Archiwa tagu: featured

Każdy pies wie, co czujesz

Zawsze zastanawia mnie jak to możliwe,
że psy wyczuwają emocje i nastroje.

To chyba najbardziej empatyczne i
wrażliwe istoty pod słońcem, choć
same tego nie wiedzą.

Luna wyczuwa w domu stres
i lęk. I sama zaczyna się bać.

Popiskuje, jest niespokojna,
leży w jednym miejscu, a za chwilę
idzie w kolejne. Leży parę minut i
znów idzie w kolejne. Jest niewygodnie.
Niestabilnie, nerwowo.

20180707_201407

Ma podkulony ogon i cały czas
wkłada pyszczek pod dłoń,
żeby dostać parę głasków.

I to jest niesamowite.

Bo na poziomie werbalnym
nie wie co się dzieje, ale na
poziomie emocjonalnym doskonale
wyczuwa, że w powietrzu wisi zmiana.

A zmiany nigdy nie należały do przyjemnych.

Była oddawana z jednej rodziny do
drugiej, aż w końcu ktoś ją wyrzucił
na ulicę i błąkała się dopóki ktoś nie
podrzucił jej do gdańskiego schroniska.

I dlatego się boi. Bo zmiana
kojarzy się z brakiem stabilności, utratą tego, co
dobre, ciepłe i przyjemne. Utratą człowieka.

Teraz też będzie zmiana. Zmiana
mieszkania, zmiana otoczenia, zmiana
w konfiguracji domowej. I Luna czuje, że
pani się boi. I że pan się boi. I że całe
mieszkanie przesiąknęło wonią strachu.

Psi nos jest niesamowity. On zawsze wie lepiej.
Przytulam ją, głaszczę, całuję po
główce i mówię, że wszystko będzie dobrze.

Ale przecież psiak czuje zapach mojego lęku.
O ile człowieka potrafię oszukać uśmiechem,
o tyle pies, nie da się zwieść.

Tak samo było na kursie medytacyjnym,
na którym spędziłam kilka ostatnich dni.

I choć wydawać by się mogło, że taki kurs
będzie sprzyjał wyciszeniu, to jednak wśród
4- tys. tłumu człowiek mierzy się z najtrudniejszymi
emocjami. A samotność najbardziej boli w tłumie.

20180709_081521

I kiedy tak przechadzałam się przez pole
biwakowe szukając jakiejkolwiek
życzliwej duszy, która będzie chciała wspólnie
pomilczeć, lub pochodzić, nie znajdywałam
nikogo, kto miałby na to ochotę.

Chodziłam więc bez celu z chęcią, by
wsiąść w najbliższy autobus do Gdańska
i uciec. Aż spotkałam dwa buddyjskie psiaki –
włochatych mieszkańców dworku, w którym
odbywają się kursy.

I choć podczas kursu mieszkają w zagrodzie,
to życzliwe dzieciaki wyprowadzają je na spacer.

Gdy zobaczyłam, jak siedzą w czwórkę na trawie:
dwa psy i dwójka dwunastolatków, przysiadłam się
do nich.

– Czy można parę terapeutycznych głasków? – zapytałam.
-No pewnie – uśmiechnęły się dzieci. -Można głaskać
do woli.

Przez te parę minut tarmoszenia ciepłej, miękkiej
sierści i patrzenia w oczy dwóm usmiechniętym
mordkom, wróciłam do życia.

Podniosła mi się energia,
emocje się uspokoiły, neurozy osłabły. I te dwa obce
psiaki musiały wiedzieć, że potrzebuję właśnie tego,
bo same pchały się pod moją dłoń i ocierały o brzuch.

Psy wiedzą. Zawsze. Ale inaczej niż ludzie.
Nie racjonalnie czy logicznie. Psy czują, bo
mają kontakt z własnymi instynktami, ufają
swojemu ciału i jego sygnałom, a dzięki temu,
że nie analizują wychwytują informacje z przestrzeni.

Tak samo Luna. Choć każdego wieczora kładzie się pod łóżko,
gdy ja układam się do snu, to teraz wskakuje obok mnie
i kładzie pyszczekna moją szyję.

Tak jakby zapewniała – będzie
dobrze. Poradzimy sobie.
Ja będę przy tobie.

20180716_170410

Reklamy

Nowe początki

Ile razy możemy zaczynać od nowa?
Tyle razy, ile chcemy.

To cytat z filmu „Drugi Hotel Marigold”.
wypowiedziany przez jedną z głównych
bohaterek, osiemdziesięcioletnią Evelyn Greenslade.

I choć to tylko ckliwa komedia, to jednak
słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
Powtarzam je sobie – przed snem i o poranku,
jako odpowiedź na tysiąc pytań.

Bo czy to dobrze, że znów
zaczynam od nowa?

Że wracam do tego, co już było, że wracam na
„start” i znów wyruszam w drogę, ale teraz
w przeciwnym kierunku?

Czy to dobrze, że wysiadam z pociągu, którym
jechałam przez ostatnie lata, i decyduję się
iść pieszo i zakurzyć buty? A przy tym i zmoknąć
i zapłakać i zmierzyć się z samotnością? Wierzę, że
to rozwój. Że każdy nowy początek jest szansą nauki.

Okazją do lepszego poznania siebie. Mocnych
i słabych stron. Do poznania, co w duszy gra.

To kolejna okazja (może ostatnia),
by w końcu żyć własnym życiem:
legendą, która świadczy o tym kim
jesteś i w co wierzysz. To czas, by
pozwolić własnym wartościom przemówić.

Nie jest łatwo. Bo nowe początki są
przecież końcem czegoś. Pojawia się
strach. Niepewność. Obawy. Czy sobie
poradzę. Czy udźwignę. Czy polubię.

To, co słabe nagle wypływa na wierzch.

Wszystkie demony, które niegdyś
chowałam głęboko w sercu, nagle
wkładają trampki i rozbiegają się
na cztery strony mojego umysłu.

Najwyraźniej tak ma być.

Czeka mnie przeprowadzka.
Choć mieszkania na razie brak.
I pieniędzy na nowe mieszkanie brak,
bo w naszej pięknej Polsce wynajem
kosztuje więcej niż wynosi wypłata.

Najwyraźniej tak ma być.
Może mam zaufać. A może
mam zawalczyć?

Może to czas, by wydobyć amazonkę, którą
spychałam do szafy, by siedziała
cicho. Nie chciała. Wyszła, zawalczyła
i teraz masz babo placek. Radź se.

Kombinuj. Walcz. Poprzez akceptację.
Zacznij żyć. I kochać. Przede wszystkim
siebie. A dopiero potem innych ludzi.
A przede wszystkim naucz się samotności,
zamiast wciąż od niej uciekać. W książki,
filmy, spotkania które niczego nie wnoszą.

Oddychaj. Jon Kabat Zinn mówi, że
póki oddychasz, póty jest dobrze.
Bo przecież żyjesz.

Jeden, dwa, trzy, cztery oddechy.

A wraz z oddechem przychodzi akceptacja.
O dziwo, jest spokojnie. Bez paniki,
bez dramatów i spazmów. Jest jak jest.
I to jak jest, jest właściwe i dobre.

Pięć, sześć, siedem, osiem.

Po prostu siadam i oddycham.
Liczenie oddechów zamienia się
w medytację, a medytacja staje się
przestrzenią w której zaczynam się
otwierać i zaprzyjaźniać, z tą od
której zawsze uciekałam w popłochu.

Nagle widzę, że to idealny czas, by znów pisać.
Otworzyć stary, zaplamiony kawą zeszyt i
włożyć do niego wymyślone historie.

A między pracą, spacerami z psem i medytacją,
zacząć piec ciasta i gotować nowe dania.
Bo to zawsze uspokaja. Stoję przy kuchennym
blacie i rozrabiam ciasto.

Bez słów, bez myśli, po prostu jestem:
i ciastem, i dłońmi, które
je robią, jestem zapachem drożdży i
ciepłem piekarnika, i pomysłem na ciasto.

A potem stoi te dwanaście muffinek, ciasto
z owocami, grochówka w garnku i nie ma
kto tego zjeść. Masz babo placek. Dosłownie.

Chyba zaproszę znajomych.
Zrobię zdjęcie zastawionego stołu i wyślę
do wszystkich. Kto chce, niech wpada. Nie
będę mówić, będę milczeć i słuchać cudzych
historii. Na swoją jeszcze nie jestem gotowa.

Dopiero się piecze i nabiera rumieńców.
Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

Szafran i lawenda. Czyli jak poznałam Martę Dymek

To było kilka tygodni temu.
Gorąca ale wietrzna sobota,
która rozebrała Gdańszczan z
kilku warstw ciuchów, a na
nosach wysypała piegiem.

Denerwowałam się od samego rana.
Ból żołądka to pikuś, w porównaniu
z falami myśli, które dokuczały od
momentu, gdy wyłączyłam budzik.

Czy dam sobie radę? Czy nie zadam
głupich pytań? A jeśli mnie nie polubi?
A jeśli pomyśli, że jestem:

1.brzydka
2.głupia
3.jąkająca się
4.zacinająca
5.widocznie przestraszona

przez co ułoży sobie wniosek
ostateczny, że jestem AMATORKĄ?

Te myśli pokazują raczej niskie poczucie
mojej wartości, niż realne zagrożenie, że
Marta Dymek może być osobą z uprzedzeniami
lub nieustannie oceniającą.

Tak naprawdę oceniająca byłam ja.
A do tego mocno krytyczna wobec samej siebie.

Ale jak tu się nie denerwować,
gdy idę przeprowadzić profesjonalny
(w zamyśle oczywiście) wywiad z idolką?

Jej życiorys śledzę od wielu lat,
podobnie jak bloga, „Jadłonomię”,
który nie raz uratował moje garnki
przed katastrofą braku smaku.

Dzięki Marcie Dymek nauczyłam się
robić czekoladowy mus z awokado,
oraz morelowy biszkopt na occie.

To ona, jako pierwsza w Polsce
odczarowała pejoratywne pojęcie
„weganizmu”. I dzięki niej uwierzyłam,
że rzeczy niemożliwe nie istnieją. I że
chcieć, to inaczej móc to zrobić.

Na wywiad umówiłyśmy się w Sztuce Wyboru.
Miłej kawiarni w artystycznej dzielnicy Gdańska.
Sztuka Wyboru jest domem wszystkich hipsterów,
poetów, malarzy i zakochanych w sztuce intelektualistów.

Na parterze serwują wegański sernik z orzechów
nerkowca, a na piętrze robią wystawy obrazów.

Tym razem w galerii były krzesła. Setka
krzeseł, bo organizatorzy spotkania autorskiego
spodziewali się sporej liczby gości. I faktycznie.

Gdy po wywiadzie poszłam na górę, okazało się,
że wszytko jest zajęte. Marta Dymek opowiadała
o asafetydzie. Hinduskiej przyprawie, która od roku
gości na mojej kuchennej półce.

Jeśli śledzisz „Jadłonomię” to wiesz jak smakuje.
Podobnie jak szafran, liście curry czy kozieradka.

W kawiarni byłam przed czasem. Usiadłam na
białej kanapie, która pierwszą biel ma już
dawno za sobą, włączyłam laptopa i raz
jeszcze po kolei przypominałam sobie wszystkie
fakty z jej życia. Ile miała lat, gdy zostawiła
agencję reklamową, na ile wycenia się jej bloga
ile książek sprzedała, ile, ile, ile….

I nagle zdałam sobie sprawę, że na tym
polega nasz błąd- ludzi zachodu. Za bardzo
skupiamy się na aspektach materialnych człowieka
zamiast na tym, jakim człowiekiem jest w istocie.
To jakieś szaleństwo! Nie, ta rozmowa nie może
ta wyglądać. I nagle wchodzi. Zwykła, naturalna,
uśmiechnięta.

-Pani Kamila?- pyta, podchodząc do kanapy.
W tłumie bym jej nie poznała. Ciemna koszula
w białe kropki i wygodne bawełniane spodnie,
zero makijażu. A jeśli jest, to niewidoczny. Na głowie
blond kok, jak zawsze- jej znak rozpoznawczy.

-Kamila- odpowiadam. – Czy możemy mówić sobie na „ty”
-Och, tak! Co za ulga. Będzie o wiele milej – uśmiecha się.

Oczywiście, żadna z moich obaw się nie spełniła.
Marta okazała się uroczą, skromną i całkowicie
naturalną osobą. Żadną tam gwiazdą, czy celebrytką.

Z resztą jeszcze zanim się spotkałyśmy, w mailach
wyraźnie zaznaczyła, że nie chce byśmy rozmawiały
o niej, lecz o misji, którą realizuje. O weganizmie,
o zwierzętach, o roślinach, o edukowaniu innych.

Polubiłam ją od pierwszej chwili, bo nie sprawiała wrażenia
osoby, która broni się przed dziennikarzem murem.
Zastanawia mnie, skąd to zaufanie? Może jeszcze
się nie sparzyła? A może po prostu tak już ma,
że wszystkim od początku udziela kredytu zaufania?

Dziś, zajadając wegańskie ciasto z lawendą, oraz
gotując żydowski kapuśniak, wg jej przepisu
myślę o niej ciepło. Biorę w ręce „Nową Jadłonomię”
i nabożnie przekładam kartkę za kartką.

To niesamowite, że za każdym przedmiotem
stoi jego historia. Historia człowieka, który
miał marzenia, wiarę w to co robi oraz odwagę,
by wydać je na świat. A wszystko zaczyna się od
jednej myśli. „A może by tak…”.

 

Zapach lata, truskawki i pełnia szczęścia

Mimo, że jest dopiero początek czerwca
wszystko pachnie mi latem.

Mieszkanie w którym żyję,
drewniana podłoga i moje ciuchy.
Nawet Luna zaczęła ze spaceru
przynosić zapach skoszonych traw,
suchej ziemi i ciepłej kory drzew.

Wszystko przesiąkło wonią lata.
Płodności i szczęścia. Dobrobytu,
wędrówki i dziecięcej przygody.

Słońce zamieszkało we włosach i
wynajęło skórę barwiąc ją na brąz. A na
ramionach pojawiły się piegi. Jedyna pamiątka
po piegach na nosie, gdy byłam chudym podrostkiem.

Pewnie dlatego  naszła mnie ochota na truskawki.
Najlepiej na ciepło. Tak, żeby zapach lata
uzupełnić o aromat, bez którego lato jest niepełne.
I wcale nie chodzi o zwykłe owoce. Ale o TE owoce.

TE, które są babcią. Jej kompotem, jej
biszkoptem z truskawkami, chłodną owocową
galaretką i konfiturami do herbaty. Wakacjami u babci.

20180602_114224

Wstałam więc skoro świt. Otworzyłam drzwi
na taras, by wpuścić poranek do do mieszkania, i wciąż
będąc w piżamie zaczęłam robić ciasto.

Bez miksera, bez żadnych brzęczących wynalazków, by
nie przeszkadzać tej słodkiej ciszy.

Wyjęłam z lodówki jogurt, jajka, masło. Oskubałam
truskawki ciesząc się tym, że pobrudziłam dłonie.

I kiedy tak stałam przy kuchennym stole
poczułam się pełna od nadmiaru.

Słońce. Sobota. Luna na kanapie.
Cisza. Ptak za oknem. Chłodny wietrzyk,
który oplata bose stopy.

W tej jednej chwili, gdy mieszałam
ciasto starą drewnianą łyżką poczułam,
się … szczęśliwa, spokojna, spełniona.

Tak zwyczajnie. Bez fajerwerków. Bez hurra optymizmu
i tańca. Poczułam falę wdzięczności. I zgodę.
Całkowitą akceptację. Za to gdzie jestem, co robię,
co mam, a czego nie mam.

I zdałam sobie sprawę, jest to stan, którego
ostatnio często doświadczam. Przyszło zdziwienie.
Bo takie uczucia są mi obce.

Czy to zasługa słońca? A może przyszło
z całkowicie innej strony? Z wnętrza…?

20180529_082612

Odkąd zrezygnowałam ze słowa „muszę”,
odkąd zaczęłam sobie wybaczać ( a jest co!),
odkąd zaczęłam sobie pozwalać, przeżywać,
doświadczać, szukać ale też smakować, to
co jest – radość zaczęła pojawiać się spontanicznie.

Czasem przychodzi, czasem odejdzie.
Podobnie jak smutek, gniew i pożądanie.

A jednak bywa częstym gościem, bo
przestałam ją hamować i przestałam prosić.
Już nie wpływam na to czy jest. I nawet nie chcę.
Nie gonię za szczęściem. Wysiadłam z pociągu
o nazwie „sto przystanków do szczęścia”.

Idę na piechotę.

Po prostu pozwalam rzeczom i zjawiskom
się wydarzać. Podobnie jak emocjom,
którym bliżej do wiatru niż do gliny,
którą można dowolnie ukształtować.

Siedzę przy drewnianym stole,
spoglądam za okno, wdycham zapach
lata i zajadam ciasto truskawkowe czując,
że jest dokładnie tak jak ma być. Spokój.

Czyż może być lepiej?

 

 

„Sucho-mokre”.Ciasto jogurtowe z borówkami

-Tylko pamiętaj o cieście!- krzyknęłam
wychodząc do pracy. -Punktualnie o 13.00.
I nie wyjmuj! Niech dojdzie w cieple!

-Tak jest pani kierowniczko- zasalutował
Michał, czym zawsze doprowadza mnie
do szału. Bo żadna ze mnie kierowniczka.

Po prostu mam małego bzika na punkcie
własnych wypieków. Zwłaszcza nowych,
które są moim kulinarnym debiutem.

Lubię raz na jakiś czas zrobić w kuchni
coś innego. Coś czego nie znam,
czego będę musiała się nauczyć, lub
dodać szczyptę własnej inicjatywy.

A że w tym roku kocham borówki
(co roku mój organizm składa zapotrzebowanie
na zupełnie inne owoce), to postanowiłam
znaleźć taki przepis, by móc je wykorzystać.

Szukając w internecie inspiracji natknęłam się,
na „ciasto jogurtowe”. Eureka! Banalnie proste,
i można je modyfikować według własnego uznania.

Bo przecież wystarczy tylko trzymać się
podstawowych składników, a „górę”
dopracować samemu. Ja położyłam na
wierzch borówki i posypałam kruszonką,
wyjętą z zamrażalnika. Ciasto wyszło idealne.

Co nie oznacza, że proste przepisy zawsze
wychodzą. Tyleż razy mnie zaskakiwały
zakalcem, co i pysznym smakiem, gdy
jednak wyrosły.

-No i co? Wyszło?- esemesuję do Michała.
-Wyszło – krótko odpisał.
-A coś więcej???
-Pyszne jest.
-Ale jaka konsystencja?
-Tzn.?
-Mokre czy suche?
-Hmm. Suchomokre raczej.
-Pokaż zdjęcie!
-Jak kierownik rozkaże!

Michał przysłał zdjęcie pulchnego
placka z borówkami. Lecz dopiero, gdy
wróciłam do domu i nałożyłam sobie
na talerz musiałam przyznać mu rację.

To ciasto faktycznie jest „suchomokre”.
Zdecydowanie mniej suche niż tradycyjna
babka, i jednocześnie mniej mokre niż sernik.
Takie trochę pomiędzy. Chyba zatrudnię Michała
do wymyślania nazw na moje potrawy. A będę
mu płacić… ciastem oczywiście! Poniżej przepis.

20180524_113451

Ciasto jogurtowe z borówkami:

Składniki:
1 kubek 200 ml jogurtu naturalnego
3 kubki mąki
1 kubek cukru trzcinowego/ksylitolu
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kubek oleju roślinnego
3 jajka
250 gram umytych i osuszonych borówek

Uwaga! Tu zamiast szklanki używamy
umytego i suchego kubeczka po 200 ml jogurcie.

Składniki na kruszonkę:
50 gram masła, 1/3 szklanki cukru
1/3 szklanki mąki

Przygotowanie:

Najpierw zajmij się kruszonką. Twarde masło,
cukier puder i mąkę połącz rękoma i tak długo
ucieraj żeby powstała konsystencja „mokrego
piasku”. Jeżeli uważasz, że jest zbyt mokre, dodaj
mąki. Przesyp do woreczka i włóż do zamrażalki
na 20-25 minut. W tym czasie zajmij się resztą.

Ciasto: Wszystkie składniki powinny być w temp.
pokojowej

Będą potrzebne dwie miski. Do pierwszej
przełóż jogurt, dodaj jajka i olej,
dobrze wymieszaj aż konsystencja będzie jednolita.
Nie używaj miksera. Polecam mieszać drewnianą łyżką.

Do drugiej miski przesiej mąkę z proszkiem i
cukrem zmiksowanym na puder. Następnie suche
składniki podziel na 3 części i dodawaj każdą część
osobno do masy jogurtowej mieszając tak, by nie było
grudek. Ciasto powinno być gęste. Na wierzch ciasta
wyłóż borówki, gęsto- jedna przy drugiej. A teraz posyp
całość zmrożoną kruszonką. Wstaw do
piekarnika na 40 minut. Piekarnik ustaw
na 180 stopni. Po wyłączeniu nie otwieraj.
Pozostaw w cieple przez 5-10 minut.

20180525_112957

Życie na opak. Czyli co ma wspólnego ciasto z ochotą na życie

W moim domu ciasto jest codziennie.
Bo to, że pieczenie mnie odpręża, to jedno.
Ja kocham jeść ciasta! Murzynek, szarlotkę, kruche ze
śliwkami, muffiny bananowe, babkę.

Wszystko, co ma słodki smak i zapach
jest w mojej kuchni mile widziane.

I pomyśleć, że kiedyś wszystkiego
sobie odmawiałam.

Narzucałam sobie diety, których wcale
nie chciałam mieć. Pościłam. Unikałam i…
ciągle cierpiałam.

Tak naprawdę przez większość czasu żyłam w
mentalnym więzieniu: nie piłam alkoholu, nie jadłam cukru,
unikałam nabiału czy jedzenia na mieście.

W końcu i samych ludzi zaczęłam unikać, bo a nuż
zaburzą mój dyscyplinarny harmonogram dnia!

Byłam swoim największym wrogiem, bo pozbawiłam
się każdej zmysłowej radości… „Przyjemność”?
To brzmiało jak żart!

Na szczęście organizm się zbuntował,
ciało zaprotestowało a psychika przeszła
na tryb „zimowy”.

Pojawiła się senność. Taka życiowa „stand by”. Niby
byłam włączona ale w trybie oszczędzania energii.
Żyłam na pół gwizdka, z jedną stopą w przedsionku
a drugą w pięknym salonie.

Aż nadszedł moment pobudki.

Zobaczyłam, że coś nie gra. Że zamiast rozszerzać swój
horyzont ja zawężam pole widzenia do
czterech smutnych ścian. Zamiast świata
możliwości miałam szare pudełko od zapałek.

Unikanie cukru nagle stało się metaforą
unikania słodyczy życia. Wszystko co
przyjemne, zmysłowe, radosne było mi wrogiem.

Zamiast barw wybierałam szarość, zamiast ryzyka
porządek i logiczną ostrożność.

I myślcie, że teraz wychwalam hedonizm.
Daleka jestem od tego. Uważam, że
nie każdy powinien popuszczać pasa.

Nadmierne folgowanie może zabić.
Ale mi jednak, pomogło żyć.

Bo w zależności od tego, co dominuje
nam w umyśle, powinniśmy robić rzeczy
całkiem odwrotne. Na opak.

W ten sposób zapraszamy do
życia zdrową równowagę. Jesteś samotny?
Kochaj innych! Boisz się tłumów? Idź na targ!

Całe życie byłam poukładana, cicha,
wytrwała i mocno zdyscyplinowana. Wręcz do
ascetycznej przesady. Wszystko musiało być
doskonałe, a jeśli było inne, oznaczało, że jest „złe”.

Teraz chcę sprawdzić co jest po drugiej
stronie. Bo jest kolorowe, głośne a
przede wszystkim ŻYWE.

Pierwszy raz chcę tańczyć na bosaka.
Zjeść trzy gałki lodów przed obiadem.
Położyć się do łóżka po północy. Nie założyć
czapki, gdy wieje silny wiatr. Obejrzeć głupi
film, który nie niesie mądrego przesłania.

Zaryzykować. Doświadczyć.
Pobawić się. Zacząć żyć. Tak po prostu.

Brzmi nieźle, prawda? Ale uwierz mi,
to wcale nie jest proste.

Nie dla takich poukładanych i kontrolujących
typów jak ja. Prawdopodobnie będę uczyć
się tego przez wiele lat.

Bo to co mnóstwo ludzi ma we krwi:
ułatwiać sobie, luzować, odpoczywać, bawić się,
ja mam w umyśle schowane głęboko i pod ciężkim kluczem.

Zatem zaczynam od kuchni, bo to łatwe no i kocham piec.

Być może pewnego dnia zdejmę buty i zatańczę
na trawie w deszczu. I nie dlatego, że robią to wszyscy.
Po prostu będę miała ochotę! Poczuć, poszaleć,
posmakować, doświadczyć 🙂

O potrzebie odprawiania rytuałów

Są dni, kiedy zupełnie o tym zapominam.
Bo mam mało czasu. Bo jestem zabiegana,
Bo mam na głowie tysiąc różnych rzeczy.

A tymczasem rytuały i małe, domowe
ceremonie mają moc zatrzymania
nas w teraźniejszości.

Zwracają uwagę na to, w którym miejscu
jesteśmy. Każą zadać sobie pytanie:
czy nadal wiem dokąd zmierzam?
czy nie biegnę bez sensu?

Przede wszystkim jednak
rozwijają wdzięczność.

Poprzez rytuał rozumiem czynność,
która sprawia, że wracam do siebie.
Nie egocentrycznie, ale duchowo.

Skupiam się na tym co robię, weryfikując
stan wnętrza. Nie myślę o przeszłości,
nie wybiegam w przyszłość. Jestem Tu.
I uczę się kochać, To co jest.

Rytuały uczą mnie pokory. A przede wszystkim
wdzięczności. Za to gdzie jestem, z kim jestem,
kim ja jestem i za to, co  mam.

Przede wszystkim jednak za to,
że JESTEM w ogóle, bo to wcale
nie jest oczywiste!

Kocham celebrować śniadania.
Przy cichej obecności Luny pod
kuchennym stołem, jadam z ulubionego
żółtego talerza kolorowe kanapki
popijając kawę z cynamonem.

Zawsze staram się, by przy tym wazon w kuchni
był wypełniony świeżymi kwiatami.

By jeszcze bardziej nacieszyć oko i nos, by przez tę
chwilę pożyć i doświadczyć zmysłami.

Gdy medytuję, palę świeczki. A Michał
odpala kadzidła, które jeszcze długo po
wypaleniu napełniają mieszkanie
sandałowym zapachem.

Sandałowy dym zamieszkuje
szafy, chowa się w kurtkach i zaskakuje
gości, których zawsze zdumiewa ten intensywny,
mocno drzewny aromat.

Ceremonie pomagają wyrażać dobre życzenia.
Nie dla siebie. Dla innych.

Bez rytuałów i ceremonii zapomniałabym
o potrzebie skierowania uwagi do wewnątrz,
oraz przesunięcia jej z ego do punktu „inni”.

A nawet gdybym pamiętała, to byłaby ona techniczną
metodą na uspokojenie umysłu. Ceremonie zmiękczają.
Łagodzą. Kołyszą. Wydobywają z nas to, co duchowe.
Kobiece. Wewnętrzne. Troskliwe. Bo pomyśl.

Dlaczego na Wschodzie od tysięcy lat zwraca się
uwagę na ceremonie? Czy dlatego, że to kraje zacofane?
A może ludzie naprawdę wierzą, że rytuały są jak czary,
które mają moc odsuwania tego, co negatywne?

Ja myślę, że mieszkańcy krajów „trzeciego świata”
wiedzą, że wdzięczność napełnia bogactwem. Nie tym
fałszywym, który chwilowo ułatwi życie. Ale
trwałym, który oznacza „być połączonym ze wszystkim”.

Potrzeba ich wykonywania
ma moc psychologicznej sztuczki. Bo im częściej
robimy coś z intencją dla innych, wyrażając dobre
życzenia, tym lepszymi ludźmi się stajemy.

Uspokajamy się. Bo czujemy się częścią
większej całości.

Szkoda, że świat Zachodu o tym zapomniał.
Kiedyś Słowianie palili ogniska i tańczyli wokół ognia,
który symbolizował  życie i potencjał twórczy.

Karmiliśmy „demony”, by nie psociły. Szukaliśmy
kwiatów paproci i okadzaliśmy mieszkania
suszem z szałwi.

A dziś? Pozamykaliśmy się
w betonach odseparowani od siebie i swoich
korzeni. I wciąż skupiamy się na sobie. Nie, na
duchu. Na ego. „ja, moje, mój, moja”.

Rytuał to podarunek od nas dla siebie samych.
Tak konieczny w tych szalonych czasach stresu,
pędu i bycia anonimowym człowiekiem bez historii.