Dla kogo Nabokov?

„To, czego nienawidzę, to proste – głupota, ucisk, zbrodnia, okrucieństwo, lekka muzyka. Moje przyjemności są najintensywniejsze, jakie zna człowiek: pisanie i polowanie na motyle”.
Vladimir Nabokov


lilita

Esteta słowa, drobiazgowy rzemieślnik literatury, stylista językowy, dżentelmen i synesteta zarazem. Prawdopodobnie można wymienić jeszcze szereg innych określeń pasujących do charakterystycznego pisarza, który podarował nam Lolitę, Pnina czy Adę albo żar.

Pierwszy raz zetknęłam się z nim dzięki filmowi w reżyserii Adriana Lyne’a. Zachwycona fabułą Lolity, odkrywałam powoli jego inne dzieła- Pnina– czyli prześmiewczą satyrę o trudach bycia imigrantem w obcym kraju; Prawdziwe życie Sebastiana Knighta- krótką powieść o pisarzu próbującym stworzyć i poukładać w całość biografię swego zmarłego brata; i wreszcie wspaniały, patriotyczny List, który nigdy nie dotarł do Rosji- cykl opowiadań napisany na przestrzeni wielu lat mieszkania poza Rosją.

Vladimir-Nabokov-001

Dzieła Nabokova są tworami specyficznymi- nie służącymi do czytania ich w pociągu czy podczas szybkiego śniadania. Dla mnie osobiście są dziełem sztuki, swoistym majstersztykiem słowa,  który pisarz potrafił użyć w sposób wysublimowany, niejednoznaczny a jednocześnie tak nieznośne uderzający w   ludzkie słabości. Nabokov uwielbiał metafory i przymiotniki; był celnym i przenikliwym obserwatorem świata oraz ludzi. To właśnie im poświęcał najwięcej uwagi w książkach. Brał pod lupę mniej lub bardziej interesujące cechy ludzkie i na ich podstawie stwarzał wewnętrzny świat pełen piękna i brudnego, nawykowego myślenia zarazem.  Opisom swoich bohaterów potrafił poświęcić mnóstwo miejsca na papierze, nawet jeśli byli jedynie przypadkowymi przechodniami na gwarnej ulicy, którzy znikną za następnym akapitem.

W wielu jego dziełach pachnie bardziej lub mniej subtelną erotyką zawieszoną gdzieś w przestrzeni między bohaterami. Nawet jeśli nie wydarzało się między nimi nic namacalnego, to opisy dyskretnych zachowań oraz ich refleksji delikatnie zawoalowanych w pożądanie, dodawały książkowym potrawom dusznej pikanterii.

lolitka

Mało kto wie, że pisarz był synestetą, czyli osobą doświadczającą słów nie tylko na poziome czysto intelektualnym lecz również poprzez zmysły wzroku, dotyku czy słuchu. Litery dla Nabokova były kolorowe w dosłownym znaczeniu; gdy pisał tekst widział szereg barw na kartce. Jest to spowodowane dodatkowymi połączeniami w mózgu, które u zwykłych osób na ogół nie występują. Nabokov twierdził, że „litera L jest miękka jak makaron a R jak szmata pokryta sadzą”. Tęczę według niego można było przedstawić jako zbiór liter: KZSPYGV. (źródło Focus). Może właśnie poprzez synestezję jego proza przybierała szczególny stylistyczny i lingwistyczny charakter, dla niektórych wręcz nie do przejścia. Jego powieści pobudzają do myślenia i zabawy intelektualnej. Zachęcają do zabawy językiem i dostrzegania piękna nie tylko w fabule ale również w słowie. Dla osób o technicznych umysłach, którzy kochają po prostu dobrą fabułę, Nabokov będzie zbyt trudny, ukwiecony i skomplikowany. Dla niego forma była tak samo istotna jak treść. Niekiedy wręcz, zdaje się grać pierwszoplanową  rolę w jego tekstach. 

 

 Fot:
1). fuckyeahlolitamovies.tumblr.com,
2).Carl Mydans
3). rosewood-clues.tumblr.com

Wyprzedaż dla introwertyków

CAM00850[1]

Wyprzedaże. Latem, całe ich mnóstwo. Wabiące umysł napisy, Sale -70% przyciągają pożądliwych przechodniów, by ci zostawili w sklepie pieniądze i własne dusze.


I jak się okazuje, wyprzedaże nie dotyczą tylko przemysłu odzieżowego. Są świetnym lepem również na czytelników,  spragnionych taniej i grubej książki.

Kilka dni temu, w piękną, gorącą od słońca niedzielę, udaliśmy się z partnerem na plażę, z zamiarem skosztowania witaminy D i zapicia jej morską solą. Jakież było moje zdziwienie, gdy w centrum najtłumniejszego bulwaru Gdańska, ujrzałam olbrzymi, biały namiot z napisem Wyprzedaż Książek -70%. Partner spojrzał na mnie porozumiewawczo, nie pozwalając  dojść do słowa.

-Nawet o tym nie myśl!
-Dlaczego?- Zaprotestowałam.
-Bo jak tam wejdziesz, to nici z plaży. Poza tym nie wzięliśmy pieniędzy.

Musiałam się zgodzić. Smutny fakt nieposiadania nawet kilku złotych, zmusił nas do pójścia w ślady większości turystycznej masy,na rozgrzaną od słońca złocistobrązową plażę. Hedonistyczne lenistwo jednak nie leży najwyraźniej w naszej naturze, bo po trzydziestu minutach, zapakowaliśmy się w ciuchy i czym prędzej opuściliśmy w popłochu kurort z całym jego urokiem krzyczących dzieci, starszych, siwych panów opalonych na mahoń i  disco polo grającego w tle.

Oczywiście jak zapewne się domyślacie, w drodze powrotnej wykorzystałam fakt, że partner opił się nieco wcześniej wody morskiej i nie był w stanie sprzeciwić się mojej chęci wstąpienia do intrygującego, białego namiotu. W istocie- spędziliśmy mnóstwo czasu, dreptając przy olbrzymim stosie kolorowych książek przecenionych  z 40 zł na 12 i z 30 zł na 8. Ostatecznie niczego nie kupiłam z powodu braku środków, ale kilka dni później powróciłam z portfelem wypchanym drobnymi, a jakże! I o to co zakupiłam: „Władca Pierścieni tom II” (10 zł po przecenie). Do tego kolejne fantasy –Czarnoksiężnik” (8,50 zł), czyli kontynuację cyklu „Rycerz Czarnoksiężnik” Gene Wolfe’a, autora „Księgi nowego Słońca”. Nie żeby cały namiot był wyłożony książkami fantasy. Po prostu, na to się ukierunkowałam 🙂

CAM00853[1]

 

Zaczytani

graf

Stereotyp polskiego czytelnika wygląda następująco- statystycznie rzecz ujmując czytamy mało. Na ogół do siedmiu książek rocznie. Weźmy pod uwagę też, że jest to średnia. Czyli niektórzy przeczytają jedną książkę rocznie, inni wcale.


Wniosek jest następujący- na tle czytającej Europy wypadamy kiepsko. Czym to jest spowodowane? Zbyt dużym zaangażowaniem czasu w social media, tv i gry komputerowe? A może jesteśmy po prostu bardziej wysportowani od innych narodów i więcej wysiłku wkładamy w budowanie muskulatury? A może po prostu Polacy nie lubią bibliotek pachnących PRL-em podczas gdy zarobki nie skłaniają ku wizycie w księgarni?

Ciężko jest mi się ustosunkować do statystyk, których nie przeprowadzałam i w których sama nie uczestniczyłam. W każdym razie obliczyłam, że czytam minimum dwie książki miesięcznie, czyli co najmniej dwadzieścia cztery do trzydziestu w ciągu roku (w zależności od czasu i ilości stron). Dużo czy mało? Jakkolwiek statystki by nie wyglądały ja niemal codziennie widzę czytających Polaków. W parkach, na plaży, w pracy (podczas!) i w tramwaju. O! W tramwaju zwłaszcza!

Pięć dni w tygodniu dojeżdżam do pracy tramwajem, a potem przesiadam się w autobus. Mój czas łącznie spędzany w komunikacji miejskiej wynosi ponad dwie godziny dziennie. Podczas tych paru godzin, nieustannie widzę ludzi z książkami- zatopionych w innym świecie, oddzielonych od rzeczywistości, skupionych, przejętych życiem w papierowym świecie. Co na ogół czytają pasażerowie? Zauważyłam, że największą popularnością wśród ludzi młodych (18-35 lat) cieszy się fantasy. Zwykle Pratchett i Sapkowski. Osoby w wieku 35-40 często mają nos w skandynawskich kryminałach- Lackberg i Larrson. Najstarsi, czyli 40-55 lubią wyrafinowane epopeje i głośne romanse. Często dostrzegam w tym przedziale Carlosa Luisa Zafona czy Umberto Eco.

Co ciekawe, w ostatnim przedziale wiekowym dominują kobiety, podczas, gdy osoby zaczytujące się w fantasy i science fiction to mężczyźni. Charakterystyczni. Często z nietypową fryzurą i zarośnięci. Acha, zapomniałabym jeszcze o jednej grupie czytelników poza kategorią wiekową (bo dotyczy absolutnie każdej damskiej grupy), pasjonaci „Pięćdziesięciu twarzy Graya”. Nie wiem co ludzie w tym widzą, ale gdybym miała dobierać sobie przyjaciół na podstawie lektur przez nich czytanych, to miałabym mnóstwo zarośniętych kumpli i żadnej ckliwej koleżanki zakochanej w Christianie Grayu. Dla mnie osobiście, kunsztem literackim łączącym estetykę z perwersją są dzieła Nabokova, który jednym zdaniem potrafi wzbudzić zachwyt, a za chwilę wstręt. Poza tym Nabokov lubił zmuszać ludzi do myślenia, tudzież innej gimnastyki umysłowej podczas, gdy James niekoniecznie.

Ale do meritum. Ludzie czytają. Głównie osoby młode i co tu dużo ukrywać- podróżujące, dojeżdżające. Może tak urozmaicają sobie czas spędzany podczas nudnej acz koniecznej przejażdżki, podczas gdy w domu nie wyjmują nawet książki z plecaka. Tego nie wiem, bo nie żyję ich życiem ale chcąc być optymistką wierzącą w ludzi skonkluduję, że na przekór wszelkim przekłamanym statystykom, CZYTAMY. Księgarnie rozkwitają jak grzyby po deszczu, w starych zaułkach żyją też po cichu antykwariusze zakochani w stęchliźnie papieru a czytniki Kindle są wciąż jednym z kilku najchętniej kupowanych urządzeń mobilnych.

 

Zdjęcie: banzaj.pl

 

Bądź w tym, co jest

eich

Pamiętam jak kiedyś czytając prasę kobiecą, Zwierciadło czy Sens (nie pamiętam już dobrze) zatrzymałam się na felietonie Wojciecha Eichelbergera, którego siła i prostota słów przykuły moją zwykle rozproszoną uwagę. W tekście, Eichelberger opisywał na przykładzie picia zwykłej filiżanki herbaty, czym jest uważność oraz bycie w tu i teraz .


Piękno i rozkosz opisane z doświadczania  tak prowizorycznej czynności jak spożywanie gorącego napoju, były dla mnie zdumiewające. Eichelberger zaprzeczył teorii, że aby przeżywać życie całościowo i z radością, trzeba z impetem zawracać chmury. Nie trzeba. Wystarczy spocząć w tym co jest i cieszyć się z faktu bycia. Wszak, może to być ostatnia chwila naszego życia, czemu więc nie nadać jej znaczenia i nie przeżyć jej na doskonały, niemal kontemplacyjny sposób?

Niech ulotność chwil i bezsens planowania, zilustruje przypowieść jaką niedawno znalazłam w jednej z książek:
Pewnej nocy młody rolnik, zanim położył się spać, przywiązał do belki nad swoim łóżkiem worek pełen ziarna zebranego z pola. Następnie wygładził siennik, wyciągnął się na nim wygodnie na plecach z rękami za głową i rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w wiszący nad nim worek, myśląc: „Sprzedam ten wór jęczmienia na targu. Pewnie dostanę za niego niezłą sumę. Dzięki zaoszczędzonym pieniądzom uda mi się poślubić piękną kobietę, która szybko spłodzi mi wspaniałego syna… Jak mógłbym go nazwać?Hmm…”. W tym momencie mężczyzna zerknął przez okno na księżyc, który błyszczał w pełni i wpadł na pomysł: „Jasne! Już wiem! Mój syn będzie miał na imię Wspaniały Księżyc!”. Ale dokładnie w tym momencie, kiedy to pomyślał, mała myszka siedząca na belce skończyła właśnie przegryzać sznur i ciężki worek pełen jęczmiennego ziarna spadł prosto na mężczyzn, kładąc kres jego życiu i planom.

Nikt z nas nie wie jak długo będziemy żyć i co nas czeka. Wszystkie plany i marzenia są piękne i budujące, jednak zabierają nam coś bardzo cennego- umiejętność spoczywania w tu i teraz. Robiąc dalekosiężne plany nie zauważamy co mamy przed nosem. A przed nosem toczy się życie- każda pojedyncza sekunda, minuta, godzina- niepowtarzalne i bezcenne. Skoro nieustannie wspominamy to co minęło, a potem planujemy co będzie i co trzeba osiągnąć, gdzie się podziewa nasza teraźniejszość? Przecież tylko w niej toczy się prawdziwe życie. Nikt z nas nie wie, kim lub czym jest mała myszka czekająca by przegryźć pozornie gruby sznur chwili.

 

Zdjęcie: Krzysztof Opalinski, Zwierciadło

Zabawa w rollercoaster

roller-coa

Zawsze zastanawiało mnie czy konstruktywniej będzie zajmować się własnym emocjami w celu ich rozpracowania, czy może lepiej gdy nie zwraca się na nie uwagi, wierząc że pozostawione samym sobie rozpuszczą się niczym poranna mgła unosząca się nad mokradłami.


Jak zapewne zauważyliście, ostatnio jest mniej wpisów. I mniej emocji. To celowy zabieg. Chciałam sprawdzić, co się wydarzy, jeżeli mniej czasu będę poświęcać własnym uczuciom- czy ziemia się zatrzęsie, czy świat się skończy a może oddzielę się od siebie nie wiedząc już właściwie czego pragnę. Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim widzę, że jest więcej spokoju i odrobinę więcej radości. I co najważniejsze- mniej wewnętrznych dramatów. 

Ostatnio tak mocno zaangażowałam się w zabawę z emocjami, że większość książek, które czytałam pochodziła z obszaru psychologii. Uczyniłam ze swego życia nieudolną terapię, która powodowała że wzięłam uczucia na poważnie, zapominając o fakcie ich przemijalności. A emocje brane zbyt poważne powodują dużo cierpienia nie tylko nam samymproducentom, ale także odbiorcom- całemu światu, który się na nas otwiera. 

Mój wniosek jest następujący. Uczucia przychodzą i odchodzą. Pozwalanie by zawładnęły naszymi reakcjami i pragnieniami jest zaprzeczeniem inteligencji emocjonalnej. Przekonanie, że każda myśl ma znaczenie, powoduje że przestajemy być panami własnego losu a zaczynami być biernymi żyjątkami które jak suchy liść miotane są przez wiatr na różne kierunki. Posiadanie zbyt małego dystansu do własnych emocji oddziela od świata i czyni wrogów z ludzi, w efekcie czego niczym paranoik zaczynamy twierdzić, że świat sprzysiągł się przeciw nam. Pozostawmy więc terapię psychoterapeutom, w końcu muszą na czymś zarabiać, a my sami cieszmy się życiem- tym co jest, niezależnie czy wydaje nam się to dobre czy kiepskie. Bo i zło i dobro jest ledwie koncepcjami- ocenami stworzonymi w umyśle i jakkolwiek trwałe by się nie wydawały i tak przeminą.

Także blog może odrobinę się zmienić. Jako wielbicielka wszelkiej formy pisanej będę wciąż pisać o literaturze, ale na razie z psychologią daję sobie spokój. Dziękuję za wyrozumiałość 🙂

 

Zdjęcie: naningisme.wordpress.com

 

Osobowość turysty

nieturysta

Znacie to? Chcecie się spokojnie przejść spacerem na plażę a tu nie da rady. Turyści opanowali wasz stały obszar relaksacyjny. Kopią piłki, rzucają patykami po lodach, krzyczą coś w obcym dla was języku. Może warszawskim, ciężko stwierdzić. I jak przeżyć nalot takich osobników?


Przede wszystkim wziąć kilka głębokich oddechów. Turysta też człowiek. Zje lody, poturla piłką,  pochlapie się w wodzie i wyjedzie. Jeżeli nie pracujecie w branży turystyczno-hotelarskiej i nie macie namacalnych benefitów z ludzi zjeżdżających się do waszego ukochanego miasta, to ciężko zapewne jest wam kochać to zjawisko, tak jak trudno jest kochać ulewny deszcz podczas urlopu.

Na szczęście wszystko ma swój kres. Z nastaniem września plaże pustoszeją, chodniki i parki cichną i nagle zauważacie, że na niestrzeżonej plaży, spaniel biegający parę miesięcy temu za piłką, wciąż biega. I pewnie zawsze biegał, tylko ginął w tłumie kolorowej młodzieży lub może szukał wiatru tam, gdzie piasek nie widział stóp turysty.

Nigdy nie byłam stałym bywalcem plaż, ale latem bywam wyjątkowo rzadko, co by po prostu nie zwariować jak ćma nieudolnie próbująca wydostać się z gorącego klosza małej lampy. W takie chwile rozumiem, dlaczego otwarte, liberalne kraje nie lubią imigrantów. Bo ludzie cenią szacunek wyrażany przez obcych, do tego co zbudowali potocznie zwani tubylcy. Jestem solidarna z tubylcami kochającymi spokój jak i otwarta wobec tego co nieuniknione, zwłaszcza gdy mieszka się nad samym morzem.

Ja sama w końcu też nie raz bywałam turystą lecz na szczęście moim jedynym złamaniem dobrych obyczajów, było nieustanne pytanie o drogę na każdym skrzyżowaniu. Wszak nie każdy ma zmysł przestrzenny lub topograficzny. Swoją drogą często mam wrażenie, że autorzy map i przewodników nie przewidzieli opcji dla zaburzonych przestrzennie. I tu mój apel, drodzy autorzy powiększcie skalę, narysujcie strzałki z opisem jak z punktu A trafić do punktu B. I kolejno, C, D,E,F i tak dalej. W końcu nie będę uprzykrzać życia innym mieszkańcom, kiedy to mi przypadnie niewątpliwa przyjemność najechania jakiegoś pięknego świata w charakterze turysty.

 

Obrazek: http://www.wgorach.art.pl

Potrzeba wolności

emkrzyk

Coraz więcej młodych ludzi szuka w pracy i na ścieżce kariery nie tylko dużych pieniędzy ale również niezależności.  Łatwo zmieniamy pracę z jednej na drugą,  bo ogranicza wolność i nie pozwala nam się w pełni wyrazić.  A gdy jej nie zmieniamy, to często lądujemy u psychiatry.


Dostaliśmy niedawno, wspólnie z kolegą blogerem, wiadomość na fb od  naszego znajomego- innego blogera, o treści:  „Powiem wam, że wk****a mnie już powoli praca na etacie i trzeba coś wymyślić, by nasze blogi zaczęły zarabiać”.  Często słyszę takie głosy. Niekiedy bardziej zdeterminowane na zmianę, inne mniej. Głosy o potrzebę wolności i niezależności. Jesteśmy młodzi, potencjalnie silni i wytrzymali a jednak tak podatni na stres i obciążenia psychiczne jak nigdy wcześniej. Wychowaliśmy się w latach 80-tych i 90-tych, więc nie obcy jest nam bunt; potrafimy szukać wygody i spełnienia.  I nie ma w tym niczego niewłaściwego; trudno nas dziś zadowolić byle czym i wciąż szukamy złotego runa w bezkresnym lesie konsumpcji. Nie godzimy się na coś co w naszym pojęciu dalekie jest od szczęścia i niezależności. Widząc możliwości świata, oczekujemy więcej niż dekadę temu.

Pracuję na pół etatu i nie wyobrażam sobie pracować na pełen etat. Po prostu szkoda mi życia; moje życie jest zbyt cenne bym mogła tracić je na pracę dla kogoś. Wolę robić inne, ważniejsze rzeczy, chociażby takie jak dostrzeganie każdej wolno upływającej minuty czy cieszenie się słodkim lodem w upalny dzień. Infantylne? Socjologowie przeprowadzili badania na grupie ludzi w hospicjach, pytając ich, czego najbardziej żałują w obecnej chwili. Jedna z najczęściej pojawiających się odpowiedzi brzmiała: „że pracowałem za dużo”. To powinno dać nam do myślenia.

Mam sporo znajomych po 30-stce. Są to osoby dojrzałe emocjonalne, inteligentne i świadome, a jednak wiele z nich leczy się u psychiatrów, bo nie dają rady w pracy, bo nie wytrzymują gonitwy życia, bo nie radzą sobie z napięciem i nieustannym stresem, który każe działać na pełnych obrotach i rodzi trudny do określenia lęk.
Gdyby dziś na moim koncie pojawił się milion, pierwszą rzeczą jaką zrobiłabym jutro, byłoby złożenie wypowiedzenia w pracy. Potem zaczęłabym myśleć, co dalej. Zainwestowałabym w coś, założyła własną firmę, albo w końcu wydała książkę (we własnym wydawnictwie).

Kilka dni temu, gdy tak uskarżałam się koledze, że tego miliona wciąż nie mam, usłyszałam „no to znajdź sobie pracę na pełen etat”. Myślałam, że śnię. Jak można chcieć mieć pracę na pełen etat tylko po to by zarabiać 400 zł więcej? Czy tyle jest warte wasze życie? Bo moje warte jest przeżycia je tak jak chcę. I nieprawda że pieniądze pojawiają się u tych, którzy pracują najwięcej. U tych którzy pracują najwięcej pojawia się co najwyżej śmierć z  przemęczenia, a pieniądze leżą na koncie u tych którzy mają łeb na karku, pomysł na siebie lub po prostu pasję. Życie nie może być aż tak trudne. Pomyślcie tylko, na co bogatym pieniądze skoro byliby faktycznie tak zapracowani?

 

 

Obrazek: E.Munch „Krzyk”

Równowaga

tapeta

Idealna harmonia i umiejętność godzenia ze sobą różnych aspektów życia, świadczą o dojrzałości. Powodują, że lepiej nam się żyje, bo jesteśmy spójni w słowach i działaniach oraz spełnieni jako ludzie.


Pewnie nie raz zauważyliście, że odczuwacie szeroko pojęte szczęście w momencie, gdy każda sfera waszego życia jest zaspokojona czy po prostu poświęcacie jej tyle uwagi ile uważacie za słuszne. Najlepszym przykładem niech będzie odniesienie do życia prywatnego i zawodowego. Poświęcenie się tylko temu drugiemu, zrujnuje życie rodzinne lub uniemożliwi zbudowanie trwałych relacji z samym sobą i najbliższymi ludźmi. Fakt, że będziecie pracownikiem miesiąca z mnóstwem pieniędzy na koncie, nie wypełni pustki w waszym domu. I na odwrót; nic wam po wspaniałych, silnych więziach międzyludzkich, gdy co trzeci dzień lądujecie na dywaniku u szefa. Oby dwie z powyższych sytuacji są skrajnościami; brakiem umiejętności życia w równowadze . Żadna z sytuacji nie doprowadzi nikogo do relatywnego szczęścia.

Równowaga nie dotyczy wyłącznie sfery zawodowej i prywatnej, choć są one bardzo ogólne i można podpiąć pod nie mnóstwo innych elementów. Niemal każdego dnia zmierzamy się z tysiącem decyzji odnośnie życia. Pojedziemy na kurs jogi, popracujemy z umysłem, czy wybierzemy tydzień z karnetem do multikina i będziemy chodzić dzień w dzień na infantylne komedie?  Będziemy codziennie jeść tabliczkę czekolady czy po dwie kostki na deser po obiedzie a całą tabliczkę zjemy raz od święta?  Popracujemy intensywnie  nad muskulaturą zapominając o swojej kobiecie, czy raczej pójdziemy na siłownię co trzeci dzień a dwa razy w tygodniu zrobimy dla kobiety kolację przy świecach?

Wszystko rozgrywa się o tzw. „złoty środek” lub jak mawiają buddyści- drogę środka. Równowaga to nic innego jak umiar i zdrowy rozsądek.  Aby rzeczy funkcjonowały dobrze, trzeba mieć ustalone priorytety, umieścić je w planie dnia jako  „must do” a całą resztę wykonywać w zależności od potrzeb i możliwości. A czasami po prostu porzucić plan, położyć nogi na ratanowy stół i cieszyć się wiatrem na twarzy. Grunt to wiedzieć kiedy zabrać się do działania, a kiedy dać sobie chwilę przerwy; kiedy napierać a kiedy odpuścić; kiedy tańczyć a kiedy usiąść.  Wspaniałe jest to, że utrzymywanie życia w harmonijnych ryzach, daje poczucie spełnienia i odprężenia. Kiedy budzisz się każdego ranka wypoczęty, ze świeżym umysłem i dobrym humorem to znak, że idziesz prostą drogą przez życie a nie poboczem zmierzającym ku przepaści. Ostatecznie, dla wielu z nas to właśnie funkcjonowanie w równowadze jest ostatecznym celem i spełnieniem.  Usiądź więc dziś w ciszy i spokoju i pomyśl nad jakim aspektem życia chciałbyś bardziej popracować, która sfera ma niedociągnięcia i dlaczego. Czasem nie potrafimy ułożyć sobie życia, bo po prostu nie zadaliśmy sobie kilku ważnych pytań. „Co mogę dziś zrobić aby poprawić jakość mojej pracy/związku/ciała/umysłu (wstaw odpowiednie)?”.  Znalezienie odpowiedzi jest najszybszą drogą do zastosowania odpowiednich rozwiązań.

Obrazek: www. tapeciarnia.pl

 

 

Sami, lecz nie samotni

 

nhw

Kiedyś, podczas szczerej rozmowy, znajomy powiedział:
-Potrzebuję znaleźć sobie jakieś hobby. Albo dziewczynę.
-Ale po co?- Odparłam.
-Bo mi smutno samemu. I jakoś tak… nudno. Nie mam co robić.


Rozbawiło mnie to i zdziwiło jednocześnie. Bo ja nigdy ze sobą się nie nudzę. Po prostu uważam, że to niemożliwe.  Przecież zainspirować można się wszystkim! Kiedy się nudzicie proponuję zatańczyć do lustra, poczytać na głos, napisać listy do przyjaciół (długopisem!), śpiewać pod prysznicem, obejrzeć The Bing Bang Theory, postawić sobie tarota i zrobić wiele innych jakże fantastycznych rzeczy. Jakkolwiek egocentrycznie to zabrzmi, jestem święcie przekonana, że do szczęścia potrzeba nam jedynie samych siebie.

Uważam też, że aby odczuwać szczęście we własnym towarzystwie trzeba być ze sobą pogodzonym. Akceptować siebie w najmniejszych detalach. Lubić i doceniać zalety, tolerować ułomności. Dbać o siebie i być dobrym, tak jak dla najbliższego przyjaciela. Przede wszystkim zaś być świadomym, że druga osoba nigdy nie będzie w stanie dać nam szczęścia. Szczęście, miłość czy radość nie są skutkiem obecności ludzi w naszym życiu. Szczęście, radość i wszystkie inne cudowne uczucia to jedynie elementy uboczne wewnętrznej harmonii. Jeżeli kochamy siebie to kochamy też świat. Czy to nie brzmi logicznie?

Trudno jest dziś być z samym sobą i autentycznie spoczywać we własnym centrum. Od rana do wieczora nasza fizyczna przestrzeń jest namacalnie zaburzana od jazdy zatłoczonym tramwajem poprzez pracę w tzw „open space”, na byciu trącanym przez wózek starej kobiety, co stoi za nami w kolejce do biedronkowej kasy. Obce osoby nieustanne ingerują w naszą prywatną sferę dwudziestu kilku centymetrów, a tą powinniśmy ochraniać dla własnego zdrowia psychicznego. Nie bez powodu wpuszczamy tu z chęcią, tylko bliskie nam osoby jak przyjaciół i kochanków. Sfera intymna jest naszą granicą ciała, wolności i dystansu którego potrzeba każdej ludzkiej istocie.  Może dlatego, tak bardzo kocham momenty powrotu do pustego mieszkania, gdy otwieram na oścież okna, siadam na łóżku i po prostu doświadczam swego towarzystwa bez ingerencji świata w jakże osobistą przestrzeń.

Parę dni temu oglądałam zabawny program z cyklu „Lekko Stronniczy” a tematem rozmowy dwóch prowadzących było, czy ekstrawertyk poradzi sobie w kosmosie. Panowie doszli do wniosku, że nie bardzo. Bo ekstrawertycy kochają ludzi i czerpią od nich energię. W przeciwieństwie do introwertyków, którzy odzyskują energię będąc sami ze sobą. Jak pięknie powiedzieli: (wybaczcie chaotyczną składnię, ja tylko cytuję) „introwertycy jak są sami ze sobą, to nie jest tak, że nic nie myślą. Oni mają w sobie dwa, trzy głosy; rzucają myślami; i rozmawiają sami ze sobą”. Ubawiło mnie to i jako konsekwentny introwertyk przyznaję rację. Można się nudzić jedynie w kiepskim towarzystwie ale nigdy ze sobą. I życzę wszystkim, by odnaleźli każdego dnia choć skrawek przestrzeni tyko dla siebie. Czerpcie radość i ciekawość z odkrywania własnego, umysłowego kosmosu, bo cóż może być bardziej interesującego niż wy sami?

Coś dla zabawy:  🙂

 

Zakochaj się w rzeczywistości

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Często w swoim życiu doświadczałam uczucia, że bez aprobaty i akceptacji innych zginę lub stanę się nikim. Ale czy to prawda? Czy faktycznie człowiek bez uwagi ze strony społeczeństwa zginie? Czy aprobata jest tak samo ważna jak powietrze i woda?


Oczywiście, że nie. A najlepszym dowodem na to, jest fakt, że nie uzyskując aprobaty ze strony osób na których nam zależy, nadal żyjemy i mało tego- mamy się całkiem nieźle! Ba! Niektórzy nawet bez skrupułów pokazują nam, że nie lubią naszego towarzystwa a mimo to my nadal żyjemy i chodzimy po świecie. Czym jest zatem nieustanna potrzeba akceptacji ze strony społeczeństwa?

Niczym innym jak wołaniem o akceptację samego siebie, bo wszystko co projektujemy na świat jest naszym lustrzanym odbiciem. Wszystko co kierujemy do drugiej osoby, jednocześnie możemy skierować ku samemu sobie i będzie to tak samo prawdziwe.

Tytuł książki, który widzicie na zdjęciu („Kłamstwa o miłości. Jak przestać zabiegać o miłość, aprobatę i uznanie, aby w końcu je znaleźć”) jest banalny i trąci tanim romansem, podobnie jak ckliwa okładka w serduszka. Niech was jednak to nie zniechęci. To Byron Katie. Mądra i doświadczona kobieta o której pisałam wam już wcześniej. Wymyśliła ona metodę zwaną „The Work” i polega na zakwestionowaniu myśli, które nas unieszczęśliwiają. Metoda jest prosta bo polega na zadaniu czterech prostych pytań  a następnie na odwróceniu pierwotnej myśli tyle razy ile jesteśmy w stanie. Kolejnym krokiem jest znalezienie dowodów na to, że myśl po odwróceniu jest równie „prawdziwa” jak pierwotna, dzięki czemu widzimy, że jest prawdziwe tylko to w co chce wierzyć umysł. Poza tym, niektóre odwrócenia myśli kierują uwagę w naszą stronę- do naszego wnętrza. Zobaczcie:

„Potrzebuję ich miłości”.
1. Czy to prawda?
2. Czy jesteś absolutnie pewien, że to prawda? ( dlaczego jej potrzebujesz? a jeżeli jej nie otrzymasz, to co się stanie? jaki jest najgorszy scenariusz?
3. W jaki sposób reagujesz, gdy wierzysz w tę myśl? (opisz swoje uczucia)
4. Kim mógłbyś być, gdybyś nie wierzył w tę myśl (opisz jak wygląda twoje życie, gdy nie towarzyszy ci stresująca myśl)

A teraz odwróć to, np tak:
– ” Nie potrzebuję ich miłości”
-„Potrzebuję swojej miłości”
I udowodnij, że te dwa odwrócenia są prawdziwe. Podaj po trzy przykłady, że jest tak, jak w powyższych dwóch zdaniach.

To co prezentuje Byron Katie jest nauką życia w zgodzie z rzeczywistością. Nie bez powodu, jedna z książek Katie nosi tytuł „Kochaj co masz”- dokładnie tego uczą jej lektury. Akceptacji i radości z tego, co jest i zwracania się ku swojemu wnętrzu, bo tam znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania. To nie ludzie nas unieszczęśliwiają. Robimy to sami wierząc, że ludzie powinni być dla nas dobrzy, mili, kochający, szczodrzy, hojni, uczciwi a my powinniśmy być piękni, bogaci, szczupli, charyzmatyczni, śmiali, nieskrępowani, inteligentni i dowcipni. Jeżeli brakuje nam jakiegoś z wyżej wymienionych elementów mamy doskonały powód by karać się i biczować do końca życia. Książki Katie pokazują, że jedyną osobą, która może cię unieszczęśliwić jesteś ty sam, więc powiedz sobie stop i nie dawaj wiary swoim frustrującym myślom. Kochaj co jest. Kochaj rzeczywistość.

Najbogatsi są ci, którzy niczego więcej nie potrzebują, nawet jeśli mają niewiele.

Jeżeli chcesz więcej poczytać o Byron Katie:
https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2014/04/27/jestes-tym-co-myslisz-o-sobie/