Mały Dorosły

Czasem przychodzi taki dzień, w którym zdajemy sobie sprawę, że przestaliśmy być Dzieckiem. I nie chodzi o pierwszą zmarszczkę, czy podjęcie pierwszej, ważnej decyzji. Po prostu podczas chwili ciszy i spokoju zauważamy, że zapomnieliśmy jak to jest się bawić, a zwykły śmiech zastąpiło wieczne marudzenie. Stało się. Oto kolejny człowiek stał się Dorosły w Poważnym Świecie.

Screen_Shot_2014-12-10_at_11.30.01_AM.0.0


Doroślejemy powoli, etapowo i niezauważalnie. Z pokoju giną zabawki, kolory szarzeją, a Kubuś Puchatek A.A.Milne, który wiódł prym na górnej półce nagle trafia do tekturowego pudła. Nie byłoby w tym niczego niepokojącego, gdyby nie to, że często dorastamy nie z własnej woli; świat od nas tego wymaga. Obserwujemy rodziców, przyjaciół i autorytety aż stwierdzamy, że czas porzucić infantylny świat i zacząć bawić się inaczej. Zdobyć wykształcenie, dobry zawód, zacząć zarabiać i kupić najnowszego McBooka. To nie czas na głupoty. Wszak okres studiów mamy dawno za sobą.

Kolega kupił kawalerkę, Kasia z Matim wzięli hipoteczny, a Anka jest w ciąży. Może i na mnie czas? Wielcy mówcy motywacyjni i szkoleniowcy od wizerunku uparcie powtarzają, że czas porzucić koszulki z batmanem na rzecz niewygodnych żakietów a życie trzeba brać na poważnie, bo inni są daleko na przedzie. Rozumiem dobre intencje mówców, ale nauczyłam się jednego- idąc cudzymi śladami, możemy trafić na manowce. Nie do każdej rady zastosujemy się w życiu, bo jesteśmy różni. Doświadczyliśmy odmiennych rzeczy, poznaliśmy różne sytuacje i mamy własne, odrębne właściwości w umyśle. Nie każdy musi być przebojową duszą towarzystwa a idąc jednak tym tropem narażamy się na frustrację i rozczarowanie swoją osobą.

Co zabawne, wielu Dorosłych ma w sobie takie pokłady ukrytego Dziecka i chęci pozwolenia sobie na zatroszczenie się nim, że sami sobie sprawiają dziecko, zamiast udać się do własnego wnętrza. Osoby chodzące na terapię z powodu bycia nieszczęśliwymi odkrywają, że źródłem nieszczęścia jest zapomnienie o własnym małym, wewnętrznym ja, które pragnie być kochane, spontaniczne i radosne. Nieszczęście jest często skutkiem 100%-owego wydoroślenia, które przekreśla każdy przejaw infantylności.

Wiecie kiedy zorientowałam się, że  stałam się Poważnym Dorosłym w Poważnym Świecie? Kiedy zaczęłam marudzić, stękać i narzekać. Zamiast spontanicznego śmiechu i głupot opowiadanych przy stole, że Skarpetkowe Potwory zżarły mi skarpetkę dlatego mam nie do pary, zaczęłam opowiadać jakie mam plany i co MUSZĘ zrobić w ciągu dnia. Zapaliła mi się lampka alarmowa(!). Zaraz, zaraz! Stałam się własną zrzędliwą ciotką i wredną sąsiadką z biedronki, która pcha wózkiem ludzi przy kasie, mówiąc „szybciej paniusiu!”.  Niedobrze.

Mimo, iż zawsze dbałam o to, by pamiętać o własnym Wewnętrznym Dziecku, to jednak gdzieś na ścieżce szybkiego życia zgubiłam parę elementów i przymiotów wiecznej młodości. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, oglądając „Małego Księcia”. Myślę, że każdy z Was zna krótką książeczkę A.de Saint-Exuepery’ego, prawda? Warto raz na jakiś czas ją sobie odświeżyć, przeczytać przed snem od deski do deski, i głeboko o niej pomysleć. I zachęcam też, do obejrzenia najnowszej ekranizacji Marka Osborne’a, bo mimo iż całkowicie złamał koncepcję książkowego pierwowzoru, to jednak zachował przewodnią myśl autora: jak pozostać Dzieckiem, będąc Dorosłym.

A to przecież nie lada wyczyn- być aktywnym, zdobywać się na akty spontaniczności i znajdywać dobre strony teoretycznie kiepskich i nieprzyjemnych sytuacji. Takim Dorosłym Dzieckiem jest 80-letni Pilot, narrator opowiadania (ten sam, który poznał Małego Księcia na pustyni), który żyje jakby wciąż miał dwanaście lat. Mieszka w osobliwie wyglądającym domu zagraconym niepotrzebnymi, choć sentymentalnymi bibelotami. Na dachu ma urządzone prowizoryczne obserwatorium astronomiczne, sam nieustannie chodzi w kombinezonie pilota i snuje ciekawe, metaforyczne opowieści, cały czas bawiąc się i zaprzęgając własną kreatywność do pracy i zabawy. Wydaje się, że staruszek jest mentalnie młodszy od własnej kilkuletniej sąsiadki, która jest odpowiedzialna, poukładana i… nieszczęśliwa oraz samotna w swej metodyczności, bo gdzie tu czas na zabawę i przyjaciół?

Film, podobnie jak książka przypomina, że w byciu Dzieckiem nie chodzi ani o metrykę ani o wygląd, lecz o energię. Pilot kilkukrotnie tłumaczy małej dziewczynce, coś co głęboko zapada w pamięć: nie chodzi o to, by nie dorosnąć, chodzi o to, by nie zapomnieć jak być Dzieckiem. Więc jak nie zapomnieć? Lis ma na to małą radę: widzi się dobrze tylko sercem. Najważniejsze jest niewidzialne dla oczu. Nasze Wewnętrzne Dziecko również mieszka w sercu i choć jest ukryte pod „dorosłymi” ciuchami, makijażem i dyplomacją, to wciąż wyrywa się do spełnienia swych infantylnych marzeń. Naszą rolą, jako opiekunów, jest mu pozwolić. I nie zapomnieć.

 

 

Dzień Świstaka

Pamiętacie Dzień Świstaka z Billem Muray’em? Od niedawna czuję się jak Phil, główny bohater filmu Harolda Ramisa, który utknął w jednym dniu; mam dojmujące poczucie zatrzymania się w czasoprzestrzeni. Zwariowałam czy może mam przedwczesny kryzys wieku?

Dzień-świstaka


 

Każdy dzień do złudzenia przypomina poprzedni. 5.40 pobudka, 6.30 śniadanie, 7.30 wyjazd do pracy, o 16.00 powrót do domu, zakupy, zmywanie, pisanie, bułka z masłem orzechowym, godzina dobrej lektury przed snem i powrót do łóżka, które (mam wrażenie) jakbym dopiero co opuściła.

Zaczyna być niepokojąco. Niepokojąco nudno. Czyżbym miała za mało spontaniczności w życiu? A może za mało przystanków z napisem STOP? Brak refleksji dokąd i po co zmierzam oraz zbyt rozmyta wizja celów odbierają całą zabawę z życia. Zaczęłam sobie zadawać pytanie: jak odczuwać radość żyjąc każdego dnia podobnie? Bo przecież rutyna jest nieunikniona. Myślę, że sporo ludzi pracujących na etacie, uczących się czy posiadających rodziny mierzy się z podobnym pytaniem. Jak ukochać naszą codzienność, która jest odmienna od pasjonujących życiorysów gwiazd, jednostek wybitnych czy freelancerów? Jak żyć rutynowo a jednak kochać to, zachowując pogodę ducha?

Do głowy przychodzą mi trzy odpowiedzi: ciekawość, rozwijanie zainteresowań i wdzięczność. 

W książce Macieja Bennewicza, Coaching. Tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości odnalazłam inspirację, którą spisałam zielonym długopisem na kartkę i powiesiłam nad biurkiem: Mamy we krwi poszukiwanie. szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości (…) Szukanie wiedzy, informacji, rozwiązań, zwiedzanie, odkrywanie.

Faktycznie, ciekawość świata i ludzi wymaga odwagi, a wydobyta odwaga podnosi ciśnienie krwi i poziom hormonów szczęścia. Poznając to, co nowe zmuszamy szare komórki do pracy, zdobywamy się na większy wysiłek, ekscytujemy się i pozwalamy zainspirować. Inspiracja jest nieodzowna, by chciało się żyć. Bez niej, wszystko staje się szare i matowe. Nie musimy od razu wykupywać biletu na koniec świata; wystarczy wyjść z domu i pójść w nieznanym kierunku, odwiedzić obce miasto, poznać nowe osoby, zamiast bezpiecznego kina, wybrać filharmonię, zamiast ukochanej klasyki skusić się na Dukaja. (Lub zamiast masła orzechowego, spróbować pasty ze słonecznika).

Rozwijanie zainteresowań  jest natomiast robieniem tego, co sprawia radość.Możecie nazwać to również posiadaniem życiowej misji, lub odkrywaniem własnej pasji. Choć, co bardzo ważne- nie musimy mieć pasji. Od paru lat zewsząd jesteśmy bombardowani przymusem jej posiadania i wmawia się nam, że jej brak świadczy o jałowym życiu. Nie zgadzam się z tym. Nikt z nas nie musi być wizjonerem czy pasjonatem. Wystarczy, że będziemy czymś zainteresowani, choćby i prostymi rzeczami: dobrą książką, uczestnictwem w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, pisaniem, malowaniem, blogowaniem, pieczeniem muffinek czy spacerami. Jeżeli nieustannie będzie nam przy tym towarzyszyła ciekawość, z pewnością do tych paru zainteresowań dojdzie jeszcze kilka istotnych (lub mało ważnych). Bo przecież chodzi o to, by robić to co się lubi, co zamiast męczyć, sprawia zwykłą ludzką radość. Ot cała filozofia.

Odczuwanie wdzięczności, pozwala z kolei zabezpieczyć cały zgromadzony nadmiar psychiczny, powstały dzięki ciekawości i rozwijaniu zainteresowań. Myślę, że wbrew pozorom to najtrudniejszy obszar. Dla mnie bynajmniej wciąż obcy. Uczę się go, choć bardzo powoli. Zauważyłam też, że porównywanie się do innych zabija każdą wdzięczność. Bo inni mają lepiej, są piękniejsi, zdrowsi, lepiej sytuowani, bo mają ciekawsze zainteresowania i więcej talentu. Więc proszę nie powtarzajcie mojego błędu i nie porównujcie się z nikim. Porównywanie się zaburza obraz nas samych, przez co widzimy swoje właściwości jak w zniekształconym lustrze.

A wdzięcznym można być niemal z każdej napotkanej sytuacji. Można być wdzięcznym za empatycznego partnera, za herbatę podarowaną przez kolegę, za niespodziewany e-mail w skrzynce odbiorczej, za dobrą pogodę, mewę na parapecie i możliwość robienia tego, co lubimy, bo to przecież luksus. Nikt nam nie obiecał życia w kraju, w którym nie ma działań wojennych, nikt nie obiecał, że przyjdzie nam dożyć wieku w którym jesteśmy. A jednak mamy to wszystko, jako podarunek i za to warto być wdzięcznym, podobnie jak za całą resztę, którą zdobyliśmy sami. Bo sprzyjały nam warunki, bo spotkaliśmy właściwe osoby, bo zdrowie pozwoliło siedzieć po nocach nad książkami. Rzeczy nie są tak oczywiste jak nam się wydaje. Są oczywiste, gdy się do nich przyzwyczajamy. Dlatego i w tym obszarze bądźmy otwarci, ciekawi i zadziwieni, a wdzięczność początkowo sztuczna i wymuszona stanie się stałym elementem każdego poranka.  Nikt nie wie, czy przyjdzie kolejny.


 

Zdjęcie: kadr z filmu Dzień Świstaka (1993), reż.: H. Ramis

Głowy do wynajęcia

Pamiętacie recenzję książki Maciej Bennewicza, Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz. I. Gra w kości? (https://emocjonalnie.com/2015/11/08/czarownice-w-sluzbie-bezpieczenstwa/ ). Pan Maciej napisał drugą część. I nie jest ona bynajmniej prostsza (czy mniej zabawna) od poprzedniej.

głowa


Znany coach najwyraźniej lubi realizm magiczny zmierzający ku pastiszowi, na szczęście z wzajemnością. Prowadzi jednocześnie kilka wątków w równoległych rzeczywistościach, mnoży zagadki, intrygi i tajemnice by ostatecznie rozwiązać tylko kilka z nich a resztę odkryć w kolejnej, trzeciej części. Książka przyprawia o zawrót głowy i wprowadza sporo zamieszania w czytelniczej głowie. Czy to źle? Ależ skąd! Tylko dobry pisarz potrafi doprowadzić do szaleństwa. Niczym sprytny Bułhakow, który odbiera czytelnikowi klepkę po klepce i ten pewnego dnia nie wie już co jest prawdą a co fikcją (kto czytał Mistrza i Małgorzatę ten wie).

Ale o co właściwie chodzi?
Właśnie to pytanie zadawałam sobie wielokrotnie podczas lektury. Wielość wątków i detali jest zaskakująca ale to dzięki nim nie sposób się nudzić. Autor nie bawi się w niepotrzebne opisy; każde zdanie, każdy wątek i bohater jest po coś i odgrywa istotne znaczenie. Więc od razu uprzedzę, porzućcie wszelkie próby analitycznego myślenia i zadawania sobie podobnych pytań. Nawet jeśli przez chwilę nie wiadomo o co chodzi, to ostatecznie się wyjaśni.

W drugiej części trylogii, autor sporo uwagi skupia na świecie alternatywnym, na zamierzchłej przeszłości (a dokładniej na roku 1555) kiedy to Sabina Taube (zwana w czasach obecnych Samantą Gołąbek-Kryszulą) została oskarżona o herezję i uprawianie magii.  Opowieść rozpoczyna się owego 1555 roku, kiedy to ojciec Remigiusz osobiście sprawdza, czy stos na wiedźmę jest już gotowy…

W Głowie do wynajęcia są ci sami bohaterowie, ale zmieniły się koalicje, plany i rząd pragnący kontrolować polskie społeczeństwo. Jeden z głównych bohaterów poprzedniej części, Gonzo zostaje mianowany na głównego dowodzącego wśród magicznych i dostaje nie lada zadanie do wykonania: ma spotkać się z Samantą (która jest- jak się dowiedzieliśmy wcześniej- wiedźmą z gildii purpurowej) i zawrzeć z nią rozejm.

Samanta jest jednak wiedźmą przebudzoną i świadomą własnej mocy, więc wykorzystując naiwność niedouczonego Gonza, wysyła ich umysły na powrót do roku 1555, aby dać Gonzowi szansę na zmianę przeszłości a co za tym idzie, teraźniejszości. Samanta zapomniała jednak wspomnieć, że każda zmiana czasu, który już istniał może mieć poważne konsekwencje: wpłynąć na cały świat, jego klimat, nastrój i wszystkich mieszkańców. Podobnie jak ruch skrzydeł motyla w jednej części świata wywołuje tajfun na drugiej półkuli.

Autor kpi z polskich przywar i rozprawia się ze społeczeństwem wychowywanych na wódce, jak gdyby to ona rozwiązywała wszystkie problemy. W którymś momencie zadaje jednak pytanie, czy żyjąc w sielankowej krainie faktycznie bylibyśmy szczęśliwi (i autentyczni)? Jednym z alternatywnych światów jest właśnie iddyliczna Polska, w której żyje cztery miliony obywateli altruistów, wegetarian, szanujących każde życie a gdy nie są użyteczni dla innych, po cichu popełniają samobójstwa w humanitarnych warunkach podczas pięknie grającej muzyki.

Zazdroszczę panu Bennewiczowi kreatywności i zastanawiam się czy podczas osobistych spotkań też częstuje gości abstrakcyjnymi opowieściami. Czy ludzie się z tym rodzą, czy kształcą poprzez inne, czytane przez całe  życie lektury? Najbardziej zdumiewający jest fakt, że autor ma wszystko (początkowo wbrew pozorom) logicznie poukładane tak, że początkowo gubiąc się w gąszczu informacji nazwisk i historii (pojawia się nawet Andrzej Frycz Modrzewski, Zygmunt August i królowa Bona) otrzymujemy sprawnie napisaną i zajmującą opowieść, która nie jest zwykłą książką ale dowodem na twórczy spryt, poczucie humoru i ludzką kreatywność. Cieszy mnie również, że osoba z etykietą coacha wzięła się za obszar tak teoretycznie mało coachowy, dzięki czemu udowadnia, że chcieć to móc. A lubić coś i mieć pomysł, to wziąć się do działania. A Wy, moi drodzy, do czytania!


Tyt.: Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz.II. Głowa do wynajęcia
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach&Couch. Autobus i kanapa
Rok: 2015
Strony: 324
Do kupienia: http://autobusikanapa.pl/ksiazki/

 

 

Jak okiełznać Krytyka i zostać Listonoszem?

Czy czujesz się czasem przygnieciony oczekiwaniami? Zdarza ci się słyszeć nieprzyjemną krytykę pod swoim adresem? Czy zastanawiasz się czasem, żeby schować się pod miotłą i udawać, że nie istniejesz? Witaj w klubie. Każdy z nas miewa takie dni.


IMG_20151209_073607

Konstruktywna krytyka jest dobra, bo motywuje do zmian i poszukiwań lepszych osób, w nas samych. Problemem zaczyna być wtedy, gdy nie jest merytoryczna a obraźliwa i prowokuje monolog Wewnętrznego Krytyka. A ten Pan, jest zdecydowanie groźniejszy!

Mam Go w sobie od dawna. Pewnie jak każdy, choć sporo osób lekceważy jego istnienie lub nauczyło się łagodnie z nim obchodzić. Niestety mój wredny Krytyk Wewnętrzny uaktywnia się niespodziewanie po każdym złym słowie i mąci myśli, wspomnienia; wciąż krzyczy i rozkazuje, by być idealnym. Jak gdyby dążenie do perfekcji było najlepszą z wszelkich możliwych dróg.

A właśnie! Zapomniałam dodać, że Wewnętrzni Krytycy na ogół żyją w głowach perfekcjonistów zatruwając życie i każdy twórczy czy nietwórczy pomysł, w myśl zasady, że może być lepiej. A że to już było, że to sztampa, banał, kolokwializm. Inni są lepsi– mówi Krytyk. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze! Schowaj to, bo najesz się wstydu. Czasem gdy mam dostatecznie dużo odwagi staram się go wysłuchać, a nuż między pogardą znajdzie się złota myśl. Na ogół są to jednak toksyczne zdania, które odbierają chęć do życia i powodują jeszcze większe zapędy ku niezdrowemu perfekcjonizmowi.

Kiedyś na tyle bałam się jego głosu, że unikałam wszelkich sytuacji prowokujących go do ataku. Czyli sytuacji wyrażania opinii, bo te potencjalnie mogą się komuś nie spodobać. Usłyszałabym złe słowo, słowo jak ziarno zapuściłoby korzenie, na których Krytyk by wzrósł i znów wredotę musiałaby nosić na plecach przez boży tydzień. A on wcale mało nie waży! Więc przez studia przemknęłam po cichu, jako oportunistka, która wiecznie potakuje głową i grzecznie się uśmiecha. Dopiero parę lat temu zaczęłam głośno wyrażać opinie i wydobywać na zewnątrz pomysły zamieszkałe głowę. Byłam gotowa się zmierzyć z krytyką, bo ostatecznie jest nieunikniona. Publikowanie jest zawsze ryzykowaną grą w „kochają cię- nienawidzą cię” i zaczęłam grać w nią w 2008 roku a na poważnie w kwietniu 2014 roku.

Podczas tego czasu usłyszałam wiele przykrych słów, podobnie jak pochwał, a w miarę inwestowania w reklamę i wzrostu statystyk, jak również publikowania poza blogiem nauczyłam się jednego- od krytyki nigdy się nie uwolnię. Ani ja, ani Wy jeżeli coś tworzycie, projektujecie czy po prostu robicie coś mało popularnego. Nasza praca i my- autorzy, projektanci czy wszelcy paziowie social mediów, zawsze będziemy poddawani ocenie, więc jak nie zwariować? Tu pomoże tylko zdrowy dystans. Ja każdego dnia powtarzam sobie: dziś cię kochają, jutro nienawidzą. Dzień jak co dzień.

Jestem zwolenniczką psychoterapii, psychologii pozytywnej, i wszelkiego rodzaju mów motywacyjnych. Ostatnio zainspirowana metodami działania pana Jacka Walkiewicza, autora „Pełnej mocy odwagi”, odnalazłam na youtube wywiad, gdzie zapytany jak radzi sobie z krytyką odpowiedział: nauczyłem się, że najzdrowsze podejście, to rola posłańca. Jestem posłańcem wiadomości. Przekazuję wam prawdy w które wierzę. Jeżeli one do was nie przemawiają, lub nie podobają wam się, to trudno, nie biorę tego do siebie. Jestem zwykłym listonoszem. To dla mnie najrozsądniejsze wyjście- bycie kanałem. Coś chce przez nas być wyrażone, więc niech się wyrazi w formie w jakiej przyszło. Cała reszta- odbiór, interpretacja, lubię i nie lubię to już nie nasza działka. Więc róbmy swoje a o cudze się nie martwmy.

Niewolnicy wizerunku

Jak cię widzą, tak cię piszą. To oklepane powiedzenie jest dziś wyjątkowo aktualne, bo wygląd decyduje o sukcesie lub porażce. Zdobycie pracy lub podwyżki, znalezienie partnera, przyjaciół i szacunek wśród klientów, to często mało skomplikowana układanka, z czego centralnym puzzlem jest wygląd.

lipstick


Chciałabym aby tak nie było. Ale tak jest. Wydajemy ostatnie pieniądze na modne ciuchy i snobistyczne gadżety. Zadłużamy się by pójść do salonu fryzjerskiego czy do najlepszego barbera. Karta kredytowa goni kolejną, aż portfel puchnie złotym ciężarem. Myślisz, że nie mówię o Tobie? To spójrz do wnętrza szafy…

Skąd się wzięło tak powszechne dziś ocenianie ludzi po wyglądzie? Oceniamy jednocześnie bojąc się ocen innych, co nie przeszkadza nam ochoczo dokładać własnych cegiełek. Kupujemy kolejny tusz do rzęs, buty Nike i kardigan wplątujący się między kolana. Bo potrzebujemy? Nie. Po prostu nie chcemy odpaść z gry o akceptację. Sprzeciwienie się temu byłoby aktem buntu przeciw normom kierującym światem. A jednak są takie pojedyncze przypadki. Buntownicy, indywidualiści, osoby uduchowiony żyjące na minimalistycznym poziomie i ci wszyscy, którzy nie potrzebują cudzej aprobaty do życia, bo zaakceptowali sami siebie. Oni są dowodem że można opuścić błędne koło napędzane sztucznie wykreowanymi potrzebami i konsumpcją.

Nie lubię tej zasady kierującej światem, że piękno wygrywa. Bo czy na pewno? Piękno jest misterną sztuczką często ukrywającą to co najbardziej wartościowe, lub wręcz przeciwnie, mroczne i niebezpieczne. Myślę, że dlatego cześć osób inwestuje wszystkie środki w wizerunek. Pokażę ci kim jestem, pokażę ci kogo masz widzieć. Mark Twain powiedział kiedyś, że każdy człowiek jest jak księżyc, ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu. Powierzchowność jest łatwo wykreować a dobrze zaprojektowana ukryje każdy deficyt. Niestety nie można zbyt długo budować na tym tożsamości. W końcu starość i choroba zdejmą z twarzy wiecznie przyklejony uśmiech i pokryją twarz mapą zmarszczek, której nie przykryje żaden pokład.

Dlatego kiedy usłyszałam wczoraj od uznanego speca ds. marketingu że należy się otaczać wyłącznie pięknymi przedmiotami, bo tworzą harmonię, to poczułam duży opór. Ok, sztuka karmi zmysły, lecz czy jednak budowanie domu na ruchomych wydmach nie jest syzyfową pracą? Życie jak i śmierć to aspekty jednej monety, podobnie jak piękno i brzydota. Piękno może istnieć tylko dzięki brzydocie, inaczej nie wiedzielibyśmy czym piękno jest; przynajmniej to zewnętrzne. Wizerunek, jak z resztą wszystko co powierzchowne może pęknąć jak mydlana bańka- nieoczekiwanie i z hukiem, ukazując całe spektrum prawdziwie ludzkich cech tak skrzętnie dotąd skrywanych. Czy nie lepiej byłoby zatem zainwestować energię, w coś bardziej wartościowego? Popracować np. nad oczytaniem, poprawną polszczyzną, albo poczuciem humoru? Zainwestować w to, w co inwestować musimy niewiele, bo jest to naszym naturalnym przymiotem, czymś co towarzyszy nam od urodzenia?

Kiedy raz na jakiś czas odwiedzam babcię, wypytuję ją o powojenne lata i PRL. A że babcia to stara gawędziara, to sypie historiami zebranymi z pamięci niczym z albumu pełnego retro fotografii. To od babci dowiedziałam się, że kiedyś żyło się inaczej- trudniej lecz solidarnie ale również samo piękno było pojęciem bardziej elastycznym. „Piękni ludzie”,oznaczali „dobrych ludzi”, „ludzi pomocnych i szczodrych”. A dziś? Praca nad osobistym wizerunkiem zdominowała wielkie miasta, korporacje, uczelnie a nawet zwykłe spotkania towarzyskie, które w mojej opinii powinny rozluźniać zamiast wciskać w kolejne gorsety. Najgorsze jest to, że to matnia bez wyjścia. Odważyłbyś się nie dbać o wygląd? Wyjść w wytartej koszulce i zdeptanych butach z klawiszową Nokią w kurtce? Ja nie potrafię wyjść po bułki bez makijażu, i wszędzie ciągam ten cholerny kardigan mimo, że plącze się między kolanami, Cóż za brak praktycyzmu! Nawet w szeregowej pracy dziewczyny wyglądają jakby wyszły spod ręki stylistek a chłopcy z błyszczącą pomadą na włosach kłują mnie w serce, bo oto mijam mężczyznę, który jest ładniejszy ode mnie i kosmetyków ma pewnie więcej.

Czasami bywam sobą. Porzucam opięte dżinsy na rzecz luźnych, przebieram się w wygodny t-shirt, który z powodzeniem mogłabym pożyczyć chłopakowi. Nie wchodzę do galerii, w gronie znajomych stosuję zasadę, bierzesz mnie jaka jestem, nie stroję się dla mężczyzn a gdy ktoś pyta kiedy założę małą czarną, odpowiadam, wiesz mój drogi, z nami kinestetykami jest taki problem że za bardzo kochamy wygodę, by poddawać się dyktaturze zewnętrznego piękna. Polecam. To zawsze zamyka usta. Nie musimy w tym tkwić tak mocno. Rozwiązaniem w świecie piękna jest rozluźnione podejście do budowania własnego wizerunku, akceptowanie własnego „ja”, które nie ma figury, kształtu czy koloru; budowanie własnego wnętrza i karmienie go wartościową pożywką. Myślę, że ostatecznie tylko ludzie całkowicie akceptujący siebie są naprawdę piękni, choć w sposób nieco odbiegający od tego,co zostało nazwane pięknem.

 

Tradycja vs. wolność

Rodzina i małżeństwo straciły na wartości. Dziś niewielu ludzi bierze ślub, jeszcze mniej stara się o dzieci. Skąd wzięła się tak powszechna niechęć do życia w zgodzie z tradycyjnym modelem rodziny?

CS39365111


 

Będąc pół roku temu na wykładzie Wojciecha Eichelbergera usłyszałam rzecz smutną, choć prawdziwą. Związki partnerskie zaczynają przypominać spółki z.o.o (z ograniczoną odpowiedzialnością). Niby kochamy, ale wciąż nie rozpakowujemy walizki. Niby jesteśmy zaangażowani, a wciąż sprawdzamy czy drzwi są szeroko otwarte. Czy to kwestia dewaluacji tradycyjnych wartości czy może zwykły egoizm, który każe uciekać, gdy pojawia się ślad odpowiedzialności?

Są we mnie dwie skrajne postawy. Jedna pragnie iść z duchem tradycji i skosztować wszystkich etapów bycia kobietą; druga natomiast jest dzika i wojownicza i kocha słowo wolność. Myślę, że mam w sobie dwa przeciwstawne bieguny które ścierają się w dzisiejszym społeczeństwie. Bo część młodych ludzi deklaruje chęć życia według tradycyjnego modelu, zwłaszcza kobiety, którym potrzebna jest inicjacja, symboliczny moment przeistoczenia się z dziewczyny w kobietę. Ta chęć przeżycia inicjacji jest w nas podskórnie zaszczepiona, może wyssana z mlekiem matki. Pamiętam jak dziś andrzejkowe wróżby w gronie koleżanek, kiedy zgadywałyśmy, która pierwsza przestanie być panną. Tak jakby tylko kobieta z pierścionkiem i obrączką naprawdę liczyła się w kulturze.  Natomiast druga, bardziej rozluźniona część społeczeństwa wykorzystuje wspaniałe czasy, w których przyszło nam żyć i ślubują miłość wyłącznie samym sobie. Kiedy spotka się dwójka zakochanych w sobie osób z dwóch biegunów, to jest łagodnie rzecz ujmując… niezły klops.

Reklamy i wielkie firmy, rozbudzają w nas coraz wieksze potrzeby. Ich skuteczność jest na tyle duża, że ludzkie życie faktycznie staje się jedną, nieustającą potrzebą, konieczną do zaspokajania: kupować, nabywać, jeść, pić, podróżować. A końca nie widać. Nie ma tu miejsca na stabilizację i nudę. Jeden partner na życie? Przecież to nuda; rozwody są drogie, majątek zbyt ważny a szukanie prawników zabiera zabawę. Samotność w XXI wieku nie boli jak kiedyś. Rozrywka jest dostępna na wyciągnięcie ręki, seks powszechny a etykiety nie krzywdzą. Dziś nikt nas nie osądzi na podstawi braku partnera. Przynajmniej nie w dużym mieście.

Żeby było jasne, nikogo nie oskarżam i w nikogo nie rzucam kamieniem. Także mnóstwo kobiet nie chce powielać patriarchalnego stereotypu przykładnej matki i żony. Dla nas, kobiet na zachodzie są to czasy wyjątkowo piękne. Możemy mieć wielu partnerów, stawiać tarota i nikt nas nie spali na stosie. I coraz częściej świadomie decydujemy o nierodzeniu dzieci. Bo przecież to z naszej strony są wszelkie poświęcenia: ciąża, poród, karmienie piersią, urlop wychowawczy, nieprzespane noce. A w razie odejścia mężczyzny, zostajemy same.

Zastanawia mnie jednak na ile są to decyzje wynikające z braku chęci posiadania potomstwa, braku instynktu macierzyńskiego czy po prostu innego powołania, a ile z uczucia strachu. Bo skoro, mężczyźni tak bardzo kochają wolność, to przecież w którymś momencie mogą zostawić nas z bagażem macierzyństwa. Nic dziwnego że się boimy. Ale czy my kobiety, możemy ufać samym sobie? Konsumpcjonizm stworzył w nas wielką, czarną dziurę; mimo przesytu kolejnymi nowinkami, nadal mamy wilczy apetyt. Jest w nas za mało wdzięczności, za dużo oczekiwań i zbyt wiele rozbuchanych pragnień. Nie cieszymy się zwykłymi doświadczeniami; dbamy o wizerunek topiąc w niego kolejne ciężko zarobione pieniądze, a potem kształcimy się, by móc zarabiać jeszcze więcej, bo miłość i spokój to za mało.

A jeżeli niechęć  do składania deklaracji wynika z dojrzałej świadomości przemijania? W jednym z wywiadów Natalia Przybysz zapytana o związek ze swoim partnerem życiowym i ojcem jej dzieci, powiedziała: ja nie potrzebuję ślubu, bo relacja to energia. I owszem, krzywa miłosnej wibracji czasem skacze w górę, czasem niebezpiecznie obniża się do poziomu a papierek nie ma mocy sprawczej by jakkolwiek  na nią wpłynąć. Z resztą sama to przeżyłam wielokrotnie. Relacje pojawiają się znikąd, trwają jakąś chwilę a potem bezpowrotnie rozpływają się jak we mgle. Jednego dnia kochasz, a drugiego spotykasz obcą osobę. Czasem nawet terapia, i wspólna praca niewiele mogą pomóc. Relacje jak życiowe etapy czasami się po prostu kończą.

Wybaczcie mi, jeżeli tytuł Was zwiódł i szukaliście odpowiedzi. Ja dziś jedynie pytam. Czy jest możliwe być z jednym partnerem przez całe życie? Czy jest sens brać ślub i przyrzekać miłość przed urzędnikiem? I czy kiedykolwiek w Polsce związki partnerskie będą miały jakiekolwiek prawa?

Tęsknię za pokoleniem naszych nieżyjących dziadków. Słownych dżentelmenów, w szafach których wisiały dwie marynarki: codzienna i na niedzielę. Tęsknię, bo chciałabym żyć w świecie większego czy może lepiej dostępnego wyboru między tym co nowoczesne i wolne a tym, co tradycyjne i uważane powszechnie za przestarzałe. Bo podaż pierwszego jest olbrzymia, podczas gdy popyt na drugie wciąż trwa.


Zdjęcie: dailyrecord.co.uk

Wielka Magia

Są książki, które potrafią zmieniać życie, poprzez prowokowanie do działania i poszukiwań. Przeczytałam ich wiele, ale tylko kilka z nich naprawdę zapadły mi w pamięć. „Wielka Magia” Elisabeth Gilbert jest jak kanapka z masłem orzechowym. Niby nic wykwintnego a potrafi nasycić i poprawić humor.


 

CAM01375 (2)

Dzisiaj nie będę obiektywnym krytykiem, bo nie zamierzam. Dziś jestem całkowicie subiektywną i wrażliwą jednostką, całkowicie pochłoniętą lekturą najnowszej książki autorki „Jedz módl się, kochaj”, oraz „Botaniki duszy”. Na takie książki czekam, na takie poluję i takie kocham całym sercem- książki, które rozbudzają ciekawość, inspirują i przyjemnie łaskoczą. Niby Elizabeth Gilbert nie odkryła niczego wielkiego, ale prostota i autentyzm są jej zdecydowaną zaletą.

Zaczęło się od wystąpienia w programie TED.
Pisarka wygłosiła piekny i motywujący wykład na temat kreatywności i pisania. Jej przemowa zaskakuje, bo wydawać by się mogło, że żaden pisarz po spektakularnym sukcesie nie miewa już problemów, a wszystko kolejne co napisze musi zostać uznane przez sam fakt wyrobionego nazwiska. Nic bardziej mylnego! Liz podczas wystąpienia przyznała, że dopiero po niebywałym (i jak skromnie twierdzi- całkowicie przypadkowym) sukcesie „Jedz módl się, kochaj”, zaczęły się niepokoje i problemy. Bo trudno jest powtórzyć wielki sukces. Bo presja otoczenia i krytyków jest ogromna. Bo hejterzy tylko czekają na małe potknięcie. A kiedy dzieło jest, kolokwialnie mówiąc do niczego, to wszyscy zacierając ręce, mówią- a nie mówiłem?!

Tak; znani pisarze i twórcy podobno nie mają lekko, bo wyrobione nazwisko zobowiązuje i staje się ciężarem. Liz poczuła się całkowicie zablokowana ludzkimi oczekiwaniami i obawami na tyle, że przestała pisać cokolwiek. Kiedy w końcu minęło już trochę czasu, odezwał się w niej naturalny, stęskniony głos twórcy. Więc usiadła do biurka i po prostu- tak jak potrafiła najlepiej, tak jak grało  w jej duszy, nie zwracając uwagi, czy to artystyczna proza czy zwykły kicz- pisała. Odkryła tym samym, że podążanie dalej, wytyczoną przez siebie drogą, jest kluczem. Czy do sukcesu, tego nie była w stanie powiedzieć, natomiast jest kluczem do własnego serca, które pragnie tworzyć i mieć gorący romans z kreatywnością.

To zdumiewające odkrycie popchnęło ją do stworzenia „Wielkiej Magii”, poradnika dla ludzi podobnie jak niegdyś ona- zablokowanych i przerażonych wizją własnej porażki. Efektem jej pracy jest wspaniała, ciepła lektura, pełna humoru ale i bezczelnego odarcia sztuki ze świętości. Bo w istocie- to świętość i cierpiętnictwo, ta wciąż jeszcze żywa chrześcijańska spuścizna blokują nas przed tworzeniem i działaniem. Boimy się co o nas powiedzą ludzie, boimy się, jak społeczeństwo odbierze nasze pomysły i dzieła. Obawiamy się śmieszności i braku sukcesu. Boimy się zapomnienia i hejtu, przy czym sami bezkrytycznie oceniamy własne twory, chcąc by były wielkimi pomnikami dla potomnych. A to przecież absurd!

To, co daje szczęście to nieprzerwane działanie, które prowadzi do zgłębiania tajemnic Wszechświata i siebie samego. Czemu ciekawość i poczucie misji są tak istotne w życiu? Bo dają radość. Po prostu. W wielkim świecie, w którym pełno jest głodu, wojen, konsumpcji, lęków, chorób i niepewności jedyne co potrzebujemy sobie dać, to odrobiny radości i poczucia sensu. Tego zapalnika, który spowoduje, że każdego ranka będziemy ochoczo wychodzić z łóżka. I właśnie dlatego, każdy rozdział Liz kończy zdaniem: „a teraz weź się do pracy i idź coś stwórz w końcu”. Nawet byle jak, nawet gdybyś miał to wyrzucić do kosza, „(…)na miłość boską, zrób coś!”

Bo nie trzeba być wielkim i nie trzeba robić wielkich rzeczy. To ego cierpi na manię wielkości i potrzebuje nagród a dusza pragnie tylko zachwytu. Naszym zadaniem nie jest zdobycie sławy czy uznania. Niespełnienie obietnic prowadzi jedynie do smutku i frustracji. Nasze zadanie jest o wiele prostsze a przy tym bardziej znaczące- być szczęśliwym, wiecznie ciekawym i myślącym człowiekiem. Autorka swoją książką udowadnia własną tezę, że to co najprostsze i najbliżej nas samych, jest równocześnie tym co najważniejsze i czego nam trzeba.


Tytuł: Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie.
Autor: Elizabeth Gilbert
Wyd.: Rebis
Rok wyd.: 2015
Okładka: twarda
Liczba stron: 335

10 filmów dla tych, co szukają wolności

Kiedyś regularnie kupowałam magazyn „Film”. W jednym z numerów, mój ulubiony felietonista napisał, po czym poznać dobrą kinową produkcję; mam ten cytat w głowie do dziś: „Porządny film to taki, po którym natychmiast wyciągasz papierosa i palisz go inaczej niż zwykle. Przyglądasz się z zaciekawieniem mijanym przechodniom i nawet latarnie wydają się świecić innym światłem”. Dzisiaj przedstawiam Wam 10 filmów, które poruszają serca i umysły. Są o wolności. O wielu jej znaczeniach i barwach. O potrzebie poszukiwań, o spełnianiu marzeń i poszerzaniu horyzontów. O wolności podejmowania własnych, często tragicznych w skutkach wyborów. Można je oglądać bez końca- w deszczowe dni, podczas chandry, bólu głowy czy mając potrzebę odszukania motywacji do twórczego działania. Bo przecież chodzi o to, by chciało się żyć, w piękny, wyzwalający sposób.


 

10. Jedz, módl się, kochaj (2010), reż. Ryan Murphy

eat

Dlaczego ten film dostał tak niskie oceny na portalach filmowych? Oglądałam go trzykrotnie i nigdy nie potrafiłam znaleźć w nim żadnych uchybień! Wręcz przeciwnie. Mimo, iż fabuła była mi doskonale znana, to i tak nie mogłam oderwać się od ekranu, bo czyż pokręcone życie Liz, nie przypomina życia wielu z nas?

Elisabeth (Julia Roberts) jest trzydziestoparoletnią, niespełnioną kobietą. Chcąc wziąć odpowiedzialność za siebie, podejmuje radykalne kroki by zacząć żyć w zgodzie z rytmem serca. Rozwodzi się z mężem, którego od dawna nie kocha i rusza w długą podróż po świecie, by znaleźć odpowiedź na pytanie kim jest. Podróżuje po Włoszech, trafia na Bali, uczy się medytacji w Indonezji. Brzmi ckliwie? Tak, wiem. Film ma tyle samo zwolenników co i wrogów, podobnie jak książka Elisabeth Gilbert, na podstawie której został nakręcony film. Ja należę do gorących wielbicieli, ale pewnie dlatego, że ufam wyświechtanemu słowu „spełnienie”. Inaczej nie mogłabym się zidentyfikować z bohaterką. „Jedz, módl się, kochaj” prowokuje do podróży w głąb siebie, do zadania sobie kilku ważnych pytań: kim jestem? Dokąd zmierzam? O czym marzę? Kogo kocham? Jak chcę żyć? Jest przy okazji dobrym kinem rozrywkowym i zawiera wszelkie elementy, jakie tego typu kino powinno zawierać- wewnętrzny konflikt, motyw podróży, miłość, przekroczenie progu i happy end. Kino zdecydowanie poprawiające humor.


 

9. Frida (2002), reż. Julie Taymor

frida-green

To film nie tylko o niezwykle utalentowanej malarce, ale o sile walki, jaką nosi w sobie każdy z nas. Frida Kahlo, (Salma Hayek) jest meksykańską uczennicą, marzącą by uczyć się od najlepszych artystów i ostatecznie zostać sławną malarką. Los jednak jej nie sprzyjał. Pewnego feralnego dnia, Frida jadąc tramwajem do domu, ulega wypadkowi i staje się sparaliżowana. Lekarze spisują dziewczynę na straty; ta jednak nie poddaje się. Zaczyna malować i próbuje o własnych siłach stanąć na nogi. Jej determinacja przyciąga uwagę wielkiego malarza Diego Riverę (Alfred Molina) a ten zauroczony silną osobowością staje się jej mentorem i kochankiem.

Z tej historii można czerpać garściami. „Frida” inspiruje do tworzenia, podążania za pasją i zdobywania świata, nawet kiedy ten odmawia nam dostępu. Historie wzięte prosto z życia udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych. Skoro innym się udało, co stoi na przeszkodzie, byśmy sami sięgnęli po intymne marzenia? „Frida” dla mnie jest nie tylko autentyczną opowieścią o odważnej kobiecie, ale również manifestem do kobiet, by żyły jak chciały- z pasją, werwą i miłością.


 

8. Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989), reż. Peter Weir

stow

Ach, Kapitanie, mój Kapitanie! Dlaczego w dzisiejszych czasach nie ma już takich nauczycieli jak John Keating (Robin Williams)? Nauczycieli z powołania, którzy zamiast realizować program, wolą w młodych umysłach rozbudzać ciekawość i prowokują do samodzielnego myślenia? Obecny system edukacji każdego roku udowadnia, że szkoła nie uczy, lecz programuje. A nam przez to brakuje innowacji i kreatywności, polotu i pasji odkrywania. Ocenzurowany spis lektur szkolnych czy propagandowe zajęcia  zamiast lekcji sztuki i literatury wychowują pokolenia bezmyślnych, poprawnych politycznie członków społeczeństwa. Dlaczego? A no żeby było bezpieczniej. Bo kiedy ludzie zaczynają samodzielnie myśleć, zostają zagrożone: polityka, obecna kultura i społeczne nakazy. Na szczęście dla osób o otwartych umysłach jest jeszcze nadzieja w postaci dostępu do mądrych, niezależnych twórczo książek. Dzieł buntowników, wywrotowców, rewolucjonistów, marzycieli i romantyków, którzy patrzyli na świat bez  zniekształcających soczewek. To hasło przewodnie filmu- naucz się patrzeć inaczej i spójrz głębiej.


 

7.  Wszystko za życie (2007), reż. Sean Penn
 a5f43f05ffe7860b3659c80b7fb43a7e

Młody chłopak, Chris (Emile Hirsh), po ukończeniu studiów decyduje się na ryzykowny krok. Porzuca wszystko co ma- samochód, pieniądze, dom, perspektywę dobrze płatnej pracy i rusza przed siebie, na Alaskę. Jaki jest jego motyw? Tęsknota za prawdziwym życiem w symbiozie z naturą. Chris wydaje się być nieco spóźnioną wersją hipisa; kocha naturę, pragnie przygód i wolności i buntuje się przeciw każdej formie zamknięcia i zniewolenia. Łatwo mi przyszło się z nim zidentyfikować. Dlaczego? W dobie nieustannego ruchu i przepływu informacji marzymy często, by odnaleźć magiczny przycisk OFF i wyłączyć choć na chwilę całe wariactwo świata. Zatopić się w ciszy, zjednać z naturą i odnaleźć własne korzenie.

Choć opowieść jest smutna, to i tak potrafi tchnąć ducha w znudzony czy zaśniedziały umysł. Bo oto mamy przed sobą kolejną prawdziwą opowieść o człowieku, który zdecydował się powiedzieć nie systemowi, i żyć wymarzonym życiem, nawet jeśli w perspektywie czasu przyszło za to zapłacić najwyższą cenę.


 

6. Buntownik z wyboru (1997), reż. Gus Van Sant

matt

Kolejny film o systemie szkolnictwa, który przekonuje że geniusz mieszka poza murami uniwersytetów. Will (Matt Damon) jest niewykształconym chłopakiem, który żyje z dnia na dzień. Pracuje fizycznie imając się najprostszych zajęć, a po pracy chodzi z kolegami na piwo. Wydawać by się mogło, że nie dba o to jak żyje- nie inwestuje w siebie, nie ma perspektyw na lepszą przyszłość i sam godzi się na zastaną rzeczywistość. Wszystko ulega zmianie w dniu kiedy potajemnie rozwiązuje trudną, matematyczną zagadkę na korytarzu uniwersytetu podczas wykonywania jednej ze swoich prac. Okazuje się, że chłopak jest niesamowicie inteligentną jednostką i chcąc mu pomóc, profesor uniwersytetu zapisuje go na terapię indywidualną, by ten zmierzył się z własnymi demonami i mógł rozwinąć własne, ponadprzeciętne zdolności. To jednak trudniejsze niż początkowo wszyscy sądzili, łącznie z samym terapeutą (Robin Williams). Lekarz widzi, że nie będzie łatwo. Will buntuje się przeciw formalnej edukacji i każdej formie pomocy. Aby do niego dotrzeć, zaczyna stosować dość nietypowe narzędzia…


 

5. Amelia (2001), reż. Jean-Pierre Jeunett

8-tatou

Czy ktoś z Was jeszcze tego nie widział? Jeśli tak, to musicie nadrobić zaległość, bo „Amelii” nie można nie znać. Film jest tak inspirujący, ciepły i zabawny, że całkowicie odmienia perspektywę patrzenia na świat. Przynajmniej na chwilę. Udowadnia, że dla każdego jest szansa na szczęście, niezależnie od stopnia dziwactw które nosi w sercu.

„Amelia” to baśń dla rozmarzonych dorosłych. Wszystko co towarzyszy filmowi wydaje się pochodzić z innej krainy. Tytułowa bohaterka, to młoda dziewczyna mieszkająca we Francji. Żyje samotnie i na pozór normalnie, lecz gdy nikt nie widzi zatapia się w świecie własnych fantazji. Pewnego dnia znajduje w wynajętym przez siebie mieszkaniu małą skrzynkę z pamiątkami, schowaną przez małego chłopca wiele lat wcześniej. Mimo, że  według metryki chłopiec powinien być już staruszkiem, Amelia postanawia go odszukać i wręczyć mu osobliwe znalezisko. To daje początek historii polegającej na uszczęśliwianiu innych ludzi. Amelia, niczym dobra wróżka w przebraniu. robi ludziom psikusy, które wywołują na ich twarzach uśmiech. O nietuzinkowości jej pomysłów niech świadczy to, że wysyła pewnego ogrodowego krasnala w „podróż po świecie”. Fajnie? Pewnie, że fajnie! Film pełny jest tego typu pomysłów; rozbudza w widzu kreatywność i prowokuje do odszukania Wewnętrznego Dziecka w sobie. Po tym filmie, każdy papieros będzie smakował inaczej.


 

4. Gwiazd naszych wina (2014), reż. Josh Boone

3ebfcf3edfecf7892c634677c6c118cc

Hazel to siedemnastoletnia dziewczyna chora na raka tarczycy. Jej najbliższym towarzyszem jest butla z tlenem, w razie gdyby zaczęła się dusić. Gus, to chłopak chory, podobnie jak ona na nowotwór, po  amputacji nogi. Oby dwoje poznają się na grupie wsparcia dla młodych ludzi. Początkowa przyjaźń tej dwójki zamienia się w coś więcej. Jest delikatnie rozwijającym się kwiatem ciepłych uczuć, odkrywania własnej seksualności w chorobie i szukania sensu życia w życiu które jest niepewne i kruche jak lód.

To nie jest zwykły film o umieraniu lecz o akceptacji tego, co nieuchronne. Przy całej swej melodramatyczności i ciężarze trudnego tematu opowieść jest optymistyczna i dobrze się ją ogląda. Może to zasługa ciekawie skrojonego scenariusza, a może młodych bohaterów, którzy mają w sobie entuzjazm na przekór wyrokom lekarzy? Pewnie jedno i drugie. Po obejrzeniu „Gwiazd naszych wina”zaczyna się na nowo wierzyć w radość istnienia- w coś tak subtelnego, o czym zapominamy każdego dnia. Główni bohaterowie udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych i wszelki powód zachęcający do życia jest ważny i potrzebny.


 

3. Ze wszystkich sił (2013), reż. Nils Tavernier

filo

Wybierając się do kina, miałam uczucie że idę na ckliwy melodramat o tym, że niemożliwe staje się możliwe. Tymczasem dostałam coś zupełnie innego- dramat owszem, ale i komedię, nieźle zaadaptowaną biografię i ciepły, familijny film o tym, że każde marzenie jest po to by je spełnić. Nie by wygrać, czy by zdobyć laury, lecz by się odważyć pójść swoją drogą.

Julien to nastolatek z porażeniem mózgowym, którego życie toczy się w rutynowy, metodyczny sposób. Jest nieszczęśliwy i samotny. Najbardziej bolesny wydaje się być dla niego brak kontaktu z ojcem, który nigdy nie pogodził się z tym, że ma chorego syna. Pewnego dnia, ojciec oznajmia rodzinie, że stracił pracę, co tylko zwiększa napięcie w domu. Julien wykorzystując okazję prosi ojca, by wystartował z nim w zawodach triatlonu, wymagających przygotowań i trudnych ćwiczeń. Początkowo chłopak otrzymuje same odmowy: sprzeciw matki, odmowę ojca, sprzeciw komisji zawodów. Jednak upór chłopaka topi niechęć i uprzedzenia. Wkrótce Julien wraz z ojcem wstają każdego dnia o świcie by ciężko trenować.

Ta historia wydarzyła się naprawdę w 1977 roku i to ona zainspirowała twórców do stworzenia scenariusza, który owszem, nie jest doskonały ale ostatecznie wzrusza i po raz kolejny udowadania, że dla chcącego nic trudnego. Nawet beznadziejna sytuacja może być świetnym krokiem wyjściowym ku zmianie na lepsze.


 

2. Sekretne życie Waltera Mitty (2013), reż. Ben Stiller.

the-secret-life-of-walter-mitty

Tak. Dobrze przeczytaliście- Ben Stiller nakręcił film. Coraz więcej aktorów próbuje sił po drugiej stronie kamery: Sean Penn, Angelina Jolie, czy niedawno również Ben. Z jakim efektem? Cóż, Benowi się udało; może dostał złote rady od Seana Penna, który również gra w filmie? Film śmieszy i inspiruje by porzucić bezpieczną przystań i ruszyć w drogę po nieznane.

Walter (Ben Stiller) jest wieloletnim pracownikiem działu fotografii w uznanym tygodniku. Kiedy gazetę przejmuje nowy zarząd, pracownicy otrzymują informację, że kolejne wydanie będzie ostatnim. Walter otrzymuje zadanie dostarczenia zdjęcia na okładkę, zrobionego przez sławnego podróżnika (Sean Penn). Na nieszczęście bohatera, zdjęcie ginie i nikt nie ma kopii. Mitty podejmuje się trudnego wyzwania -próbuje odnaleźć globtrotera, który każdego dnia jest w innym miejscu na świecie. A warto tu wspomnieć, że Walter jest typową ciepłą kluchą i prawdziwe życie prowadzi jedynie w fantazjach. Nie ma żony, dzieci, nie potrafi się umówić na randkę ani nawet odpowiedzieć na bezczelną pyskówkę. Jednak w filmie jedno „tak”, prowadzi do kolejnego „tak”, co wyprowadza bohatera poza bezpieczną strefę komfortu i przenosi w świat, który do tej pory był jedynie dostępny dla odważnych indywidualistów. Ale jak to bywa, adrenalina i smak przygody zachęcają by wziąć więcej a „więcej” jest całkowitym przemeblowaniem starego świata.


 

1.Hugo i jego wynalazek (2011), reż. Martin Scorsese

Hugo Movie Stills Bookstore 7 - Reception

Uwielbiam konwencję bajki, Martina Scorsese i ten film! To opowieść o dzieciach, ale czy wyłącznie dla dzieci? Uważny widz będący miłośnikiem kina i jego historii będzie tu miał nie lada kąsek do schrupania.  Bo film jest nie tylko o biednym sierocie potajemnie zamieszkującym pokój nad dworcem; to film o kinie i jego początkach- o braciach Lumiere, o Meliesie- zapomnianym twórcy kina, o początkach kinematografii w ogóle. Przy tym jest to tak bajecznie nakręcona historia, że nie można się od niej oderwać. Scenografia zachwyca barwną kolorystyką i fantastycznymi dopracowanymi detalami,a sama historia jest ciepła i pokrzepiająca. A musicie wiedzieć, że pierwsza połowa dwudziestego wieku nie była łaskawa dla bezdomnych dzieci. Film, który trzeba obejrzeć, zwłaszcza gdy uważacie się za miłośników kinematografii. Bo wstyd jest nie znać historii tego, co się kocha. Jedenaście Oscarów, to zdecydowanie za mało!

Tytułowy Hugo, to chłopiec, który opiekuje się wynalazkiem nieżyjącego ojca- konstrukcją człowieka-maszyny, która by zadziałać potrzebuje magicznego klucza. Pewnego dnia na dworcu, uciekając przed dworcowym stróżem, Hugo wpada na dziewczynkę, która nosi na szyi coś, co wydawać by się mogło, idealnie będzie pasować do konstrukcji. Ten klucz to nie tylko przedmiot, to również metafora historii kina…

 

 

 

 


 


 

 

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

10 brzydkich filmów dla niegrzecznych dorosłych

Każdy z nas jest choć w małej części hedonistą. Lubimy patrzeć na perwersyjny seks, krew i błogie pijaństwo. Nawet jeżeli w prawdziwym życiu wciąż mamy stopę wciśniętą w hamulec, to kino pozwala nam przenieść się w świat, który wciąż trzymamy pod kluczem. 

999GIT_Angelina_Jolie_013


 

Ponad rok temu stworzyłam ranking 30 najlepszych dzieł światowej literatury (  https://emocjonalnie.com/2014/08/10/30-ksiazek-ktore-musisz-przeczytac-przed-smiercia/ ), który wciąż cieszy się dużą popularnością. Statystyki zachęciły mnie, by stworzyć kolejny ranking, tym razem filmowy. Dziś chciałabym Wam przedstawić, moim zdaniem 10 najlepszych filmów dalekich od poprawności politycznej, romantycznej estetyki czy zapobiegliwej reżyserskiej autocenzury. Widziałam je wszystkie po kilka razy. Dla ambitnych kinomaniaków, to kino obowiązkowe.


 

10. Birdman (2014) reż. Alejandro Gonzalez Inarritu

Według jury Amerykańskiej Akademii Filmowej przyznającej Oscary, najlepszy film roku 2014. Zgadzam się. W ubiegłym roku lepszego w kinie nie widziałam. Dla mnie doskonały! Przedstawia upadek artysty, człowieka skupionego na własnym ego, budującego całe życie na idei bycia wielkim. Do czego gotów jest posunąć się zapomniany, podstarzały artysta aby znów zaświecić na niebie showbiznesu?

Inarritu wybrał najlepszych aktorów do odtwarzanych ról- Michaela Keatona, który przecież lata świetlności ma już za sobą, Edwarda Nortona, który podobno zagrał samego siebie (jest jedną z bardziej rozkapryszonych gwiazd w Hollywood) czy niesamowicie ekspresyjną Emmę Stone. Całość filmu jest zgrabnie opatrzona pulsującym rytmem wystukiwanej gry na perkusji, która dozuje napięcie w idealny sposób.

Birdman-Movie-Michael-Keaton


 

9. Lot nad kukułczym gniazdem (1975) reż. Milos Forman

Genialna rola Jacka Nicholsona, za którą zdobył Oscara. W skrócie: złodziejaszek, Randle McMurphy chcąc uniknąć odsiadki w więzieniu udaje chorego psychicznie i trafia do oddziału zamkniętego dla umysłowo chorych. Gdyby sytuacja miała miejsce dziś, bohater zapewniłby sobie wygodne i ciepłe łóżko, dobre jedzenie i miłą obsługę z pakietem zajęć prowadzonych przez wyszkolonych terapeutów. To były jednak inne czasy; rekonwalescencja była inaczej pojmowana. Chorych leczyło się otępiającymi lekami i elektrowstrząsami. Jak ironiczny buntownik odnajdzie się w hermetycznej społeczności dziwaków i w niesprzyjających okolicznościach, które wymagają pozbycia się godności i emocjonalnego człowieczeństwa?

lot


 

8. Milczenie owiec (1991) reż. Jonathan Demme

Zawsze bałam się takich filmów i boję się do tej pory, co nie przeszkadza mi je oglądać. Milczenie owiec po raz pierwszy obejrzałam jako dwunastolatka. Nieźle, jak na płaczliwą i wrażliwą dziewczynkę. To film o psychopatycznym mordercy odsiadującym wyrok, Hannibalu Lecterze (Anthony Hopkins), który okazuje się być konieczną pomocą przy rozwiązaniu trudnej sprawy morderstw popełnianych przez innego zabójcę, odzierającego ofiary ze skóry. Agentka, Clarisa Starling (Jodie Foster) aby rozwiązać trudną sprawę musi zgodzić się na grę prowadzoną przez Hannibala Lectera. Film został nakręcony na podstawie głośnej powieści Thomasa Harrisa. O ile książkę zaczynałam kilkukrotnie, nigdy nie udało mi się jej skończyć; moja wyobraźnia zawsze potrafiła wyobrazić sobie tysiąckroć gorsze rzeczy niż (na szczęście) pokazuje to film.

hannibal


 

7. Siedem (1995) reż. David Fincher.

Fincher jest mistrzem gatunku. Nie znam żadnego kiepskiego filmu, który wyszedłby spod ręki tego reżysera. Fincher również w ubiegłym roku udowodnił, że nic nie stracił ze swojej formy. Jego Zaginiona dziewczyna podzieliła publikę- jednych zachwyciła, innych zniesmaczyła. I oto przecież chodzi. Siedem jest fabularnym, kryminalnym majstersztykiem. Dwójka policjantów (Brad Pitt i Morgan Freeman) stara się rozwikłać zagadkę morderstw popełnianych na przypadkowych ludziach. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że zabójca zabija według siedmiu grzechów głównych, zostawiając tropiącym go policjantom zagadkowe wskazówki. Gra staje się niebezpieczna, gdy zaczyna osobiście dotyczyć jednego z policjantów.

brad-pitt-seven


 

6. Marzyciele (2003) reż. Bernardo Bertolucci

No dobrze. A teraz mój konik. O Bertoluccim pisałam licencjat i pewnie rozwinęłabym się w magisterce, gdyby nie to że zmieniłam specjalizację. Ale do rzeczy- dlaczego go lubię? Bo społeczną cenzurę ma w głębokim poważaniu. Pokazuje seks w perwersyjny i sugestywny sposób- jako konieczną i przekształcającą człowieka część życia. Jest przy tym niesamowitym estetą; udowadnia, że perwersję np. kazirodztwo można pokazać w zmysłowy i wysublimowany sposób.

Młody student (Michael Pitt) poznaje dwójkę bliźniaków, Theo i Isabelle, którzy wydają się całkowicie zdemoralizowanymi dziećmi bogatych rodziców. Interesuje ich wolność, rewolucja, sztuka i seks. Pod nieobecność rodziców zapraszają biednego studenta pod swój dach i wciągają w niewinną z pozoru erotyczną grę.

Credit: RECONDED PICTURE COMPANY/PENINSULAŃ FILMS/FICTION FILMS / Album


 

5. Przerwana lekcja muzyki (1999), reż. James Mangold

Widziałam go cztery razy. A może pięć? Już nie pamiętam. Na tym filmie dojrzewałam; pod wpływem niego zaczęłam zadawać sobie pytania kim jestem i po co? Utożsamiałam się przynajmniej z kilkoma bohaterkami na raz. Właśnie- bohaterkami, bo to film o kobietach, czy raczej dziewczynach które dojrzewają do bycia kobietami. A że są wyjątkowo wrażliwe lub nieprzystosowane do życia (według standardów lat sześćdziesiątych) to trafiają do miejsca które ma je wychować i uczynić użytecznymi amerykańskimi obywatelkami- do zakładu zamkniętego dla umysłowo chorych, w którym (podobnie jak w Locie nad kukułczym gniazdem) każdy przejaw buntu leczy się farmakologią i elektrowstrząsami.

Fabularnie film trochę przypomina produkcję z Nicholsonem, z tą jedną różnicą, że jest o kobietach, o dojrzewaniu i trudnych relacjach z samym sobą. Bo kobietom trudniej przychodzi samoakceptacja, zwłaszcza w czasach kiedy wymagało się od nich powielania amerykańskiego modelu bycia grzeczną córką czy dobrą żona i matką. Angelina Jolie dostała Oscara na drugoplanową rolę żeńską.

02b-Girl-Interrupted-Movie3-750x400


 

4. C.R.A.Z.Y (2005) reż. Jean-Marc Vallee

Podczas gdy parę lat temu pisałam pracę licencjacką o filmowej perwersji Bertolucciego, mój kolega z tego samego kierunku pisał o gejowskim kinie. Towarzysząc sobie w poszukiwaniu inspiracji, on oglądał ze mną wszystkie produkcje włoskiego reżysera, a ja chodziłam z nim do kina na filmy o gejowskich miłostkach. Pamiętam, że rok 2005 obfitował w tego typu klimaty. Najpierw pojawiła się Tajemnica Brokeback Mountain, a chwilę potem pokręcone C.R.A.Z.Y. O ile ten pierwszy wydał mi się zbyt patetyczny, o tyle drugi zachwycił mnie zupełnie odmiennym podejściem do tematu. Jean-Marc Vallee zrezygnował z patosu na rzecz pastiszu i humoru, choć i w jego filmie nie brakuje tematów ważnych i potraktowanych w sposób przemyślany i mądry.

Zac, jest czwartym synem urodzonym w konserwatywnej, francuskiej rodzinie. Już od maleńkości lubi przebierać się w damskie ciuchy i malować usta szminką matki. A to dopiero początek na drodze poszukiwania własnej seksualnej tożsamości i swojego miejsca na świecie. Pytanie, które nieustannie zdaje się towarzyszyć bohaterowi, to: jak pozostać sobą w trudnym męskim świecie, który nie dopuszczał innych ról niż rola statecznego ojca czy wyluzowanego playboya. Gdzie tu miejsce dla zniewieściałego i niezdecydowanego chłopca?

c.r.a.z.y


 

3. Requiem dla snu (2000) reż. Darren Aronofsky 

I przechodzę do mojej najważniejszej gorącej trójki. Czy jest ktoś, kto mógł nie widzieć Requiem dla snu? Nie sądzę. To film absolutnie kultowy; moim zdaniem całkowicie potwierdza geniusz Aronofskiego. Mogłabym tu wymienić szereg jego wspaniałych produkcji (Źródło, Czarny Łabędź, Zapaśnik), ale to Requiem jest filmem na którym się wybił bo pokazał cholernie smutne zjawisko ludzi uzależnionych. Od narkotyków, telewizji, farmakologii. Jako istoty ludzkie podobno wszyscy mamy tendencje do uzależnień, czy tendencja jednak stanie się samym uzależnieniem zależy od wielu czynników i motywów takich jak potrzeba ucieczki od samotności, poszukiwanie przygód czy wolności.

Requiem to film o czwórce ludzi, którzy stopniowo i początkowo niezauważalnie uciekają od rzeczywistości w złudny świat używek karmiący szybką i łatwą nagrodą. Reżyser drąży głębiej i udowadnia, że uzależnić można się od wszystkiego, nawet od tak pozornie niegroźnego medium jakim jest telewizja. Gdyby film pokazywać w podstawówkach (zamiast nudnych pseudoedukacyjnych filmików dokumentalnych) mniejszej grupie małolatów przychodziłoby do głowy sięgać po dragi.

Requiem-dla-snu-kadr-1


 

2. Ostatnie tango w Paryżu (1972) reż. Bernardo Bertolucci

O filmie Bertolucciego mogłabym pisać i pisać a  tak zachwytom nie byłoby końca. Pamiętam radość, kiedy mając już oficjalnie ukończone osiemnaście lat mogłam bezwstydnie zasiąść w domu przed telewizorem by obejrzeć Ostatnie tango w Paryżu. Ten film zakrawa na pornografię, ale mimo wielu brutalnie obscenicznych zdjęć, ogląda się go ze smakiem, bo kim byłby Bertolucci gdyby perwersji nie nadał artystycznej i wizjonerskiej formy? Ciekawostką jest cała otoczka jaka towarzyszyła premierze w 1972 roku- dwudziestoletnia wówczas Maria Schneider , główna bohaterka została publicznie oskarżona o pornografię i na rok trafiła do zakładu zamkniętego- nie udźwignęła społecznego oburzenia i fali krytyki. Oberwało się również Marlonowi Brando i samemu Bertolucciemu, któremu zakazano wyświetlania filmu w Ameryce i wielu krajach Europy.

Ostatnie tango w Paryżu jest opowieścią o dwójce ludzi, którzy przypadkowo spotykają się w paryskim apartamencie chcąc go wynająć. On (Brando) jest gburowatym i małomównym, podstarzałym mężczyzną, ona (Schneider) młodziutką gadatliwą panienką, szykującą się do zamążpójścia. Bohaterowie praktycznie nic o sobie nie wiedząc zaczynają uprawiać seks bez żadnych zahamowań spełniając swe najbardziej wyuzdane i chore fantazje.

El ultimo tango en Paris-2


 

1.Podziemny krąg (1999), reż. David Fincher

To już drugi film w zestawieniu tego reżysera. Gdy ktoś mnie pyta o moim zdaniem najlepszy film jaki widziałam wymieniam właśnie ten. Dlaczego? Bo jest prawdziwy. Ale jak to „prawdziwy”, zapytacie? Co dokładnie? Rozdwojenie jaźni, hodowanie alter ego, chęć zadawania sobie bólu? Prawdziwe jest to, że otaczając się coraz nowszymi i lepszymi zdobyczami konsumpcyjnego świata nie jesteśmy nawet krzty bliżej szczęścia. Wręcz przeciwnie- zapełniając własny świat katalogowymi produktami spłaszczamy samych siebie do mało poważnych figurek z mało poważnych reklam.

Główny bohater (Edward Norton) jest znudzony życiem i wyzuty z  dobrych emocji. Jego życiem rządzi rutyna i frustracja. Aby poczuć w sobie jakąkolwiek prawdziwą emocję, zaczyna chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików i  umierających na raka a na każdym z nich spotyka osobliwą kobietę o imieniu Marla (Helena Bohnam Carter), która wydaje się szukać tego samego, co on. W tym samym czasie bohater poznaje charyzmatycznego Tylera (Brad Pitt), który jest wszystkim czym bohater grany przez Nortona chciałby być. Aby mu to umożliwić Tyler proponuje mu zabawę w bicie w myśl zasady, że autodestrukcja wyzwala adrenalinę i prawdziwe emocje

fight-club


 

I to byłoby na tyle- przynajmniej na jednego posta, choć  gdybym miala całą noc mogłabym podać jeszcze kolejną dziesiątkę a może nawet dwudziestkę filmów, których grzechem jest nie znać. A Wy? Macie jakieś propozycje filmowe, które nie znalazły się w zestawieniu?