Papierowa miłość

emocjonalnie


Pamiętam to jak dziś.
Miałam 15 lat, mieszkałam na wsi a pojęcie
komputera, komórki czy kablówki było mi obce.

Mimo tych pozornych utrudnień zawsze
miałam dobry kontakt ze światem.
Wiesz dlaczego?
Bo pisałam listy.

Takie prawdziwe, na kolorowej papeterii,
tworzone ulubionym długopisem, który brudził dłonie.

Zawsze gdziekolwiek jechałam: czy na kolonie, czy do babci za Grudziądz,
od poznanych osób brałam adres
a potem słałam długie, pachnące listy .

Pewnego razu zdecydowałam się zamieścić ogłoszenie;
swoisty „anons towarzyski ” na Łączce Telezajączka (strona dla dzieci i młodzieży w telewizyjnej Telegazecie) o treści:

 „sympatyczna 15-latka pozna ciekawe osoby
z całej Polski w celu zawiązania przyjaźni”. 

Nastolatkowie słali listy załączając własne, uśmiechnięte zdjęcia.
Ku utrapieniu wioskowego listonosza,
który panicznie bał się naszego psa, listów była cała masa.
Odwiedzał mnie codziennie rzucając na korytarz kolejne partie kolorowego papieru.

Ze wszystkich listów najbardziej zaintrygowały mnie słowa mojej równolatki, Iwony.
Mieszkała w województwie podkarpackim, kochała pisać a jej pasją była herpetologia oraz chodzenie po lesie z lupą i podręcznikiem botanicznym.

Odnalazłam w niej bratnią duszę!
Pisywałyśmy do siebie przez lata.
Mało tego. Kiedy ukończyłyśmy 16 rok życia,
postanowiłyśmy się spotkać.

Iwona za zgodą rodziców wsiadła w pociąg i
przyjechała do mnie na wakacje.
Kiedy na stacji ujrzałam uśmiechniętą dziewczynę we flanelowej koszuli
i z wielkim wojskowym plecakiem, wiedziałam że to ona.

Mogłoby się okazać, że napotkamy wiele trudności
podczas kontaktu twarzą w twarz ale rozumiałyśmy się ze słowami i bez słów.
Tak jakbyśmy znały się kilka żyć.

Każdego ranka w towarzystwie psa, wyruszałyśmy z podręcznikiem botanicznym na łąki szukać roślin i tropić zwierzęta.
A kiedy się zmęczyłyśmy siadałyśmy na trawie,
wyciągałyśmy kanapki i tkałyśmy wianki na głowę.

Wszystko to za sprawą tysięcy słów pisanych z miłością
na tradycyjnym papierze.

Słowa łączą.

Pod warunkiem, że są mądre, ważne i dobrze przemyślane.
Listy mają tę zaletę, że masz czas.
Nie wypowiadasz zdań bezmyślnie, lecz piszesz to co ważne,
Masz przestrzeń na autorefleksję.

Dzisiaj tradycyjne koperty zastąpiły maile w skrzynce odbiorczej
i krótkie wiadomości zostawiane na facebooku.
Pozbawione duszy i serca, zimne słowa z mnóstwem literówek.

I dlatego jako orędowniczka tradycji
i powrotu do korzeni pisuję papierowe listy.
Nie tak często jak bym chciała, bo nie lubię
chodzić na pocztę i stać przez godzinę w kolejce.

Ale z drugiej strony, czy większe zaangażowanie, by dostarczyć drugiej osobie wiadomość napisaną odręcznym pismem nie ma przypadkiem większej wartości?

Bo wyobraź sobie, że pewnego dnia wracasz po trudnym dniu do mieszkania, a w skrzynce czeka na Ciebie list w zielonej kopercie. A w środku mieszka czyjaś Dusza.

Charakterystyczne pismo, którego nikt nie podrobi,
a które dużo mówi o jego właścicielu.
Zapach papieru i atramentu, czasami cudzego mieszkania i pierogów.
Kilka niesfornych koślawców i zabawnych rysunków zrobionych na marginesie.

Rok temu całej swojej rodzinie wysyłałam kartki.
Nie kupione w Empiku, lecz własnoręcznie stworzone.
Na kawałku papieru technicznego rysowałam uśmiechnięte zwierzaki
lub groteskowe podobizny odbiorców a w środku pisałam rymowane wiersze lub życzenia.

CAM00862

Moja twórcza  i dobrze zaplanowana akcja wywołała wiele wzruszeń.
Dzięki tym paru kartkom, do dziś mam lepszy kontakt z ważnymi dla mnie osobami a kartki dumnie prezentują się w ramkach i na parapetach w wielu domach.

Powiesz, że Ty przecież nie potrafisz, ale wiesz co?
Pisać można o wszystkim:
o tym co się wydarzyło, o pogodzie, o książkach i
o wiewiórce która przebiegła Ci ścieżkę.

Cokolwiek tam zawrzesz, jeśli dodasz zaangażowanie
i najlepsze intencje sprawisz radość drugiej osobie.
Kto wie; może tego dnia list będzie pierwszą i jedyną przyczyną cudzego uśmiechu
na zmęczonej buzi 🙂

Motyle pijane radością

CAM00855 (1)


Lubię mieć samotne randki.
Zwłaszcza wtedy, gdy brakuje mi poczucia bezpieczeństwa.

Znasz to?

Budzisz się z bliżej nieokreślonym lękiem,
nie wiedząc jaka jest jego przyczyna i marzysz,
by schować się pod kocem lub w dobrych, ciepłych ramionach bliskiej osoby.

Tak kiedyś robiłam.
Ale wiele się zmieniło.

Już nie szukam poczucia bezpieczeństwa w drugim człowieku.
Wiem, że bezpieczeństwo mieszka w moim wnętrzu.

Więc mimo, że mam kogoś, kto zawsze chętnie otwiera ramiona,
wybrałam samotną randkę.
Cicha, wewnętrzna rozmowa,refleksja,
kontemplacja są najlepszymi sposobami, by wrócić do domu.

Wsiadłam więc na swojego białego rumaka, który poniósł mnie do lasu.

Po drodze mijałam wielu innych jeźdźców z rodzinami,
i tych w czarnych, obcisłych trykotach, którzy pedałowali, jakby chcieli dogonić wiatr.

Dojeżdżając do lasu zsiadłam z roweru i zwolniłam kroku.

„Dzień dobry Lesie.
Dzień dobry Brzozo.
Dzień dobry Klonie”.

Na te słowa Las otworzył ogromne ramiona, gotowy mnie przygarnąć niczym zagubione dziecko.

Szłam powoli, co chwilę przystając i słuchając.
Słuchałeś kiedyś Lasu? Między liśćmi delikatnie poruszanymi przez wiatr, między jednym a drugim stukaniem Dzięcioła i trelem Ptaka, można uszłyszeć pieśń miłości.

I dlatego nigdy nie wybieram utartych ścieżek. Wchodzę głębiej, idąc po wąskiej,
ledwo widocznej ścieżce wyściełanej świerkowymi szyszkami.

Las nie od razu przekonuje się do człowieka.
Musi go poznać, zbadać jego zamiary, zaufać mu.

Ale jeśli zdobędziesz jego serce pokaże Ci swoją tajemnicę.

Wiewiórkę przebiegającą metr od Ciebie.
Pliszkę schowaną między gałęziami.
Jagody przy Twoich stopach.

W Lesie zawsze wszystko zwalnia.
Myśli w naturalny sposób uspokajają się,
Oto stajesz się częścią Kosmosu, tajemniczej większej całości
i pozwalasz sobie być jedynie nic nie znaczącą drobinką.

CAM00858

Nieopodal lasu jest mała łąka.
Ostatni skrawek cichej przestrzeni w iskrzącym mieście.
Przestrzeni wolnej od człowieka i jego betonowych pomysłów.

Usiadłam pod Drzewem a w trawie trwała gorąca samba.
W powietrzu unosił się seks.

Świerszcze ocierały o nóżki, by przyciągnąć kandydatki na żony,
wrony tarmosiły wijące się w ich dziobach larwy,
a kremowe motyle fruwały pijane radością.

Nie wzięłam koca, więc siadłam na plecaku pełnym książek, prostując kręgosłup.
Koszulka wyschła  w dwie minuty a wiatr przyjemnie łaskotał mnie w szyję.

Wzięłam głęboki oddech.

Zapach ziemi podziałał na mnie niczym magnes ciągnąc ku niej moje dłonie.
Ziemia była gliniasta, ubita i sucha.
Jakie przyjemne ciepło!
Odrzuciłam więc plecak na bok i położyłam się cała na miękkiej trawie.

Próbowałeś kiedyś?
Wystarczy przyłożyć ucho i policzek do ziemi, by poczuć jej życie.
Ziemia wibruje, podobnie jak las, tajemniczą muzyką, której nuty są jasne tylko dla uczciwych wybrańców. Tych, którzy mają dobre intencje.

Odwróciłam się na plecy, by popatrzeć w bezchmurne, błękitne niebo pocięte gałęziami Lipy.

Lipa musi być kobietą, myślę sobie.
Niezależnie od imion nadawanych jej w różnych językach, a
wystarczy tylko na nią spojrzeć.

Cała rozedrgana, miękka, z kolczykami w uszach i tysiącem zielonych korali na szyi.

Gdyby była ludzką postacią byłaby młodą dziewczyną
o czerwonych ustach, pełną przyjemnych krągłości,
ubraną w kwiecistą sukienkę.

CAM00852 (1)

Dotykam dłonią jej pnia. Jest stara, wiele w życiu przeszła, a mimo to wciąż tu stoi.
Oparła się wycince, gdy budowali ścieżki rowerowe.
Oparła się wandalom i mocnym wiatrom.

Jest silna, stabilna i wciąż piękna.
Dotykając jej nagle zrozumiałam dlaczego tu jestem.

Przez tą krótką chwilę miała być moją milczącą nauczycielką życia.
Jej liście tańczyły w rytm zakochania, śpiewając
że po burzy zawsze wychodzi słońce a lęk rozpuszcza się niczym deszczowa chmura.

Kiedyś szukałam poczucia bezpieczeństwa w rzeczach, kocu i drugim człowieku.
Teraz nie muszę. Lęk, podobnie jak jak Las, Łąka i Lipa jest mędrcem.
Woła natarczywie o uwagę i chwilę kontemplacji, bo wie, że odsunąłeś się od domu.

A ten, gdy długo stoi pusty, murszeje, pokrywa się kurzem i betonem cudzych myśli.
Kontemplacja to jak trzepanie starych dywanów i wietrzenie pokoi.
Chwila dla siebie, własnego wnętrza które nareszcie ma czas na wypełnienie się motylami pijanymi radością.

Wszystko z Tobą w porządku!

 

Tydzień temu jadąc „ukochaną” komunikacją miejską i przeżywając istne katusze w pudełku pełnym ludzkich sardynek, gdzie dostępne były tylko miejsca stojące, moją uwagę przykuł długowłosy chłopak w czarnej bluzie z kapturem.

Podeszłam do niego i ustałam tuż obok siedzenia, które zajmował.
Siedział nieruchomo, wzrok miał wbity w książkę i wydawał się być pogrążony
w swoim własnym świecie.”Lubię go”, pomyślałam, próbując dojrzeć, co czyta.

Chwilę później stało się jasne dlaczego go polubiłam.
Swój zawsze pozna swego.
Chłopak czytał „Siłę introwersji” Arnie Kozak. 

CAM00837

Podziękowałam mu w duchu za to, że była nas dwójka- cichych samotników- w tramwaju pełnym rozwydrzonych ludzi a także za książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Do tej pory  o tej tematyce znana mi była tylko „Ciszej, proszę” Susan Cain.

W domu otworzyłam komputer i wpisałam tytuł w Google.
No tak. Nic dziwnego, że o niej nie słyszałam.
„Siła introwersji” została wydana dopiero kilka miesięcy temu.

Zalogowałam się na konto wojewódzkiej biblioteki publicznej, by sprawdzić dostępność tytułu. Szybkość z jaką publiczna biblioteka zamawia nowości wydawnicze zawsze mnie zachwyca!

Na drugi dzień miałam ją u siebie na biurku.
Towarzyszyła mi przy śniadaniu i przy obiedzie.
W tramwaju, w parku i w plecaku na rowerze.

Nie czytałam jej kompulsywnie, jak to zwykle mam w zwyczaju,
lecz delektując się każdym pojedynczym słowem.

Bo oto autor i psycholog, Arnie Kozak udowadnia, że introwertycy są światu tak samo potrzebni jak ekstrawertycy i że trudności jakie spotykają nas w życiu są skutkiem kultury stworzonej przez ekstrawertyczne i głośne społeczeństwo, których motywacją jest otrzymywanie nagród.

Ile razy czułeś, że „coś z Tobą jest nie tak”? Bo ja czułam tak przez całe życie.
W końcu przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i nauczyłam się z nią żyć.
Ale jak cicha owieczka ma odnaleźć się w stadzie dzikich wilków?

Bo zobacz. Niemal wszystko co znasz jest stworzone przez ekstrawertyczne społeczeństwo (które ma nieco większą przewagę od introwertyków).

Żyjemy w w konsumpcyjnym świecie, pełnym centrów handlowych, głośnych i kolorowych reklam, reality show w którym wygrywają ludzie bardziej przebojowi i przebiegli a miejsca pracy zwane open space zabierają nam ostatnie resztki ciszy i przestrzeni.
Nic dziwnego, że czujemy się nie na miejscu! 

Arnie Kozak powtarza co drugi akapit: Wszystko z Tobą w porządku. Też jestem introwertykiem i wiem co czujesz. Co za ulga!

Ameryka i Europa są wybitnie ekstrawertyczne i nagradzają uwagą ludzi przebojowych, głośnych i zabawnych. Introwertycy zwykle giną w tłumie i często obrywa im się za bycie dziwakiem, który woli spędzić sobotni wieczór w domu z książką niż na towarzyskim spotkaniu w pubie.

Tymczasem wielu wizjonerów, naukowców i artystów było introwertykami.

Albert Einstein.
Clint Eastwood
Bill Gates
Fryderyk Chopin
Marcel Proust
Franz Kafka
Mahatma Gandhi
Karol Darwin
J.K. Rowling
Abraham Lincoln
Steven Spielberg
Julia Roberts
Maria Skłodowska-Curie

Żyjąc w ekstrawertycznym, pstrokatym świecie często dajemy sobie wmówić, że faktycznie coś z nami nie tak i że powinniśmy zmienić swój charakter. W ten sposób sami sobie nakładamy maski i uczymy się żyć w strefie pozbawionej komfortu. W strefie, która całkowicie nas wyczerpuje.

Nie wiem jak Ty, ale ja po godzinnej jeździe zatłoczonym tramwajem i dziesięciominutowym pobycie na zakupach w centrum handlowym muszę się zamknąć w pokoju i zdrzemnąć. Natychmiast!

Tymczasem zapominamy, że mamy coś, czego ekstrawertykom brakuje.
Możemy to wykorzystać w pracy, na rozmowach rekrutacyjnych a także w drodze do własnych celów. A są to:

determinacja
wytrwałość
zaangażowanie
cierpliwość
skupienie
wrażliwość
empatia
rozwaga
refleksja
uważność
umiejętne słuchanie

Gdybyśmy żyli w introwertycznym świecie, myślę że wszystko wyglądałoby inaczej.

Nie byłoby blokowisk.
Ludzie żyliby bez telewizji, w domkach jednorodzinnych, otoczonych naturą.
Zamiast wielkich korporacji, na rynku kwitłyby małe spółki lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Rynek lokalny by kwitł, podobnie jak szkoły medytacji, uważności, centra jogi i rozwijania samoświadomości.

System edukacji zachęcałby do rozwijania kreatywności i twórczego podejścia do życia; nie byłoby ocen, a handel rozwijałby się na zasadzie barteru.

Niestety te słowa to czysta utopia.
Pozostaje nam zatem pilnowanie własnej przestrzeni i rozwijanie asertywności.
Nie żyjemy w świecie sprzyjającym introwertykom, ale możemy decydować.

O tym z kim się trzymamy.
Jak spędzamy czas wolny.
Jak pracujemy.
Na co poświęcamy cenną energię (która z uwagi na to, że jesteśmy wrażliwi wyczerpuje się błyskawicznie).

Postanowiłam, że kupię książkę Arniego Kozaka i dam do przeczytania mojej rodzinie i znajomym.

Rodzicom, którzy wciąż się dziwią, że nie lubię spotkań rodzinnych i zakupów.
Znajomym, którzy wciąż pytają: „co tak milczysz?”.
I tym wszystkim, którzy mają pretensje że nigdy nie odbieram ich telefonów.
Oraz tym, którzy siedzą u mnie w mieszkaniu dłużej niż godzinę (po godzinie kontaktu jestem wyczerpana, a nie umiem ludzi wyrzucać).

Ale przede wszystkim kupię ja dla siebie.
Bo jak nikt inny, powinnam o siebie dbać w tym niełatwym dla mnie świecie.
I upewniać się, że mam wiele do zaoferowania, mimo że nie mam siły przebicia.
Chcę ją mieć, żeby zapamiętać: „ŻE WSZYSTKO Z NAMI W PORZĄDKU”.


Tytuł: Siła introwersji. Wykorzystaj swój potencjał.
Autor: Arnie Kozak
Wyd.: 
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok:
2016
Stron:
262

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Mistrzyni Prostoty

CAM00798

Zagubiłam się.
Gdzieś między jedną a drugą rozmową rekrutacyjną,
między pracą a kolejnymi kursami zabłądziłam jak trzyletnie, przerażone dziecko.

Intuicyjnie czułam, że coś tracę, że wchodzę w coraz bardziej poplątany gąszcz myśli i zbytecznych analiz. Tunel niepotrzebnych informacji i śmieciowych złudzeń.
Że mam w życiu za dużo gonitwy za tym, co w istocie nie jest ważne.

Lecz, pewnego dnia coś we mnie pękło.
Z duszy wydobyło się wołanie, że właściwy kierunek jest gdzie indziej.
Że pieniądze, kariera, sukces zawodowy, wszelkie ambicje i społeczne uznanie są jak napis nakreślony na mokrym piasku.

Wróciłam więc do tego, co zawsze dawało mi radość.
Taką absolutną, bez żadnych wątpliwości.

Odłączyłam się od facebooka,
przestałam śledzić informacje ze świata.
Zaczęłam wychodzić i tulić się do drzew.

Brałam swój stary, czarny plecak,
wkładałam do niego owoce, polarowy koc i książkę i jechałam do lasu,
by spotkać się z Matką Naturą.

Codziennie, choćby na godzinę, z dala od ludzi, zgiełku i permanentnego hałasu wydobywającego się z ulicznego ruchu miliona pojazdów.

Zawsze kiedy jestem przed lasem, zsiadam z roweru.
Bo oto wchodzę do zielonej świątyni ciszy i zieleni.
Jak do sacrum, które ma moc uzdrawiania i naprawiania tego, co zniekształcone, wypaczone i przesunięte.

Przytulam się do drzew i czuję, że każde z nich ma inną energię.
Wierzba jest jak stateczna matrona, gotowa schować strapionego człowieka w swej długiej sukience.

Brzoza jest trzpiotką i drży z podniecenia kiedy przykładam do niej policzek.

Buk, niczym wytworny arystokrata nie poddaje się pieszczotom. Trzeba do niego czule przemawiać, dotykać z szacunkiem, aż otworzy swe liściaste ramiona, przekonany o dobrych intencjach.

Miałam wielu nauczycieli ale to Przyroda jest moim największym Mistrzem.
Uczy mnie wdzięczności, prostoty i wytrwałości.

Bo zobacz. Ludzie przez setki lat robili wszystko by zabrać Naturze przestrzeń.
Wycinali, zaśmiecali, niszczyli.
A Przyroda, wytrwale wypuszczała swe zielone listki i rozrastała się między jednym a drugim krawężnikiem, korzystając z dostępnych zasobów.

Uczę się tego od niej.
Żyć w zgodzie z własnym cyklem.
Kochać, cieszyć się, korzystać z tego, co jest.

Nie mam drewnianego domu ani własnego podwórka.
Mam jedynie mały balkon, który zaadaptowałam do miejskich warunków.

Korzystając z tego co mam, stworzyłam sobie własną oazę.
Posadziłam kwiaty, których zapach towarzyszy mi w chłodne poranki.
Kupiłam indiański łapacz snów, by piórkami powiewał na morskim wietrze.

Czasami, gdy słońce budzi mnie skoro świt, biorę koc i kawę w rękę i wychodzę posiedzieć na balkonie otulonym nabożną ciszą. Ludzie śpią, i jedynie ptaki dają znać, że nadszedł kolejny piękny dzień. Promienie słońca jeszcze nieśmiało przytulają się do pobliskich klonów, jakby niepewne tego czy drzewa są już gotowe na nowy poranek.

W takich chwilach nic nie ma znaczenia.
W takich chwilach doświadczam prostoty życia.
Uczę się być zieloną częścią, listkiem na wietrze,
ruchomym elementem przyrody, który odbiera informacje od słońca o nowym dniu.

Dobrym, czy złym.
Deszczowym czy pogodnym,
to nieistotne. Bo w Naturze jest i deszcz i słońce; lato i zima; narodziny jak i upadek.
Kiedy godzisz się na to co jest, zaczynasz żyć w zgodzie z Naturą.
Wtedy nie ma żadnych pomyłek czy pretensji. Pomyłki są domeną ludzi, nie Przyrody.
Otwórz więc serce i wiedz, że jest tak, jak powinno być.

Uczeń architekta

Czy wiesz, gdzie znajduje się środek Wszechświata, centrum wszystkiego, gdzie przeszłość i przyszłość nie istnieje oraz nie ma podziału na „ja” i „ty”? Dżahan, nadworny kornak oraz uczeń architekta zgłębiał to pytanie przez całe życie. Tymczasem odpowiedź była zawsze zadziwiająco blisko. W jego sercu.


uczeń architekta
Uczeń architekta

Dżahan nie miał łatwego życia. Po śmierci matki, pod opieką okrutnego ojczyma, jego jedyną pociechą był mały słoń. Karmił go, pieścił i opiekował się nim jak najlepszym przyjacielem. Do czasu. Pewnego dnia zapada decyzja, że zwierzę trafi na dwór ormiańskiego sułtana, Sulejmana jako wyraz szacunku ze strony indyjskiego władcy.

Chłopiec nie chcąc rozstawać się z przyjacielem i w obawie przed niemiłą przyszłością u boku ojczyma, niezauważony przedziera się na statek płynący do Stambułu.

Cudem udaje mu się uniknąć śmierci a kapitan statku, widząc w dziecku okazję do szybkiego wzbogacenia się, knuje intrygę. Dżahan ma udawać opiekuna słonia i kraść skarby z dworu. Naiwny i zastraszany robi to trochę z obaw a trochę z ciekawości, bo kradzież przychodzi mu zaskakująco łatwo.

Wszystko jednak ulega zmianie, gdy poznaje piękną córkę sułtana, Mihrimah. Oto okazuje się, że dwór zaczyna być czymś więcej niż chwilową przystanią. Jest tu wszystko co kocha: słoń Czhota, księżniczka Mihrimah oraz Sinan. Nadworny architekt i późniejszy mistrz Dżahana, który uczy go nie tylko sztuki budowania meczetów, lecz także prawdziwego życia.

W tej egzotycznej opowieści prawda miesza się z fikcją, bogactwo z nędzą a miłość z okrucieństwem. Elif Shafak znana polskim czytelnikom jako autorka Czarnego mleka, przedstawia Turcję jako kraj krzykliwych kontrastów. Gdy w jednej chwili czaruje opisami pięknych budowli oraz przepychem dworu tureckich sułtanów, chwilę potem otrzymujemy sugestywny obraz chorób i epidemii, które pochłaniały tysiące ludzi. A że zawsze trzeba znaleźć winnego, kolejni władcy bez oporu ścinają głowy, nadziewają na pale czy wtrącają do ciemnych lochów, obcinając uprzednio członki skazańcom. Jak gdyby ilość cierpienia zadawanego podwładnym miała zaświadczyć o ich wyjątkowej sile.

W Uczniu architekta Stambuł jawi się jako tygiel wszystkich kultur i nacji. W jednym mieście żyją obok siebie: Muzułmanie, żydzi, chrześcijanie, Arabowie, Kurdowie, nestorianie, Czerkiesi, Kazachowie, Tatarzy, Albańczycy, Bułgarzy, Grecy, Abchazi i Cyganie. Starają się nie wchodzić sobie w drogę, wszak jedni drugich nazywają niewiernymi i heretykami. Jak się jednak okazuje, to nie religia czyni ludzi dobrymi. Wręcz przeciwnie. Autorka opisuje wydarzenia, jakich pełno na kartach historii. Największe zbrodnie zawsze były popełniane w imię Allaha, tudzież innego wielkiego Boga. Mistycy byli paleni na stosie lub rozdeptywani przez zwierzęta. Poglądy, które dziś są na porządku dziennym, kiedyś były uznane na grzech ciężki i karane śmiercią w męczarniach.

Książka wciąga dobrze zaplanowaną i wiarygodną historią. Czasem przeraża, niekiedy zniesmacza. Jest w niej jednak coś więcej niż dobrze opowiedziana historia. Autorka pyta w niej o ludzką naturę i moralną kondycję człowieka. Z tego dzieła bije prawda o człowieku, jego słabościach, emocjach oraz o potrzebie rozmowy z Bogiem. Bogiem, który nie ma imienia, jest natomiast czystą miłością. Człowiek bywa okrutny i chciwy a zwierzę po prostu jest. Nie prowadzi wojen, nie zabija dla zabawy, nie kradnie. Trudno nawet osądzić, kto był większym mistrzem dla Dżahana. Architekt Sinan, czy słoń Czhota. Od tej dwójki bowiem bohater poznaje prawdziwego Boga. Boga zwanego miłością i wiarą w siebie.


Tytuł: Uczeń architekta
Autor: Elif Shafak
Wyd.: Znak
Rok wyd. 2016
Stron: 476

Bezsenność

cats

O ironio! Zapomniałam jak to jest spać.
A przecież to taka prosta rzecz!
Kładziesz się, zamykasz oczy, głęboko oddychasz i już…
odlatujesz do sennej Nibylandii.

Ale nie tym razem.

Zaczęło się przed wyjazdem do Niemiec.
Za dużo myślałam.

Czy wszystko kupiłam?
Czy spakowałam co trzeba?
Czy opłaciłam rachunki?
Jak będzie na miejscu?
Czy mój angielski wystarczy?
Czy ludzie mnie polubią?

Najprostsza droga do choroby, to mieć za dużo pytań i analizować zbyt wiele.
Mimochodem więc w gąszczu pytań bez odpowiedzi zaprosiłam do domu bezsenność.
Królową wyczerpania i braku sił witalnych.

Myślałam, że wyzdrowieję, gdy wrócę do Polski.
Mam tu ukochane łóżko, grubą pościel w niebieskie koła,
a znajomy ptak za oknem codziennie o 5.45 nawołuje do przebudzenia.
Idealne warunki by odpłynąć w objęcia Morfeusza.

Ale nic z tego.
Bezsenność utrwaliła się we mnie jak fotografia na karcie pamięci.
A niby wszystko robię tak jak powinnam.
Męczę się w ciągu dnia, oddycham świeżym powietrzem, nie objadam się na noc, piję melisę, a potem przykładam ciężką głowę do miękkiej poduszki i odliczam oddechy.

Jeden spokojny oddech,
drugi głęboki oddech,
trzeci, czegoś się boję,
czwarty, czuję niepokój
piąty, stoję na kruchym lodzie,
szósty, żyję w krainie niepewności.

Noc jest długa, nieprzyjemnie lekka, jak mój zbyt lekki sen.

Pamiętam każdy obraz wyświetlony przez senny mózg.
Byłam nad morzem i szłam wzdłuż długiego klifu.
Potem z okna wyskoczył kot a pies sąsiadów zaczął ujadać.
Pobudka 6.30. Spałam czy tylko myślę, że spałam?

Kiedyś pewna nauczycielka norweskiego opowiadała mi jak strasznie cierpi.
Chorowała na bezsenność i powoli traciła kontakt z rzeczywistością.

I myślałam sobie wtedy. Spać? Jakie to proste, jakie oczywiste!
Wystarczy ledwie przyłożyć skroń do poduszki i oddychać głęboko.
A tymczasem, mimo mimo prób i starań, sen choć naiwnie prosty, nie nadchodzi.

Można tak przeżyć jedną noc, drugą, może nawet i trzecią ale nie więcej.
Nie pomaga kawa, wszystko mnie boli, nie kojarzę faktów, nie mam refleksu.

Gdy słyszę zdanie nadrzędnie złożone, najpierw w głowie siekam je na kawałki.
Pojedyncze słowa, z których wylewają się szczątki logicznego sensu.
Potem układam je jak puzzle i po minucie odkrywam całość.
Ktoś zadał pytanie na które i tak nie znam odpowiedzi.
Jakże bym mogła, skoro nawet nie potrafię odkryć jak zapaść w sen?

Sen,
sen
a może życie?
Już sama nie wiem czy żyję
czy śnię.

10 głośnych książek, których nienawidzą krytycy

Jestem typem czarnej owcy. Zawsze pod prąd i w inną stronę niż wieje wiatr. 
Zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę, bo szkoda mi czasu na tandetę. Niektórych książek jednak nie da się tak łatwo ominąć. Zdarza się, że atakują z witryn księgarń mamiąc prowokującą okładką lub obyczajowym skandalem, który wywołały przy okazji ich wydania.

Przedstawiam Wam dziś 10 popularnych tytułów, które zdobyły złą sławę wśród ambitnych moli książkowych i znanych recenzentów, a które mimo to przez wiele miesięcy (czasem lat) utrzymywały się na szczytach box-office.


1.Pięćdziesiąt twarzy Greya E L James

Ann jest nieśmiałą i zahukaną 23-letnią dziennikarką. Christian, przystojnym i pewnym siebie biznesmenem. Oby dwoje spotykają się po raz pierwszy przy okazji wywiadu, który dziewczyna ma przeprowadzić dla gazety studenckiej. Spotkanie jest niepokojące i wywołuje w nieśmiałej Ann mnóstwo nieznanych jej dotąd emocji. Emocji, które były do tej pory poza zasięgiem ułożonej i skromnej dziewczyny. Spotkanie jest zaczątkiem erotycznej przygody obcych sobie ludzi, gdzie Ann odgrywa rolę Uległej, a Grey jej Pana.

Ta książka podzieliła czytelników. Jedni bili brawa za śmiałość autorki, która opisała prawdziwe (czy rzeczywiście?) pragnienia kobiet; feministki się oburzały, dostrzegając w powieści wielokrotnie powielany patriarchalny model kobiety jako słabszej istoty. Krytycy na autorce nie zostawili suchej nitki, pisząc że bohaterowie są płytcy i jednowymiarowi, a język i styl książki pozostawiają wiele do życzenia. Utarło się, że ta płytka lektura zadowoli jedynie niespełnione gospodynie domowe i znudzone żony, które szukają co najwyżej taniej podniety.

grey


2.Zmierzch, Stephenie Meyer

Fabuła jak wiele innych: ona, siedemnastoletnia szara myszka, on tajemniczy przystojniak. Ona przeprowadza się do małego miasteczka w którym przeżywa dramat bycia „nową”. On, zawraca jej w głowie. Jedynym szczegółem różniącym tę powieść od innych, jest to że ów intrygujący młodzieniec, Edward nie jest człowiekiem lecz… kilkusetletnim wampirem o nadnaturalnych zdolnościach.

Co takiego zachwyciło czytelników, że książka sprzedała się w nakładzie 53 milionów egzemplarzy? Szukam logicznych odpowiedzi ale takie się nie nasuwają. Może po prostu popularność dobrych tekstów spadła? A może dzisiejsi nastolatkowie bezkrytycznie podchodzą do miłości i pożądania? Skoro młodzi zakochują się w ckliwych powieściach i wierzą, że miłość to całkowite zaślepienie, to jak świat będzie wyglądał, gdy dorosną? Styl mierzi grafomanią, a dialogi które ułożyła autorka wołają o pomstę do nieba. Może fabuła faktycznie nadaje się na scenariusz lekkiego filmu przy kubku coli i popcornu, ale nie na książkę, która wychowuje pokolenia naiwnych marzycieli wierzących w bajki.

zmierzch-b-iext36843344


3.Jedz, módl się, kochaj, Elizabeth Gilbert

Pierwsza książka Gilbert, która naprawdę zrobiła furorę na rynku wydawniczym i rozsławiła autorkę na całym świecie. Ta powieść, to jej osobisty pamiętnik z podróży. Nieszczęśliwa w małżeństwie Liz, bierze rozwód, ponownie się zakochuje, po czym odchodzi od partnera i wyrusza w wielką podróż, która ma odmienić jej życie. Bohaterka spędza kilka upojnych miesięcy we Włoszech, gdzie uczy się języka zajadając się pizzą i makaronami. Potem jedzie do Indii, by spotkać się z hinduską guru (która, jak się okazuje mieszka w Nowym Jorku). A na koniec odwiedza Bali, gdzie spotyka miłość swojego życia.

Brzmi trochę infantylnie, prawda? Bo w istocie. Książka jest prosta i łatwa w odbiorze, co nie przeszkadza ją lubić. Bohaterka w całym swym pomieszaniu przypomina wiele kobiet, które jak niespokojne duchy wciąż szukają swojego miejsca w życiu. W sumie to nawet się cieszę, że książka powstała, bo dzięki niej dostaliśmy kolejne. Chociażby Botanikę duszy, która jest literackim majstersztykiem amerykańskiej prozy. Gdyby nie fenomen Jedz, módl się, kochaj, Gilbert zapewne, przepadłaby wraz z innymi autorkami w średnim wieku, piszącymi dla siebie i o sobie.

jedz-modl-sie-kochaj-b-iext35937416


4.Alchemik, Paulo Coelho

Santiago to młody chłopak, który wbrew woli rodziców decyduje się zostać pasterzem, by przemierzać pola Andaluzji. Jest marzycielem, który szuka skarbu i własnego przeznaczenia. Żeby je wypełnić, rzuca wszystko i udaje się w podróż ku egipskim piramidom. Tam poznaje Alchemika, człowieka który odkrywa przed nim tajniki prawdziwej istoty życia…

Książkę Paula Coelho można kochać lub nienawidzić. Droga środka nie ma tu racji bytu. Przede wszystkim forma alegorycznej przypowieści zadowoli jedynie wąskie grono odbiorców. Czytelników kochających baśnie i symbole. Dużo tu niedopowiedzeń ukrytych pod płaszczykiem wielkich słów. Krytycy zarzucają autorowi miałkość i banał, jego wierni fani natomiast odnajdują w powieści przewodnik duchowy na własnej krętej ścieżce.

Aby polubić tę lekturę na pewno trzeba mieć w sobie charakterystyczną wrażliwość i być człowiekiem poszukującym mistyki w zwykłych wydarzeniach dnia codziennego. Książka nie zadowoli szukających pomysłowej fabuły, akcji czy nowatorstwa. Jeżeli więc uważacie się za ambitnych znawców literatury, Alchemika kategorycznie odradzam. Jeżeli natomiast nie przeszkadza Wam przewidywalność a na widok cytatów Coelho krążących po internecie nie wyłączacie przeglądarki, zachęcam. A nuż postanowicie znaleźć Własną Legendę.

alchemik-b-iext34476519


5.Buszujący w zbożu, J.D. Salinger

Najpierw dużo się o niej nasłuchałam. Że jest świetna, że jest głosem pokolenia lat 50-tych, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Aha! I że jest ulubioną książką wszystkich psychopatów. Ja najwyraźniej psychopatką nie jestem, bo jej nie polubiłam. Pomimo to, po jedenastu latach od momentu, gdy ją przeczytałam, wciąż siedzi mi głęboko w pamięci. Nie dlatego, że była odkrywcza. Po prostu nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak mocno irytującym bohaterem. W Ameryce książka podzieliła opinię publiczną. Jedni zakazywali jej czytać ze względu na wulgarność języka i epatowanie seksem. Drudzy zachęcali, wskazując Holdena jako głos młodych buntowników, którzy wreszcie mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu.

Holden Caulfield to znudzony nastolatek, który zostaje usunięty ze szkoły średniej. Chłopak opuszcza internat i zamiast powrócić do domu, włóczy się bez celu po Nowym Jorku. Po drodze odwiedza nocne kluby i nawiązuje rozmowy z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Holdenowi nieodłącznie towarzyszy irytujący (czytelnika) monolog osobisty, z którego dowiadujemy się o jego poglądach na przyjaźń, związki, seks i religię, a przy okazji jesteśmy raz po raz przekonywani że życie w ogóle jest bez sensu a wszyscy ludzie to prości głupcy.

buszujacy_w_zbozu


6.Lolita, Vladimir Nabokov

Humbert Humbert to fikcyjna autobiografia tegoż bohatera, który opisuje historię poznania 12-letniej nimfetki oraz erotycznych gier, które z nią prowadził. Tytułowa Lolita, jest córka gospodyni, od której bohater tymczasowo wynajmuje pokój. Dziewczyna, mimo młodego wieku jest nad wyraz świadoma własnego wdzięku i pragnień jakie wzbudza wśród męskiego grona. W tym również nowego lokatora. Po śmierci matki udaje się wraz z Humbertem w podróż po Ameryce, gdzie ich romans nabiera szalonego tempa, obfitego w paraboliczne emocje.

Lolita jest absolutnym arcydziełem literatury, to nie podlega dyskusji. Nabokov zawsze był estetą formy i słowa. Jego książka to kunszt języka w najlepszym wydaniu, przemyślana fabuła i niesamowity zmysł obserwatorski. To jednak, co dzieliło (a może wciąż dzieli) krytyków i grono czytelnicze to treść. O ile jedni zachwycali się śmiałością i pięknem słowa użytego przy okazji opisu jakże prosto ludzkich namiętności, o tyle drudzy zarzucali pisarzowi rozpowszechnianie pornografii i pedofilii. Sunday Express oraz New York Times uznały dzieło Nabokova za niepohamowaną pornografię. A przy okazji publikacji książki we Francji, tamtejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zakazało jej dystrybucji. Ostatecznie W USA Lolita została wydana po raz pierwszy dopiero trzy lata od momentu jej ukończenia, przy czym akceptacja jej treści zajęła krytykom jeszcze wiele długich lat.

loli


7.Kod Leonarda Da Vinci, Dan Brown

W Luwrze zostaje popełnione morderstwo. I nie byłoby w tym niczego sensacyjnego, gdyby nie to, że zwłoki zostają znalezione w pozycji człowieka znanego z rysunku witruwiańskiego Leonarda Da Vinci. Głównym bohaterem jest podejrzany, Robert Langdon, profesor Harvardu, który jest najsłynniejszym w kraju znawcą symboliki religijnej. Bohater pada ofiarą nie tylko podejrzeń oficerów policji; ściga go również tajemniczy mnich o imieniu Sylas.

Powieść Dana Browna czyta się szybko, bo jest tu wartka akcja i dużo zagadek. Pisarz postawił sobie za cel zarzucić nas tysiącem pytań, dzięki którym od lektury trudno się oderwać. Przedstawione przez niego teorie na temat spisku Kościoła, analitycznym umysłom każą się zagłębić w religię i zapytać o sens istnienia tej przestarzałej instytucji. I choć teorie są ciekawe, to niektórych denerwują niejasnością i brakiem spójności ze światem rzeczywistym. Ale przecież Kod Leonarda Da Vinci jest tylko fikcją. Świetnie skonstruowanym kryminałem, który trzyma w napięciu przez ponad 500 stron, bo żadne rozwiązanie zagadki nie jest ostatecznym. Próżno szukać więc w niej odpowiedzi na własne religijne wątpliwości. Można natomiast poćwiczyć mózg i pogłówkować przy nudnym wieczorze.

d_433


8.Dziennik Bridget Jones, Helen Fielding

Któż nie zna Bridget? Sympatycznej, nieco za dużej, mało konsekwentnej kobiety w średnim wieku, która zajada smutek lodami i zapija tanim winem? Wszystkie koleżanki są już mężatkami, a ona bidulka wciąż jest bezdzietną starą panną, którą rodzina próbuje zeswatać z zamożnym kawalerem. Ten natomiast okazuje się być chłodnym i nadętym bufonem. Czyżby Helen Fielding tak widziała pokolenie obecnych 30-latek?

Lubię Bridget, bo mnie rozśmiesza w nieskomplikowany sposób. I choć nie utożsamiam się z bohaterką, która czasem wydaje się być nieludzko naiwna, to przecież kilka z jej cech jest mi bliskich. Jak zapewne wielu innym 30-letnim nie-mężatkom. Krytycy, zarzucali autorce spłycenie roli kobiety w społeczeństwie i sprowadzenie jej pragnień do jednego celu. Ja jednak uważam, że Fielding nigdy nie dążyła do bycia wieszczem a jej książki to dobra rozrywkowa literatura, która ma bawić. Fielding pisze o wadach kobiet z przymrużeniem oka i wbrew oczekiwaniom ambitnym, nie zamierza nawoływać ku bardziej wzniosłych ideałom.

dziennik-bridget-jones-b-iext35354540


9.Achaja. Andrzej Ziemiański

A teraz czas na coś polskiego. Achaja to tytułowa bohaterka trzytomowego cyklu fantasy. Jest księżniczką, która w okrutny sposób zostaje odsunięta od władzy. Dziewczyna poznaje smak prawdziwego życia i uczy się walczyć o to, co jej należne.

Achaja, to trzytomowy cykl, który wzbudził liczne kontrowersje wśród rodzimych czytelników. Jedni zachwycili się wielowątkowością powieści, inni zarzucili autorowi nieznajomość kobiecej natury. A skoro jej nie zna, to i nie powinien pisać z perspektywy kobiety, bo czyni w ten sposób bohaterkę mało wiarygodną. Recenzenci, tudzież amatorzy (amatorki?) fantasy zniesmaczyli się opisami przeżyć tytułowej dziewczyny, która bardziej przypomina jednowymiarowy plakat z męskiego pisma niż faktyczną kobietę z krwi i kości. Niemniej jednak Ziemiański nadal ma liczne grono fanów, o czym świadczą jego kolejne książki, w tym kontynuacja, Pomnik Cesarzowej Achai i niedawno wydany piąty tom serii, który oczywiście święci triumfy we wszystkich księgarskich box-office.

achajatom1biext32810


10.Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins

Rachel pokonuje pociągiem codziennie tą samą trasę, obserwując ludzi w budynku przy którym jest stacja. Jakie mają idealne życie, twierdzi. Jednak pewnego dnia Rachel zauważa, że kobieta z budynku zniknęła. Zaniepokojona postanawia rozwiązać zagadkę.

O niektórych książkach jest głośno na długo przed wydaniem. Jak to możliwe? Prawdopodobnie opinia mistrzów jest tu nie bez znaczenia. A tę pozycję zachwalał sam mistrz gatunku, Stephen King mówiąc, że dla niej zarwał noc. To chyba dostateczna reklama? W ciągu jednego tygodnia prawa do tłumaczeń powieści kupiło 30 krajów. Tytuł był najczęściej poszukiwaną książką roku w serwisie Goodreads.com, w Polsce natomiast (lubimyczytac.pl) zdobył popularność jako Książka Roku 2015 w kategorii Kryminał i Thriller. Mimo to, powieść Pauli Hawkins nie spełniła wszystkich oczekiwań. Kiedy czytelnicy spodziewali się Stiega Larssona czy Stephena Kinga w spódnicy, otrzymali po prostu dobry thriller lecz nic odkrywczego. Jak widać rozgłos i reklama potrafią też szkodzić. Rozdmuchują nadzieje, pompują oczekiwania, i zamiast cieszyć się dobrą literaturą w ludziach pozostaje niezaspokojone pragnienie.

193292

Niemcy vs Introwertyk: 1:0

CAM00791

No to wydało się.
Ów introwertyczna dziewczyna lat 30,
nie nadaje się na pracownicze wojaże.

Po pierwsze ma za słabą psychikę.
Tęskni za domem, chłopakiem, nauczycielką jogi a nawet za niebieskim kubkiem z morsem.

Po drugie, ów introwertyczne dziewczę nie radzi sobie z tyloma zmianami naraz.
Bo to nie tylko zmiana pracy.
To także obcy kraj, obcy ludzie i język ostry jak brzytwa.

Wszystko tu jakieś inne.
70-letnie kobiety wyglądające na 45 lat.
W swych bujnych ogrodach kopią grządki w eleganckich spodniach i białej koszuli od Ralpha Lorena. No i nie posiadają kapci. Po domu chodzą w mokasynach lub balerinach.

Ach, i te widelczyki.
Obiadowe.
Deserowe.
Srebrne,
Kryształowe
a na każde oddzielne szuflady.

Introwertyk nie zaznajomiony zanadto z regułami savoir vivre, wszystko pokręcił.
Do obiadu podał kolacyjne noże, a zmywarkę zapełnił brudnymi kryształami dziedziczonymi z niemieckiego dziada i pradziada.

Żeby tylko to!
Bo prasując zapomniał o centymetrowym zagięciu na mankiecie koszuli wartej majątek, ręczniki ułożył zieloną lamówką do prawej zamiast do lewej, i zbyt słabo naciągnął łóżkową kapę.
Katastrofa!
Najczęściej słyszane zdanie: czy mogłabyś proszę to doprasować?
Nie jest miło mieć zagięcie na kołnierzu (!)

Introwertyk wyciągnął więc z wyjazdu następującą naukę:
NIGDY WIĘCEJ NIE PRACOWAĆ W DOMU, W KTÓRYM NIE MA KAPCI
NIGDY WIĘCEJ NIE PRACOWAĆ W DOMU Z CZTEREMA ŁAZIENKAMI
NIGDY WIĘCEJ NIE PRACOWAĆ U KOGOŚ KTO DO PODLEWANIA KWIATÓW ZAKŁADA SPODNIE Z KANTEM, DO OBIADU PUSZCZA MOZARTA I NIE ZNA SŁOWA „PRZERWA”.

A przede wszystkim NIGDY więcej nie pracować w Niemczech.
Chociaż jak życie introwertyka nauczyło: NIGDY NIE MÓW NIGDY.

Ludzie są różni i dzielą się na kilka kategorii.
O ile sprawnie funkcjonujący osobnik poradzi sobie w każdej sytuacji,
o tyle introwertyk ma tą dodatkową trudność że nawet małe zmiany bywają dla niego sytuacjami ekstremalnymi.

Wracam więc do Polski.

Miały być dwa miesiące,
były dwa tygodnie.

Dwa najdłuższe tygodnie mojego życia i pracy po 14 godzin na dobę z 2-godzinną przerwą na posiłek, przez 7 dni w tygodniu.

6.15- pobudka
W jadalni do 7.00 robię śniadanie i nakrywam stół, uważając by nie wybić kruchej chińskiej porcelany.

Do zadań należy także: odróżnić widelczyki srebrne od kryształowych, zaparzyć kawę,
zrobić kanapki, odkroić skórki, nie pomylić jogurtu greckiego z niemieckim, zmienić kwiaty w wazonie, ustawić tacki, srebrną zastawę, puścić Mozarta  a o 7.00 podać Henrykowi tabletki.

Po śniadaniu, które zwykle trwa godzinę (Henryk ma zaawansowanego Parkinsona), jest mycie. Przychodzi pielęgniarka. Dwie kruche dziewczyny dźwigają ciężkiego mężczyznę  z łóżka na wózek toaletowy, potem pod prysznic. Po prysznicu następuje kolejny transport. Tym razem z krzesła toaletowego na łóżko, gdzie zakładamy pieluchę i ubieramy Henryka. Potem znów dźwiganie z łóżka na wózek inwalidzki. Łazienka zalana wodą, kosz pełen pampersów, pościel do wymiany. Całość ze sprzątaniem trwa około dwóch godzin.

Potem następuje sprzątanie reszty.
Najpierw pokój chorego. Trzeba oporządzić łóżko, ubrać pościel, wysuszyć mokre poduszki, oczyścić szuflady i szafkę z lekami.
Potem wymyć wózek toaletowy.
Wysprzątać jadalnię w której przeszedł huragan,
wypastować kuchnię
posprzątać sypialnię żony
a także
biuro
salon
pokój dla gości
korytarz
jeden, drugi i trzeci.
i kolejne trzy łazienki.

A potem jest obiad. Ponad godzinne karmienie,
sprzątanie jadalni, kuchni, wymycie piekarnika, który widział już wszystkie potrawy z książki kucharskiej Ludwika XVI,
trzeba podać leki, zrobić zastrzyki,
ugotować kolację, jak starczy nadmiaru umyć okna
godzinne karmienie, przychodzi pielęgniarka, mycie, dźwiganie z wózka na łóżko, z łóżka pod prysznic, z prysznica na łóżko, wracam do kuchni posprzątać po kolacji i…

…21.30 jestem wolna.

Ot dzień jak co dzień ( w Niemczech). 

Dostałam tu niezłą szkołę życia.

Zaczęłam doceniać to, co mam, choć wydawało mi się, że mam niewiele.
Fajnego partnera, troskliwych przyjaciół i PRL-owskie wynajmowane mieszkanie.
Jak bardzo za tym wszystkim tęsknię. I za poczuciem humoru, którego tu brak, a każdy śmiech jest odsyłany do kąta.

W tych trudnych chwilach ratowała mnie joga i okazjonalne pisanie przy śniadaniu.
Śniadanie. jedyny kwadrans w ciągu dnia w ciszy, wyłącznie dla siebie.

A w domu czeka Michał, kubek z morsem, książki, miś Arnold, ciepłe kapcie i mol który często odwiedza kuchenną szafkę. Do obiadu nie puszczamy Mozarta i nie stroimy się w bluzki od Ralpha Lorena, lecz uskuteczniamy swobodny dressing i życie na luzie.

Czasem trzeba poznać nowe, by docenić stare.

Introwertyk w drodze. Dramat w 3 aktach

CAM00775

Introwertyk wyjeżdża za granicę.
Można by z tego nakręcić farsę,
albo napisać grecką tragedię w celu wystawienia na deskach teatru.

Jednoosobowa komedia rozpisana na trzy akty.
Postać: Kamila, lat 30.

Akt pierwszy:
BEZSENNOŚĆ

W którym postać nie może sobie przypomnieć, co to znaczy spać dobrze.

Jest 25 czerwca. Cztery dni przed wyjazdem za granicę. Kamila leży w ciepłym łóżku, lecz zamiast spać wciąż się kręci. Umysł błądzi nie wiadomo gdzie a wewnętrzne pytania wyrywają ją z objęć Morfeusza. Efekt? Bohaterka odczuwa zmęczenie jak po tygodniu robót fizycznych. To samo wydarza się kolejnego dnia i jeszcze następnego.

Na dzień przed wyjazdem, po czterech bezsennych nocach nadchodzi kryzys.
Bohaterka płacze: „Ja chcę spać!”. Bo w istocie, ciało się buntuje, organizm woła o sen a umysł, niczym nieokiełznany rumak boleśnie galopuje po meandrach  przyszłości. Nie pomaga joga. Ani stanie na rękach, ani wiszenie na linach do góry nogami. Ani spacer, ani tysiąc torebek melisy. Ktoś coś mówi do bohaterki, lecz ona nie reaguje. Zawiesza się w rzeczywistości. Życie zaczyna ją psychicznie boleć.

Akt drugi: 
ZAKUPY

W którym bohaterka pozbywa się wszystkich oszczędności w celu zebrania zapasów żywnościowych, bo kraj do którego jedzie ma obcą walutę. Co tu dużo gadać, za granicą jest po prostu drogo. A bohaterka je nie byle jak. Bo ekologicznie i wegańsko.

Zakupuje więc:
3kg masła orzechowego
4 opakowania czosnkowego tofu
3 opakowania ciecierzycy
1/2 kg mąki bezglutenowej
melisę
więcej melisy
rumianek
zieloną herbatę
mleko ryżowe
4 megapaki chrupek kukurydzianych
wafle ryżowe
1 opakowanie kaszy jaglanej
dorodną cukinię
opakowanie kiełków brokuła
3 opakowania sezamu
1 puszkę fasoli konserwowej (w razie „W”)
parówki sojowe
furaginum

A także kompletuje:
matę i pasek do jogi oraz Jogasutry w pięknie wydanej książce, co by zawsze móc się zmotywować do praktyki

pamiętnik
komplet niebieskich długopisów
książki, dużo książek
Jack London
Jerzy Pilch
Beata Pawlikowska,
Elizabeth Gilbert
Melchior Wańkowicz
żel pod prysznic dla dzieci w kształcie koali
a także filcowego misia w wersji mini

Powinno być dobrze,
ale poczekaj…

Jeszcze akt trzeci:
NA OSTATNIĄ CHWILĘ

Bezsenną bohaterkę co chwilę wybudza z płytkiego snu myśl, czy aby to już wszystko.
Otóż nie. Check lista nigdy nie ma końca.
Bohaterka wypisuje drukowanymi literami na wielkiej kartce: weź ładowarkę do latopa i komórki”. A potem przypomina sobie, że musi…

pójść na pocztę wysłać list
oddać książki do biblioteki
kupić w księgarni rozmówki niemieckie
zaopatrzyć się w klapki
zdjąć pranie i dopakować letnie ciuchy
zrobić kolejne pranie
kupić pieczywo na drogę
zblenderować sezam na tahinę
sprawdzić prognozę pogody
zapłacić za mieszkanie i telefon
wymienić złotówki na euro (zakładając że jeszcze posiada jakiekolwiek pieniądze)
potwierdzić adres dojazdu u kierowcy busa
i nie zwariować

przede wszystkim nie zwariować
nie płakać
nie wpadać w panikę
i zapamiętać, że mózg nie rejestruje słowa NIE

więc oto co następuje w finale komedii tudzież greckiej tragedii:
płacz
panika
wariactwo!

Bohaterka krzyczy, że nie da rady, ale jak to w komediach bywa, nie pozwolimy jej umrzeć, niech będzie happy end. Szczęśliwie opuszcza wynajmowane „gierkowe” (jak za Gierka) mieszkanie i wsiada do wielkiego busa. Kierowca obiecuje, że dowiezie pod wskazany adres. Kanapki są, muzyka jest, książki spoczywają bezpiecznie w bagażu podręcznym. Można jechać.
Chór za kurtyną śpiewa „on the road”
No to w drogę!

KONIEC