Archiwa tagu: pasja

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Reklamy

Zmiana trasy

Któż z nas nie próbował bądź nie chciał choć raz zmienić swojego życia? Tak totalnie- zaczynając od zera, od pustej głowy bez uprzedzeń, napełniając ją na nowo umiejętnościami i pomysłami?

most-drzewa-1


Najbardziej motywujące jest niezadowolenie z miejsca w którym jesteśmy. Bo jeżeli mamy dobrze rozwiniętą wyobraźnię, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie co będzie za trzydzieści lat. W głowie zaczynają świtać myśli: Co jeśli  będąc sześćdziesięciolatkiem będę w tym samym miejscu- na tym samy stanowisku? A jeśli nawet będę wyżej, lecz w tej samej firmie? Czy tego chcę? Czy jeśli zmienię zakład pracy, lecz zostanę w podobnej branży, to będę usatysfakcjonowany? Co czujesz zadając te pytania?

Bo ja frustrację.
Gdybym mogła zmienić przeszłość, nie wahałabym się. Wybrałabym inny kierunek studiów, doświadczenie zdobywałabym już podczas nauki w szkole, zamiast tańczyć na akademickich stołach ze znajomymi. Bardziej ukierunkowałabym się na przyszłość i na cele, które chcę osiągnąć i dziś nie narzekałabym, że robię bzdurne rzeczy za śmieszne pieniądze. Byłam leniwą konformistką, to teraz mam…

Człowiek nabiera mądrości i pokory z wiekiem. Jedni wcześniej, inni później, choć nie bez znaczenia jest tu zapewne wychowanie. Bogaci, przedsiębiorczy rodzice wychowają dziecko na samodzielne i sprytne, podczas, gdy etatowi opiekunowie bez wiary w marzenia pokażą dziecku pracę jedynie jako smutny, lecz niezbędny sposób na zarabianie pieniędzy. By starczyło do 1-ego.

Nie mogę wpłynąć na przeszłość, ale mam przyszłość przed sobą. Mogę sporo zmienić, mogę się przebranżowić. To trudne, czasochłonne i wymaga poświęceń. Czy zatem warto? Na szybko zrobiłam kalkulację w głowie: jeżeli teraz mam 30 lat, a moje studia wstępne trwają dwa lata plus czteroletni program licencyjny, dodać praktykę i staże, to na swoim będę w wieku 36 lub 37 lat. Do tego czasu będę się uczyć, praktykować i płacić około 3.500-4.000 zł rocznie. Pomnożyć przez sześć lat, w sumie 21.000-24.000 złotych. Po drodze książki, podręczniki, kserówki, pisanie pracy dyplomowej, praktyka własna, która też wymaga nakładu. Stoję pod znakiem zapytania.

Rozpoczynając pracę na wymarzonym stanowisku będę w pięknym wieku średnim, podczas gdy znajomi po fachu będą już mogli poszczycić się niejednym osiągnięciem, pracą czy książką powstałą przez lata własnych obserwacji. Warto?

Coach i trener rozwoju osobistego, Michał Pasterski zachęca by to zrobić, w myśl zasady, że nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli mielibyśmy rozpocząć ukochaną pracę w wieku 40 lat, to czy nie warto dla tych 20-30 lat, które zostały do emerytury? Nigdy nie jest za późno, by zacząć się realizować i spełniać marzenia. Niech za przykład posłużą tu Uniwersytety Trzeciego Wieku, które cieszą się popularnością wśród ludzi młodych duchem, choć nie metryką. W którymś momencie w końcu musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nikt nie ofiaruje nam szczęścia, satysfakcji i spełnienia, wszystko jest tylko w naszych rękach.

A co jeżeli zmiana trasy przyniesie rozczarowanie? Koszty nauki nie zwrócą się, nie będę mieć klientów lub nie skończę szkoły, bo zabraknie mi pieniędzy? Co jeżeli nie będę mieć czasu na ukochane książki, kino, znajomych, albo co gorsze- nowa praca nie przyniesie oczekiwanej satysfakcji bo piękna była jedynie w marzeniach?

I tak wygram. W końcu będę bogata w doświadczenie, która odpowiednio przefiltrowane zamieni się w mądrość i radość. Bo tym jest życie przecież- doświadczaniem, empiryzmem w każdym drobnym przejawie. Kim byłby poeta, który nie doświadczył miłości? Tym samym co marzyciel nie sięgający gwiazd. A przecież właśnie dzięki marzycielom i idealistom mamy komputery, Mcbooki, żarówkę czy cyfrowy aparat. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, bo za pierwszym krokiem przychodzą następne i nagle jesteśmy w procesie. W wielkim procesie zmiany, życia, chwytania odległych dotąd marzeń za złoty ogon.


Zdjęcie: www.tapeta-most-drzewa-1.na-pulpit.com

Marzyciele

Podobno wiara we własne możliwości jest kluczem, by dojść do upragnionego celu podróży. Turystycznej jak i tej metaforycznej, zwanej życiem, czy życiową misją. Wiem, że głęboka wiara przenosi góry i pompuje mentalne muskuły, ale często nie mam pomysłu skąd ją brać. Gdzie mieszka wiara? Jak ją znaleźć? Jak po nią sięgnąć, gdy brakuje sił by iść pod górę na własnej, często krętej ścieżce?

writer


Droga wcale nie musi być zanadto kręta czy trudna. My sami możemy iść z trudem na dość prostej i przejrzystej drodze, którą obraliśmy za cel lub środek do celu, musząc przecież jakoś żyć

Bo przecież głupio tak spędzić życie przed telewizorem.

Więc wymyślamy sobie mniej lub bardziej kreatywne cele, marzymy, szukamy a czasem po prostu coś nas woła i jest niczym zew przyrody dla dzikiego wilka. Wzywa nas pasja, pragnienie prosto z serca, które nigdy nie miało czasu się zlęknąć. A gdy wchodzimy na ów wymagający szlak pojawiają się przeszkody, które owszem są do przebrnięcia, pod warunkiem, że niczym as w rękawie mamy pakiet zdobytych umiejętności lub chociaż wiary, że wszystko jest do zrobienia.

Zobaczyłam jak wiele jest we mnie wątpliwości odnośnie tego co robię, kiedy wczoraj miałam okazję poznać wydawcę książek, który przez niemal trzydzieści lat był właścicielem sprawnie działającego wydawnictwa książkowego. Sytuacja była nietypowa, bo jechałam z nim samochodem do naszej wspólnej przyjaciółki. Od słowa do słowa, i ku mojemu radosnemu zdziwieniu stwierdziłam, że oto mam obok siebie doświadczonego człowieka, który może opowiedzieć o książkach od strony kuchni. Zaczęłam pytać.

Ile czasu zajmuje wydanie książki?

Dużo. Bardzo dużo czasu. Może rok, czasem dwa. W zależności od tekstu, od jego jakości i tego jak bardzo wymaga poprawy.

Czy dużo tekstów wymaga poprawy?

Wszystkie- usłyszałam w odpowiedzi. Bo autorowi zwykle wydaje się, że skoro tak łatwo i lekko mu się pisało, to tekst będzie również łatwy w odbiorze. A często jest zupełnie odwrotnie. Są mniej lub bardziej widoczne błędy stylistyczne, językowe, frazeologia i konstrukcja zdań.

To ile faktycznie nakładasz tych poprawek?

Czasami pokreślone są cale utwory- ku oburzeniu ich autorów…

A co jest dla ciebie decydujące przy wyborze jakiegoś konkretnego dzieła do druku?

Często kilka pierwszych stron, często czas i pora.

Czas i pora?

Tak. Jeżeli otrzymałem tekst dajmy na to z samego rana a miałem miałem dużo tematów do ogarnięcia, to teksty przechodziły obok niezauważone. A gdy dostałem jakiś tekst w wolniejszym dniu, lub w godzinach wieczornych, gdy właśnie udawałem się na spoczynek, to brałem co właśnie do mnie dotarło; czytałem, podobało mi się więc szło do druku.

Z poprawkami…?

Oczywiście. Na tym polega opieka redakcyjna.

Dużo książek odrzuciłeś?

Setki a może tysiące. Nieprzerwanie coś odrzucałem…

Rany, to musiało być strasznie bolesne dla autorów. Przecież oni wysłali coś do wydawnictwa z wiarą, że się uda, a tu porażka. Powiedzmy, że wysłali jeszcze do kilku lub kilkunastu innych wydawnictw, wszędzie były odmowy publikacji i teraz pewnie zadają sobie pytanie: jak dalej żyć? Przecież to musi strasznie podważać poczucie własnej wartości?!

Ja nigdy nikogo nie skrytykowałem. Po prostu decydowałem o nieprzyjęciu książki do druku…

***

Ścisnęło mi się serce na myśl o takich wrażliwcach jak ja, którzy spoconymi dłońmi wrzucają swój bezcenny materiał do skrzynki pocztowej wierząc, że tym razem się uda. A tu nic. Odmowa. Pani, Panu już podziękujemy.

Z jednej strony rozumiem wydawcę, który przecież jest przedsiębiorcą i aby żyć, utrzymywać siebie i prosperujące wydawnictwo musi prawdopodobnie od pewnych rzeczy się odciąć. Od ludzkich emocji, zawiedzionych oczekiwań, złudzeń, których właśnie pozbywa rzeszę młodych ludzi.

Z drugiej jednak strony, ja sama mając marzenie o wydaniu książki dla dzieci nie wiem czy ze swoją wrażliwością i lękiem odważyłabym się na to by zostać odrzuconym, skrytykowanym lub po prostu pozostawionym samej sobie- która nie wie co było nie tak, dlaczego otrzymałam odmowę publikacji, co zmienić i gdzie szukać rady i rzetelnej wiedzy.

Podczas tej jednej rozmowy w samochodzie przypomniał mi się bohater Jacka Londona, Martin Eden, który wysyłał teksty do wszystkich możliwych wydawnictw, gazet i czasopism, raz po raz otrzymując w odpowiedzi : „Szanowny panie Eden. Dziękujemy za cenny literacko tekst; nie mniej jednak redakcja jest zmuszona go panu zwrócić, gdyż nie może pozwolić sobie na jego wydruk. Z poważaniem, Redaktor Naczelny”. 

Zobaczyłam nagle w wyobraźni rzeszę takich Martinów Edenów, którzy niestrudzenie każdego dnia wstają skoro świt, zaparzają wielki dzbanek kawy i piszą, piszą bez opamiętania aż do zachodu słońca. A potem szukają możliwości, wysyłają teksty, mailują do redakcji, próbują, zbierają pieniądze na self-publishing. Podziwiam pasjonatów. Podziwiam wszystkich, którzy nie przestają marzyć i wciąż wierzą, że kiedyś przecież musi się udać. Że raz wysłana energia wróci z przestrzeni niosąc kosz obfitych owoców. Nie sławę, nie pieniądze i nie rozgłos.
Ale spełnienie, które pozwoli pomyśleć:

Uwierzyłem.
Robiłem to.
Pokonałem przeszkody.
Udało się.


Zdjęcie: 0ducks.wordpress.com 900

A gdyby tak przekroczyć linię horyzontu?

inde


Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata

-Pewnego dnia straciłem wiarę w to, że Europa to pępek świata- ciągnął Sergio.- To był zwykły dzień, taki sam jak inne. Byłem nauczycielem, miałem więc pewną pracę, dom, narzeczoną…
Zdecydowałem, że muszę to wszystko zostawić, przelecieć wielką wodę i znaleźć się tu, w Ameryce Południowej. Zacząłem podróżować i uczyć się, musiałem otworzyć umysł, przemyśleć o co mi w życiu chodzi, czego chcę i po co. Dlaczego? Chciałem poznać, a może dopiero odkryć inny świat. (…)
To tu zdałem sobie sprawę, że w plecaku mam same niepotrzebne rzeczy. Naprawdę nie potrzeba sześciu koszul czy czterech par spodni, aby żyć. Trzeba zwalczyć w sobie uzależnienie polegające na ciągłej konieczności zaspokajania pozornych potrzeb. Widziałem głód, ale także radość ludzi. Coś nie do pomyślenia w naszej dzisiejszej Europie, gdzie panuje chciwość, oszustwo i zawiść. Wyciągi z konta, wielkie samochody, znane marki, urządzenia elektroniczne przytłaczają nas i powodują w efekcie smutek, choć po powrocie z pracy nasz stół ugina się od przysmaków. Zrozumiałem, że tam, gdzie ludzie nie mają nic, myślą o tym jak przeżyć, jak iść do przodu. Tam, gdzie jest wszystko, ludzie narzekają, bo zawsze jest im za mało.

W czasie mojej podróży spotkałem wiele osób, które uświadomiły mi, że życie mija zbyt szybko, by warto było tracić czas na pracę tylko po to, aby dotrzymać kroku innym, by nie mieć mniej. Pracować, aby kupić dom, samochód, superciuchy.(…) 
Tutaj przekonałem się, że Europa jest zimna, bo ludzie nie są blisko siebie. Nie wymieniamy uścisków ani uśmiechów. A gdy ktoś spojrzy na nas w metrze, uciekamy wzrokiem. Pracujemy bez większej ochoty, bo zawsze znajdzie się się jakiś szef czy kolega z pracy, który działa nam na nerwy tak bardzo, że jej nienawidzimy… Wracamy do domu wykończeni. To chwila, by zjeść kolację i powiedzieć swojej połowie jak bardzo jesteśmy wkurzeni z powodu tego gościa z pracy, którego nienawidzimy, no i z powodu korków, w których tkwiliśmy przez ponad godzinę. Ale było warto, nadal mamy pracę, dzięki której kupimy nowy telewizor z płaskim ekranem, czterdzieści dwa cale, w którym idealnie widać, że książę Monako nadal jest kawalerem a Ricky Martin powiedział, że jest gejem.”

Życiowa misja

To fragment książki nieżyjącego już Kacpra Godyckiego-Ćwirko, Sprzedaj lodówke i jedź dookoła świata. Przeczytałam ją w trzy dni i wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Bo Kacper w zasadzie zrobił, to co zawiera się w krótkim i zabawnym tytule- porzucił pozornie bezpieczny, korporacyjny świat i wyruszył ze swoją misją odkrywcy i pasjonata poznać inny świat. Ten bliższy natury i prawdy. Postawił wszystko na jedną kartę- kolejne akapity udowadniają, że nie wybierał taryfy ulgowej. Wtapiał się w tłum, by do cna poznać kulturę i tradycję mieszkańców, nie raz zbliżał się do krawędzi zdrowia i choroby; poznawał, smakował, żył z całą (niekiedy bolesną) intensywnością.

Parę razy zastanawiałam się czy będąc na jego miejscu, a jednak znając datę swojej śmierci, również żyłabym tak intensywnie? Czy nie przystopowałabym, aby odciążyć nie do końca wydolny organizm aby posłużył mi na dłuższe lata? Myślę, że to retoryczne pytanie zadaje sobie niejeden szaraczek tkwiąc na miękkiej kanapie, kiedy w górach ginie kolejny himalaista. Po co to robić, skoro to niebezpieczne? A no właśnie… A po co żyć? Pytanie jak chcemy, by wyglądało nasze życie. Prosto, zwyczajnie, schematycznie, dzień za dniem? Czy raczej intensywnie w całej jego różnorodności, choć z potencjalnymi niebezpieczeństwami? Tu, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wszak różnimy się- mamy inne charaktery, cechuje nas inna wytrzymałość lęki i marzenia.

Żyj jak w filmie

Zupełnie niedawno natknęłam się na książkę, której tytułu nie pamiętam, nie jest to jednak teraz istotne; w każdym razie, autor przyrównał życie człowieka do filmu. Każdy żyje innym filmem i według innego scenariusza. Wyobraź sobie, że w wieku siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat mógłbyś dostać taśmę z nagraniem z własnego życia. Co zobaczysz? Nudny tasiemiec, po którym śpi się jak dziecko, czy może przygodowy film akcji, w którym jesteś dobrym, nietuzinkowym bohaterem spełniającym swe najgłębiej ukryte w sercu pasje? Kim chcesz być? jak chcesz żyć? Kto jest Twoim bohaterem? I najważniejsze pytanie- dlaczego nie być nim samym dla siebie…?

Czytałam wiele książek podróżniczych, ale historia podróży Kacpra jest inna. Zawiera w sobie  wiele przemyśleń na temat tego dokąd zmierzamy, po co nam posiadanie i co zrobić z czasem który pozostał. A zwykle myślimy, że jest go sporo. Tu, życie pokazało, że zawsze mamy mniej czasu niż sądzimy, więc nie odkładajmy życia na później. Później może nigdy nie nadejść…

sprzed


Zdjęcia:
1). www.driverabroad.com
2). ksiazki.wp.pl

Niech koniec będzie początkiem

Boimy się wszystkich końców. Końca wolności, ostatniego dnia w starej pracy, przeprowadzki, końca związku, końca bycia singlem, studentem, kobietą bez zobowiązań lub kobietą zobowiązaną. Dlaczego tak bardzo boimy się momentów granicznych i tego co zwiastuje metaforyczną śmierć?

sunrise-photography


Śmierć na zakręcie

Zmiana jest śmiercią w sensie metaforycznym, symbolizującym utratę czegoś cennego lub znanego, swojskiego i bezpiecznego. Każdy z nas boi się śmierci z jednego prostego powodu- nie wiemy co będzie dalej. A gdybyśmy wiedzieli? To czy nadal kierowałby nami strach?

Ekstrawertycy mniej boją się wielkich zmian, introwertycy bardziej, jednak strach jest wspólny dla każdej jednostki niezależnie od uwarunkowań psychicznych. Zmiana jest jednym wielkim zakrętem. Za nim możemy spotkać wspaniałą otwartą przestrzeń z nowymi możliwościami, nieznaną, pociągającą drogę lub wielkie drzewo, którego nie sposób będzie wyminąć przy zawrotnej prędkości. Możemy wygrać, możemy przegrać…

Wygrana kontra przegrana

Przegrana jednak jest zawsze tylko pozorna, bo nie sposób przegrać na zmianie. Nawet jeśli postawiliśmy wszystko na czarnego konia ze złamaną nogą, to wciąż jesteśmy wygrani na wielu poziomach. Wygraliśmy odwagę, doświadczenie, ekscytację i poznanie nowego.

Półtora roku temu zdecydowałam się zostawić wszystko co miałam i wyjechać za granicę- do Norwegii, całkowicie sama. W Polsce został chłopak, przyjaciele, język, znane miejsca i wszelkie poczucie bezpieczeństwa. Rzuciłam pracę, ulokowałam całą energie i oszczędności w Skandynawii i po kilku miesiącach wróciłam do kraju złamana wpół. Lecz tylko chwilowo, wszak każdy wielki przełom zaczyna się od złamania psychicznego kręgosłupa a potem jest nieznana i trudna droga pod górę. Im ciemniej i niebezpieczniej, tym radośniejszy będzie wschód słońca.

Zupełnie niedawno przeglądając wywiady z ciekawymi ludźmi na youtube, natknęłam się na rozmowę z Marią Peszek. W wywiadzie opowiedziała pytającemu, co oznacza zacząć żyć na nowo(cyt.):
„(…) Przychodzi taki moment w życiu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś głeboko nieszcześliwy. U mnie to byly dość dramatyczne okoliczności- zapaść, zakręt życiowy, gdzie jedynym wyjściem było uciec, przestać żyć. Wtedy zadałam sobie pytanie, ale tak naprawdę dlaczego tak jest i od czego zależy i kiedy odpowiedź była jedna, że zależy ode mnie, to wtedy wszystko się odwróciło. (…) Zalamanie bylo bardzo nieprzyjemnym przeżyciem (…) ale to fantastyczna rzecz; katastrofa, która zmienila Marię Peszek na zawsze. Załamanie zmienia patrzenie na świat.”

Kwestia patrzenia

A więc boimy się zmian i końców, bo nie wiemy jak je przeżywać, w jaki sposób ich doświadczać. Najlepszym rozwiązaniem jest akceptacja każdego końca, każdej nadchodzącej zmiany w sposób spokojny i świadomy. Zmianę trzeba poczuć, przyznać się do niej, podziękować staremu, za to czym było i jak nas wykarmiło, dać sobie czas na zasymilowanie się w nowej sytuacji i otwarcie ramion na to co nadchodzi. Oby bez rzucania się w wir zapomnienia, bo nie o to chodzi. Aby wycisnąć przeszłe doświadczenie do cna, trzeba dać sobie czas i być wdzięcznym za wszystko, za każdą cenną naukę.

Przeżywając w ten sposób każdy koniec, śmierć, rozłąkę czy nadchodzącą niepewną sytuację, staniemy się silniejsi bo bardziej świadomi tego co jest. To my decydujemy czym jest zmiana i jaka będzie. A zaczyna się od nastawienia i pełnej akceptacji.


Zdjęcie: www.mrwallpaper.com
Cytat  z: „20 metrów kwadratowych łukasza”: https://www.youtube.com/watch?v=2oNKrlPkVGE

W życiu chodzi o to, by być dobrym człowiekiem

Stop. Zatrzymaj się na chwilę. Pomyśl. Co zrobiłeś dziś dla innych? Cokolwiek.
Niezależnie od wyznawanych wartości, priorytetów i drogi, którą podążamy, w życiu chodzi tylko o jedno- by być dobrym człowiekiem.

toge


Tak niewiele a tak wiele.
Tak trudno niekiedy być dobrym choćby w drobnych sytuacjach.
Dlaczego? Bo to wymaga zapomnienia o swoim wielkim i ciężkim ego.

Przypomnij sobie, kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla drugiego człowieka. Masz to?
Więc zastanów się- czy byłaby w tym jakakolwiek chęć zysku czy drobna myśl o sobie? Nie. Zapewne doświadczałeś jedynie radości i totalności. Połączenia z drugim człowiekiem i światem. Prawda jest taka, że im częściej koncentrujemy się na sobie, tym więcej problemów generujemy we własnym życiu. Zaczynamy poruszać się w  ograniczonej przestrzeni złożonej z „ja”, „moje”, „chcę”, „nie chcę”, „żądam”. W opozycji do tego stoi świat otwarty, tętniący życiem i jednością wszystkich poruszających się w nich istot.

Nikt nie wymaga od Ciebie wielkich rzeczy; nie musisz zapisywać się do wolontariatu, ani jechać z misją pokojową na tereny ogarnięte konfliktem. Wystarczy, że uśmiechniesz się do zmęczonej pani z warzywniaka, albo dasz spokój partnerowi, gdy ten chce obejrzeć mecz z piwem w ręku.

Tak niewiele dla FC Barcelony,
a tak wiele dla Twojego partnera.

Kocham samotność.
A jednak to w chwilach dzielenia czasu z innymi pojawiały się momenty największej błogości.
W filmie opartym na prawdziwej historii, „Into the wild”, główny bohater będąc na Alasce w opuszczonym wanie, drżącą ręką u kresu życia zapisuje ostatnie słowa: happiness only real, when shared. 

A tym bardziej drogocenny i prawdziwy jest to czas, gdy dzielimy go własnym nadmiarem, czyli tym co najlepsze. Neurozy dobrze jest schować między kartki pamiętnika, a przyjaciołom zasponsorować wspólny, szczery śmiech, który zbliża i powiększa apetyt na życie.

mccandless-magic-bus-8[6]

Niektórzy z nas niczym Chris McCandless muszą wyruszyć w życiową pielgrzymkę, by odnaleźć sens zapisanych przez niego słów. Niekiedy potrzebujemy też odbyć wewnętrzną podróż, by zbliżyć się do siebie a stamtąd dawać innym. Istnieje jednak też prostszy sposób, by zbudować chęć dzielenia się tym co najlepsze. Polega na zadaniu sobie dwóch pytań:

Jak zapamiętają mnie inni?
Gdybym wiedział,że widzę tych ludzi po raz ostatni w życiu, co bym zrobił?

Rozśmiesz kogoś, podaruj uśmiech, zrób herbatę, nakarm bezdomnego psa. Masz pasję? Zastanów się jak możesz ją wykorzystać dla pożytku innych.

Gdybyśmy byli świadomi upływającego czasu to już dziś chwycilibyśmy za telefon by przeprosić, podziękować, powiedzieć kocham. Skończylibyśmy grać. A przede wszystkim porzucilibyśmy pomysł, że świat sprzysiągł się przeciw nam. Tym łatwiej jest w to wierzyć im bardziej się od niego oddzielamy by nikogo do siebie nie dopuścić. Ale skrusz chociaż jedną cegłę, wpuść trochę światła w życie i obserwuj co się wydarzy.

Twardowski mawiał, „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.
Zawsze jest ktoś kto pragnie miłości.
Kogo dziś pokochałeś?


Zdjęcia (źródło):
1.leloveimage.blogspot.com
2. www.amusingplanet.com

Piękni 30-letni (?)

Kim są dzisiejsi 30-latkowie? Co osiągnęli i jakie stawiają sobie zadania? Czy różnią się od 30-latków, jakimi byli nasi rodzice?

prison


Pokolenie obecnych 30-latków, to ludzie z rocznika 83, 84 a teraz także i 85 (ja sama). Zaczęłam ostatnio obserwować rówieśników, podpytując co robią, kim i z kim są, jak układa im się życie. Czasami nawet nie muszę pytać, wystarczy obserwować ich aktywność na facebooku i uważnie słuchać, by wyłapać to co między słowami i kolejnymi przechwałkami.

A więc kim jesteśmy?

Niestety przykro to przyznać, ale my 30-latkowie jesteśmy pokoleniem telemarketerów. Ludzi z potencjałem, pracujących na umowę o dzieło, umowę zlecenie czy niekończącą się umowę na czas próbny lub określony. Jesteśmy ludźmi o otwartych umysłach i szerokich horyzontach; ludźmi którzy uczą się szybko, bo tego wymaga od nas życie. Jednakże pomimo ogromu pięknych właściwości większość z nas wciąż nie wykorzystuje szans, które kiedyś się skończą. Boimy się wielkich wyzwań i podjęcia trudu, toteż często zaczynamy jako telemarketerzy i na tym stanowisku kończymy. Nie twierdzę też, że nie zdarzają się przypadki ambitnych osób. Zdarzają się i owszem! Wszak Golden line i Linkedin pękają w szwach od menegerów i CEO, lecz i tym nieobce są lęki i uniki, choć może na nieco innym polu niż zawodowym.

Zatem czego się boimy?

Skoro już upieramy się, że jesteśmy otwarci na zmiany i ambitni na tyle, by skakać po szczeblach kariery, to kosztem czego? 30-latkowie, którzy odnoszą sukcesy zawodowe częstokroć są osobami przerażeni wizją stabilności i zastoju. Są to więc niekiedy osoby bezdzietne, bez rodzin, bez stałych partnerów. A jeżeli partnerów mają, to boże broń, by coś im obiecywali, w myśl zasady, że są zbyt „wolni” by ich ujarzmić.

Osoby, które w wieku 26 lat i wyżej zdecydowały się założyć rodziny, są to zwykle osoby w wychowane w tradycyjnym domu, u rodziców na etacie. To są właśnie ci przerażeni zdobyciem tego o czym marzyli, więc pocieszają się wizją sielskiego domku i stałej umowy o pracę. Wszak ta daje możliwość wzięcia kredytu hipotecznego, a gdy już się go ma, to nie w głowie wielkie zmiany i podróże dookoła świata.

families

Zbyt proste?

Myślicie, że stosuję czarno białą kliszę ocen? Być może jesteśmy pokoleniem czarno- białym? Albo kredyt-rodzina-spokój, albo kariera-partnerstwo bez zobowiązań?

Piszę o tym, co widzę, a widzę że przynajmniej setkę znajomych z facebooka mogę właśnie w jednej z owych kategorii umieścić. Kilka moich znajomych z liceum i podstawówki robi zawrotną karierę. Na pytanie o życie osobiste, milkną lub odpowiadają, że nie ma o czym mówić. Wielu z nich wychowało się w bogatych domach; są dziećmi rodziców, którzy wzbogacili się na kapitalizmie i otwartym rynku. Są nauczeni by inwestować w siebie; bywają rozpieszczeni hojnością domu, toteż teraz pewni siebie biorą co chcą, lecz niekoniecznie chcą dawać- zwłaszcza na polu uczuciowym.

Z kolei inni wciąż każą mi oglądać swoje pociechy na tablicy facebooka, informując jednocześnie: „Agnieszka K. i Tomasz Z. zaręczyli się”, lub „Anna J. i Krzysztof F. są w zwiazku małżeńśkim”. Co robią, poza braniem ślubów i rodzeniem dzieci? A no nic szczególnego. Takie tam- nauczycielka po filologii, on w jakiejś dużej firmie budowlanej jako inżynier, stała posada, kredyt we frankach, są śliczne dzieci więc jest dobrze.

Wolni 30-letni

Nieodzowną cechą nas, 30-latków jest umiłowanie wolności o której trąbimy na lewo i prawo. Jesteśmy pokoleniem spuścizny solidarności i walki o wolność. Więc musimy być wolni. Jesteśmy wolni. Jesteśmy zbyt wolni: na kredyt we frankach i zbyt wolni by brać ślub. Jesteśmy zbyt wolni by pracować w korpo i zbyt wolni by pracować na etat, przeto zachwycamy się comiesięcznym przelewem od rodziców, lub stałą pożyczką od przyjaciół, co by nie jeść suchego chleba. Lub, jeśli mamy szczęście i zdolność kredytową, bierzemy kredyt pod inwestycję, która pada w ciągu czterech lat. Jesteśmy zbyt wolni by jadać w sieciówkach i zbyt wolni by wracać na studia i poświęcać czas na to by zmienić swoją teraźniejszość, która ma kluczowy wpływ na przyszłość. Jesteśmy tacy wolni!

Wolność jest cudowną przykrywką lęku. Boimy się zaangażowania i boimy się zamkniętych furtek, które przecież otwierają inne. Wszak wolność mieszka w umyśle a to oznacza, że wolnym można być wszędzie i z każdym. Pytanie tylko, czy samemu damy sobie do tego prawo, czy zrzucimy je na karb zewnętrznych warunków. Jedno jest pewne- trzydziestolatkowie sprzed dwudziestu i trzydziestu lat byli bardziej zaangażowani w życie, przeto i w związki. Mieli bardziej spójny system wartości, który nawet jeśli ulegał zmianie to dlatego, że wymagały tego warunki. My 30-latkowie również jesteśmy elastyczni, a jakże. Może nawet za bardzo. Świat wymaga od nas elastyczności na każdym polu, toteż elastycznie traktujemy życie pozbywając się własnego systemu wartości. A jeżeli go mamy, to bywa niespójny i daleki od prawdziwego życia. Nazywamy go wówczas idealizmem.


Zdjęcia:
1. madworldnews.com
2. www.leicesterpsychotherapyandcounselling.co.uk