Moc dystansu

wioska

Czasem niewiele trzeba aby zobaczyć życie na nowo. Niekiedy wystarczy zostawić wszystko za sobą, przestać biec lub spuścić z tonu. Dystans umożliwia zobaczenie rzeczywistości takiej jaka jest, bez nadawania jej zbędnych kolorów.


Dlatego warto czasem wyjechać, zmienić otoczenie, pobyć z kimś innym, lub po prostu pobyć z samym sobą. Nic tak nie napełnia umysłu dobrymi wrażeniami jak krótki wyjazd, choćby weekendowy. Wspaniałe w naszej Polskiej Krainie jest to, że w ramach kościelnych świąt, dostajemy w gratisie wolne od pracy. A o wyznanie nikt nas na szczęście nie pyta. Gdyby pytali i na tej zasadzie przyznawali dni wolne, ateiści byliby najciężej pracującymi obywatelami.

Zmieniając atmosferę, porzucamy utarte nawyki myślowe i otwieramy się na doświadczanie. Słuchanie. Poznawanie. Nawet, jeśli jest to miejsce do którego powracamy stale, już od wielu lat.
Dla mnie najtańszym i najprostszym sposobem na oddech jest wyjazd na wieś do rodzinnego domu. To jak wyłączanie stopera i życie w zgodzie ze starym, przedwojennym zegarem, w którym zastygają w bezruchu wskazówki na szklanej tarczy. Kilka dni spędzonych w małej, nadwiślańskiej wsi uspokaja wiecznie zapracowany umysł; oddech zwalnia, rytm serca dostosowywuje się do prowincjonalnego ruchu mieszkańców a oczy zaczynają widzieć- nie tylko patrzeć.

Kilkukilometrowa wycieczka po polnych drogach, starym kremowym holendrem jest wówczas najlepszą z rozrywek, podobnie jak wyjście po mleko do małego sklepu, w którym kolejka zawija do skrzypiących, nigdy nienaoliwionych drzwi. A kolejka jest istnym sprawdzianem cierpliwości. W takim miejscu nie przeszkadza ani stara kasa fiskalna ani powolna, sprzedająca pani w białym, PRL-owskim fartuchu. Wręcz przeciwnie. Dzieciństwo zamknięte w fantazyjnych obrazkach, zaczyna ożywać z pełną mocą, gdy widzię, że na wsi w której dorastałam, niewiele się zmieniło. Dla mnie, mieszkanie tu było zaledwie poczekalnią, a dla innych jest to cała historia życia z osobliwymi anegdotami, niczym z „Opowieści Galicyjskich” Stasiuka. 

Nie bez powodu wielcy medytujący udawali się na odosobnienia. Zaszywali się w gęstych lasach, chowali w jaskiniach. Kiedy pozbywasz się wygód i odcinasz od tego co znasz na codzień, wyostrasz zmysły i przecinasz stare schematy myślowe. Zaczynasz żyć a przestajesz szukać jego sensu, wiedząc, że żadne poszukiwania nikogo nie doprowadziły do rychłego celu. Dopiero porzucenie pragnień i zmagań pozwala osiągnąć cel.

„Nie ma drogi do szczęścia. To droga jest szczęściem”.

 

 

Prowincjonalia

żabianka

Kto mieszkał w małym mieście ten zna uczucie bycia puzzlem małej, miejskiej układanki. Bycia czyimś sąsiadem. Bycia znajomym przechodniem. Stałym klientem i znajomą twarzą.


Żabianka. Małe miasto w wielkim mieście. Część Trójmiasta, ale i odrębna planeta, która żyje swoim tlenem i tętni specyficzną krwią. Pachnie starością i socjalizmem. Kocha starych ludzi, przygarnia studentów AWF. Bezpieczna, bo daleka od serca Gdańska. Jest zaledwie jego granicą, niepotrzebnym organem niczym wyrostek robaczkowy czekający na usunięcie.  Ale ma też swój, niepowtarzalny klimat prowincjonalnej oazy.

Polubiłam Żabiankę bo polubiłam być nieanonimowa.
Czasem nieśpiesznie przechadzam się po tej ciekawej okolicy by poczuć się częścią mikroświata. Zaglądam do znajomego warzywniaka, w którym czeka na mnie sok marchwiowy. Odwiedzam drogi, osiedlowy spożywczak, w którym burczące otyłe panie pakują mi jak co wtorek naleśniki z twarogiem. Odwiedzam second-handy, choć panie w nich pracujące, nie mają pojęcia czym jest second-hand. I wcale nie chodzę bo mam pustą szafę. Chodzę, bo spotykam tam dzieciństwow plotkujących kobietach w średnim wieku, które dzielą się przepisami na chleb bez drożdży. I lubię słyszeć, że dobrze że przyszłam bo jest bluzka rozmiar 36. Bibliotekarze znają moje miłości i zaburzenia przestrzenne; wiedzą  między jakie regały trzeba mnie pokierować a od jakiegoś pół roku przestali naliczać kary za przetrzymywanie książek. Przyzwyczaili się, że zwracam. Z opóźnieniem, lecz zwracam.

Przyklejamy się do miejsc, ludzi i klimatu stając się jego tłem i kimś na swoim miejscu. Im więcej nawiązanych relacji tym trudniej odejść. Trzy i pół roku temu przeprowadzając się na Żabiankę, dziwiłam się, że ktokolwiek jest w stanie wytrzymać życie w ciasnej, starej dzielnicy. Tymczasem ludzie rodzą się tu, dorastają, kochają, starzeją, umierają- z dala od serca miasta, zadowalając się jedynie jego cienkim, ginącym naskórkiem. Tworzą enklawę lokalnej społeczności, dostępnej dla podobnych sobie i w tym znajdują swoje miejsce i spokój. Jest bar mleczny dla głodnych pracusiów. Wegebar dla pro-eko studentów. Jest cotygodniowa wystawka starych książek pod małą kwiaciarnią i chuda pani na deptaku, co niezmiennie sprzedaje opadające kielichami w dół tulipany.

Takie miejsca się nienawidzi i kocha jednocześnie. Kiedyś przeklinałam Olsztyn za jego nieznośną prowincjonalność, a teraz znów osadzam się w podobnej atmosferze kurzu, betonu i małomiasteczkowości. Z tą różnicą, że pachnie tu morzem. A tam gdzie morze, tam zawsze widzę wolność.

Inteligencja miłosna

ilu

Bez niej związki kończą się równie szybko, jak zaczynają. Wybuchają ogniem i w ogniu impulsywnych decyzji spalają kochanków, wspólną przeszłość i niewydobyte możliwości.


Inteligencja miłosna jest umiejętnością sprawnego poruszania się po terytorium związków partnerskich. Opiera się na mądrości i właściwie rozbudzonej inteligencji emocjonalnej. Książka którą niedawno odkryłam, „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie” autorstwa Mary Valentis i John’a Valentis przedstawia  w logiczny i spójny sposób różne poziomy miłości.  A są to:

  • zakochanie (czyli silne zaangażowanie psycho-fizyczne, z dużą dawką ładunku emocjonalnego, jednak bez emocjonalnego zaangażowania)
  • miłość romantyczna (dużo namiętności ale również głębokie zaangażowanie emocjonalne i lojalność względem siebie nawzajem)
  • miłość przyjacielska (końcowa faza miłości romantycznej, gdzie widać mniej pożądania ale pojawia się więcej innych wspólnych obszarów, pasji, czynności wykonywanych razem, które silnie łączą parę. Opiera się głównie na zaufaniu i bliskości)
  • miłość inteligentna-stabilna (trwałe zaangażowanie uczuciowe, które, jak piszą autorzy „…wydobywa z ciebie i partnera wasze najlepsze cechy. Każdemu z was pozostawia dość miejsca na osobisty rozwój i każdemu zapewnia wsparcie emocjonalne. Ten rodzaj miłości pozwala wam na zgłębianie własnego ja i zmienianie się na lepsze”.

Większość związków w dzisiejszych, pozbawionych trwałych wartości czasach, kończy się zwykle po pierwszej lub drugiej fazie miłości, kiedy namiętność diametralnie się obniża. Ludziom łatwiej odejść niż skupić się na obszarach wspólnych, które wiele wnoszą do ich związku i do świata. Gdyby partnerom chciało się wkładać odrobinę więcej wysiłku i empatii w związek, większość relacji mogłaby bez trudu przejść drogę od zakochania po miłość stabilną, która cechuje tzw. „stare pary”, znające się od podszewki, kochające się i które mają świat wspólnych celów i idei, ale również odrębne zamiłowania i obowiązki.

I o tym jest „Inteligencja miłosna”. Jak wytrwać by zbudować stabilny związek.  Wskazuje obszary odpowiadające za umiejętne rozwiązywanie konfliktów, przy jednoczesnym zachowaniu własnej niezależności i odrębności. Autorzy zwracają dużą uwagę na praktyczną część życia- dzielą się nie tylko konkretnymi, prawdziwymi faktami z życia swojego i innych par- ale również dają do wykonywania ćwiczenia na rozbudzenie empatii czy samoświadomości uczuciowej.

Cała książka, krok po kroku i przykład po przykładzie pokazuje czym jest inteligenty związek  i jak go zbudować. Jednocześnie pozbawiona jest ckliwego tonu; wręcz przeciwnie. Napisana jest w logiczny i prosty sposób, który trafi do mądrego czytelnika niezależnie od płci. Jej zdecydowanym plusem jest zawartość metod, które zachęcają do pracy nad własną inteligencją miłosną, ułatwiającą życie nie tylko w związku z partnerem ale także z innymi ludźmi, których spotykamy każdego dnia. Wysokie IQ nie gwarantuje szczęścia. Wysokie EQ owszem. Im bliżej ludzi, im lepsze relacje z otoczeniem, tym bardziej potrafimy stawiać czoło przeciwnościom losu.

Rozbudź w sobie empatię

Friends

 

Siła wzajemnej empatii jest nieoceniona. Buduje dobre związki, zacieśnia więzy i czyni nas ludzkimi w ciepły i serdeczny sposób.


Po co nam empatia? Po to by współodczuwać i rozumieć drugą istotę. Zarówno partnera, jak również przyjaciół czy nawet szefa. Pozwala zrozumieć motywację drugiej osoby nie poprzez analityczną kalkulację, lecz poprzez wczucie się w sytuację rozmówcy. Jest ściśle związana z intuicją, więc istnieje pogląd, że kobiety zwykle bywają bardziej empatyczne niż mężczyźni. Prawdopodobnie jest to związane z naszą matczyną naturą. Nawet jeżeli fizycznie nie jesteśmy matkami, to podświadomie dążymy do tego by kimś się zaopiekować. Nawet nie posiadając własnych dzieci potrafimy wyczuć nastrój drugiej osoby i rozpoznać czego potrzebuje. Tak jak matka wie, czego potrzeba dziecku, gdy płacze.

Zdarzyło ci się czuć ból tylko dlatego bo ktoś cierpiał? I na odwrót, czy bywało, że zacząłeś być radosny tylko dlatego, że obok ciebie usiadł śmieszek? To zdecydowany dowód na to, że przejmujesz uczucia od innych i chcąc nie chcąc odczuwasz dokładnie to samo, co druga osoba. Łatwiej ci dzięki temu nawiązywać kontakty i głębokie przyjaźnie, ale trudniej też o stabilność. Chyba, że dysponujesz doskonale rozwiniętą inteligencją emocjonalną i potrafisz nie podążać za uczuciowymi impulsami lub po prostu nie brać ich na poważnie.

Empatia jest po części cechą wrodzoną, ale można także jej się nauczyć poprzez skupianie się bardziej na rozmówcy niż na sobie. Warto wtedy rozbudzić w sobie czułość na niewerbalne komunikaty drugiej osoby. Jej postawę ciała, gestykulację, ton głosu, jej wzrok. Istotne jest by w czasie, gdy druga osoba mówi, nie przerywać i nie układać w głowie odpowiedzi czy własnej reakcji. Podczas dyskusji skupiamy się w całości na rozmówcy, aż zrozumiemy jej punkt widzenia. Osoby, które są głęboko empatyczne są wspaniałymi partnerami w pracy lub życiu, bo potrafią słuchać i wyciągać odpowiednie wnioski. Łatwiej z nimi również o kompromisy bo dyskusja czy konflikt nie jest dla nich polem bitwy lecz doskonałą sytuacją by lepiej zrozumieć  siebie wzajemnie.

Nietrudno rozpoznać, kto z twoich znajomych jest empatycznym człowiekiem. Jest to ta osoba, która wyciągnie cię z przyjęcia, bo wie, że źle się na nim czujesz. Odda ci bluzę przy ognisku, widząc że marzniesz i przytuli kiedy odczuwasz głęboki smutek, choć nie powiedziałeś o tym ani słowa. To ta osoba która nie tylko patrzy lecz widzi co się dzieje i czyta między wierszami. Wydobywa informacje z przestrzeni i działa odpowiednio do sytuacji, tak by każdy czuł się lepiej. Każdy z nas może rozbudzić w sobie empatię. Podstawa to otworzyć się na drugiego człowieka i przez chwilę zapomnieć o sobie.

Siła komplementu

amaz

 

Nic tak nie podnosi dobrego humoru jak szczery komplement prosto z serca. Wielu ludzi jednak, wciąż nie potrafi się nimi cieszyć. Wręcz przeciwnie- zaprzeczamy im, trywializujemy, lub po prostu czerwienimy się pod wpływem miłych słów skierowanym ku naszej osobie.


Jest to po części wynik niskiej samooceny, lub przekonania, wyniesionego z rodzinnego domu, że dobre dziecko, to skromne dziecko. Więc jako dorośli też jesteśmy skromni, aż w nadmiarze. Nie potrafimy się cieszyć najprostszymi rzeczami a w dobrych słowach, doszukujemy się ukrytego dna.

Komplementy natomiast pobudzają do działania a umiejętnie stosowane są przysłowiową „marchewką” by pracować wydajniej. Na niektórych pracowników, jedynie ten system nagród działa mobilizująco. Bo kto z nas mniej lub bardziej świadomie nie dąży do bycia akceptowanym? A komplement tym właśnie jest- utwierdzeniem, że jesteśmy dobrzy, że ktoś nas docenia, że ktoś widzi w nas duży potencjał.

Dziś na szkoleniu z technik sprzedażowych, dostaliśmy od trenerki inspirujące ćwiczenie do wykonania. Każdy z uczestników miał napisać na pustej kopercie swoje imię i położyć na środku wielkiego stołu. Dostaliśmy do ręki po długopisie i dziesięciu karteczkach. Naszym zadaniem było napisać anonimowo do każdego z uczestników po jednym, szczerym komplemencie a następnie umieścić go w odpowiedniej, imiennej kopercie. I tak każdy z nas dostał po dziesięć komplementów (tyle osób brało udział w szkoleniu). Niektóre się powtarzały, inne były odkryciem. Jedne dotyczyły urody, inne cech charakteru. Nikt nie dzielił się ze sobą tym co znalazł w kopercie, ale po ludziach było widać mieszane uczucia. Wypieki na twarzy, zakłopotanie ale też dużo radości. Sytuacja była dla mnie ciekawym odkryciem, bo sprowokowała nas do odszukania w sobie nawzajem dobrych cech, mimo iż nie wszyscy darzymy się wielką sympatią. Myślę, że to jest klucz do złagodzenia niektórych ludzkich antypatii- koncentrować się na pozytywnych stronach innych ludzi, nawet gdy mamy z nimi trudne relacje.  Kiedy zobaczymy w innych wiele dobrego, pewne problemy i blokady komunikacyjne rozpuszczą się same z siebie, a inne stracą na sile.

Mam dla Was zadanie do wykonania. Powiedzcie dziś trzem osobom po jednym  komplemencie prosto z serca i zobaczcie co czujecie, i co jednocześnie dzieje się z drugą osobą. Powiedzcie komplement ukochanej osobie, potem zadzwońcie do przyjaciela, i wreszcie skomplementujcie kogoś kogo nie darzycie wielką sympatią, lub macie do niej neutralny stosunek. Co zobaczysz? Uśmiech czy zakłopotanie? Jedno jest pewne, po wypowiedzeniu paru miłych słów, będzie dwóch wygranych- osoba skomplementowana, w której zaskakujące słowa wyzwolą pozytywną energię jak i nadawca, który uczy się dostrzegać piękno nawet tam, gdzie jest ono głęboko ukryte. Relacja taka, niezależnie czy jest związkiem dwójki znajomych czy pozornie obojętnych sobie osób, może tylko wzrosnąć i skorzystać. Być może zauważysz, że z drugą osobą masz więcej wspólnego niż myślałeś, a już na pewno zobaczysz, że świat nie jest taki zły jak go malują. Wszak piękno mieszka w oku patrzącego.

Wszyscy nasi nauczyciele życia

serce

Są ludzie których kochasz od zawsze i na zawsze pozostaną w twoim sercu. Kochasz ich mimo rozłąki, mimo nierozmawiania z nimi od stu lat, kochasz ich mimo ich przeprowadzek, lub gdy sam opuszczasz ukochaną ojczyznę. Kochasz ich bez warunków a i oni kochają ciebie nie żądając niczego w zamian.


Przyjaciele? Możliwe. Staram się w żaden sposób nie określać ani nie nazywać ludzi których kocham. Nie zamierzam być w żadnym pudełku i nikogo też w nim nie umieszczam, choć to zapewne ułatwiłoby sprawę. Ale po co chować skarby w pudełkach, kiedy mogą się mienić tysiącem nienazwanych barw?

Są w moim życiu ludzie, którzy pojawili się nagle, otwierając całe serce na moją niepokorną osobę. Nigdy nie przyrzekali, że będą wiecznie. Ale są. Całkowicie i bez warunków. Niekiedy milcząco, niekiedy telefonicznie, a niekiedy są kartką papieru pachnącą podróżą po Grecji. Bywa, że widujemy się raz na pół roku; są też w moim życiu inspirujące osoby, z którymi spotykamy się raz na dwa lata, a wiemy o sobie wszystko, bo przestrzeń zawiera informację. I nawet czas i nieobecność nie są w stanie stworzyć podziałów. Przyjaciele po prostu są. Dokładnie tak jak i ty jesteś, gdy zajdzie potrzeba. Ta obecność odbywa się niekiedy w tle a niekiedy w samej cieplej myśli.

Są też w życiu ludzie, którzy kochają nas nad życie. Opiekowali się nami od zawsze a największy akt miłości okazali w momencie gdy otworzyli złotą klatkę mówiąc „fruń!”. Rodzice. Osoby, które oddadzą ostatnią kroplę miłości, osoby które kochasz całkowicie, choć może ostatnio byłeś u nich na wigilijnej kolacji. Mama, która nauczyła cię być kobietą, tata który zapewnił opiekę i bezpieczeństwo.

I twoi partnerzy. Byli i obecni. Wszyscy, których kochałeś nad życie, choć bywało, że stawiałeś warunki. Ale po to byłeś w związku- by się rozwijać, by wzrastać, by stawać się kimś lepszym i by uczyć się wzajemnie od siebie w każdej trudnej godzinie. Spójrz w przeszłość i zobacz, że nie warto żywić urazy do żadnego z partnerów. Nawet gdy był ból czy rozczarowanie. Każdy starał się jak mógł. Każdy kochał taką miłością jaką miał w sercu, każdy działał tak jak nauczył się reagować w rodzinnym domu. Zobacz, co pięknego dostałeś od partnerów? Może to, że śmielej poruszasz ciałem w tańcu? A może nauczyłeś się celebrować wieczory z winem przy wonnych świecach? Radości życia, przełamywania barier, okazywania uczuć? Może stałeś się bardziej empatyczny? Doceń to i kochaj wszystko co otrzymałeś i kochaj każdego, kto towarzyszył na twej krętej drodze życia.

Kiedyś bałam się mówić, że kocham, bałam się, że coś stracę, że ktoś mi coś zabierze, że jak „kocham to przegrywam”. Że miłość jest dla słabych a oschłość cechuje wojowników. Ale jedyna wojna, jaką prowadzisz, to wojna z samym sobą, z własną emocjonalną prawdą. Uczuć nie można się pozbyć, co jedynie zamieść pod szary dywan, który jednak pewnego dnia nie umknie uwadze twojej i twoich nowych gości.  Puść wszystko co masz w sercu, obserwuj to, przyjmij do świadomości, poczuj. I powiedz kocham. Rodzicom. Partnerowi. Przyjaciołom. Wszystkim, którzy są. Bo czynią twoje życie pełniejszym i wiele cię nauczyli.

Kocham Cię i dziękuję, że jesteś.

Znajdź swój Everest

wspin

Czasami wszyscy zadajemy sobie pytanie- gdzie szukać inspiracji do życia i działania? Jak chcieć gdy się nie chce? To typowe pytania dla osób, które cierpią na zniechęcenie, spowodowane niesprzyjającymi okolicznościami. Tymczasem życie samo pokazuje drogę ukrytą wśród zarośli rutynowych zajęć, lub zaskakuje nieoczekiwanymi zwrotami akcji.


Życie pokazuje drogę, gdy jesteśmy ludźmi o otwartych umysłach. Pojęcie, że  sytuacja w której jesteśmy skazuje nas na z góry określone rzeczy i że nie mamy możliwości swobodnego poruszania się w przestrzeni, niczym ograniczone pionki na czarno-białej szachownicy, jest dla nas mało przekonującą abstrakcją. Póki myślimy, póki mamy możliwości wyboru, póki nie zamykamy się w złotej klatce bez dostępu do świata, wszystko czego pragniemy, ma szansę się zamanifestować. Lub inaczej- jesteśmy w stanie zdobyć każdy życiowy Everest, jeżeli tylko uwierzymy w swoje zdolności do działania.

A inspirację do tych działań możesz znaleźć wszędzie. W drugim człowieku, gdy opowiada ci o wspaniałej podróży po Azji, w książce, która zawadiacko mruga zza sklepowej witryny, czy w wydarzeniach w których chcąc nie chcąc uczestniczysz mniej lub bardziej świadomie i w przypadkach, które przypadkami być przestają, kiedy nagle interpretujesz ich przesłanie. Wszystko, co inspiruje, jest dobre. A inspirować może nawet niepozorny listek na wietrze, czyż nie?

Bywają gorsze dni. Jasne. Każdy je ma. Ja je mam. Ostatnio nie mam weny do pisania. Przymuszam się, by wpis pojawił się przynajmniej raz na trzy dni. Nie pomaga mi nawet pozytywny feedback ze strony czytających przyjaciół. Jest zdecydowanie za mało odzewu ze strony osób bezstronnych.  Statystyki falują niczym morze zakochane w kitesurferze. A ja fal nie lubię.

Zaczęłam szukać inspiracji w audiobooku, który już co prawda przesłuchałam, ale epilog „Blogera”, wykonany głosem Tomczyka, zawsze na nowo potrafi podnieść mnie na duchu. Kominek wspomina tam o książce, która zmieniła całe jego życie- „Martin Eden” Jacka Londona. To książka o młodym chłopaku z niższych sfer, który postanawia zdobyć serce pięknej kobiety, wybijając się poprzez literaturę, którą tworzy. Lektura ta jest zatem opisem przemiany z typowego „średniaka” w bohatera ,  oraz mottem, że chcieć to móc.

Kilka dni temu, wracając z pracy, mijałam gdańską, niewielką kwiaciarnię mieszczącą się obok biblioteki. Czasami, stoi przed nią niewielki karton ze starymi książkami i małym bloczkiem, na którym widnieje napis „do wzięcia”. Zwykle omijam to ciekawe zjawisko z reguły na mało interesujące książki, które biją po oczach tytułami rodem z XVIII wieku. Tym razem jednak, zza kartonu wyglądał stary, posklejany… „Martin Eden”.

Przygarnęłam chłopaka.
I jak tu się nie inspirować „przypadkami”?

Blogerzy

bloger

Druga lektura o specyfice blogosfery za mną. Czy książka „Blog- Pisz. Kreuj. Zarabiaj” Tomka Tomczyka wniosła coś ciekawego do mojego życia? Na pewno, choć głównie polecam ją tym, którzy już wiedzą jak ugryźć blogosferę i social media.


Dla początkujących, istnym skarbem wiedzy będzie jego wcześniejszy poradnik- „Bloger”. To ona powinna towarzyszyć ci w pierwszej fazie blogowania- gdy zastanawiasz się gdzie założyć bloga, pod jaką nazwą i o czym. A nawet później będzie nieodłącznym elementem twojej zabawy ze stroną, kiedy będziesz chciał na okrągło ją ulepszać. Czyli włączyć w stronę Google Analitycs, stworzyć zakładkę „Współpraca” czy połączyć bloga z kontami na wszelkich możliwych portalach społecznościowych. Możliwości jest mnóstwo i sama jeszcze nie rozpracowałam wszystkich.

W „Blogerze” przeczytasz (ja osobiście mam audiobooka, polecam, fantastyczna sprawa!) jak tworzyć dobre teksty i co świadczy o sile blogerów. Dowiesz się kim jest dobry bloger, jaką powinien mieć mentalność, oraz jakie teksty są jego siłą. Podążając za niektórymi radami dotyczącymi tytułów i lidów, statystyki na moim blogu drastycznie podskakiwały. Wniosek? Tomczyk zna się na rzeczy!

„Blog- Pisz. Kreuj. Zarabiaj” jest natomiast dla tych trochę większych i starszych dzieciaków, co to blogosferę mają w małym palcu. Dowiesz się z niej, jak zarabiać, czym jest dobry marketing i jak wyceniać samego siebie. Motywem przewodnim i hasłem, które co rusz rzuca się w oczy na kartach książki jest „Ceń się i bierz pieniądze!”. Brzmi materialistycznie, prawda? Jednakże Kominek bardzo wyraźnie powtarza- bycie blogerem to nie tylko styl życia, to również praca, za którą należą się uczciwe pieniądze. W Polsce jest kilka tysięcy regularnie aktualizowanych blogów, jednak duże pieniądze zarabia tylko piątka z nich, kilkunastu dostaje natomiast niewielkie kwoty. Jak się czujesz z tą informacją? Tu nasuwa się pytanie- dlaczego piszesz? Dla pieniędzy? Dla poczytności? Dla sławy? Jeżeli z którychś z powyższych powodów, rzuć to! Bloga najpierw tworzy się dla siebie, dla własnej przyjemności przelewania myśli na wirtualny papier. Potem dopiero przychodzi wszystko inne, z dobrym promowaniem marki włącznie.

Wnioski? Jeżeli prowadzisz stronę do roku czasu, „Bloger” jest pozycją obowiązkową, która pomoże ci wykreować wizerunek i pozwoli uniknąć najgorszych błędów popełnianych przez sztab młodych adeptów krainy zwanej blogosferą. A gdy już zbudujesz sobie społeczność a statystyki będziesz miał na stabilnie wysokim poziomie, weź do ręki drugą książkę Tomczyka. Jak jesteś niecierpliwy, czytaj dwie książki równolegle, czemu nie. Grunt to mieć pomysł na siebie i umiejętności zastosowania pożytecznych rad u siebie na blogu.

Inspirującej lektury zatem i samych dobrych tekstów!

Jak być wydajnym człowiekiem?

Productivity Freeway Exit Sign

Świat wymaga od nas wysokiej wydajności. Mamy działać na pełnych obrotach w: pracy, domu, a nawet podczas rowerowej przejażdżki. Sami również tego od siebie wymagamy i nie jest to niczym złym. Niemal każdy z nas chce przeżyć życie intensywnie, wyciskając z niego co się da.


Pytanie tylko jak to zrobić i co się składa na wysoką wydajność? Otóż jest to sześć elementów, w czym dwie z nich to absolutna podstawa. Zadaj sobie kilka pytań i pracuj nad tymi sześcioma elementami a będziesz w stanie podnieść się z poziomu przeciętnej wydajności, na wysoki poziom efektywności.

1. Cel- czy jesteś świadomy do czego dążysz? To twoje marzenia, dążenia, twoje osobiste priorytety. To klarowna droga, którą idziesz. Świadomość drogi pozwala łatwiej znaleźć odpowiednie narzędzia do realizacji celów. Są to także pomniejsze cele, przy których można zapytać samego: jak mogę dobrze służyć? Jak mogę być dobrym pracownikiem/szefem? Jak mogę być dobrym partnerem/przyjacielem? W jaki sposób mogę być dla innych?

2. Obecność- to całkowite zaangażowanie w się w tu i teraz; bycie skoncentrowanym na zadaniu i drugim człowieku; to całkowita uważność i wysoka energia. Staraj się być zaangażowany w każdą relację i każdą sytuację, bądź zawsze w tu i teraz i zobacz co się wydarzy, zobacz jak bardzo inni otworzą się na ciebie i obdarzą cię głębokim zaufaniem.

Są to dwie podstawy wydajności. Dalszymi ważnymi elementami, nad którymi trzeba popracować, są:

3. Psychika– to cechy waszej osobowości, które wpływają na to, w jaki sposób dążycie do celu. Zadaj sobie dwa pytania- jakie trzy hasła najlepiej cię określają i jakie trzy hasła najlepiej określają twoje relacje z otoczeniem? Mogą to być również hasła, które chcecie by was określały, a więc coś do czego dążycie. Możecie je sobie zapisać na kartce i mieć zawsze w pobliżu, aby porównywać- czy to co robicie, to w jaki sposób żyjecie jest bliskie temu co napisaliście na kartce. Jeżeli nie, zastanówcie się, co zrobić, by podnieść się na ten poziom. Te sześc haseł, to wasz wysoki poziom do którego dążycie. Ja mam zapisane: determinacja, fascynacja, obecność. Myślę, że determinacja określa mnie jako człowieka teraz a fascynacja i obecność, to coś do czego dążę. Chcę nieustannie ekscytować się życiem, światem i ludźmi. I chcę przy tym zawsze być w tu i teraz, w pełni zaangażowana w sytuacje.

4. Fizjologia- często pomijana a jakże ważna. To wasz poziom energetyczny, samopoczucie waszego organizmu. Nikt z nas nie jest w stanie być wydajnym, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Więc dążąc do wysokiej wydajności trzeba pamiętać o tym aspekcie jakim jest zdrowie fizyczne, na które składają się: wypoczynek, czyli odpowiednia ilość snu (7-8 godzin) oraz optymalne nawodnienie organizmu.

5. Produktywność- skupcie się na rzeczach istotnych; podążajcie za priorytetami; wydatkujcie energię na rzeczy, które  ostatecznie przyniosą wam oczekiwany rezultat. Zadaj sobie jedno ważne pytanie: co jest twoją życiową misją? Do czego dążysz? Znajdź odpowiedź i codziennie pełen inspiracji i optymizmu wykonuj zadania, które ostatecznie przybliżą cię do tego celu.

6. Perswazja (wpływ na innych)- bycie wydajnym to również bycie wpływowym człowiekiem, a więc takim, który przekonuje do siebie innych. Sekretem ludzi wpływowych to entuzjazm. To bycie charyzmatycznym i przekonującym; to spójność w słowach i działaniach. Więc bądź optymistą! Wyzwól w sobie entuzjazm!
Zajmuję się sprzedażą. Od mojego targetu zależy moja wypłata. Potrafię sprzedać produkt lub usługę, kiedy jestem całkowicie zaangażowana i podchodzę do klientów z entuzjazmem, bo nic tak nie przekonuje innych jak: energia, radość i zaangażowanie.

Aby przybliżyć wam o czym piszę, załączam inspirujący wykład z którego wiedzę zaczerpnęłam.  „6 questions for High-Performance from Brendon Burchard”.

W krainie chichów

małpa

Podpisując umowę z międzynarodową firmą powinniście mieć świadomość, że zgadzacie na dress code- nie tylko formalny dotyczący stroju lecz również dress code własnej twarzy.


Czasem mam wrażenie, że praca w korpo przypomina życie według kodeksu rodem z Alicji w Krainie Czarów. Pracownicy zobowiązują się nosić słodkie różowe sukienki, przewiązywać blond czuprynę jedwabną kokardką, a uśmiech mieć przytwierdzony w nieruchomej pozie grymasu. Zgadzamy się na wieczny wymóg uśmiechu, nawet kosztem własnego zdrowia psychicznego. 

A psychologowie niedawno odkryli, że nieustanne przymuszanie się do uczuć, których w sobie nie mamy, powoli wyniszcza i wyczerpuje psychicznie.  W dzisiejszym plastikowym świecie, karierę robią „śmieszki”, a pracodawcy wychodzą z założenia, że im częściej się uśmiechasz tym bardziej manipulujesz częścią mózgu odpowiadającą za dobre samopoczucie, w efekcie czego… ostatecznie musisz poczuć się dobrze. Błąd!

Tak samo jest z podziałem na ekstrawertyków i introwertyków. Ci pierwsi szybko pną się po szczeblach kariery, umiejętnie poruszając się w pajęczynie kontaktów międzyludzkich. Introwertycy często całe życie pozostają pracownikami szeregowymi. Nie ukrywam, że zawsze przegrywałam wszelkie starcia grupowe, i jak mam do zrealizowania jakąś pracę w grupie, pierwsze co robię, to ziewam i wyciągam przed siebie nogi, czekając aż ludzie coś za mnie zrobią. Po prostu praca w grupie dla introwertyków jest nudna i mało motywująca. Dajcie mi tysiąc trudnych zadań, zamknijcie mnie w cichym pokoju z oknem, i pozwólcie mi samodzielnie wybrać dwie niezależnie myślące osoby do pomocy, a będziecie zadowoleni.

Ale skoro nie ma możliwości zmiany pracy, jedyne co pozostaje,  to zacząć traktować korporacyjną pracę w sposób zadaniowy. Czyli potraktować etat jak tor przeszkód. Im dalej i szybciej przez niego przejdziesz, tym mocniejszą będziesz miał muskulaturę i umiejętności mogące pomóc w życiu. Pamiętacie mój artykuł „jak ugryźć korpo?” (https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2014/05/05/jak-ugryzc-korpo)Na chwilę obecną znalazłam taką odpowiedź:

1. Stwórz sobie zadania do wykonania
2.Skup się na rozwiązaniach
3. Określ cele (zobacz jakie korzyści może dać ci praca- rozwinięcie pewnych właściwości?; pieniądze?; poszerzenie kontaktów społecznych?)
4. Zobacz w tym środek do uzyskania pieniędzy (jeżeli macie do zrealizowania target, im więcej wysiłku włożycie tym więcej wyciągniecie)
5. Spróbuj być obecny i skoncentrowany (ćwicz uważność i podzielność uwagi)
6. Jeżeli korpo wiele od ciebie wymaga, ty wymagaj wiele od korpo. (Korzystaj ze wszystkiego co jest dostępne w firmie a co ci się należy- bezpłatne coachingi, karty benefit, obsługa i nauka nieobowiązkowych programów, bezpłatna nauka języków)

To tyle. Nie mam innego pomysłu jak ugryźć korpo, czyli jak pracować w wielkiej firmie i nie zwariować. Może ktoś z was ma jeszcze kilka dodatkowych pomysłów i doświadczeń, które mogą uczynić pracę bardziej znośną?