie zależy od sukcesów czy ich braku.

Bo kiedy wszystkiego nagle zabraknie,
gdy zniknie sukces, gdy przyjdzie porażka,
gdy przytyjesz a może schudniesz,
ożenisz się, rozwiedziesz się,
pochwalą Cię, lub wyśmieją,

to, co zawsze zostanie
będzie miłością do siebie
lub jej brakiem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam z wiecznego szukania jest jedna.
Na końcu zawsze jesteś  TY,
na końcu zawsze jestem JA.
I będziemy mieć emocje.

I choćbyśmy pili na umór,
choćbyśmy zjedli wszystkie czekolady świata,
choćbyśmy oglądali  komedie wszech czasów,
biegali w maratonach i jeździli na rowerze,
ta pustka w końcu wyjdzie.
Więc trzeba będzie się z nią skonfrontować.

Przeżyć smutek.
Doświadczyć nudy.
Pokochać samotność.
Zobaczyć w gniewie radę.

Gdy to się uda,
nareszcie przyjdzie wolność i spokój.
A wraz z nimi akceptacja pełna wdzięczności.
Że oto jestem jaki jestem.
We właściwym miejscu.
We właściwym czasie.

Mam co mieć powinnam,
a czego nie mam, mają inni,
więc jest na świecie równowaga
i Wszechświat kocha nas po równo.

Mój przyjaciel, psychiatra

Co najmniej 1,5 miliona Polaków rocznie trafia do psychiatry. Większość z nich stanowią kobiety. Tak przynajmniej mówią statystyki. Ja byłam trzy razy. I trzy razy czułam, że popełniam błąd.


Nie twierdzę, że ludzie nie powinni chodzić do psychiatry, bo pewnie niektórzy powinni. Znerwicowani, schizofrenicy, z psychozą maniakalno-depresyjną, niedoszli samobójcy. Ale czasem Ci „lżejszego kalibru” chcąc nie chcąc też potkną się o psychiatrę NFZ. Tacy  jak ja. Z wypłatą poniżej średniej krajowej, których nie stać na płatną poradę.

Czy coś mi dolegało?
To, co każdemu sfrustrowanemu życiem Polakowi.
Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy, smutek, lęk.

U pierwszego psychiatry nie było tak źle.
Odwiedziłam go, bo chciałam dostać skierowanie na terapię indywidualną.

Wie pan, w zasadzie to nic mi nie dolega. Po prostu jestem zamknięta w sobie, źle się czuję w towarzystwie większym niż trzy osoby. Jestem nieśmiała. Mam melancholijne nastroje.
-A czy pani to przeszkadza?
-Proszę?
-Czy pani przeszkadza to, że jest pani osobą nieśmiałą, która nie umie funkcjonować w dużych grupach?
-W zasadzie… to nie. Ale innym chyba przeszkadza…
-A to już nie pani problem. 

Lekarz powiedział, że nie może wystawić mi skierowania na terapię indywidualną, bo skończyły się fundusze z budżetu świadczeń NFZ. „Pula została w pełni wykorzystana”

-Ale jak tylko dostaniemy nowe środki od razu do pani zadzwonimy. O tu, w tej rubryce proszę numer telefonu zostawić. A póki co, żeby spokojniej się żyło, mogę przepisać odpowiednie leki.
-To ja już podziękuję.

Wyszłam a oni nigdy nie zadzwonili.

W międzyczasie byłam jeszcze u pewnej pani psychiatry o której wolę nie wspominać, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku znad ciasno zapisanego planera … Ale trzeci raz przekonał mnie definitywnie, że wszelkie chęci korzystania z psychoterapii na NFZ są bezcelowe i jałowe.

Otóż za namową koleżanki zapisałam się do psychiatry w Sopocie. To była publiczna placówka z dobrą renomą. Na recepcji upewniłam się, czy aby na pewno to działa tak jak koleżanka powiedziała. Że oto idę na konsultacje psychiatryczne, psychiatra potwierdza, że tak, że terapia indywidualna wskazana i daje świstek a ja z tym świstkiem co tydzień przychodzę do zakładowego terapeuty.
-Dokładnie jak pani mówi– potwierdził uprzejmy pan na recepcji.

Więc oto idę 10 stycznia, odświętnie ubrana, z rozwichrzonym włosem. Siadam w poczekali, trzęsę się i nerwowo macham nogą, czekając na zaproszenie. Otwiera stary, gruby lekarz, twarz nieprzyjemna, jakiś taki zgorzkniały, zmęczony życiem. Mówi:

-Siada pani. Co dolega?
-W zasad
zie to nic takiego. Po prostu chciałabym zacząć chodzić na terapię, bo sobie nie radzę.
-Z czym?
-Mam niskie poczucie własnej wartości, dużo kompleksów…
-W Polsce kompleksy nie są chorobą. Proszę znaleźć sobie terapeutę prywatnie!
-Ale na recepcji zostałam poinformowana, że…
-To pani została źle poinformowana! Daję skierowanie tylko własnym pacjentom w ciężkiej depresji. Pani nie wygląda na chorą!
-Proszę pana. Jak tak można ludzi traktować? Ja byłam umówiona od miesiąca. W pracy sobie wolne specjalnie wzięłam.
-To proszę złożyć zażalenie. A jak pani chce sobie na terapię pochodzić, to znaleźć taką za pieniądze.
-Łatwo panu mówić. Ja jestem zwykły człowiek. Żyję za 1500.
-Pani w Trójmieście spokojnie terapeutę znajdzie 100 zł za godzinę. Nie widzę problemu. Żegnam i proszę wpuścić kolejną osobę.

Nie wymyśliłam tego. Tak się z Tobą obchodzą na NFZ.
I jak tu pracować z emocjami? Jak nauczyć się odrzucać złe nawyki? Jak dostrzegać powtarzalne mechanizmy destrukcyjnych zachowań? Co zrobić z lękami, niską samooceną, co zrobić ze smutkiem?

kama2

Jeżeli masz osobowość neurotyczno-melancholijną albo jesteś nadwrażliwy i nie jesteś przy tym uzależniony od alkoholu/narkotyków/jedzenia/seksu/hazardu to lecz się sam lub za pieniądze.

Bo melancholia to najwyraźniej wymysł Woodego Allena a w Polsce nie ma na to miejsca. Jaka szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi z potencjałem, którzy na całe życie utkną w miejscu, bo sami nie potrafią czegoś przepracować na poziomie psychologicznym. Mi siebie samej jest szkoda. Zostają mi tylko terapeutyczne książki i tysiąc rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, a nie zrobię. Bo ludzie, bo strach, bo melancholia.