Jak żyć, panie… Poradniku?

_DSC4193

W księgarniach półki pełne są recept na szczęście, bogactwo i miłość. Znane wydawnictwa przynajmniej raz na miesiąc podsuwają nowe, papierowe hity, które obiecują czytelnikom wszystko co potencjalnie może uczynić szczęśliwym. Pytanie jednak, co spośród tak wielu dostępnych książek wybrać, by nie tracić czasu i nie rozbudzać w sobie i tak już dostatecznie wielkiego ego?


Pomysł na napisanie tekstu nasunął mi się podczas lektury „cudownego poradnika”, który przyciąga uwagę krzykliwym tytułem i rzekomą liczbą sprzedanych egzemplarzy. Tak oto ja, Kamila G. (i wstyd mi strasznie) stałam się ofiarą książki o inteligentnie brzmiącym tytule, Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, autorstwa Sherry Argov.

Nie zrozumcie mnie opacznie, książka nie była taka zła. Intencja autorki była jak najbardziej właściwa, choć przekazana w sposób daleki od poprawności politycznej. I równouprawnienia. Gdyby przekartkować pozycję, czytając ledwie nagłówki i podrozdziały, rzec by można, że to świetnie skrojona pozycja na „złapanie faceta”, kosztem własnego prawdziwego ja. Lecz…

Sięgając trochę głębiej (inaczej- wczytując się), prawdziwym celem autorki była chęć rozbudzenia w czytelniczkach siły we własną niezależność. Argov namawia byśmy pokochały siebie i postawiły własną osobę, pasje i świat na pierwszym miejscu a dopiero potem ukochanego mężczyznę. Dlaczego? Bo gdy czynimy z partnera księcia na białym rumaku, po niedługim czasie stajemy się bohaterkami dramatów, odkrywając że partner jest tylko zwykłym człowiekiem z milionem skaz. Pozbawiając związek tęczowo-skrzydłych motyli i wygórowanych oczekiwań, oszczędzamy samym sobie i partnerom kłótni, histerii, tragedii i tych wszystkich, jakże pięknych scen teatralnych.

ksiazkii

Sedno przesłania jest, moim zdaniem jak najbardziej trafne. W czasach, w których kobieta ma być boginią na pełnych obrotach przez 24h/dobę- seksowną, piękną, pracowitą i jednocześnie miłosierną niczym Matka Teresa, autorka zdaje się przełamywać ten schemat, pisząc „wrzućcie na luz!”. Argov wbija zbyt pokornym kobietkom, niczym młotem pneumatycznym- by były zwykłymi ludźmi i kochały siebie, dając sobie wszystko czego życzyłyby sobie od partnerów. Jaki to przyniesie rezultat? Oczywiście spełnienie i osobistą realizację, które nie wynikną z racji bycia w związku, lecz z faktu polegania wyłącznie na sobie. Partner ma być dodatkiem do pięknego życia a nie…całym życiem.  Dzięki temu ze związków schodzi zatęchłe powietrze- wpuszcza się bowiem wiele świeżości w postaci zdroworozsądkowych wyborów i swobody.

Byłam w stanie wyłowić tę perłę ze śmietnika wielu zbędnych zdań zawartych w lekturze książki,lecz  czytelnicy bez zdrowego filtra dostaną jedynie mocno przerysowany poradnik gry pod tytułem „kto kogo złapie”, lub „kto będzie na górze”. W ogólnym rozrachunku, wydawać by się mogło, że aby zbudować dobrze funkcjonującą relację z osobnikiem płci przeciwnej, trzeba grać, zakładać maski, uciekać niczym zając przed złym wilkiem. I dlatego unikam tego typu książek a i was szczerze namawiam do sięgania po dzieła nieco głębsze o bardziej przejrzystym przesłaniu, które skupiają się na autentycznym wzroście ludzkiego poczucia własnej wartości a nie swojego ego. 

_DSC4224

Dobre podręczniki nieczęsto będą w top 10 empikowych bestsellerów. Niekiedy będzie trzeba do nich dotrzeć poprzez szereg medium, takich jak blogi, prasa coachingowa oraz strony traktujące o rozwoju i psychologii. Autorzy zwykle mają na koncie ambitniejsze dokonania niż własne show w tv czy „milion sprzedanych egzemplarzy”. Jeżeli czytacie ambitną prasę, często znajdziecie tam recenzje i zajawki nowości książkowych wartych polecenia; odwiedzajcie też opiniotwórcze strony dla czytelników, które również przez czytelników są tworzone. Czasem ich zdanie, to najlepsza rekomendacja.

Zdjęcia:
1.) archiwum własne
2.) czarna-morenita.blogspot.com
3.) archiwum własne

Mieć czy być?

monkss

Zwróć uwagę na swoje życie. Co w nim dominuje- posiadanie czy doświadczanie? A może jedno jak i drugie jest w odpowiedniej równowadze? Na co wydajesz nadwyżkę pieniędzy? Na nowego notebooka czy skok ze spadochronem lub weekend w miejscu, którego wcześniej nie widziałeś?


Już starożytni filozofowie zadawali sobie pytanie: mieć czy być? Dziś pytanie straciło na ważności, bo żeby być, doświadczać, czerpać, inspirować się, przeżywać- trzeba po prostu mieć. A przynajmniej media przyzwyczaiły nas do tego błędnego przekonania. Wszechobecny konsumpcjonizm stał się nawykiem zmuszającym do konieczności posiadania coraz większej liczby pieniędzy, bo raz połechtani wysoką premią szybko przyzwyczajamy się do wysokiego standardu życia i ciężko jest potem wrócić do stanu pierwotnego.

Co jest zatem rozwiązaniem takiego stanu rzeczy? Jak być, nie biegnąc jednocześnie za tym, by mieć? Odpowiedź jest prosta: cieszyć się z tego co jest.

Brzmi infantylnie, prawda? Ale zobacz- nie potrzebując niczego absolutnie więcej, czego już byś nie miał i nie przeżył, doświadczasz spełnienia i bogactwa przestrzeni. Rozluźniasz się. Oddychasz. Nie biegniesz, lecz idziesz spacerem doświadczając życia w jego różnorodności: głodu, sytości, braku, radości i pragnieniu, nabierając coraz większego apetytu na życie. A wszystko co od niego dostajesz jest wielkim i docenianym przez Ciebie prezentem.

Sony4

Znam jedną buddyjska przypowieść, którą cenię i przypominam sobie o niej ilekroć pogubię się w chaotycznej gonitwie za nieustającą chęcią gromadzenia i bezcelowego posiadania. Posłuchaj:

Były sobie dwa sąsiadujące ze sobą klasztory, jeden bogaty, drugi ubogi. Mieszkaniec bogatego klasztoru żył w przyjaźni z mnichem z biednego klasztoru. Jak co roku, nadchodził czas duchowej pielgrzymki. W tym celu ubogi mnich odwiedził zamożnego rezydenta, który właśnie pakował rzeczy do wielkiej walizki. 

-Kiedy wyruszasz?- zapytał ubogi.
-Na dniach, jak tylko się spakuję- odpowiedział bogaty mnich- a Ty?
-Ja właśnie ruszam. Spakowałem tylko miskę do ryżu i malę. Chciałem się pożegnać i życzyć Ci dobrej drogi. Zobaczymy się za trzy miesiące.
-Bywaj przyjacielu, do zobaczenia!

Po trzech miesiącach, kiedy ubogi mnich powrócił do doliny, poszedł przywitać się z przyjacielem i wypytać go o wrażenia z podróży. Wchodząc do pokoju mnicha, ujrzał go nad walizką.

-Widzę że też dopiero powróciłeś- rzekł.
-Jeszcze nigdzie nie pojechałem. W zasadzie wciąż się pakuję…

Obszerny komentarz do tej pouczającej anegdoty jest chyba zbyteczny. Jak widać, czasem sami ograniczamy własne życie, poprzez posiadanie w nadmiarze. A wystarczyłoby mieć jedynie wielkie serce i otwarty umysł.

17-David-Lazar-Novice-Monks-Reading

Zdjęcia:
1). newsfeed.time.com
2). www.kulturpart.hu
3). davidlazarphoto.com

Prokrastynacja- gdzie gubisz swój czas?

TV Nayyar 104902

W najnowszym odcinku Big Bang Theory, paczka przyjaciół nerdów postanawia, że zrobi sobie tzw. scientific retreat, czyli weekend z nauką. W tym celu wysyłają dziewczyny do Vegas, a sami spotykają się w mieszkaniu jednego z nich by wymyślić przełomowy wynalazek. Spisują więc początkowo na kartce mniej lub bardziej błyskotliwe pomysły a potem… płynnie przechodzą do oglądania filmów z lat 80., wyszukują w internecie tańczące pingwiny lub śledzą co ciekawego oferuje Amazon.


Prokrastynacja- inaczej zwlekanie, przekładanie i opóźnianie zrobienia tego co dawno powinniśmy byli zrobić. Cecha ta jest widoczna u ludzi młodych- obecnych 20 i 30-latków. Powoduje ją przytłaczająca ilość wrażeń, bombardująca nas przez środki masowego przekazu, w rezultacie czego stajemy się konsumentami szumu informacyjnego. Widzimy i słyszymy, ale nie wyciągamy z tego żadnych wniosków. Wiadomości jest za dużo, a te ważniejsze nie mają siły przebicia między plotkami o celebrytach a nowinkami ze świata technologii. Poza tym trudno dziś oddzielić fakty od opinii.

bbth

Prokrastynacja jest także charakterystyczna dla ludzi leniwych, hedonistów lub niezmotywowanych, którym umyka cel własnej pracy. Nasi rodzice nie mieli tylu narzędzi do rozrywki. Żyli prosto i według tradycyjnych schematów a przy tym codzienność nie była kolorowa jak dziś. Ich problemem była niedostępność środków, w przeciwieństwie do aktualnego nadmiaru jaki mamy na wyciągnięcie ręki. Żyjemy w czasach możliwości a zachcianki są by je natychmiastowo realizować. Jesteśmy niecierpliwi i pragniemy szybkich efektów. Tymczasem aby coś osiągnąć, potrzebujemy lat. By móc utrzymać się na elastycznym rynku, musimy posiadać otwarty umysł, chęci do zmian, otwartość, odrobinę zdeterminowania i przede wszystkim solidną wytrwałość. Nie wierząc w owoce nauki czy osobistego poświęcenia, bardzo łatwo jest ulec pokusie wymówek, by odłożyć nudne lub trudne zajęcie na później. Wszak okna w sypialni powinny zostać umyte NATYCHMIAST a wszystko inne poczeka.

Na co zwykle marnotrawimy swój cenny czas?

Po pierwsze i co proste do przewidzenia- na internet (głównie Facebook, Youtube, Twitter, Google+, Allegro, portale muzyczne i filmowe).

Po drugie– na gry (RPG, konsole, gry na komórkach, gry on-line a nawet jakże znów popularne planszówki)

Po trzecie– na filmy, książki, komiksy (podpisuję się tu obiema rękoma). Zaawansowani prokrastynaci potrafią nawet jednej nocy przeczytać grubą książkę, lub obejrzeć cały sezon ulubionego serialu!

Po czwarte (i nareszcie zaczynamy się fizycznie ruszać)- na niepotrzebne zakupy, sport, siłownię, sprzątanie mieszkania (nie żartowałam z tymi oknami).

I po piąte– wszystko inne, wszystko co tylko wy sami jesteście w stanie wymyślić, by uniknąć robienia tego, co niewygodne lub dalekie od zabawy.

I dlatego tak ważne jest by robić to, co kochamy. Oczywiście nie unikniemy nauki i poświęceń na drodze do upragnionego celu, ale mając przed sobą wytyczoną drogę z kierunkowskazami, niwelujemy okazje do umysłowego rozproszenia. Koncentracja przybliża do celu, bo skraca czas nauki. I pamiętaj, „…znajdź w sobie pasję, potem zacznij na niej zarabiać i już nigdy nie będziesz musiał pracować”. (cytat ze strony: http://www.michalpasterski.pl).

Zdjęcia:
1.) http://www.tvandfilmreview.com
2.) http://www.bigbangtheory.wikia.com

Ile inwestować? Poradnik dla leni

picturesofmoneyorg

Czy warto inwestować- w to co kochasz, w siebie, marzenia, plany na przyszłość i oczekiwania? Skąd wiadomo, że to nie będzie stratą pieniędzy? Czy ktoś nam zwróci choć złotówkę i poświęcony czas?


Bo przecież nie można robić tego bez końca, gdy nie przynosi wymiernych rezultatów, prawda? Jak więc obiektywnie ocenić gdzie jest granica w przeznaczaniu pieniędzy i czasu na coś na co się uparliśmy?

Wytrwali twierdzą, że nieustanna inwestycja w siebie i pasje musi w którymś momencie przynieść oczekiwane rezultaty, bo „tylko ciężką pracą ludzie się bogacą”. Jakkolwiek głupie powiedzenie to by nie było, to pewnie ma w sobie ziarno prawdy. Chcieć to móc. A móc to przede wszystkim działać aktywnie i z radosnym wysiłkiem na poczet idei, w które wierzymy.

justynapiesiewiczpl

Coach, Michał Pasterski (www.michalpasterski.pl) twierdzi że każdy z nas potrzebuje około 1,5-2 lat na przekwalifikowanie się i zdobycie warsztatu by stać się dobrym w konkretnej dziedzinie. Dla mnie to wersja optymistyczna, choć wcale nie pozbawiona racji bytu. Załóżmy jednak, że jesteśmy nieco bardziej leniwi, niż każdy porządny coach by sobie życzył. Jak daleko warto się posunąć akceptując jednocześnie swój rytm (powolnego) działania?

Większość z nas ma trochę z lenia. Gratuluję tym, którzy tu zaprzeczą, i zazdroszczę bo jako urodzona waga kocham wygodę, luksus i słodkie nicnierobienie. Ale do rzeczy, w co inwestować?

1. Oczywiście we własną stronę w internecie oraz fanpage na Facebooku. Jeżeli istniejesz w social mediach to istniejesz wszędzie a według dzisiejszych statystyk FB jest trzecią potęgą po Chinach i Indiach.

2. Jeżeli masz firmę/stronę/bloga, wykup reklamę na Facebooku. Na to nie potrzebujesz dużo pieniędzy, choć więcej pieniędzy to także większy zasięg. Ale załóżmy, że masz dość ograniczony budżet. Inwestując zaledwie 20-50 zł tygodniowo dotrzesz do grupy około 2.000-10.000 osób. Jeżeli nie zapoznałeś się jeszcze z ofertą Facebook for business, to koniecznie odwiedź tę zakładkę.

businesstravellerpl

3. Zainwestuj w przyjaciół. Innymi słowy opowiedz o tym co robisz i poproś ich o pomoc- o promocję Twojej firmy/strony/bloga. Plotki i wieści przekazywane drogą pantoflową rozchodzą się najszybciej a rekomendacje przyjaciół i znajomych znaczą czasem więcej niż najdrożej wykupiona reklama.

4. Nie bądź łoś- ucz się! Głupio byłoby ciągle być ostatnim w szeregu przez swoją ignorancję, czyż nie? Śledź swój rynek, dokształcaj się. To nie musi pozbawiać cię pieniędzy. Kup kilka książek, odwiedzaj dobre strony w internecie, które pomogą ci zwiększyć wiedzę na temat swojej branży. Internet to również dobre źródło zapoznania się z konkurencją.

5. Zainwestuj w wizerunek. To niestety jedna z droższych działek. Będziesz potrzebować dobrych ubrań, zdjęć, być może będziesz też musiał zapłacić komuś za ulepszenie strony czy loga firmy aby wszystko miało ręce i nogi, czyli by (przynajmniej próbować) stwarzać pozory profesjonalisty.

Tych kilka drobnych porad pomoże Ci się utrzymywać się na stabilnej powierzchni, choć są to inwestycje długofalowe na które trzeba poświęcać czas i parę groszy. Warto jest być na bieżąco we własnej branży by nie ograniczać się do zdobytych pagórków, kiedy przed nosem wyrastają szczyty Himalajów. Bo nie chodzi o to by nie utonąć, a o to by złapać dobrą falę, czego i wam i sobie życzę 🙂

Zdjęcia:
1.) picturesofmoney.org
2.) justynapiesiewicz.pl
3
.) businesstraveller.pl

Nigdy nie jest za późno

100

Masz niekiedy takie dni, gdy zastanawiasz się gdzie jesteś i co dalej? Podobnych myśli doświadczam parę razy do roku. Głównie w sylwestra i w urodziny. Dziś 12 października będę kończyć 29 lat a to świetny powód do zadumy nad życiem i postawieniem sobie ważnego pytania: czy jestem spełniona?


Urodziny zawsze były powodem do głębokiej refleksji i momentem by spojrzeć wstecz- czy posunęłam się naprzód przez rok? Czy popełniam te same błędy; czy potrafię już wyciągać wnioski? I co z realizacją życiowych celów?

Refleksja nie jest niczym niewłaściwym, myślę że od czasu do czasu jest potrzebna każdemu z nas, pod warunkiem że nie będziemy wobec siebie zbyt surowi i krytyczni. Warto jest jednak odrzucić pomysł porównywania się z kimkolwiek. A niestety, na tym polu zawodzę bo mam tendencję by oceniać siebie na zasadzie porównań. Jestem w czymś gorsza od…, jestem w czymś lepsza od… Tak łatwo jest minąć się z obiektywną prawdą. Jak powiedziała Margaret Thatcher, porównywanie się z innymi, odbiera całą radość a ostatecznie do niczego nie prowadzi.

Wyniki refleksji są następujące: rozwinęłam doświadczenie w relacjach partnerskich, chyba mam też większy dystans do siebie będąc w różnego rodzaju relacjach społecznych (przyjacielskich,koleżeńskich, zawodowych). Płynność finansowa jest na dobrym poziomie od ponad pół roku. Spełnienie zawodowe…. – brak. Spełnienie na polu osobistym… jest jeszcze sporo pracy do wykonania. W ogólnym rozrachunku nie wygląda to najgorzej, aczkolwiek jest parę obszarów do pracy. To, że mam prawie 30-tkę jeszcze niczego nie przesądza. Niektórzy wielcy osiągnęli cele będąc w wieku średnim, niektórzy jeszcze później. Niech za przykład posłużą tu: J.K. Rowling, która wydała pierwszy tom o Harrym Potterze w wieku 32 lat. Julia Child, sławna kucharka, która miała swój program kulinarny w amerykańskiej rozpoczęła karierę mając 50 lat. Andrea Bocelli, sławny operowy śpiewak,  zaczął śpiewać w 34 roku życia. Twórca postaci Spidermana, Stan Lee zajął się rysowaniem w wieku 43 lat. Paulo Coelho wydał pierwszą powieść Pielgrzym w 40 roku życia. Winston Churchill natomiast stał się premierem Wielkiej Brytanii po 60-tce, kiedy to wcześniej bezskutecznie próbował osiągnąć jakiekolwiek sukcesy w polityce. Podobne znane postaci można by wymieniać bez liku.

jkrowling-3-fi

Bo właściwie kto miałby wyznaczyć nam datę, że na coś jest już za późno? Granice stawiamy sobie sami; nikt niczego nam nie broni, nikt niczego nam nie nakazuje. Szczęśliwcy, którzy dożyją 80-tki będą rozliczać się jedynie sami przed sobą czy osiągnęli w życiu własne cele.

I to właśnie brak jasności co do życiowego celu powoduje pomieszanie dotyczące własnej spójności. Bardzo czegoś chcemy(sławy, bogactwa, miłości), pragniemy spełnienia ale jednocześnie nie wiemy w którą stronę ruszyć. Wyobraźmy sobie sytuację skoczka narciarskiego. Wie, że musi skoczyć w sposób, który zapewni mu podium. Nie wiedząc jednak gdzie jest jest punkt graniczny pozwalający zwyciężyć lub chociaż dostać się do pierwszej dziesiątki, na nic zda się ładny styl lotu, efektywne odbicie ze skoczni, czy stabilny układ ciała. Trzeba znać cel- wiedzieć gdzie dokładnie i wiedzieć po co. 

churchill

Oczywiście, niektórzy będą chcieli polemizować, twierdząc że pewnych rzeczy można nauczyć się tylko do określonego czasu, inaczej w obecnej sytuacji nauka nie przyniesie właściwych rezultatów (np. gra na pianinie, trenowanie boksu czy zdawanie na studia medyczne w wieku 40 lat). Pytanie jednak brzmi- do czego ma Cię zaprowadzić robienie tego co lubisz? Do sławy? Ma przynieść bogactwo? Stabilność finansową? A może po prostu realizację samego siebie, jako człowieka, który nie marnuje talentu? Pamiętaj, że robienie tego co kochasz nie musi być tożsame z rezultatami, które tu wymieniłam. Wszystko zależy również od czynników zewnętrznych- takich jak spotkanie odpowiednich ludzi na drodze, posiadanie finansów pod mniejsze lub większe inwestycje, dostępność narzędzi do realizacji zadań czy zwykłe szczęście polegające na tym, że znajdujesz się w we właściwym czasie we właściwym miejscu.

PC2

Wychodzę jednak z założenia, że lepiej żałować zainwestowanych sił niż straty czasu. Bo kiedy nadejdzie moment, gdy powiemy sobie, ok zrobiłam/zrobiłem wszystko co było możliwe i w zasięgu mojej ręki, a jednak to, nic nie wyszło, będę przed sobą usprawiedliwiona i spokojna, że nie zmarnowałam życia na niepotrzebne obawy, strach i marnotrawstwo potencjału. Najwyraźniej warunki nie dojrzały. Być może ja nie dojrzałam. Czasami na pewne sytuacje losowe nigdy nie będziemy mieć wpływu.

A więc co trzeba zrobić? Określić cele; znaleźć własne umiejętności, talenty, predyspozycje. Zapytać siebie o marzenia a następnie znaleźć punkt wspólny dla wszystkich tu wymienionych. Jeżeli cele są możliwe bo pokrywają się z umiejętnościami lub są metody na rozwinięcie predyspozycji, masz już prostą drogę przed sobą. Inna rzecz, że to droga długa. Dlatego tak ważne jest by to kochać. Załóż więc dobre buty, zjedz solidny posiłek i idź naprzód. Żałują tylko ci, którzy nigdy nie podjęli wyzwania.

„Nadchodzi zima…”

thebest

A wraz z nią wszystko co mroczne, groźne i nieznane.Wraz z zimą nadchodzi śmierć, głód i nieustanna walka o przetrwanie. Kto śledzi na bieżąco seriale HBO lub jest zwolennikiem książek fantasy, ten wie o czym mówię. Gra o tron bije rekordy popularności. Zarówno serial jak i kolejne tomy o losach rodziny Stark. 


Jak to zwykle bywa u outsiderów i kosmitów, przez długi okres buntowałam się przed sięgnięciem po zbyt popularną książkę, albo co gorsza- obejrzeniem ekranizacji w komercyjnej telewizji. Ale nadszedł dzień zmiany i oto się złamałam. Nie lubię nie wiedzieć o czymś, co wszyscy głęboko przeżywają. Dobrze- wszak mogę pozostać ignorantką odnośnie aktualnej sytuacji w Parlamencie Europejskim, ale muszę wiedzieć- o co chodzi z tą zimą? 

Winter is coming… To sławne powiedzenie i motto rodziny Stark, zwiastuje ciemne czasy, czasy niebezpieczne, mroczne, zagrażające życiu wszystkich. Jest zawołaniem do stanu gotowości i przyzwyczajeniem umysłu do tego, że będzie źle i niczym w stadzie wilków, każdy będzie musiał wywalczyć swoje prawo do bycia. Zima na głębokiej północy nie trwa trzech miesięcy. Czasami trwa lata, niekiedy wieki. Zapada wówczas głęboki mrok i zza muru wychodzą groźne potwory, które zabijają bez skrupułów.

winter-is-coming

Dlaczego się złamałam i śledzę losy tytułowej Gry o tron? Z powodu opinii znajomych, którzy zachwycali się książką lub serialem i z powodu kilku ciekawych zdań zasłyszanych w tramwaju:

Słuchaj, oni wszyscy giną. Każdy po kolei!
-A główny bohater też?
-Tam co chwilę jest inny główny bohater.
-Jak to możliwe?
-No bo Martin co kilka rozdziałów zabija pierwszoplanowe postaci. Przyzwyczajasz się do jednego bohatera, lubisz go a tu nagle CIACH, odrąbują mu głowę!
-I co wtedy?!
-A no nic, zaprzyjaźniasz się z kolejną postacią, która wysuwa się na pierwszy lub drugi plan i CIACH…!

winter_is_coming_by_contxu-d58h3r5

I chyba właśnie to czyni powieści George’a R.R. Martina czymś wyjątkowym. Pisarz bowiem łamie koncepcje o tym czym powieść być powinna. Szokuje i denerwuje czytelników poprzez śmierć i okrucieństwo jakich pełno w książce. To nie słodka lekturka, gdzie utożsamiasz się z głównym bohaterem idąc z nim na wojnę, płacząc z nim i śmiejąc się gdy upadnie. Tu nie pochodzisz z nikim zbyt długo za rączkę, bo bohater za rozdział już tej rączki mieć nie będzie. Lub głowy. Ile to ja się namartwiłam o mojego ulubionego karła. Przeżyje, czy go skrócą o kilka centymetrów?

I choć to dzieło bardzo komercyjne zrzeszające coraz większe grono fanów lubiących krew i akcję, to jednak warto też spojrzeć na nie z szerszej perspektywy. Mamy idealny dowód na to, że nie tylko dobry, wyrazisty bohater czyni powieść a po drugie, podczas lektury cały czas pracujemy z przywiązaniem i oswajamy się z wszechobecną śmiercią, w myśl zasady, że nic nie trwa wiecznie. Czy to nie piękne? Nareszcie ktoś odważył się złamać koncepcję „żyli długo i szczęśliwie”. Chociaż, ostatniego tomu jeszcze nikt z nas nie zna, może i tu Martin po raz kolejny zadziwi…?

harry

Książka nie schodzi z księgarnianych półek TOP 10- nawet tom pierwszy-  bo nowych fanów wciąż przybywa do czego jednak po części przyczyniają się również twórcy doskonałego serialu
(D. Beniofl, D.B. Weiss), który zgarnął kilkanaście nagród Emmy i Złote Globy. Wystarczy odwiedzić kilka serwisów filmowych, by zobaczyć, że serial jest nieustannie na podium i zbiera oceny 8,5-10/10. Lepszej reklamy chyba nie trzeba. Jeżeli przerażają was grube tomy Martina, polecam serial,wkrótce 5 sezon, każdy odcinek trwający około godzinę, ale w końcu… nadchodzi zima… Cóż więc innego moglibyście robić?

Zdjęcia:
1.) figure-of-l.deviantart.com
2.) gnightmoon2006.blogspot.com
3.) www.deviantart.com
4.) pudelekx.pl

Co jest Twoją misją?

way

Co jest Twoją misją, inaczej powołaniem? Co lubisz robić i do czego czujesz pociąg? Jakie masz talenty i umiejętności? Co jest Twoją dominującą właściwością? Zastanawiasz się nad tym? Bo ja zawsze o tym myślałam, ale nie w sposób praktyczny, który motywowałby do działania; myślałam raczej życzeniowo i przypuszczająco, „co by było, gdyby…”.  Ciekawiło mnie bowiem, jakie znaczenie dla świata miałoby to, że robię to co lubię i do czego mam talent.


A znaczenie miałoby ogromne, nie sądzisz? Wyobraź sobie, że dokładnie w tym momencie swojego życia robisz dokładnie to o czym marzyłeś całe dzieciństwo (pomiń ten punkt, jeśli twoim marzeniem było strzelanie z procy do bezdomnych kotów). To nie musi być twoja praca; to nie musi przynosić dochodów (choć może). Jak się czujesz? Szczęśliwy? Tak. Sądzę, że robiąc to co zawsze w skrytości ducha czuliśmy, bylibyśmy szczęśliwi. I tu mogę zakończyć, bo wszystko inne nie ma tak ogromnego znaczenia. Bo kiedy jesteś szczęśliwy dokładasz solidną cegiełkę wartości dla świata, który potrzebuje ludzi spełnionych. Tacy ludzie budują nowy świat, zmieniają tor wydarzeń lub po prostu dają innym tysiąc innych, pomniejszych właściwości takich jak poczucie bezpieczeństwa, radość, spokój i wiarę w możliwości.

Książka, która wczoraj wpadła mi w ręce zachęciła mnie do tego by pomyśleć- gdzie jestem, co robię, co chcę robić i gdzie chcę dojść. Nieustannie też poruszała temat „życiowej misji”, czyli właśnie owego powołania, które uwypukla życie i czyni je bardziej wartościowym. Coaching, czyli restauracja osobowości, Macieja Bennewicza, jest książką dla ludzi szukających odpowiedzi na powyższe pytania. Autor za cel postawił sobie zaktywizowanie ludzi do działania i podążania własną ścieżką.

bennewicz

Uprzedzę z góry- nie recenzuję książki, nie przeczytałam jej, a ledwie musnęłam kilka fragmentów. Były to jednak fragmenty na tyle mocne i skłaniające do refleksji, by zachęciły mnie do powrotu; więc kiedy skończę to co czytam aktualnie, na pewno będzie pierwszą w kolejce. Skoro ledwie mała jej część, sprawiła że chcę coś zmienić, to zapewne już dziś śmiało mogę ją polecić.

Owy fragment, był historią pewnego polskiego zakonnika, który podróżując po świecie, spowiadał ludzi w ośmiu różnych językach, a każda spowiedź czy rozmowa z nimi sprowadzała się do jednego- że rozmówcy nie czuli się szczęśliwi- minęli się bowiem z tym o czym marzyli przez całe życie. W obawie przed krytyką, przed inwestowaniem w siebie, w obawie przed tym, że nie są dostatecznie dobrzy lub gotowi. Brzmi znajomo? Bo ja się podpisuję pod tym obiema rękoma.

coaching-czyli-restauracja-130_l

Krótki lid pod tytułem, brzmi: „Zawsze jest za pięć dwunasta, aż do chwili kiedy niespodziewanie będzie już pięć po. Teraz jest właśnie za pięć”. A więc jest jeszcze czas. Ten czas nazywa się Teraz. Teraz jest czas na zmianę, Teraz jest czas na działanie, Teraz jest czas na Twoje wspaniałe życie. Chwyćmy więc byka za rogi i uczyńmy go naszym. Co Ty na to? 🙂

Blog Bennewicza: http://www.bennewicz.pl/blog/

Zdjęcia:
1). http://www.customize.org
2). http://www.weekend.gazeta.pl (Maciej Bennewicz)
3). www. merlin.pl

Kawiarnia dla mola

zbrodniawbibliotece

W ostatnim poście wspominałam o dwóch miejscach, które urzekły mnie specyficznym i melancholijnym klimatem a napisałam tylko jednym. Dlaczego? Bo szkoda było nie podzielić tekstów na dwie części; warto zająć się każdym z miejsc osobno. Bo choć oby dwa są niepowtarzalne to jednak mają swoje zasadnicze różnice.


Jedno, co łączy antykwariat i kawiarnię o wdzięcznej nazwie Bookarnia, to oczywiście książki. Mam do nich słabość i uwielbiam je w każdej postaci. Bookarnię znalazłam dość przypadkowo, kiedy to przechodząc sopockim Monciakiem, zobaczyłam drogowskaz z wizerunkiem parującej kawy i nazwą kawiarnii. Nie trzeba być Einsteinem, żeby się domyślić, że Bookarnia oznacza kawiarnię książkową. Podążając za znakami, uliczką pełną słodkich kawiarenek, w końcu odnalazłam cel.

Miejsce wewnątrz przypomina skandynawską księgarnię- z małymi stolikami, miękkimi ale praktycznymi sofami oraz ścianami z półek pełnymi nowości książkowych, które są podzielone na odpowiednie działy (dział fantasy był również, a jakże).

bookarnia

Zdecydowanym plusem miejsca jest piętro, które pozwala na odizolowanie się, gdy chcecie popracować przy laptopie, porozmawiać w ciszy lub poczytać jedną z książek, które są na wyciągnięcie ręki. Dwie dziewczyny parzące kawę, służą poradą odnośnie tytułów literackich. W razie potrzeby opowiedzą o nowościach wydawniczych lub zaprowadzą na odpowiedni dział. Jednocześnie nie narzucają się i zostawiają klientów samym sobie, gdy ci tego potrzebują, zatopieni w świecie bohaterów książkowych.

Miejsce służy nie tylko spotkaniom towarzyskim. To również ośrodek spotkań autorskich, gdzie goszczono pisarzy i inne znane osobistości związane w pośredni sposób ze światem literackim.
Spotykają się tam zatem wszyscy pasjonaci książek i wydarzeń ze świata kultury, którzy dzielą się opinią a także poszukują inspiracji do własnej twórczości.

qulturka

Bookarnia to nie tylko książki, ale również smaczne słodkości (polecam ciasto marchewkowe przekładane kremem), herbata parzona w eleganckim, kanciastym imbryku oraz kawa i gęsta, pachnąca czekolada. Smaku temu dodaje spokojna muzyka sącząca się z głośników. Jest ona jednak ledwie delikatnym tłem, bo podobnie jak w antykwariacie przy ul. Kowalskiej, w miejscu tym mieszka cisza, tak ukochana przez moli książkowych szukających prywatności.

Odwiedź Bookarnię w internecie: http://www.bookarnia.pl

Zdjęcia:
1). http://www.zbrodniawbibliotece.pl
2). http://www.facebook.pl
3). http://www.qulturka.pl

Zaprzyjaźnij się z antykwariuszem

CAM00908

Czy macie swoje ulubione miejsca w mieście? Takie do których powracacie z laptopem, książką a niekiedy z przyjaciółmi, chcąc zapoznać ich z owym, uroczym klimatem, który zachwycił was od pierwszego wejrzenia? 


Nieczęsto relaksuję się poza domem, bo uwielbiam spokój i względną przestrzeń, która pozwala mi pomyśleć, popisać czy po prostu pobyć ze sobą. Ostatnio jednak  całkiem przypadkiem zapoznałam się z dwoma przyjaznymi miejscami w Trójmieście, które urzekły mnie aurą spokoju i domowej atmosfery.

Pierwszym z tych miejsc był antykwariat w centrum Gdańska przy ulicy Kowalskiej 7. Już od dawna nosiłam się z zamiarem odszukania antykwariatu w Trójmieście, jednak na ogół wygrywała wygoda- używane książki kupowałam na allegro. Zapytacie, co takiego widzę w starych, zakurzonych książkach? Moim zdaniem są cenniejsze od kupionych w księgarni albo co gorsza- w empiku lub innej tego rodzaju popularnej sieciówce. Po pierwszemają własną historię i same w sobie są ciekawą opowieścią razem z ich zapachem, plamami, pozaginanymi rogami i niezliczoną ilością czytelników, którzy niczym opiekunowie książek, dawali im tymczasowe schronienie na jednej z drewnianych półek. Wychodzę z założenia, że książka nie jest zwykłym przedmiotem lecz narzędziem służącym do mentalnego poruszania się w innym wymiarze, gdzie można pobawić się własną fantazją lub doświadczyć emocji, których na ogół nie doświadczamy na co dzień. Przeszłość używanych książek dodatkowo pogłębia wyobraźnię.

Po drugie, wychodząc z pragmatycznego założenia- używana książka jest rozwiązaniem ekologicznym i tańszym. Nabywacie coś, co istnieje od bardzo dawna, a więc nie ma konieczności napędzania procesu dodrukowywania. Po jakimś czasie, sami oddajecie to dalej w obieg. Nie bez powodu e-booki i czytniki Kindle’a stają się coraz chętniej kupowanymi prezentami pod choinkę. I dlatego właśnie antykwariaty będą rosły w siłę- zwolenników papieru i słowa pisanego wciąż nie brakuje. Czytniki nie przemówią do każdego mola książkowego.

Po trzecie, w antykwariacie znajdziecie książki, o jakich Empik i Matras nawet nie słyszały, bo (posługując się tolkienowską mitologią) są literaturą z Zamierzchłych Dni, zapomnianych autorów, albo po prostu literaturą na wymarciu, w żaden sposób nie związaną z dzisiejszą erą wszechobecnego rozproszenia.

Ale do rzeczy. Przypadkiem klucząc po wąskich uliczkach Gdańska Głównego natrafiłam na mały sklepik prowadzony przez szczupłą panią o niebieskich oczach, ubraną w kożuchową kamizelkę, z powodu zimna dostającego się weń, przez niedomykające się, ciągle skrzypiące drzwi. Zimno powietrza jednak nie ujęło ani trochę z ciepłej atmosfery panującej w ciasnym, małym pokoiku, zastawionym kilkudziesięcioma stosami najróżniejszych książek. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałam równie wielkiej ilości literatury w tak małym pomieszczeniu. Przechodzenie obok siebie graniczyło z cudem i aby umożliwić przepuszczenie nawet szczuplej osoby ku końcowi pokoju, należało wziąć głęboki oddech by spłaszczyć się możliwie najmocniej.

CAM00905

Delikatna, niebieskooka pani zaprowadziła mnie na sporych rozmiarów dział (czy inaczej- stos) fantasy, gdzie znalazłam takie skarby jak: U. Le Guin (Świat Rocannona), G. Wolfe (Żołnierz z mgły), czy  E. Colfer (Artemis Fowl). Najstarsze i najbardziej zniszczone książki zaczynały się od 4,50 zł, te w lepszej kondycji były po 7-8 zł, a najnowsze 10-12 zł.

Polubiłam to miejsce i choć poszłam po jedną z książek ulubionego Tolkiena, to nie znajdując tego, czego ja sama bym już nie posiadała, wyszłam z inną- dla samej zasady- bo chciałam wesprzeć antykwariat. Książka, którą nabyłam (Artemis Fowl) choć jest raczej książką dla młodzieży, znajdzie u mnie ciepłe, zaszczytne miejsce między innymi, które również przebyły do mnie długą drogę poprzez wielu innych czytelników i pocztę polską.

Klimat antykwariatu przemówi do osób lubiących takie miejsca jak biblioteki czy czytelnie, bo panuje w nich niepisana reguła ciszy i skupienia. Trzeba lubić intensywny zapach starych książek i oczywiście umieć dostosować się do mikroświata krążenia po wąskich tunelach między stosami literatury powszechnej jak i pereł należących do światowego kanonu dzieła pisanego.

Czasem potrzebna jest przerwa..

1363423911_ciastka

Blog potrzebował przerwy. Podobnie jak ja. To jeden z powodów a także świetne, poprawne politycznie wytłumaczenie. Mam jednak nadzieję, że rozumiecie i nie śpieszycie się z osądem blogera, który pozwolił o sobie zapomnieć. Bloger- lepszy czy gorszy- też człowiek. W dodatku pracujący zawodowo i próbujący zarabiać pieniądze. Czasem więc pewne rzeczy trzeba odłożyć na bok.


A propo pracy i zarobków czy robicie w życiu to, co naprawdę kochacie? A jeśli nie, to co chcielibyście robić? Zaczęłam się nad tym sporo zastanawiać a i niedawno też usłyszałam pytanie- kim chciałabym być? Wiedząc, że moja odpowiedź o treści- wspaniałym i miłosiernym człowiekiem- nie satysfakcjonuje rozmówcy, odparłam po krótkim namyśle, ponownie – bibliotekarką.

-A dlaczegóż to?
-Bo tam jest mnóstwo książek- odparłam
-A wiesz, ile zarabia bibliotekarka?
-1.500?
-Chyba na etacie w Bibliotece Narodowej…

Niestety takie są fakty. Mimo, iż bardzo chcielibyśmy móc coś robić zawodowo, nie składają się ku temu warunki. Albo zarobki są zbyt niskie, a studia zbyt drogie, albo po prostu nie posiadamy odpowiednich predyspozycji, zaprzeczając sławnym słowom, że chcieć to móc.

Niemniej jednak, cudowne jest to, że pracę możemy traktować jedynie jako źródło stałego napływu gotówki, a potrzeby samorozwoju realizować poza pracą. (tu odsyłam do ciekawego tekstu, znajomego blogera http://madeinzen.pl/nie-rob-tego-co-kochasz/ ).

Co zabawne, dziś zbadałam swoje predyspozycje poprzez wykonanie testu w internecie, który składał się z 47 pytań. Najwyraźniej znam siebie na wyrost, bo odpowiedź wynikająca z testu brzmiała, że najlepiej pasujące do mnie zawody to dziedziny związane ze sztuką i bibliotekoznawstwo. A jednak! Polecam Wam zrobienie testu. Nie zajmuje dużo czasu, a przy okazji jest fajnym narzędziem służącym do postawienia sobie kilku ważnych pytań. Poza tym, jest to też ciekawa forma rozrywki na jesienny wieczór 🙂

Test predyspozycji zawodowych: http://www.arealme.com/16types/pl/

Zdjęciewww.3dartistonline.com