Znajdź sobie mentora!

brendon-burchard-total-product-blueprint

Nie namawiam was do zapisania się do żadnej sekciarskiej grupy, ale szczerze zachęcam, by każdy z was znalazł sobie mentora. Kogoś za kogo radami podążycie do czasu aż staniecie się samodzielni, niezależni i rozwiniecie w 100% własny potencjał.


Po co nam „guru”? Po to by móc się na kimś wzorować. Nic tak nie podnosi naszej motywacji i produktywności jak podążanie za dobrym autorytetem. Wzorowanie się na drugim człowieku, który osiągnął to, do czego sami dążymy, pozwala nam uniknąć wielu błędów na ścieżce do celu. I co najważniejsze- skraca drogę. Dobry mentor potrafi wzbudzić entuzjazm do pracy, motywuje do wysiłku i jest najlepszym przykładem, że stosując polecane przez niego metody, osiągniemy sukces. 

Możecie mieć jednego mentora, ogólnożyciowego. Możecie też mieć kilku, w zależności od potrzeb. Wszystko co doprowadzi was do celu i będzie jednocześnie przynosić wam radość, będzie dobre. Jak poznać dobrego „guru” i kto to właściwie mógłby być?  Dobry „guru”, to taki, który współgra z waszymi właściwościami. To ten, z którym łatwo wam jest się utożsamić. To ten, z którym jest „chemia”. Jeżeli czujesz radość i entuzjazm w jego obecności, czytając jego książki, czy słuchając jego rad, a jednocześnie masz pewność, ze człowiek ten zrealizował to o czym mówi, to wiedz, że to właściwa osoba za którą możesz pójść.

Nie każdy potrzebuje mentora. Niektórzy z was są już zapewne tak bardzo rozwinięci, że nie potrzeba wam nikogo, za kim mielibyście podążać. Mentor, to dobre rozwiązanie do czasu aż zrealizujemy siebie, aż staniemy się szczęśliwi i będziemy w stanie samodzielnie wykorzystywać własny potencjał. Nie potrzebujemy nikogo poza sobą by być szczęśliwymi ludźmi. Ale by być szczęśliwymi, musimy mieć zaufanie do własnego umysłu- do naszego potencjału, zdolności i kompetencji i co chyba ważniejsze- musimy wiedzieć jak te kompetencje wykorzystać aby przyniosły oczekiwane rezultaty.
Nie każdy jest jednak takim szczęściarzem, który wie jak z punktu A dojść do odległego punktu B. Ale dobrą wiadomością jest to, że dzisiejszy rynek psychoterapii i coachingu oferuje całą paletę możliwości osobistego rozwoju. Gorąco zachęcam was, do coachingu. Znajdźcie sobie dobrego coacha, odpowiedzcie sobie na najważniejsze pytania i przy pomocy mądrych i doświadczonych ludzi idźcie prostą drogą do celu.

Na filmie widzicie Brendona Burcharda. Człowieka, który mnie fascynuje, całkowicie przekonuje i popycha do efektywnego działania. 

Trudno jest być kobietą

kobieta

Ludzie dzielą się na tych, co uważają się za fizyczny element świata- postrzegają samych siebie jako ciało, zbiór atomów i materialną część przestrzeni- jest to charakterystyczne dla mężczyzn; oraz za sumę własnych uczuć. To kobiety zwykle uważają się za osoby czujące, wrażliwe i niestabilne emocjonalnie. Nie bez powodu tytuł bloga ma taką, a nie inną nazwę.


Emocje są naszymi uczuciami, które określają kim jesteśmy i jak przeżywamy świat. To również nasze ulotne  myśli, które zamieniają się w słowa a potem w mniej lub bardziej impulsywne działania.  W zależności od indywidualnych właściwości mamy ich mniej lub więcej. Ich dynamika zmienia się wraz z naszym rozwojem psychicznym, sytuacją życiową i relacją społeczną.

Nic jednak tak bardzo nie wyciąga naszych emocji na powierzchnię jak związek partnerski. Nie bez powodu mówi się, że bycie w związku to wchodzenie do laboratorium uczuć. W bliskiej relacji z drugim człowiekiem jesteśmy w stanie doświadczyć absolutnie każdego uczucia, w sposób tak intensywny jak po zażyciu środków stymulujących mózg. Płynnie przechodzimy od ekscytacji, podniecenia, miłości po stany gniewne, zazdrość i ostatecznie nienawiść.  Kiedy dochodzi do tego hormonalna burza, tornado w sercu kobiety niszczy samo siebie i wszystko co spotka na swej drodze.

Ciężko jest być kobietą.
Nie kokietuję. Naprawdę jest sztuką być kobietą zawsze szczęśliwą i spójną wewnętrznie. Rozmawiamy o problemach, dramatyzujemy, płaczemy nie dlatego że lubimy ale dlatego, że to dla nas najlepsze ujście dla uczuć. Ból psychiczny przeżywamy mocniej i głębiej, łatwiej nas zranić. Jak kochamy to całym sercem, jak się oddajemy to w całości- razem z każdą właściwością, możliwościami i wszystkim co dostaliśmy w spadku od Matki Natury.

Czytałam kiedyś powieść Paula Coelho o czarownicach, „Brida”. Opisał on wszystkie najpiękniejsze i najbardziej mroczne właściwości kobiet, z którymi się rodzimy ale o których zapominamy w cywilizacyjnej gonitwie. O sile uczuć, o umiejętności doświadczania przyrody w każdym, najmniejszym jej przejawie. Myślę, że wielu z was znana jest również książka Clarissy Pinkola Estes, „Biegnąca z wilkami”. Opisuje ona kobietę jako jednostkę kreatywną, pełną życia, energii i naturalnych instynktów, które dziś nierzadko ugaszamy za cichym przyzwoleniem kultury w jakiej się wychowujemy.

Znam jedną czarownicę. Dobrą, mądrą i bogatą w umiejętności, które spotkałam wcześniej jedynie w książkach. Kiedy opowiadałam jej, jak trudno radzę sobie z własną wrażliwością i że marzę by być silną emocjonalnie, odparła: „Wrażliwość nie jest słabością. Wrażliwość i uczuciowość to twoja naturalna siła. Wzrośniesz kiedy pozwolisz jej swobodnie przez ciebie przepływać i będziesz ją w sobie naturalnie utrzymywać”.

Myślę, że to dobra rada dla wielu z was, moje kochane Kobiety. A wy- Mężczyźni, proszę bądźcie dla nas dobrzy, wyrozumiali i szanujcie nas.

 

Zatańcz w deszczu!

dance

Ile razy nie zrobiłeś czegoś w obawie przed konsekwencjami?  Ile razy wcisnąłeś pedał hamulca w strachu przed oceną ze strony świata?  To nie świat cię hamuje, robisz to ty sam.


Znasz zapewne to uczucie, że bardzo czegoś pragniesz, ale powstrzymujesz się przed działaniem, z powodu paraliżującego lęku związującego dłonie niczym mocny sznur sztywnych koncepcji i nieprzyjemnych opinii?
Boimy się ludzi, ich wolności wypowiedzi, szorstkich słów i krzywdzących opinii. Nie tańczymy w deszczu, bo nie chcemy być postrzegani jak wariaci czy ludzie z marginesu.  A margines to gruba kreska oddzielająca zdrowe społeczeństwo od nieakceptowanych wyrzutków.

Zastanów się jednak-kto wyznacza granice? Kto narysował margines? Czyż to nie ty sam siebie oceniasz?  Moje osobiste doświadczenie podpowiada mi, że nikt tak bardzo nas nie ocenia jak my sami siebie. Jesteśmy największym prokuratorem i jednocześnie robimy z siebie najgorszą ofiarę. Zakazujemy sobie marzeń i działań. Nie tańczymy gdy inni patrzą, prostujemy się w restauracji przy obiedzie, przestajemy śpiewać, gdy ktoś pojawia się w pokoju.

Mam dobrą wiadomość dla ciebie ale kiepską dla świata jako społeczeństwa- ludzie widzą zawsze czubek własnego nosa. Nie mają czasu ani cię oceniać, ani o tobie myśleć, bo wolą myśleć, co zjedzą na kolację lub gdzie mogą zarobić duże pieniądze.  Nie jesteś centrum wszechświata! Nikt nie żyje twoim życiem i nikomu nie zaprzątasz głowy.

Wniosek jest następujący- sami i z własnej nieprzymuszonej woli zakładamy gorset ocen i osądów, projektując to jednocześnie na wszystkich, których spotykamy na drodze życia. Oceniasz innych? To znaczy, że oceniasz sam siebie. Myślisz, że ludzie o tobie mówią? Nie, to ty tworzysz fantazyjne iluzje. Ludzie są gniewni? A co ty innego możesz mieć w umyśle jak nie tę właśnie emocję? Zastanów się- kiedy mówisz ludziom, że ich kochasz? Tylko w momencie kiedy kochasz samego siebie i dobrze się ze sobą czujesz. Wszystko zawsze sprowadza się do umysłu a ludzie są naszym najwierniejszym odbiciem. Widzimy w nich to, co mamy w głowie i na odwrót. Jeżeli ktoś nas ocenia, lub mówi o nas w negatywach, oznacza to, że ocenia sam siebie i kiepsko się dziś czuje we własnej skórze. Cóż więc innego pozostaje ci zrobić, jak zapomnieć, porzucić tę myśl, przestać karmić ją własną uwagą?

Puść więc grube sznury, rozwiąż gorset kiepskich pomysłów na swój temat, weź głęboki oddech i zatańcz jak wariat. W deszczu, na stole czy przed lustrem. Zatańcz siebie bez koncepcji. Jedyne co może nadejść, to pełnia radości i dzikość która tętni w żyłach od czasu twych narodzin.

 

Skazani na sukces

Marilyn-Monroe Czy myślałeś kiedyś o sobie w kontekście charyzmy? Czy skupiasz wokół siebie innych? Czy może raczej jak w tłumie owieczek podążasz za jakimś intrygującym liderem?


W jednym z moich poprzednich artykułów „Jak ugryźć korpo?” (https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2014/05/05/jak-ugryzc-korpo/) poruszyłam temat dwóch typów ludzi, którzy zamieszkują korporacje- 1)dominatorów-liderów oraz 2)elastycznych oportunistów. I choć nie przepadam za szufladkowaniem, nie mam najmniejszego kłopotu by zakwalifikować siebie samą pod numerem drugim. Zastanawia mnie natomiast typ ludzi, którzy ledwie przekraczając próg nowej firmy, bardzo prędko pną się po szczeblach kariery na sam szczyt. Myślicie, że to zasługa ciężkiej pracy? Nie. To zasługa charyzmy. Tego czegoś, co sprawia, że zawsze ich widać i zawsze ich słychać. Mają mnóstwo pomysłów i śmiało wypowiadają je na forum. Potrafią sprzedać siebie w najbardziej korzystny sposób, jednocześnie kiedy sytuacja jest dla nich niewygodna, mówią stanowcze „nie”. W mojej poprzedniej pracy była młoda dziewczyna, która miała zdolności przyciągania innych i wywierania na nich głębokiego wpływu. Była charyzmatyczna w specyficzny sposób- pyskowała przełożonym, bywała opryskliwa i wulgarna, jednocześnie miała w sobie ten ciekawy rodzaj energii, że nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Dziewczyna bardzo szybko stała się liderką z własną grupą sprzedawców. Jakiś czas temu spotkałam ją w innej pracy na podobnym stanowisku. Od naszego ostatniego spotkania nic się nie zmieniło- nadal przyciągała do siebie tłumy i choć bliskie relacje z nią wydawały się być toksyczne, zawsze skupiała wokół siebie buntowników, którzy gotowi byli wywołać rewoltę w firmie w imię choćby małych podwyżek. I tu zadaję sobie pytanie. Czy charyzma to zespół cech wrodzonych czy może właściwości nabyte? Jeżeli bliższa prawdy jest wersja pierwsza, okazałoby się, że na świecie są ludzie skazani na sukces a po drugiej stronie, ci skazani na porażkę. Brzmi to jak idea przeznaczenia. Jako osoba myśląca logicznie oraz wyznająca zasadę przyczyny i skutku, wierzę, że charyzmę można w sobie odnaleźć lub pobudzić do życia. Wystarczy, że znajdziemy w sobie coś unikatowego, co poddane szlifowi pracy urośnie i nabierze określonej mocy. Charyzma nie musi być synonimem ekstrawertyzmu i dominacji. W historii świata było kilku sławnych ludzi, którzy na swój własny sposób skupili na sobie uwagę innych. Czyż Jobs nie był ekscentrycznym dziwakiem? Podobnie jak Einstein, Hemingway, czy Norma Mortenson znana dziś bliżej jako Marilyn Monroe? Charyzma to energia. Posiada ją niemal każdy. Ty również. Pomyśl więc, co takiego masz w sobie, co czyni Cię wyjątkowym i indywidualnym. Ważne jest, co z tym zrobisz, gdzie skierujesz energię i ile nadasz temu własnej, indywidualnej ekspresji. 

Jak nie rezygnować z celów?

Surfing-W-2

Jak nie rezygnować z celów, marzeń czy planów- z tych małych i z tych wielkich, które obieramy sobie za priorytet życia? Przede wszystkim działać! Robić! A jak trzeba to i niekiedy się przymuszać. 


Oczywiście, że czasami są chwile że jesteśmy zrezygnowani i najchętniej porzucilibyśmy marzenia w kąt oddając się słodkiemu lenistwu. Tymczasem kiedy beztrosko oczekujemy na wenę, budujemy w sobie nawyk porzucania i poddawania się, który zakorzeniony w umyśle, będzie zniechęcał nas coraz częściej do jakiejkolwiek aktywności.

Aby dojść do celu czasem nie ma innego wyjścia jak po prostu przymusić się. Spełnianie marzeń nie zawsze bywa słodkie jak posypka z lukru. Ciężka praca przybliża nas do planowanych punktów a lenistwo powoduje że cofamy się wstecz i zamykamy sobie ukryte możliwości.

Bywają również chwile zwątpienia czy to, co robimy ma aby na pewno sens. Niekiedy wydaje się, że niczym Syzyf toczymy ciężki głaz pod stromą górę a wymiernych efektów wciąż brak. Często doświadczam tego uczucia. Na szczęście, mimo zniechęcenia nie porzucam planu działania bo mam na nie określony czas, i jeżeli borykasz się z podobnymi trudnościami radzę ci zrobić tak samo. Daj sobie czas. Określ jak długo będziesz się starał, ile dajesz sobie czasu na efekty własnej aktywności. Jeżeli po określonym czasie ich nie będzie, obierzesz inny tor działania, lub rozejrzysz się za innym celem.  Ja dałam sobie rok na prowadzenie bloga eemocjonalnaa, a po roku zdecyduję co dalej. Może kupię domenę z hostingiem a może porzucę blogosferę zupełnie. Zastosowałam się do kominkowej rady- „daj sobie rok i zobacz co się wydarzy”. Więc ok. Zobaczymy co wyrośnie na bazie eksperymentu. Kto jak kto, ale Kominek zna się na marketingu i social mediach więc można mu zaufać.

Starym ale skutecznym sposobem na nieporzucanie marzeń czy planów jest także wizualizacja. Pomaga ona zmaterializować to o czym często myślimy. Otocz się tym, co przypomina ci o celach; niech to cię nieustannie inspiruje i przypomina co jest ważne. Zmień tło pulpitu na laptopie, zmień tapetę na telefonie, czy sygnał przychodzącej wiadomości. Czytaj książki o tym co cię interesuje i czytaj o ludziach którym się udało. Dziecinne? No jasne! Ale dzieci z łatwością potrafią spełniać swoje małe marzenia nie tracąc przy tym radości działania. A przecież o to chodzi- by iść do celu z radosnym wysiłkiem.

 

Hipokryzja umysłu

heajocker

Stare hiszpańskie przysłowie brzmi: „Bierz co chcesz i płać za to”. To krótkie zdanie doskonale oddaje ideę prawości – czyli uczciwości wobec samego siebie.


Prawość jest ostatnim filarem poczucia własnej wartości, lecz nie najmniej istotnym. Rzadko używam słowa „prawość”, bo dla mnie jest to określenie które ma zbyt religijne powiązanie. Wolę określenie „uczciwość” lub „szczerość”.

Kiedy pierwszy raz w ręku trzymałam  „6 filarów poczucia własnej wartości” Brandena, miałam wrażenie, że rozdział o „prawości” będzie najnudniejszym- zwłaszcza dla człowieka, który ma sporo hedonistycznych skłonności. Nic z tych rzeczy. Dopiero po głębokim przestudiowaniu rozdziału zdałam sobie sprawę jak istotny jest to punkt w budowaniu wysokiej samooceny.  Uczciwość wobec samego siebie to życie według własnego systemu wartości, który jest zgodny z naszymi doświadczeniami i właściwościami. 

Zdrada własnego systemu wartości objawia się  poczuciem wstydu i głębokiej winy. Nikt nas tak bardzo nie osądza jak my siebie samych. Nasze kłamstwa, nieuczciwość czy hipokryzja działań mogą zostać nieodkryte przez bliskich i znajomych, ale nasz umysł będzie znał całą prawdę zawsze i wszędzie. Siłą rzeczy, rozliczymy siebie z tego czy mówimy jedno a robimy drugie; czy wywiązujemy się z obietnic; czy mówimy prawdę; czy żyjemy według wartości które cenimy. Jeżeli nie, samoocena ulegnie destrukcji. Skoro nie możemy sobie ufać, bo zdradzamy system własnych przekonań, jak możemy mieć szacunek do samego siebie? Jak możemy uważać się za wartościowych ludzi? Czy cenimy ludzi, którym nie ufamy? Więc jak możemy cenić siebie, gdy zdradzamy własną moralność?

Jestem daleka od przybierania zbyt poważnego tonu i wygłaszania wykładów o moralności. Chcę tylko pokazać wam to, co dla mnie było absolutnie odkrywcze i oczyszczające- że poczucie winy bierze się ze zdrady samego siebie. Że pozbycie się poczucia winy może się udać dopiero w momencie kiedy przyznamy się sami przed sobą, że popełniliśmy świadomie błąd a teraz płacimy uczuciem nieufności do własnego umysłu. Kolejnym krokiem jest naprawa błędu lub jeżeli nie jest to możliwe- wysyłanie jak najlepszych życzeń w umyśle do osób, które zraniliśmy i determinacja, że od tej chwili będziemy podejmować tylko działania, które są zgodne z tym co mamy w sercu.

A teraz zostaw za sobą ten ciężki balast krzywdy i idź naprzód! Samo przyznanie się, że zrobiliśmy coś nie tak, ma właściwość wyzwalającą. Uczciwość wobec siebie zaczyna się od przejęcia odpowiedzialności za wybory. Zapłać więc rachunek i wejdź na drogę budowania dobrej i szczerej relacji ze swoim najlepszym przyjacielem. Ze sobą.

 

 

Życie celowe

celowe

„Cele nieujmowane w żaden plan działania nie są realizowane. Istnieją tylko jako frustrujące pragnienia. Oddawanie się marzeniom nie pozwala doświadczyć swojej skuteczności.”


Życie celowe jest piątym i przedostatnim filarem poczucia własnej wartości.  Jest czynnikiem popychającym naprzód, jest jednocześnie umiejętnością kreowania własnego życia w sposób uważny i racjonalny.

Świadomie zamieściłam taki a nie inny cytat w lidzie, bo uważam że tłumaczy, dlaczego niektórzy z nas nie osiągają sukcesów w życiu- nie przekładamy celów na konkretne działania, nie podejmujemy kroków, nie realizujemy określonych planów. Aby dojść do mety trzeba wiedzieć czym jest meta i jak do niej dotrzeć. Same marzenia nas do niej nie doprowadzą.

Sukcesy nie świadczą o wysokiej samoocenie, są jedynie jej przejawem, produktami ubocznymi.  Cała sztuka tkwi w logice „jak z punktu A dojść do punktu B”.  Ważne jest by, prócz ustalenia priorytetów, znaleźć odpowiednie środki, umieć je zastosować i regularnie potwierdzać własną skuteczność i drogę do celu. Jak powiedział przemysłowiec A. Carnegie: „Możecie zabrać nasze fabryki, kontakty handlowe, środki transportu i pieniądze- zabrać nam wszystko, zostawiając tylko organizację pracy- a za cztery lata odrodzimy się na nowo”. Chciał przez to powiedzieć, że cały potencjał tkwi w umyśle. Sukcesy są skutkiem podejmowania właściwych i świadomych decyzji przy jednoczesnej determinacji. Decyzje natomiast świadczą o naszej skuteczności. Napełniają uczuciem, że dorastamy do wymogów życia co bardzo buduje wysoką samoocenę. Ta natomiast kiedy wzrasta, aktywizuje nas do podejmowania nowych wyzwań- co jeszcze bardziej ją utwierdza. Życie celowe jest zatem zjawiskiem dwutorowym i działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Im więcej z siebie daję i im bardziej rezultaty są wymierne, tym bardziej ufam sobie i lubię jako człowieka.

Co jest twoim marzeniem? Uczyń z tego cel- a więc coś co chcesz osiągnąć. Dowiedz się co musisz zrobić, czego się nauczyć lub co powinieneś zdobyć by w przyszłości dojść do celu. Teraz zlikwiduj wszystkie „chyba”, „mam nadzieję” ,”wierzę” i po prostu to zrób- podejmij konstruktywne działanie. Pamiętaj by być cierpliwym. Do celu dochodzą osoby, które pracują regularnie, wyciągając wnioski z własnych błędów i mają nieustannie otwarty umysł na nowe możliwości, które  pomagają osiągnąć rezultat.

Zbudujmy sobie popularność

ttom

Najsławniejszy polski bloger- Tomek Tomczyk, bliżej znany w blogosferze jako Kominek, twierdzi że emocjonalność i bycie opiniotwórczym to podstawa dobrego bloga. Więc dziś będzie emocjonalnie. Biorę w rękę nóż, nacinam delikatnie żyły i przelewam własną krew na wirtualny papier.


Swoją drogą już mam dość tych wszystkich „kominkowych” rad. I rad wszystkich znających się na social mediach i marketingu, co robić by statystyki bloga szły w górę, co robić by zarabiać, jak przyciągnąć reklamodawców i jak zbudować sobie społeczność. Powstają nawet blogi o blogach! Na stronce Pawła Opydo (http://www.zombiesamurai.pl/) można nawet poddać bloga społecznej ocenie. Nie mówię, że to kiepski pomysł. Wręcz przeciwnie- feedback ze strony ludzi którzy znają się na rzeczy może wpłynąć na jakość wizualną i merytoryczną wielu nowo powstałych stron. Sama się zastanawiałam czy nie oddać mojej stronki pod nóż, ale za wczasu się opanowałam. Jest za słaba. I jednocześnie czuję bliżej nieokreśloną presję ze strony „Kominków” i tych wszystkich (sz)panów blogerów by coś zmienić. By być lepsza. By być kolora. Świecąca, migocąca, błyszcząca, wkurwiająca. Jak choinka.

I jak przypuszczam jest to nieuniknione. Postęp w takich dziedzinach życia jak technologie, elektronika, czy social media jest wskazany a wręcz nieunikniony. Najbardziej boli mnie jednak fakt, że tak zwany postęp, jest postępem powierzchownym, gdzie przerost formy nad treścią decyduje o być lub nie być blogerów. Fakty są  więc następujące- jak spłycę teksty, dodam tu i ówdzie parę przekleństw, ozdobię stronę banerami, zmienię kolorystykę i zacznę wrzucać foty zrobione lustrzanką droższą niż mieszkanie, to zbuduję sobie społeczność  a blog będzie poczytny. Bo żeby być top, trzeba mieć charyzmę. Cokolwiek to oznacza, bo już nie nadążam za zmieniającymi się definicjami tego hasła.

Mam wrażenie, że się nie nadaję do sprintu o statystyki. Media i blogosfera należą głównie do kameleonów potrafiących dostosować się do dynamicznych zmian dyktowanych przez pędzący nie wiadomo ku czemu tłum. Jestem ambitna więc pewnie wkrótce kupię domenę i poświęcę kolejne kilkadziesiąt godzin na zbudowanie kolorowej strony by zadowalała odbiorców. A potem za pół roku znów coś zmienię, znów ulepszę, by zachęcić cały ten pędzący świat by na mnie spojrzał. Grunt bym tylko nie zapomniała przy tym oddychać.

Na zdjęciu Kominek (http://kominek.es/).

 

Punkt zwrotny

wallpaperski
W życiu każdego z nas przychodzi czasem moment powiedzenia sobie „dość”. Nazywam go punktem krytycznym, bo jest bodźcem do zmiany własnego życia. Z frustrującego na takie, które przyniesie zadowolenie i szczęście. 


Miałam wiele momentów zwrotnych w swoim niemal trzydziestoletnim życiu. Niektóre motywowały mnie do podjęcia długofalowej zmiany, inne wybuchały jak wulkan, po których po prostu składałam wymówienie w pracy i czekałam na to, co przestrzeń zaproponuje. Nikogo nie zachęcam, do podjęcia drugiej decyzji, nieważne jak bardzo sfrustrowani byście nie byli. Przestrzeń nie zawsze ma do zaoferowania miłe niespodzianki niczym as wysuwający się dyskretnie zza mankietu. 

Postanowienie zmiany życia jest pierwszym krokiem, za którym muszą pójść kolejne, poparte działaniami. Kiedy czujesz frustrację, nieustanną melancholię czy smutek, warto zastanowić się- co jest nie tak? Zadać sobie pytanie- która sfera życia nie funkcjonuje poprawnie i dlaczego? Ja również postawiłam sobie to pytanie pół roku temu. Frustrował mnie nieustanny brak pieniędzy i praca, której nienawidziłam. Przy nadarzającej się okazji i sprzyjających warunkach wyruszałam więc na północ- tam gdzie pieniądze leżą na ziemi. Do Norwegii.

A tam druga Polska. Tyle, że droższa. Chleb za 30 koron i makaron za 24 (podziel na pół i wyjdą złotówki). Podstawowa znajomość norweskiego okazała się zbyt… podstawowa i po kilku miesiącach jeszcze bardziej zrezygnowana przyleciałam do kraju, wracając na identyczne stanowisko pracy jak przed wyjazdem. Cofnęłam się więc do punktu wyjścia, odrobinę bogatsza w doświadczenie i uboższa finansowo. 

Parę miesięcy później, nadszedł kolejny, mam nadzieję, konstruktywniejszy moment zwrotny. Zobaczyłam, że moim życiem rządzi schemat, w którego sidła wpadłam. Pracuję wciąż na podobnych stanowiskach pracy, bo przecież nie posiadam innych umiejętności i nic nie robię, by sobie je stworzyć. Postawiłam sobie nisko barierkę i kurczowo jej się trzymam w obawie przed niekontrolowanym poślizgiem. W uświadomieniu sobie takiego stanu rzeczy pomogły mi również dwie książki, o których pisałam we wcześniejszych artykułach: Szczęście to nie przypadek, której autorzy pokazują czytelnikom nieskończone możliwości zawodowe oraz 6 filarów poczucia własnej wartości, która rozbudza uważność i prowokuje do zadawania pytań, czy swoje życie i nawyki myślowe faktycznie można zmienić na produktywniejsze.

Punkt zwrotny to nie tylko moment krytyczny, kiedy zaczynasz dostrzegać co jest nie tak. To również moment skierowania kroków na inny tor. Zaczyna się od myślenia- co mogę dla siebie zrobić, by moje życie było lepsze? A gdy znajdujesz odpowiedzi lub przynajmniej intensywnie ich szukasz, przychodzi też praca, którą trzeba wykonać. Ja założyłam bloga i odświeżyłam sobie stare kontakty z dziennikarstwa, nawiązałam współpracę z telewizją internetową, biorę też udział w jednym projekcie coachingowym, który pomaga mi znaleźć ważne dla mnie odpowiedzi w obszarze samorealizacji. A ty? Co możesz dziś zrobić, aby mieć lepsze życie?

 

 

Powiedz głośno czego pragniesz

bmx

Powiedz ludziom, że pragniesz mieszkać na Hawajach, albo że chcesz wyruszyć w samotną podróż dookoła świata. Powiedz, że chcesz napisać książkę w drewnianej chacie pod lasem lub, że marzysz o znalezieniu lepszej pracy, by mieć więcej na koncie. Powiedz to wszystko odważnie i wiedz, że masz do tego prawo. Do ziemi na Hawajach, dużej pensji na rachunku i sukcesu jako powieściopisarz.


Masz prawo, by marzyć, zdobywać odpowiednie narzędzia i ostatecznie osiągać zamierzone cele. Masz prawo do bycia szczęśliwym i masz do tego warunki. Bo jesteś istotą rozumną a więc istotą, która jest w stanie zapewnić sobie wszystko by spełnić marzenia- zdobyć dyplom, zarobić więcej pieniędzy i kupić bilet na koniec świata. Jednocześnie też możesz i masz całkowite prawo, by odmawiać robienia czegoś, co jest przeciwne z twoim systemem wartości i zasadami, którymi kierujesz się w życiu. Nie bój się mówić „nie”. Powiedz „nie”, gdy się na coś nie zgadzasz. Lub gdy najprościej w świecie, nie masz na coś ochoty. To zdrowe i uczciwe , by komunikować światu otwarcie o własnych potrzebach, zamiarach czy przedstawiać określone poglądy. Ile razy godziłam się na coś, by tylko umilić czyjeś życie. Efekt zawsze był identyczny. Ja marudziłam, a odbiorca szlachetnej pomocy czuł dyskomfort. Typowa relacja lost-lost. Nikt nie wygrał. Były tylko ofiary i złe wrażenia.

Asertywność, bo o niej piszę- jest czwartym filarem poczucia własnej wartości. Jest szacunkiem do samego siebie i umiejętnością dokonywania wyborów adekwatnych do nas samych. Jest zaprzeczeniem nieśmiałości. Jest odwagą by powiedzieć „tak” dla swoich potrzeb i pragnień, jednocześnie jest stanowczością w działaniu i w odmowie.

Jak rozpoznać czy jesteśmy asertywni? Spójrz na swoje działania. Czy pokrywają się z tym o czym marzysz? Czy idziesz w kierunku samospełnienia? Co dziś zrobiłeś, by choć trochę przybliżyć się do urzeczywistnienia pragnień? Kiedy ostatnio wszedłeś z kimś w dyskusję? Konstruktywną rzecz jasna, bez walki na noże. Czy czujesz się spełniony? Czy nie boisz się mówić co czujesz i do czego dążysz? Czy walczysz o swoje? Często ludzie asertywni, mający wysoką samoocenę, niesłusznie są nazywamy egoistami, egocentrykami, bufonani, bo świat nie przywykł do indywidualności. Ludzie nie lubią osób, które robią to na co mają ochotę, bo sami żyją w schemacie, który przypomina kręcenie się za własnym ogonem. Nie musisz krzyczeć, nie musisz rzucać mołotowem w sklepowe witryny. Nie o to chodzi. Chodzi o śmiałość by wejść na szczyt i iść pod wiatr, gdy wszyscy zawracają.