Archiwa tagu: pasja

Chciwość

Zadaję sobie ostatnio pytanie dokąd zmierza świat. Próby wycinki drzew Puszczy Białowieskiej, „niebezpieczni weganie i rowerzyści”, świat na podsłuchu, żądza, chciwość, restrukturyzacje… Czy świat ostatnio oszalał i zmierza do samozagłady czy było tak zawsze?


Z tą samozagładą to oczywiście lekka przesada, ale w kontekście ostatnich wydarzeń zaczynam się niepokoić nie na żarty. Czy nie można już żyć spokojnie, próbując być prostym i szczęśliwym człowiekiem?

Pracuję w wielkiej firmie, która ostatnio ogłosiła „restrukturyzację”. W jej ramach zostanie zwolnionych około 1780 osób. Możecie zatem sobie wyobrazić co się dzieje. Odprawy są mało realne, a do odstrzału pierwsi pójdą ci, co nie wyrabiają targetu. Nie zawsze go wyrabiam, więc zaczęłam z ciekawości wchodzić na strony z pracą. A tam? To samo- handel, sprzedaż, target, prowizje od sprzedaży, mile widziana umiejętność pracy pod presją czasu i w dużym stresie. Nie dziękuję. Kilka lat życia w ten sposób całkowicie mi wystarczy.

Najtrudniej jednak przyjąć do świadomości, że nie bardzo jest w czym wybierać. Jak to powiedziała mądra biolożka, Jane Goodal światem rządzi chciwość. Firmy zajmują się głównie produkcją na wykreowane przez specjalistów potrzeby, a pośrednicy to sprzedają. W ostatecznym rozrachunku wygląda to tak, że spędzamy życie na nie-życiu, lecz na konsumpcji, zaspokajaniu kolejnych pseudopotrzeb, pracując na kogoś, a nie na siebie. Nieświadomi wzbogacamy wielkie koncerny farmaceutyczne, hodowle przemysłowe i produkcyjnych potentatów, takich jak Monsanto czy Nestle.

Chciałabym powiedzieć, że potrzebujemy świadomości, bo wtedy się zbuntujemy przeciw zachłannym firmom, które rujnują nasze zdrowie, portfele i uzależniają od suplementów i cukru, ale czy to nie jest pobożne życzenie? Ilu jest świadomych obywateli, którzy wybierają produkty eko, czytają etykiety i zamiast chodzić do lekarza zmieniają niszczące nawyki? Niewielu…

The-Big-Short-2

W piątek do kin w Polsce wszedł film Adama McKay’a „Big short” i widzę jak bardzo są nam potrzebne takie produkcje jak i twórcy, którzy kochają prawdę i nie boją się o niej mówić, mimo iż narażą się na krytykę i ostracyzm. Edward Snowden, bohater „Citizenfour” zaryzykował niemal wszystko dla przykrej prawdy o inwigilacji obywateli USA. Rozmowy z nim odbywały się w Hongkongu, bo musiał uciekać.

Sceptycy i konserwatyści będą mówić, że to czysta fikcja lub przerysowana groteska stworzona, by zadowolić ambitnych kinomaniaków. Czyżby? Czyż nie z powodu przekrętów i ludzkiej chciwości w 2008 roku rozpoczął się kolejny kryzys gospodarczy? Czyż możemy mieć absolutną pewnośc, że nasze maile, facebook, smsy są wciąż jedynie naszą prywatnością? Czyż kraje trzeciego świata nie są zadłużone z powodu obżarstwa mięsem krajów wysoko uprzemysłowionych?

Od razu odpowiadam, zanim padną pytania. Nie. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych. Jestem zwolenniczką faktów. Zbyt długo to zgłębiałam, by nie móc teraz powiedzieć, że przez kolejne nowoczesne telefony komórkowe które kupujemy w  salonach, w Afryce jest finansowana jakaś grupa przestępcza która akurat ma dostęp do tantalu. A sięgając po raz kolejny po mięso, zubażamy kraje trzeciego świata o pola uprawne i wodę, o śmierci niewinnych istot, nie wspominając. Banki wcale nie mają ochoty finansować naszych marzeń, chcą się jedynie wzbogacić. Naszym kosztem.

Żyjemy w świecie większych możliwości, ale czy to lepszy świat od tego sprzed wieku, kiedy tych możliwości nie oferował? Czy wciąż z ręką na sercu możemy przyznać, że żyjemy w bezpiecznym świecie? Coraz więcej mam w sobie niepokoju. Jestem niebezpieczna, bo jestem weganką, w dodatku z utopijnymi poglądami. Gdzież tu szczęście, gdzież tu spokojne życie bez pośpiechu, pełne wdzięczności i uważności na codzienne detale, które czynią świat pięknym wizualnie obrazem? Gdzie tu miejsce na głębokie relacje i sensowne, pasjonujące życie? Najzabawniejsze jest to, że statystyczny Kowalski, który właśnie zjada tabliczkę czekolady z tłuszczem palmowym, siedzi na kanapie kupionej na raty za 0%, w zadłużonym mieszkaniu, bezrefleksyjnie ogląda telewizję i cieszy się, że tak mu się w życiu powiodło. Oto Kowalski jest panem swojego życia…

 

Reklamy

Dzień Świstaka

Pamiętacie Dzień Świstaka z Billem Muray’em? Od niedawna czuję się jak Phil, główny bohater filmu Harolda Ramisa, który utknął w jednym dniu; mam dojmujące poczucie zatrzymania się w czasoprzestrzeni. Zwariowałam czy może mam przedwczesny kryzys wieku?

Dzień-świstaka


 

Każdy dzień do złudzenia przypomina poprzedni. 5.40 pobudka, 6.30 śniadanie, 7.30 wyjazd do pracy, o 16.00 powrót do domu, zakupy, zmywanie, pisanie, bułka z masłem orzechowym, godzina dobrej lektury przed snem i powrót do łóżka, które (mam wrażenie) jakbym dopiero co opuściła.

Zaczyna być niepokojąco. Niepokojąco nudno. Czyżbym miała za mało spontaniczności w życiu? A może za mało przystanków z napisem STOP? Brak refleksji dokąd i po co zmierzam oraz zbyt rozmyta wizja celów odbierają całą zabawę z życia. Zaczęłam sobie zadawać pytanie: jak odczuwać radość żyjąc każdego dnia podobnie? Bo przecież rutyna jest nieunikniona. Myślę, że sporo ludzi pracujących na etacie, uczących się czy posiadających rodziny mierzy się z podobnym pytaniem. Jak ukochać naszą codzienność, która jest odmienna od pasjonujących życiorysów gwiazd, jednostek wybitnych czy freelancerów? Jak żyć rutynowo a jednak kochać to, zachowując pogodę ducha?

Do głowy przychodzą mi trzy odpowiedzi: ciekawość, rozwijanie zainteresowań i wdzięczność. 

W książce Macieja Bennewicza, Coaching. Tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości odnalazłam inspirację, którą spisałam zielonym długopisem na kartkę i powiesiłam nad biurkiem: Mamy we krwi poszukiwanie. szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości (…) Szukanie wiedzy, informacji, rozwiązań, zwiedzanie, odkrywanie.

Faktycznie, ciekawość świata i ludzi wymaga odwagi, a wydobyta odwaga podnosi ciśnienie krwi i poziom hormonów szczęścia. Poznając to, co nowe zmuszamy szare komórki do pracy, zdobywamy się na większy wysiłek, ekscytujemy się i pozwalamy zainspirować. Inspiracja jest nieodzowna, by chciało się żyć. Bez niej, wszystko staje się szare i matowe. Nie musimy od razu wykupywać biletu na koniec świata; wystarczy wyjść z domu i pójść w nieznanym kierunku, odwiedzić obce miasto, poznać nowe osoby, zamiast bezpiecznego kina, wybrać filharmonię, zamiast ukochanej klasyki skusić się na Dukaja. (Lub zamiast masła orzechowego, spróbować pasty ze słonecznika).

Rozwijanie zainteresowań  jest natomiast robieniem tego, co sprawia radość.Możecie nazwać to również posiadaniem życiowej misji, lub odkrywaniem własnej pasji. Choć, co bardzo ważne- nie musimy mieć pasji. Od paru lat zewsząd jesteśmy bombardowani przymusem jej posiadania i wmawia się nam, że jej brak świadczy o jałowym życiu. Nie zgadzam się z tym. Nikt z nas nie musi być wizjonerem czy pasjonatem. Wystarczy, że będziemy czymś zainteresowani, choćby i prostymi rzeczami: dobrą książką, uczestnictwem w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, pisaniem, malowaniem, blogowaniem, pieczeniem muffinek czy spacerami. Jeżeli nieustannie będzie nam przy tym towarzyszyła ciekawość, z pewnością do tych paru zainteresowań dojdzie jeszcze kilka istotnych (lub mało ważnych). Bo przecież chodzi o to, by robić to co się lubi, co zamiast męczyć, sprawia zwykłą ludzką radość. Ot cała filozofia.

Odczuwanie wdzięczności, pozwala z kolei zabezpieczyć cały zgromadzony nadmiar psychiczny, powstały dzięki ciekawości i rozwijaniu zainteresowań. Myślę, że wbrew pozorom to najtrudniejszy obszar. Dla mnie bynajmniej wciąż obcy. Uczę się go, choć bardzo powoli. Zauważyłam też, że porównywanie się do innych zabija każdą wdzięczność. Bo inni mają lepiej, są piękniejsi, zdrowsi, lepiej sytuowani, bo mają ciekawsze zainteresowania i więcej talentu. Więc proszę nie powtarzajcie mojego błędu i nie porównujcie się z nikim. Porównywanie się zaburza obraz nas samych, przez co widzimy swoje właściwości jak w zniekształconym lustrze.

A wdzięcznym można być niemal z każdej napotkanej sytuacji. Można być wdzięcznym za empatycznego partnera, za herbatę podarowaną przez kolegę, za niespodziewany e-mail w skrzynce odbiorczej, za dobrą pogodę, mewę na parapecie i możliwość robienia tego, co lubimy, bo to przecież luksus. Nikt nam nie obiecał życia w kraju, w którym nie ma działań wojennych, nikt nie obiecał, że przyjdzie nam dożyć wieku w którym jesteśmy. A jednak mamy to wszystko, jako podarunek i za to warto być wdzięcznym, podobnie jak za całą resztę, którą zdobyliśmy sami. Bo sprzyjały nam warunki, bo spotkaliśmy właściwe osoby, bo zdrowie pozwoliło siedzieć po nocach nad książkami. Rzeczy nie są tak oczywiste jak nam się wydaje. Są oczywiste, gdy się do nich przyzwyczajamy. Dlatego i w tym obszarze bądźmy otwarci, ciekawi i zadziwieni, a wdzięczność początkowo sztuczna i wymuszona stanie się stałym elementem każdego poranka.  Nikt nie wie, czy przyjdzie kolejny.


 

Zdjęcie: kadr z filmu Dzień Świstaka (1993), reż.: H. Ramis

Wielka Magia

Są książki, które potrafią zmieniać życie, poprzez prowokowanie do działania i poszukiwań. Przeczytałam ich wiele, ale tylko kilka z nich naprawdę zapadły mi w pamięć. „Wielka Magia” Elisabeth Gilbert jest jak kanapka z masłem orzechowym. Niby nic wykwintnego a potrafi nasycić i poprawić humor.


 

CAM01375 (2)

Dzisiaj nie będę obiektywnym krytykiem, bo nie zamierzam. Dziś jestem całkowicie subiektywną i wrażliwą jednostką, całkowicie pochłoniętą lekturą najnowszej książki autorki „Jedz módl się, kochaj”, oraz „Botaniki duszy”. Na takie książki czekam, na takie poluję i takie kocham całym sercem- książki, które rozbudzają ciekawość, inspirują i przyjemnie łaskoczą. Niby Elizabeth Gilbert nie odkryła niczego wielkiego, ale prostota i autentyzm są jej zdecydowaną zaletą.

Zaczęło się od wystąpienia w programie TED.
Pisarka wygłosiła piekny i motywujący wykład na temat kreatywności i pisania. Jej przemowa zaskakuje, bo wydawać by się mogło, że żaden pisarz po spektakularnym sukcesie nie miewa już problemów, a wszystko kolejne co napisze musi zostać uznane przez sam fakt wyrobionego nazwiska. Nic bardziej mylnego! Liz podczas wystąpienia przyznała, że dopiero po niebywałym (i jak skromnie twierdzi- całkowicie przypadkowym) sukcesie „Jedz módl się, kochaj”, zaczęły się niepokoje i problemy. Bo trudno jest powtórzyć wielki sukces. Bo presja otoczenia i krytyków jest ogromna. Bo hejterzy tylko czekają na małe potknięcie. A kiedy dzieło jest, kolokwialnie mówiąc do niczego, to wszyscy zacierając ręce, mówią- a nie mówiłem?!

Tak; znani pisarze i twórcy podobno nie mają lekko, bo wyrobione nazwisko zobowiązuje i staje się ciężarem. Liz poczuła się całkowicie zablokowana ludzkimi oczekiwaniami i obawami na tyle, że przestała pisać cokolwiek. Kiedy w końcu minęło już trochę czasu, odezwał się w niej naturalny, stęskniony głos twórcy. Więc usiadła do biurka i po prostu- tak jak potrafiła najlepiej, tak jak grało  w jej duszy, nie zwracając uwagi, czy to artystyczna proza czy zwykły kicz- pisała. Odkryła tym samym, że podążanie dalej, wytyczoną przez siebie drogą, jest kluczem. Czy do sukcesu, tego nie była w stanie powiedzieć, natomiast jest kluczem do własnego serca, które pragnie tworzyć i mieć gorący romans z kreatywnością.

To zdumiewające odkrycie popchnęło ją do stworzenia „Wielkiej Magii”, poradnika dla ludzi podobnie jak niegdyś ona- zablokowanych i przerażonych wizją własnej porażki. Efektem jej pracy jest wspaniała, ciepła lektura, pełna humoru ale i bezczelnego odarcia sztuki ze świętości. Bo w istocie- to świętość i cierpiętnictwo, ta wciąż jeszcze żywa chrześcijańska spuścizna blokują nas przed tworzeniem i działaniem. Boimy się co o nas powiedzą ludzie, boimy się, jak społeczeństwo odbierze nasze pomysły i dzieła. Obawiamy się śmieszności i braku sukcesu. Boimy się zapomnienia i hejtu, przy czym sami bezkrytycznie oceniamy własne twory, chcąc by były wielkimi pomnikami dla potomnych. A to przecież absurd!

To, co daje szczęście to nieprzerwane działanie, które prowadzi do zgłębiania tajemnic Wszechświata i siebie samego. Czemu ciekawość i poczucie misji są tak istotne w życiu? Bo dają radość. Po prostu. W wielkim świecie, w którym pełno jest głodu, wojen, konsumpcji, lęków, chorób i niepewności jedyne co potrzebujemy sobie dać, to odrobiny radości i poczucia sensu. Tego zapalnika, który spowoduje, że każdego ranka będziemy ochoczo wychodzić z łóżka. I właśnie dlatego, każdy rozdział Liz kończy zdaniem: „a teraz weź się do pracy i idź coś stwórz w końcu”. Nawet byle jak, nawet gdybyś miał to wyrzucić do kosza, „(…)na miłość boską, zrób coś!”

Bo nie trzeba być wielkim i nie trzeba robić wielkich rzeczy. To ego cierpi na manię wielkości i potrzebuje nagród a dusza pragnie tylko zachwytu. Naszym zadaniem nie jest zdobycie sławy czy uznania. Niespełnienie obietnic prowadzi jedynie do smutku i frustracji. Nasze zadanie jest o wiele prostsze a przy tym bardziej znaczące- być szczęśliwym, wiecznie ciekawym i myślącym człowiekiem. Autorka swoją książką udowadnia własną tezę, że to co najprostsze i najbliżej nas samych, jest równocześnie tym co najważniejsze i czego nam trzeba.


Tytuł: Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie.
Autor: Elizabeth Gilbert
Wyd.: Rebis
Rok wyd.: 2015
Okładka: twarda
Liczba stron: 335

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.

Nadchodzą zmiany…

Czym byłoby nasze życie bez ciągłych zmian i prób ulepszania rzeczy, które tworzymy? Byłoby ledwie przystankiem na którym utknęliśmy. Bo przecież życie wymaga od nas wysiłku, by posuwać się do przodu; by ewoluować łagodnie choć zauważalnie.

Brush mixing paint on palette


Uczucie, że czas najwyższy podjąć konkretne działania towarzyszyło mi już od ponad pół roku. Przez ostatnie miesiące natężyło się i zaczęło nęcić na tyle mocno i skutecznie, że nie było już odwrotu. Dałam się pochłonąć tej dzikiej burzy. Pewnego deszczowego dnia, patrząc w swe odbite w lustrze oczy, powiedziałam- dobrze Kama, czas na zmiany.

Zaczęło się od miejsca zamieszkania- zmiany z jednego pokoju na dwa, być może po to, by nauczyć się rozdzielać dwie ważne sfery na przestrzeń twórczej pracy i relaksu. Pierwsza zmiana ciągnie za sobą kolejne, bo to nieuniknione, że ledwie odkryta odwaga wymaga kolejnych spełnionych marzeń. Od dawna chciałam się przebranżowić, lub mówiąc prościej- zacząć w końcu robić to, co całe życie kochałam, a na co nie pozwalałam sobie w oficjalny sposób. Bo bycie twórcą jest niemodne, jest za trudne i zubaża materialnie.

Ach, gdybym dzisiejszą świadomość mogła mieć dziesięć lat temu, wybrałabym inną  drogę zamiast iść w zgodzie z trendem rankingów. Politologia? Dziennikarstwo? Czy z dzisiejszej perspektywy miały w ogóle jakiś sens? Zdezorientowana własnymi potrzebami i wymogami potencjalnych pracodawców, przez ostatnie miesiące ważyłam, porównywałam, myślałam i kalkulowałam, nie mogąc się zdecydować między drogim kursem psychoterapii a studiami podyplomowymi na wyższej uczelni. Tak jakby wybór miałby być ostatnią życiową decyzją. W takich wypadkach dobrze jest zagrać w kości, rzucić monetą lub zaufać przestrzeni. Świat i tak wie lepiej, co dla nas lepsze i wskaże drogę.

-Jak to, nie wiecie, czy kierunek powstanie?– dopytywałam kobiety, która po serii zadanych mi pytań ostrzegła że szkoła może nie zdecydować się na otwarcie kursu.
-Zgłosiło się za mało ludzi. Jest pani dopiero siódmą chętną, a rekrutacja kończy się lada dzień…

I to był ten złoty drogowskaz mówiący, że psychoterapia to nie ta droga i nie teraz. Kilka dni później otrzymałam informację, że studia podyplomowe na które aplikowałam zostały oficjalnie otwarte a ja- przyjęta. A to szkoła nie byle jaka i kierunek jedyny taki w całej Polsce. Wygrały marzenia, choć początkowo rozsądek brał górę- bo przecież po kursie znajdę nową pracę. Bo przecież zarobię. Bo to na czasie. Bo przecież to lubię. Ale czy lubienie wystarczy?

Tymczasem życie zweryfikowało moją motywację. Rób to, co kochasz, bo tego potrzebujesz najbardziej- mogłoby rzec. Będzie trudno, będzie kosztownie, ale koszty zawsze się zwrócą, nawet jeśli nie pieniężnie, to w formie umiejętności i uczucia satysfakcji. Oczywiście, że mam obawy, a było ich jeszcze więcej przed podjęciem wyzwania. Czy dam radę pogodzić pracę ze studiami? Czy nie padnę ze zmęczenia? Skąd wezmę pieniądze na czesne? Czy introwertyk poradzi sobie na podyplomówce wymagającej zaangażowania i przyjmowania częstej konieczności bycia liderem w grupie? Statystyki przeprowadzone w ramach badań społecznych pokazały, że to czego obawiamy się najbardziej, najczęściej się nie spełnia a pozostaje groźne jedynie w sferze myśli.

Nie umiem już nie tworzyć, nie umiem już nie pisać; słowa czasem same świdrują na liniach papilarnych dłoni i łaskoczą chcąc wydostać się spod skóry. Oczywiście, że będzie trudno. Bycie twórcą wymaga nie tylko kreatywności i twórczego wysiłku, ale również przedsiębiorczości, łapania okazji i rozbudowania sieci komunikacji. Halo, to ja! Tu jestem i robię to, czego oni nie robią! Jestem na studiach które uczą jak pisać, by słowem pisanym trafić do drugiego człowieka w dobie umysłów zalanych wszechobecną treścią.

I dlatego zmieniłam stronę.
Już nie Emocjonalna, lecz Emocjonalnie.
Skończyłam z prostą szarością by dać upust barwom nieprzerwanie tańczącym w skroni.
Dlaczego pędzle z farbami w nagłówku? Bo tym dla mnie jest rozwój osobisty- twórczością, kreatywnym życiem, zabawą i zdobywaniem nowych umiejętności. Zmienił się też adres strony, na szczęście nie musicie o tym pamiętać, WordPress robi to za Was. Po prostu podejmowanie decyzji obliguje do podejmowania coraz większej ilości działań. Własna domena była nie tylko chciana, ale i konieczna. Oby było Wam tu dobrze- tak jak mi w nowym życiu.

Miasto. Kochać czy nie kochać?

Czym jest dla Ciebie miasto? Czy potrafisz je kochać mimo zgiełku, hałasu i anonimowości?
Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone może być inspiracją i pakietem wspaniałych możliwości. Wybór należy do Ciebie.


city-bike

When you’re alone and life is making you lonely
you can always go Downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
seems to help I know, Downtown

(Gdy jesteś sama i życie czyni cię samotną możesz zawsze pójść do miasta. Gdy masz zmartwienia, cały ten hałas i pośpiech wiem, co powinno ci pomóc. ­Miasto. Posłuchaj tylko muzyki miejskiego zgiełku. Przystań na chodniku, gdzie piękne są neony.
Jak możesz zbłądzić?)

Petula Clark śpiewała w latach sześćdziesiątych, że światła neonów miast potrafią ukoić zszargane nerwy. Do niedawna nie wierzyłam. Przecież wieś jest oazą, która wypełnia umysł spokojem i pozwala się odprężyć po tygodniu czy miesiącu wielkomiejskiej gonitwy. I pewnie miałam dużo racji, co nie wyklucza teorii, że w mieście da się żyć, można je polubić, nawet pokochać, nie będąc jednocześnie miłośnikiem betonowego świata.

Moje życie w ostatnim czasie układało się tak, że większość czasu spędzałam w Gdańsku, nawet podczas lata czy wykorzystywanego urlopu. Przeszkody? Nie. Świadomy wybór. W mieście tętni życie; nawiązanie relacji jest tak proste jak zaparzenie czarnej herbaty a samotność jest tylko wyborem. To my decydujemy czy poznamy streszczoną historię życia pani z szorstkowłosym jamnikiem w tramwaju i czy zamiast grubej książki, tym razem oddamy się słuchaniu gwaru, szmerów i śmiechów na przystanku. Hałasu, który nie musi męczyć a może być inspirujący. W ludzkich historiach, opowieściach zamieszkanych w głębokich zmarszczkach i rozbieganych oczach mieszkają ludzkie emocje i gotowe scenariusze na : powieść, obraz, wiersz czy rozwiązanie własnego problemu.

Nie bez powodu większość filmów Woodego Allena rozgrywa się w Nowym Jorku. Reżyser kocha miasto. I choć (jak sam twierdzi) jest neurotycznym samotnikiem, który najchętniej spędza czas we własnym mieszkaniu, to jego miłość jest odwzajemniona. Mimo, iż ostatnimi czasy mistrz stracił formę, bo „Nieracjonalny mężczyzna” czy „Magia w blasku księżyca” nie zachwycają tak jak „Hannah i jej siostry” czy „Annie Hall”, to jednak perspektywa miast widziana oczyma Allena urzeka i przekonuje, że miasto przygarnia wszystkie jednostki, łącznie z tymi trudnymi, neurotycznymi i wiecznie samotnymi, nad którymi chętnie podumaliby Freud i Jung.

I choć przeciwnicy szybkiego tempa życia i wysokich wieżowców (ja sama do niedawna) upierają się, że prawda jest tam gdzie dzika natura, to zadziwiającym faktem jest, że Aborygeni uważają miasta za następstwa energii- jak mówią, powstały ze „śnienia”. Są naturalnym i oczywistym zjawiskiem wynikającym ze skumulowanych energii (bardziej szczegółowo opisał to Arnold Mindell, założyciel szkoły Psychologii Procesu w książce „Śnienie na jawie”).

Jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, to trzeba Mindellowi przyznać rację. Z reszta nawet nie trzeba się zastanawiać, wystarczy doświadczyć. Wyjść pewnego popołudnia czy wieczoru z domu. Samemu. I niczym bohaterowie allenowskich komedii, pójść przed siebie, wypić powoli machiatto w małej kawiarni, a potem odwiedzić galerię sztuki i zakończyć wieczór koncertem jazzowym. Przecież miasto zawiera wszystkie możliwości. Uczy nas, rozwija, wkłada w sam środek społecznej spirali w myśl zasady, że przetrwasz albo zginiesz w tym wielkomiejskim świecie. Miasto jest kolażem biedy i bogactwa, kolorów i szarości. Karmi złaknionych wiedzy i rozrywki, podsyła nieoczekiwane spotkania. Gdzież będziemy bliżej sztuki i ludzi jeżeli nie samym środku miasta?

Ja, wychowana na wsi, cicha, spokojna (tudzież neurotyczna) Kamila Gulbicka przyznaję: napisałam odę do miasta. I dobrze mi z tym. Mogę się przeciw niemu buntować, lub mogę je kochać. Każdy wybór przyniesie identyczne w skutkach sprzężenie zwrotne. A przecież łatwiej żyć we wzajemnej miłości. Więc mój drogi, moja droga…

Światła są tu jaśniejsze
Możesz zapomnieć o wszystkich swych problemach, zapomnieć o wszystkich troskach
Więc idź do miasta, gdzie jaśnieją wszystkie światła
Miasto – czeka na ciebie tego wieczoru
W mieście – wszystko będzie już dobrze


Cytaty: „Downtown” Petula Clark. 1964 rok.
Zdjęcie: wallpaperbeta.com

Tysiąc zachwytów jednego dnia

Narzekamy zamiast doceniać to, co jest dostępne tu i teraz, w chwili obecnej. Niedostrzeganie piękna wokół, odziera nas ze szczęścia i poczucia zwykłej ludzkiej satysfakcji. Ale jak tu się zachwycać skoro do pracy trzeba wstać o 5.30., za oknem pada deszcz a starsza kobieta w ciasnym tramwaju włożyła Ci parasol w żebra?

women-214792_640


Bywają takie dni, jak w powyższym opisie, a jakże! Zdarzają się niekiedy z irytującą powtarzalnością. Czy to oznacza, że jesteśmy pechowcami a świat nas nie lubi? Ależ skąd. Deszcz, parasolka w żebrach czy zaspanie po bezsennej nocy przytrafiają się każdemu, tyle że nie każdy skupia 100% uwagi na niemiłych aspektach życia. Bo po co się w nich utwierdzać i przyciągać nowe, wiecznie rozpamiętując i narzekając „masz ci los, o ja nieszczęsny!”?

Przez ostatnie dni miałam urlop. Tak- należę do tych szczęśliwców, którym zostało sporo płatnego urlopu do wykorzystania do końca roku. Jako, że jestem miłośniczką natury, codziennie po śniadaniu wychodziłam na kilkugodzinny spacer nad morze i do lasu. Każdego dnia, mniej więcej o tej samej godzinie mijałam na parkowej ławce kobietę, nie robiącą niczego szczególnego. Po prostu zawsze siedziała uśmiechając się do ludzi. Obserwowała i słuchała. Na moje około była po 80-stce. Zawsze elegancko ubrana, w długą spódnicę i karmelowy cienki płaszcz, na nosie miała wielkie, ciemne okulary. Nigdy nie była niczym zajęta. Siedziała na ławce bez żadnej książki czy telefonu i wydawało mi się, że robi to celowo, nastawia się na bycie, na wdzięczność za to jak jest, dostrzegając piękno we wszystkim co się pojawia- w drugim przechodniu, w radośnie biegających psach spuszczonych nagle ze smyczy, w promykach słońca przedostających się między kolorowymi liśćmi klonów. Tak. Ta kobieta zdecydowanie wiedziała, co to zachwyt. I wierzcie mi lub nie, ale wyglądała na szczęśliwą. W tak prosty i oczywisty sposób.

I tu stawiam pytanie do Was i sobie samej- kiedy ostatni raz zachwyciliśmy się drobną rzeczą? Rzeczą tak oczywistą jak słońce, bezchmurne niebo czy wolne popołudnie? Problem w tym, że trudno jest zachwycać się i dziękować za to, co wydaje się oczywiste. A przecież dostrzeganie małych radości budzi serce do życia i napełnia je wdzięcznością. To działa jak efekt domina. Gdy zaczynamy narzekać, umysł skupia się na negatywnych aspektach rzeczywistości, zakłada ciemne okulary i widzi tylko to, co złe. Tak go zaprogramowaliśmy- działa nawykowo.

Lecz, gdy zobaczymy to co dobre, choćby i w małym zaczerwienionym liściu na drzewie, łatwiej będzie się cieszyć kolejnymi małymi rzeczami- tym co jest, bez zbędnych oczekiwań, że przecież coś nam się należy.

Świat może działać na naszą korzyść lub szkodę. Jedno lub drugie nie jest jego kaprysem, ale naszym wyborem. A każdy wybór pachnie potężną wyzwalającą wolnością.
Byłam dziś na długim spacerze i przytulałam się do Drzew.
A Ty? Kiedy pójdziesz na spacer?


Zdjęcie: pixabay.com