Kobiecość

Do pełnego zrozumienia własnej płci długo się dojrzewa; lata, dekady a czasem całe życie. Rzadko, która z nas dostaje to w spadku z mlekiem matki. Zazwyczaj uczymy się własnej płci tak samo jak pierwszych kroków i natury otaczającego świata. Kilka miesięcy temu zaczęłam poszukiwania własnej kobiecości od zadania sobie podstawowego pytania- Czym jest kobiecość?

str


Czym jest kobiecość?

Będąc młodsza, obserwując kobiety w rodzinie i starsze koleżanki myślałam, że kobiecość to buty na wysokich obcasach, zwiewne sukienki, pomalowane paznokcie i płakanie na ckliwych filmach. Może dlatego nie przepadałam za towarzystwem kobiet, wolałam trzymać się z chłopakami, którzy twardo stąpali po ziemi, zawsze mięli gotowe rozwiązania na niespodziewane problemy a przede wszystkim rozmawiali na poważne tematy a nie jakieś tam peelingi srelingi. Powyższe powody decydowały również o tym, że nie czułam się kobietą, bo przecież nie wpisywałam się w ciasne kryteria…

Zmiana punktu widzenia rozpoczęła się od poznania kilku fascynujących kobiet, które całkowicie złamały moje dość powierzchowne pomysły na temat naszej płci. Iza, Agnieszka, Magda i kilka innych fantastycznych kobiet pokazały mi jak różne może być wydanie kobiecości i jak wiele rozmaitych znaczeń kobiecość może posiadać. Wspólny mianownik to: dzikość, samodzielność, niezależne myślenie, przestrzeń, mistycyzm, intuicyjna mądrość i twórczość, która jak sądzę, nam kobietom przychodzi naturalniej.

Biegnąca z wilkami 

Prawdopodobnie też nie z przypadku odkryłam  zupełnie niedawno „Biegnącą z wilkami” autorstwa C.P. Estes, która poświęciła całe życie na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety i miejsca jakie posiada w historii i kulturze. Estes zaprzecza tezie jakoby kobiecie były przypisane tylko określone cechy- słabszej płci. Owszem, jesteśmy wrażliwsze, jesteśmy bardziej uczuciowe i troskliwe, ale to rodzi w nas siłę duchową; siłę innego pokroju- bycia blisko prawdziwej natury i autentycznej świadomości tego co jest. Wrażliwość prowadzi do pełnej uważności, a ta sprawia że działamy w mądry i intuicyjny sposób, niczym stara wilczyca poruszająca się po dobrze znanym lesie.

Nie bez powodu czarownicami były kobiety. Czarownica to dziś niestety pejoratywne znaczenie kobiety będącej blisko ziemi i natury. Kobiety, która nauczyła się żyć cyklami przyrody i wykorzystywać jej zdrowotne tajniki na użytek plemienia lub szerszej społeczności.

Kobiecość to nie określony typ urody. To nie ciało o pełnych kształtach ani nie styl ubierania. Kobiecość to bycie blisko Natury. Tej prawdziwej, nieskażonej i dzikiej. Kobiecość to przestrzeń- wolność wyborów i niezależne myślenie. Kobiecość to duchowość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Największymi  choć jakże cichymi mistykami były kobiety, które wiedziały co się wydarzy zanim wystąpił jakikolwiek symptom. Wyczuwają cudze nastroje, są empatyczne i śmiem twierdzić, że wiedzą więcej. My wiemy więcej. I nie jest to bynajmniej efektem logicznego myślenia ale instynktu zwanego intuicją, za który (jeśli był „niebezpiecznie” rozwinięty) palono na stosie.

Spotkać się po środku

Kobiety to wolne duchy. Uzdrowicielki. Artystki. Mistyczki. I to nie prawda, że nie podejmujemy ryzykownych wyzwań. Podejmujemy je każdego dnia będąc matkami, kochankami, żonami czy samotnymi nauczycielkami życia. Podejmujemy je w pracy na ważnym stanowisku i gdy codziennie bierzemy się za sztalugi by stworzyć intymne arcydzieło malowane krwią i głośnymi uderzeniami serca. Jesteśmy podróżniczkami. Częściej podróżujemy do wnętrza i rozumiemy własne sny. Aby być spełnioną, kobieta nie musi tkwić w domu w ciasnym fartuszku lub gorsecie poprawnych zachowań. Zdrowa kobieta potrzebuje mocnego animusa- męskiego aspektu psychiki, owej dzikiej natury, która tupnie nogą i spakuje walizkę kiedy zajdzie taka potrzeba. Tak jak mężczyzna, który by być bliżej ludzi musi choć trochę rozwinąć żeńską animę. Wtedy mamy szansę spotkać się w pół drogi i uzupełnić na wszystkich płaszczyznach dawcy i biorcy.


Zdjęcie: www.alexblackmore.com

Pod prąd

Przechodząc osiem lat temu na wegetarianizm, słyszałam wiele niepochlebnych opinii i powodów, dla których nie powinnam tego robić: „dostaniesz anemii”, „wylądujesz w szpitalu”, „zginiesz marnie”. Minęło osiem lat. Nigdy nie miałam anemii, nie przetaczali mi krwi, żyję i mam się dobrze. Ten post nie jest o tym jak przejść na dietę roślinną, ale o tym jak żyć w zgodzie ze swoimi wartościami, które czasem wymagają od nas pójścia pod prąd i sprzeciwienia się społecznie przyjętemu konwenansowi. pod


Często w życiu doświadczałam uczucia, że jestem inna. Nie dlatego, że ubierałam się dziwnie czy miałam różowe włosy. Zwykle wyglądałam normalnie. Inności dodawał mi fakt wyznawania wartości, które nie są powszechne wśród społeczeństwa. Czasem nawet są zaprzeczeniem, tego co większość Polaków uznaje za dobre, właściwe czy konieczne. Sytuacje i miejsca, w których spotykamy ludzi, wyznających wartości odmienne do naszych mogą powodować pogłębienie przepaści a nawet zwątpienie. „Czy dobrze robię?”, „Czy aby się nie mylę?”, „Może powinnam zrobić to, co reszta?”.

Doświadczam tych uczuć często w miejscu pracy- korporacji która wychowuje konsumpcyjne społeczeństwo nastawione na powielanie schematów. Zaręczyny, głośny ślub z setką gości, kredyt hipoteczny, dziecko, skromny awans w przyszłości. Ja podziękuję. Wysiadam, choć jest trudno, bo pociąg jedzie z zawrotną szybkością. Oczekiwania innych i brak zaufania do siebie, mogą spowodować, że zawrócimy z własnej drogi i zaczniemy żyć czyimiś wymaganiami. Skutek? Frustracja, brak kontroli własnego życia i ogólne poczucie niespełnienia. Najtrudniej jest odpowiadać ludziom na pytania, na które (ich zdaniem) jest tylko jedna dobra odpowiedź. „Dlaczego nie weźmiecie ślubu?”- słyszę wciąż od życzliwych znajomych; lub u lekarzy: „Dlaczego pani jeszcze nie rodziła?”. Równie dobrze to ja mogłabym zapytać: „Masz 35 lat. Dlaczego jeszcze nie spełniłeś swojego życiowego marzenia?”. Ale po co. Każdy niech żyje własnymi kryteriami a osądzanie i wymaganie pozostawi samemu sobie i tylko w stosunku do swojej osoby.

Aby iść pod prąd trzeba przede wszystkim znać swoje wartości. Zrobić ich hierarchię i odświeżać co pół roku. Słuchać intuicji i mieć do niej zaufanie. Znać własne cele, mieć świadomość jakich emocji chcemy w życiu doświadczać i sprawdzać swoje potrzeby. Bez tych filarów będziemy jak puszek na wietrze, targany nieswoimi pomysłami na życie. Bez miłości do samego siebie też się nie obejdzie. Tylko kochając siebie (zajrzyj tu: https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2015/04/13/100-powodow-dla-ktorych-warto-kochac-siebie/ ), jesteśmy w stanie autentycznie zaufać sobie na wielu poziomach i być swoim mądrym przewodnikiem.

Pamiętaj- niezależnie od tego kim jesteś i co czujesz, masz prawo być sobą. Wegetarianinem, innowiercą, ateistą, singlem, bezdzietnym, buntownikiem, podróżnikiem, grubasem, chudzielcem i marzycielem. Kimkolwiek. Bądź sobą, bo tylko tak nie zawiedziesz najważniejszej osoby w twoim życiu- siebie. Cała reszta nie ma znaczenia. Każdy ma inne powołanie i inną misję do wykonania. Odetnij więc społeczną pępowinę i daj sobie prawo być tym, kim jesteś, z wartościami które wyznajesz. Aprobata innych jest jedynie chwilową dumą, która niczego nie przyniesie w dłuższej perspektywie czasu. Pójście pod prąd będzie wymagało wzięcia całkowitej odpowiedzialności za własne życie. Wszak tak łatwo zwalać na kraj, system, społeczeństwo czy tradycyjny model wychowania. Dobra wiadomość jest taka, że mamy wybór. Zawsze mamy wybór. Niech zatem będzie świadomy i z kierunkiem na szczęście. A jeżeli nadal bardzo pragniemy aprobaty innych, otaczajmy się tymi, którzy sprzyjają naszym decyzjom, jakiekolwiek by one nie były.


Zdjęcie: fishki.pl

Po co nam bycie niezwykłym?

Co dzień od nowa silimy się na oryginalność w myśl zasady, że im trudniej, tym lepiej. Skomplikowane sytuacje to ciekawe życie. A może odwrotnie? Im trudniej tym mniej zabawnie?

hipster


Mało kto z nas otwarcie przyznaje się do prawdziwych zainteresowań i sympatii, w obawie przed śmiesznością lub co gorsza, posądzeniem o banalizm.

Grochola? Proszę cię! W życiu nie czytałam Grocholi! Czytam Marcela Prousta, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Nie w głowie mi proste rzeczy…

A szkoda, bo w prostocie mieszka czas, ukryty sens i znaczenie. Goethe, Einstein, Byron, Pascal, Da Vinci czy Rousseau, mogli poszczycić się IQ powyżej 150 jednostek. Nie wypada mieć mniej. A jeśli mamy , to chcemy przynajmniej sprawiać  wrażenie mądrzejszych niż w istocie. Mądrych intelektualnie, bo do mądrości autentycznego zrozumienia to nam daleko, skoro wciąż tak łatwo przychodzi nam udawanie.

Męczy mnie przeintelektualizowany świat, który czyni z siebie samego destylat pozbawiony wartości. Każdy chce być jakiś. Chodzimy więc na kursy szlifu: pisania, gotowania, myślenia i życia, jakby to co jest było zbyt słabe i zwykle, a zwykłość była karana ścięciem głowy. Najgorsze jest to, że wzajemnie się wspieramy w krytyce zwykłości i jakże niechlubnego banału. Złościmy się, gdy tajemniczy jegomość okazuje się być szarakiem pośród tłumu, wątpimy w przyjaciółkę, która zwierza się z jakże prostych marzeń o domu z ogródkiem. My sami udajemy przed znajomymi kim to nie jesteśmy i czego to nie lubimy nie pozwalając jednocześnie drugiemu człowiekowi autentycznie pobyć w  naszym świecie.

Kiedy miałam 19 lat i przyjechałam na studia do wielkiego miasta. Zapisałam się na warsztaty literackie, bo lubiłam pisać wiersze i wcale nie pretendowałam do bycia wieszczem narodu. Zdobywając się na odwagę przeczytałam publicznie swój tekst, po czym  z tłumu usłyszałam: „Czy zdajesz sobie sprawę, że operujesz najprostszym banałem?”. Minęło dziesięć lat a ja wciąż pamiętam to jedno zdanie, krzyczące mi w twarz, gdy nie mam siły pisać.

Nie akceptujemy banałów ani powielanych schematów.  A szkoda…
Myślę, że w prostocie mieszka szczęście. Nigdy nie uwierzę, że szczęście jest trudne.
Bezwysiłkowość jest szczęściem.

Ktoś niedawno w wywiadzie z Kalicińską powiedział:
-Jest pani jedną z większych pisarek w Polsce(…)
-Ja wielką pisarką?-odparła Kalicińska.- Moje książki są jak zwykła zupa ogórkowa do wykwintnego dania.

Prostota i jej jawność są kwestią wyboru. Tylko silni potrafią być autentyczni, bo nie boją się stracić własnego ego.


Zdjęcie: http://www.wired.co.uk/

100 powodów, dla których warto kochać siebie

Są takie powody i zna je osoba najbliższa Twojemu sercu. Nikt inny jak Ty sam. Nie podam Ci ich, bo  Cię nie znam a nie chcę zmyślać. Wiem natomiast za co siebie mogę darzyć ogromem miłości i codziennie wymieniam na kartce sto argumentów dlaczego warto bym siebie kochała. Powody każdego dnia są inne, choć niektóre na tyle ważne, że powtarzają się na nowo. 

big-love


Myślisz, że to głupie zadanie? Nudne? A może nie chcesz zrobić tego co ja, by nie popaść w narcyzm? Obawiam się, że większości z nas daleko do zapatrzonych w siebie narcyzów. Jesteśmy narodem sfrustrowanych cierpiętników, którzy chętnie przyjmują na barki poczucie winy za krzywdy całego świata. Bluzgamy, krzyczymy na siebie w duchu i karcimy jak psa, który przecież nie wiedział, że kanapa nie jest do jedzenia, tylko do siedzenia.

Będziesz miał sto doskonałych powodów by nie zrobić tego zadania. By nie napisać sobie, dlaczego siebie kochasz. Ale i tak zachęcam- na przekór obawom (zniechęcenie zwykle bierze się z obaw), weź do ręki kartkę, długopis i napisz TERAZ sto powodów, dla których warto byś siebie kochał.

Za co siebie kochasz?
Przecież za coś na pewno, choćby za to, że podlewasz kwiaty co drugi dzień i za to, że się wzruszasz na Shreku. Nie pisz, za co świat miałby Cię kochać. Napisz, za co Ty siebie kochasz. Nie ma złych powodów. I teraz uwaga! Coś, co lubią leniuchy- powtarzaj to zadanie przez następnych trzydzieści dni. Tylko regularna powtarzalność pozwoli wytworzyć w sobie nawyk kochania.

Mnóstwo Polaków ma problem z dobrnięciem do trzydziestu powodów. Ci, którzy docierają do połowy, potrafią siebie cenić, choć wciąż akceptują wewnętrzne a jakże niepotrzebne hamulce. Mam złą wiadomość dla wszystkich księżniczek i romantyczek wychowanych na baśniowych opowieściach i „Titanicu” Jamesa Camerona. Królewicz nie przybędzie. Nikt was nie uratuje, nie złoży do pięknych stóp całego świata ani tym bardziej nie pokocha bezwarunkowo. To zadanie należy do was. Miłość do świata i wszystkich istot zaczyna się zawsze od samego siebie. Kropka.

Na pytanie dziennikarza, o powód zaangażowania się w walkę o pokój i prawa obywatelskie ludzi, Mahatma Gandhi odpowiedział, „robię to dla siebie”. Z miłością jest tak samo. Pokochaj siebie, dla siebie a skorzysta cały świat, bądź tego pewien.


Zdjęcie: www.pageresource.com

Zaprogramowani

Zastanawiałeś się kiedyś co otrzymałeś od swojej rodziny? Na pewno więcej niż myślisz. Oprócz dobrego wykształcenia i opieki, zostałeś ponadto wyposażony we wzorce zachowań, które prawdopodobnie powielasz bardziej lub mniej świadomie. Jedne mogą przynosić Ci korzyści, inne wręcz przeciwnie- mogą ograniczać i wywoływać wiele niepotrzebnych lęków.

rodzina


Znaczenie rodziny

Czym dla Ciebie jest rodzina?
Sacrum? Stabilnością? Dobrym czy złym wspomnieniem?

Warto zatrzymać się nad tym prostym pytaniem i przyjrzeć się własnemu wnętrzu, by zobaczyć jakie uczucia pojawiają się na myśl o największej z ludzkich instytucji- rodzinie. Jeżeli uczucia są dobre, to prawdopodobnie miałeś szczęśliwe dzieciństwo i zostałeś wychowany w duchu ciepła, szacunku i poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli natomiast czujesz niepokój na myśl o dzieciństwie, warto zadać sobie kilka pytań- co nie zagrało? czym zostałem zraniony? co muszę wybaczyć?

Niezależnie od uczuć pojawiających na wspomnienie dzieciństwa, jedno jest pewne. Jesteśmy zaprogramowani na życie w dość określony sposób. Zaprogramowani mechanicznie przez obserwację rodziców, a także przez system wartości zaaplikowany do mentalnego krwiobiegu, który był systemem wartości bardziej naszych opiekunów niż nas samych. To oznacza, że wchodzimy w dorosłość z pakietem obaw, oczekiwań, nadziei, wiary ale także określoną samooceną, mniejszą lub większą szansą na sukces zawodowy czy nawet miłosny. Wszystkie bowiem aktualne przekonania na temat życia, społeczeństwa, rodziny, pracy i miłości wzięły się z domu. Z tego co reprezentowała matka jako kobieta i ojciec jako mężczyzna. Jeżeli długo wychowywałeś się z rodziną pod jednym dachem tym mocniejsze i trudniejsze do wyplenienia są schematy myślowe, które wydają Ci się być własne, a jednak wyrośnięte na glebie obserwacji najważniejszych ludzi w Twoim początkowym okresie życia.

Świadomość

Dobra wiadomość jest taka, że zmienić można wszystko.
Każdy wzorzec i każdy utrudniający życie nawyk. Zmiana jednak zawsze zaczyna się od świadomości, więc w pierwszej kolejności należy zadać sobie kilka podstawowych pytań:

  • Jakie dobre wartości przekazali mi rodzice? Które z nich pomagają mi w życiu i czynią mnie szczęśliwym?
  • Jakie uprzedzenia przekazali mi rodzice? Które z nich mi nie służą? Które z nich mnie hamują i wywołują lęki?
  • Jakich cech rodzice mi nie przekazali, a które chciałbym posiadać? Jacy ludzie dysponują cechami, które mi imponują? Jakie wartości są dla mnie cenne a w domu były nieobecne? Kto owe wartości uznaje? Od kogo mogę się uczyć? Kogo mogę obserwować?

Odpowiedzi definiują kim jesteśmy i pokazują dlaczego wybieramy takie a nie inne drogi, relacje i związki (czasem „na przekór” sobie). Drogą do wolności jest świadomy wybór tych cech i wartości, które autentycznie nam służą, oraz odrzucenie lub próba modyfikacji cech szkodliwych i ograniczających. Jako osoby dorosłe, żyjące na własny rachunek możemy świadomie budować życie o jakim marzymy bez względu na system wartości wpajany nam w domu.

Zmiana programu

Czasami wystarczy świadoma zmiana nawyków, w innym wypadku potrzebne będzie całkowite i natychmiastowe przecięcie pępowiny- czyli wyprowadzka, uniezależnienie się, pójście w kierunku przeciwnym do rodzicielskich zamierzeń. Niekiedy będzie to konieczność wybaczenia rodzicom za zaaplikowanie nam niskiej samooceny czy braku wiary we własne możliwości. Czasem będzie potrzeba pójścia w świat bez telefonu na który mama mogłaby zadzwonić, i życie własnym życiem. Osiągnięcie celów, spełnienie marzeń. Dopiero wtedy silniejsi i doświadczeni własnym życiem, nauczeni na własnych błędach i porażkach, nakarmieni osobistymi sukcesami możemy powrócić i podziękować za wszystko co otrzymaliśmy w dzieciństwie.


Ćwiczenie zaczerpnięte z książki „Miłość toksyczna. Miłość dojrzała. Coaching relacji”. Maciej Bennewicz.

Zdjęcie: wiadomosci.wp.pl

Opowieść o chudym króliczku

rabbit-on-a-lawn


Był sobie raz mały króliczek o imieniu Bonifacy. Chudziutki i mniejszy od rówieśników.
Mieszkał z mamą, tatą i licznym rodzeństwem w małej króliczej norze.
Bonifacy rzadko opuszczał dom z powodu obaw i wybujałych lęków, które hamowały jego ciekawość świata. W króliczej norze było ciepło, niekiedy duszno ale znajomo. Nie było złych tygrysów ani bezwzględnych myśliwych, o których opowiadała synowi królicza mama.

Jego dni niczym się od siebie nie różniły- posiłki trzy razy dziennie, dwa krótkie spacery na bezpieczną odległość trzech drzew, codzienna toaleta i rozmowy z rodziną. Króliczek mało mówił; przywykł słuchać licznych opowieści dzielniejszego rodzeństwa, które opuszczało dom w poszukiwaniu przygód i smacznego pożywienia. Jego bracia byli sporych rozmiarów osobnikami- puchatymi i głośnymi, wyglądającymi niemal jak bohaterowie grubych książek.

-Na polu, za którym co wieczór zachodzi słońce mieszka Pan Mysz. Śmieszny to jegomość, który dużo mówi i szybko biega między liśćmi olbrzymiej sałaty- opowiadał pewnego wieczoru najstarszy brat. – A musicie też wiedzieć, że sałata jest doprawdy niezwykła bo syci na wiele długich godzin.
Chciałbym kiedyś ją skosztować– wtrącił nieśmiało Bonifacy- i poznać szybkiego Pana Myszę.- Rodzina w jednej chwili spojrzała na autora wypowiedzi,a w ich oczach tliło się politowanie dla tej chudej i kruchej istoty.
-Kochany mój– rzekła mama- Z twoją posturą i nikłymi siłami nie przebrnąłbyś nawet połowy drogi do wspomnianego pola sałaty. Byłbyś łatwym łupem dla myśliwych.

Bonifacy zamilkł i skulił się w sobie. Było mu wstyd. Marzył o podróżach, ale rodzina powtarzała, że jest za drobny na dalekie wyprawy. Poza tym jest zbyt cichy i spokojny, a żeby ruszyć w świat na spotkanie przygód trzeba mieć dużo werwy i siły przebicia.
-Musisz się najpierw zmienić– powtarzała mama- jeść więcej, głośniej mówić i częściej się uśmiechać.

I tak Bonifacy z silnym postanowieniem bycia takim, jakim rodzina chciała go widzieć, został w króliczej norze przez kolejne lata. Jadł na siłę, uczył się mówić więcej i głośniej, lecz efektów nie było widać. Wręcz przeciwnie. Im częściej rodzina mówiła Bonifacemu jaki powinien być, tym bardziej milknął i zamykał się w sobie. Sytuacje, gdy zmuszał się do tłustego jedzenia i czczej paplaniny jeszcze bardziej oddalały go od siebie samego. Nie był taki jak rodzeństwo, nie był też sobą. Nie był kimkolwiek. Bał się więcej i przestał lubić mamę, tatę, braci a najbardziej siebie.

Pewnego ranka, kiedy złość, smutek i zniechęcenie całkowicie opanowały jego małą główkę, postanowił wyjść z króliczej nory na odległość większą niż trzy najbliższe drzewa. „Niech mnie w końcu pożre tygrys i będzie święty spokój”, pomyślał w złości.

I tak kiedy wszyscy jeszcze słodko spali, Bonifacy opuścił stare włości, lękliwie stąpając po nieznanej ziemi. Co chwilę nasłuchiwał odgłosu kroków tygrysa lub myśliwego, ale ku swemu zdziwieniu słyszał tylko budzące się ze snu ptaki. Nie poszedł w stronę pola z sałatą, poszedł w przeciwnym kierunku, będąc jednocześnie głęboko przekonanym o nadchodzącym nieszczęściu. Uczucie zaczęło się pogłębiać, kiedy zza drzew zaczął dostrzegać intensywne, przerażające światło. „Myśliwi?” . Pomyślał ze zgrozą w zlęknionym sercu. Zatrzymał się, zamknął oczy i czekał. Czekał na strzał. Na huk. Na ogień, który przeszyje jego chude ciało. Czekał na to, że mama miała rację. Czekał. I czekał. I czekał aż blask zaczął być nieznośnie intensywny; nie towarzyszył mu jednak żaden hałas. Króliczek otworzył oczy. Ku swemu zdumieniu ujrzał pierwszy w swoim życiu wschód słońca. Piękny, nie dający się opisać w słowach. Lepszy od wszystkich wcześniejszych wyobrażeń na temat piękna mieszkającego poza króliczą norą. „A więc to jest życie” , pomyślał, po czym zaczął iść w kierunku słońca.

Nigdy już nie powrócił do króliczej, ciasnej norki. Nauczył się żyć po swojemu, akceptując siebie takiego, jakim był naprawdę. Chudym, spokojnym i małomównym króliczkiem, który chętnie słucha cudzych opowieści lecz własne chowa głęboko w sercu. Nikt z jego rodziny potem o nim nie słyszał. Może zjadł go tygrys? A może zwiedził cały świat? Może znalazł własną norkę, lub poszedł tam, gdzie nie chadza żaden puchaty królik?

Króliczą mamę martwiła niewiedza, co stało się z jej małym synkiem.
Chciałaby móc powiedzieć: „A nie mówiłam, że źle to się skończy?”.

W życiu chodzi o to, by być dobrym człowiekiem

Stop. Zatrzymaj się na chwilę. Pomyśl. Co zrobiłeś dziś dla innych? Cokolwiek.
Niezależnie od wyznawanych wartości, priorytetów i drogi, którą podążamy, w życiu chodzi tylko o jedno- by być dobrym człowiekiem.

toge


Tak niewiele a tak wiele.
Tak trudno niekiedy być dobrym choćby w drobnych sytuacjach.
Dlaczego? Bo to wymaga zapomnienia o swoim wielkim i ciężkim ego.

Przypomnij sobie, kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla drugiego człowieka. Masz to?
Więc zastanów się- czy byłaby w tym jakakolwiek chęć zysku czy drobna myśl o sobie? Nie. Zapewne doświadczałeś jedynie radości i totalności. Połączenia z drugim człowiekiem i światem. Prawda jest taka, że im częściej koncentrujemy się na sobie, tym więcej problemów generujemy we własnym życiu. Zaczynamy poruszać się w  ograniczonej przestrzeni złożonej z „ja”, „moje”, „chcę”, „nie chcę”, „żądam”. W opozycji do tego stoi świat otwarty, tętniący życiem i jednością wszystkich poruszających się w nich istot.

Nikt nie wymaga od Ciebie wielkich rzeczy; nie musisz zapisywać się do wolontariatu, ani jechać z misją pokojową na tereny ogarnięte konfliktem. Wystarczy, że uśmiechniesz się do zmęczonej pani z warzywniaka, albo dasz spokój partnerowi, gdy ten chce obejrzeć mecz z piwem w ręku.

Tak niewiele dla FC Barcelony,
a tak wiele dla Twojego partnera.

Kocham samotność.
A jednak to w chwilach dzielenia czasu z innymi pojawiały się momenty największej błogości.
W filmie opartym na prawdziwej historii, „Into the wild”, główny bohater będąc na Alasce w opuszczonym wanie, drżącą ręką u kresu życia zapisuje ostatnie słowa: happiness only real, when shared. 

A tym bardziej drogocenny i prawdziwy jest to czas, gdy dzielimy go własnym nadmiarem, czyli tym co najlepsze. Neurozy dobrze jest schować między kartki pamiętnika, a przyjaciołom zasponsorować wspólny, szczery śmiech, który zbliża i powiększa apetyt na życie.

mccandless-magic-bus-8[6]

Niektórzy z nas niczym Chris McCandless muszą wyruszyć w życiową pielgrzymkę, by odnaleźć sens zapisanych przez niego słów. Niekiedy potrzebujemy też odbyć wewnętrzną podróż, by zbliżyć się do siebie a stamtąd dawać innym. Istnieje jednak też prostszy sposób, by zbudować chęć dzielenia się tym co najlepsze. Polega na zadaniu sobie dwóch pytań:

Jak zapamiętają mnie inni?
Gdybym wiedział,że widzę tych ludzi po raz ostatni w życiu, co bym zrobił?

Rozśmiesz kogoś, podaruj uśmiech, zrób herbatę, nakarm bezdomnego psa. Masz pasję? Zastanów się jak możesz ją wykorzystać dla pożytku innych.

Gdybyśmy byli świadomi upływającego czasu to już dziś chwycilibyśmy za telefon by przeprosić, podziękować, powiedzieć kocham. Skończylibyśmy grać. A przede wszystkim porzucilibyśmy pomysł, że świat sprzysiągł się przeciw nam. Tym łatwiej jest w to wierzyć im bardziej się od niego oddzielamy by nikogo do siebie nie dopuścić. Ale skrusz chociaż jedną cegłę, wpuść trochę światła w życie i obserwuj co się wydarzy.

Twardowski mawiał, „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.
Zawsze jest ktoś kto pragnie miłości.
Kogo dziś pokochałeś?


Zdjęcia (źródło):
1.leloveimage.blogspot.com
2. www.amusingplanet.com

Piękni 30-letni (?)

Kim są dzisiejsi 30-latkowie? Co osiągnęli i jakie stawiają sobie zadania? Czy różnią się od 30-latków, jakimi byli nasi rodzice?

prison


Pokolenie obecnych 30-latków, to ludzie z rocznika 83, 84 a teraz także i 85 (ja sama). Zaczęłam ostatnio obserwować rówieśników, podpytując co robią, kim i z kim są, jak układa im się życie. Czasami nawet nie muszę pytać, wystarczy obserwować ich aktywność na facebooku i uważnie słuchać, by wyłapać to co między słowami i kolejnymi przechwałkami.

A więc kim jesteśmy?

Niestety przykro to przyznać, ale my 30-latkowie jesteśmy pokoleniem telemarketerów. Ludzi z potencjałem, pracujących na umowę o dzieło, umowę zlecenie czy niekończącą się umowę na czas próbny lub określony. Jesteśmy ludźmi o otwartych umysłach i szerokich horyzontach; ludźmi którzy uczą się szybko, bo tego wymaga od nas życie. Jednakże pomimo ogromu pięknych właściwości większość z nas wciąż nie wykorzystuje szans, które kiedyś się skończą. Boimy się wielkich wyzwań i podjęcia trudu, toteż często zaczynamy jako telemarketerzy i na tym stanowisku kończymy. Nie twierdzę też, że nie zdarzają się przypadki ambitnych osób. Zdarzają się i owszem! Wszak Golden line i Linkedin pękają w szwach od menegerów i CEO, lecz i tym nieobce są lęki i uniki, choć może na nieco innym polu niż zawodowym.

Zatem czego się boimy?

Skoro już upieramy się, że jesteśmy otwarci na zmiany i ambitni na tyle, by skakać po szczeblach kariery, to kosztem czego? 30-latkowie, którzy odnoszą sukcesy zawodowe częstokroć są osobami przerażeni wizją stabilności i zastoju. Są to więc niekiedy osoby bezdzietne, bez rodzin, bez stałych partnerów. A jeżeli partnerów mają, to boże broń, by coś im obiecywali, w myśl zasady, że są zbyt „wolni” by ich ujarzmić.

Osoby, które w wieku 26 lat i wyżej zdecydowały się założyć rodziny, są to zwykle osoby w wychowane w tradycyjnym domu, u rodziców na etacie. To są właśnie ci przerażeni zdobyciem tego o czym marzyli, więc pocieszają się wizją sielskiego domku i stałej umowy o pracę. Wszak ta daje możliwość wzięcia kredytu hipotecznego, a gdy już się go ma, to nie w głowie wielkie zmiany i podróże dookoła świata.

families

Zbyt proste?

Myślicie, że stosuję czarno białą kliszę ocen? Być może jesteśmy pokoleniem czarno- białym? Albo kredyt-rodzina-spokój, albo kariera-partnerstwo bez zobowiązań?

Piszę o tym, co widzę, a widzę że przynajmniej setkę znajomych z facebooka mogę właśnie w jednej z owych kategorii umieścić. Kilka moich znajomych z liceum i podstawówki robi zawrotną karierę. Na pytanie o życie osobiste, milkną lub odpowiadają, że nie ma o czym mówić. Wielu z nich wychowało się w bogatych domach; są dziećmi rodziców, którzy wzbogacili się na kapitalizmie i otwartym rynku. Są nauczeni by inwestować w siebie; bywają rozpieszczeni hojnością domu, toteż teraz pewni siebie biorą co chcą, lecz niekoniecznie chcą dawać- zwłaszcza na polu uczuciowym.

Z kolei inni wciąż każą mi oglądać swoje pociechy na tablicy facebooka, informując jednocześnie: „Agnieszka K. i Tomasz Z. zaręczyli się”, lub „Anna J. i Krzysztof F. są w zwiazku małżeńśkim”. Co robią, poza braniem ślubów i rodzeniem dzieci? A no nic szczególnego. Takie tam- nauczycielka po filologii, on w jakiejś dużej firmie budowlanej jako inżynier, stała posada, kredyt we frankach, są śliczne dzieci więc jest dobrze.

Wolni 30-letni

Nieodzowną cechą nas, 30-latków jest umiłowanie wolności o której trąbimy na lewo i prawo. Jesteśmy pokoleniem spuścizny solidarności i walki o wolność. Więc musimy być wolni. Jesteśmy wolni. Jesteśmy zbyt wolni: na kredyt we frankach i zbyt wolni by brać ślub. Jesteśmy zbyt wolni by pracować w korpo i zbyt wolni by pracować na etat, przeto zachwycamy się comiesięcznym przelewem od rodziców, lub stałą pożyczką od przyjaciół, co by nie jeść suchego chleba. Lub, jeśli mamy szczęście i zdolność kredytową, bierzemy kredyt pod inwestycję, która pada w ciągu czterech lat. Jesteśmy zbyt wolni by jadać w sieciówkach i zbyt wolni by wracać na studia i poświęcać czas na to by zmienić swoją teraźniejszość, która ma kluczowy wpływ na przyszłość. Jesteśmy tacy wolni!

Wolność jest cudowną przykrywką lęku. Boimy się zaangażowania i boimy się zamkniętych furtek, które przecież otwierają inne. Wszak wolność mieszka w umyśle a to oznacza, że wolnym można być wszędzie i z każdym. Pytanie tylko, czy samemu damy sobie do tego prawo, czy zrzucimy je na karb zewnętrznych warunków. Jedno jest pewne- trzydziestolatkowie sprzed dwudziestu i trzydziestu lat byli bardziej zaangażowani w życie, przeto i w związki. Mieli bardziej spójny system wartości, który nawet jeśli ulegał zmianie to dlatego, że wymagały tego warunki. My 30-latkowie również jesteśmy elastyczni, a jakże. Może nawet za bardzo. Świat wymaga od nas elastyczności na każdym polu, toteż elastycznie traktujemy życie pozbywając się własnego systemu wartości. A jeżeli go mamy, to bywa niespójny i daleki od prawdziwego życia. Nazywamy go wówczas idealizmem.


Zdjęcia:
1. madworldnews.com
2. www.leicesterpsychotherapyandcounselling.co.uk

Kobieta

Uwaga. Tekst jest osobisty i  daleki od jakiejkolwiek poprawności politycznej. Zaprzeczę z góry wszelkim domysłom, które mogą się pojawić na początku czytania tekstu- nie jestem feministką.
Żałuję, że jestem kobietą.

piersi


Czasem zastanawiam się jak to możliwe, że nadal tu jesteście. Ostatni wpis sprzed dwóch tygodni a statystyki pokazują,że nadal odwiedzacie stronę, czytacie i śledzicie. Dziękuję Wam, choć zadaję sobie pytanie- czyja to zasługa? Wykupionych z dawna reklam na Facebooku? Zwykłego szczęścia? Może moja własna? Co właściwie tu robicie? Co Was tak interesuje? Więcej prywaty a może mniej?

Dziś nie macie na nic wpływu. Będzie tylko prywata, bo taka już jestem, emocjonalna i osobista, choć czasami pragnęłabym ugryźć się za wczasu w język i być zimna jak pieprzony głaz bez uczuć, bez bólu i bez tych wszystkich sprzeczności. Śmiech-łzy, krzyk-spokój, radość-gniew. Bycie kobietą rzadko bywa fajne. Być może po tym tekście rzadziej będziecie wchodzić na stronę. Trudno.

Wielokrotnie w życiu powtarzałam, że żałuję bycia słabszą płcią. A już na pewno wrażliwszą i bardziej osobistą. Kobiety mają trudniej i żaden fakt nie przekona mnie, że jest inaczej. Czy to kara za grzechy z poprzedniego życia, że muszę znosić ciężar bycia wrażliwym, płaczliwym i rzucającym talerzami przed okresem? Że muszę walczyć z tym zaściankowym pomysłem niektórych ludzi,że rolą kobiety jest zadbać o dom? Posprzątać, pozmywać i ugotować? Bo biednemu mężczyźnie brak rączek. Poza tym mężczyźni zajmują się poważnymi sprawami i nie w głowie im sprzątanie. „Dziewczynki się tak nie zachowują”. A jak niby Twoim zdaniem się zachowują?

Na szczęście wychowałam się w nowoczesnej rodzinie, gdzie obowiązki były rozdzielane partnersko. Mrozi mnie jednak to, co słyszę od własnych koleżanek wychowanych w bardziej tradycyjny sposób- że kobieta musi zająć się domem. Że przecież trzeba mężczyźnie podać do stołu.

Wiecie co? Kobieta nic nie musi. Kobieta może co najwyżej chcieć się zająć domem. Łucznictwem, jazdą konną lub każdą inną aktywnością. Ale nie musi nic. Nie zrozumcie mnie opacznie. Jestem zachwycona wizją sielskiego domku, w którym kobieta piecze smaczne ciasta i wychowuję dwójkę uroczych szkrabów, ale pod warunkiem, że taki był wybór tej kobiety. Równie dobrze to mężczyzna mógłby pójść na tacierzyński i piec ciasta. Nie widzę żadnej różnicy.

W poczekalni u lekarzy siedzi mnóstwo zdenerwowanych kobiet. Przygryzają wargi, natrętnie kiwają nogą założoną na drugą nogę, powtarzając sobie przed USG piersi lub biopsją że wszystko będzie do cholery w porządku. Że musi być dobrze, bo dlaczego mają być chore? To nie one wybrały tą płeć.

Dlaczego więc teraz siedzą w poczekalni  pachnącej śmiercią zastanawiając się czy guz jest złośliwy czy nie? Co takiego złego zrobiły, że są niepokojone telefonami późnym wieczorem, bo wyniki cytologii są nieprawidłowe i trzeba jutro natychmiast do pana doktora. A gdy odbierają wyniki, to nogi uginają się w kolanach? Pieprzę kobiecość i pieprzę bycie kobietą. I te głupie pytania lekarzy, „29 lat? Dlaczego jeszcze pani nie rodziła?”. Gońcie się. Powinno być zabronione lekarzom zadawanie tak intymnych pytań.

old-woman101

Mam mało koleżanek.
A celowo wybieram tylko te, które mają męskie umysły skoncentrowane na rozwiązaniach. Ciągnie mnie do tej prostoty i logiki męskiego myślenia i zazdroszczę, że sama takiego nie posiadam. Przez całe życie zastanawiałam się jak to jest możliwe lubić zakupy i rozmowy o kosmetykach. A jak kobiety zaczynają mi mówić o kolejnej „miłości”, to wychodzę. Nuda. Same wbijamy się w narzucone nam role głupszych i naiwnych, jęczących z rozkoszy gdy dostajemy świńskiego smsa. Same potwierdzamy swoją słabość, ukrywając dojrzały wiek, będąc ciągle na diecie i mówiąc, że „kochamy przygody”. Bo kobieta na topie jest młoda, szczupła i frywolna.

Równouprawnienie nie istnieje i nigdy nie istniało, bo wciąż narzuca się nam gorset utartych przekonań, na temat tego co wolno lub co powinnyśmy. Owszem, możemy podejmować własne decyzje, co nie oznacza też, że znajdziemy uznanie w oczach innych. Często to kobiety odbierają innym kobietom prawo do czucia się dobrze z własnymi pomysłami na życie.
Ironia, czyż nie?


Zdjęcia:
1. kobieta.onet.pl
2. dianablography.wordpress.com

Moment graniczny

Pieniądze są doskonałą wymówką by odkładać życie na później. Bo podróże są za drogie, podobnie jak kurs montażu czy koncert światowej sławy muzyka. I tak żyjemy niepełnie, po łebkach i na pół gwizdka aż do momentu krytycznego w życiu, który nagle uzmysławia, że albo teraz albo nigdy-zaczniemy nareszcie żyć.

parachute-jump-wallpaper


Moment krytyczny

Moment krytyczny, lub inaczej moment graniczny w życiu człowieka, jak nazywają go psychologowie, to sytuacja zagrożenia, która wymaga od nas całkowitego przewartościowania świata i poglądów. Większość z nas doświadczyło już takiej chwili, lub jest dopiero przed nią. Może nią być śmierć bliskiej osoby, rozwód, utrata pieniędzy lub zdrowia czy poważna choroba. Może nią być również wydarzenie lżejszej wagi, choć dla przeżywającego o wiele bardziej znaczące.

Co to oznacza? 

W chwili totalnego zagrożenia i przesytu lęków i obaw mogą wydarzyć się dwie rzeczy. Albo staniemy się ich ofiarą i zaleje nas fala smutku i depresji, albo wykrzesamy z siebie właściwości wojownika i zaczniemy walczyć o życie, przestrzeń, wolność i marzenia. Jeżeli wygra drugie, to zaczniemy nareszcie brać los we własne ręce. Tak oto w najtrudniejszych życiowo sytuacjach zdajemy sobie nagle sprawę, że nikt nie może nam pomóc, a jedynie my sami. Widzimy, że posiadamy wszystkie narzędzia by pomóc sobie i że jeżeli nie będziemy przyjaciółmi dla siebie, to inni też nie będą. Tak więc po doświadczeniu momentu granicznego wracamy na studia, podejmujemy nową pracę, lub wręcz przeciwnie- rzucamy tą która głęboko nas unieszczęśliwiała. Wyruszamy w podróż, tą zewnętrzną jak i mentalną by odkryć prawdę o sobie.

Przed i po

Próbujemy nowych rzeczy, przekraczamy własne granice i wychodzimy naprzeciw światu, który przedtem wydawał się mieć ostre zęby. Wybieramy oszczędności z konta i zaczynamy robić wszystko czego chcieliśmy, choć zawsze odkładaliśmy na później. Dobrym przykładem są tu ludzie, którzy pokonali raka. Sama znałam jeden taki przykład- kobietę przed chorobą i kobietę po chorobie. Po pokonaniu raka życie nabrało na intensywności, w myśl zasady, że jutro może nie nadejść. Wszak rak, nawet pokonany jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Prawdopodobieństwo nawrotu choroby jest większe niż się przypuszcza a jak rak wraca to z impetem atakując cały organizm a nie tylko jeden wybrany organ.

Życie pełną piersią

Po trudnych doświadczeniach dostrzegamy, że pieniądze nie są przeszkodą by żyć pełniej i nigdy nie były. Bo prawdziwe życie wydarza się w teraźniejszości a my decydujemy o sposobie jego przeżywania. Każda chwila jest jedyna i wyjątkowa, bo nikt nam jej nie zwróci. Przestajemy liczyć się z opinią świata i dbamy o autentyczność względem siebie, wiedząc że w ostateczności tylko przed samymi sobą będziemy się rozliczać. To jak przeżywamy świat jest po części nawykiem, genetycznymi predyspozycjami czy skutkami wychowania ale ostatnie słowo zawsze należy do nas. To my podejmujemy decyzję, czy żyjemy najlepiej jak potrafimy i na przekór przeciwnościom, które w konsekwencji zmiany toku myślenia mogą stać się najlepszymi przyjaciółmi. To my decydujemy czy jesteśmy szczęśliwi. A nie warunki. I nie pieniądze.

Trudno to zrozumieć, kiedy w życiu nie wydarzyło się coś, co by nami potrząsnęło. Co zaskakujące, niektórzy właśnie takiej terapii szokowej potrzebują po to, by odrzucić wszelkie koncepcje i pomysły na temat życia, doświadczenia i marzeń. Nie ma żadnej przeszkody by spełniać marzenia i nie ma żadnych granic w ludzkim życiu. Największą przeszkodą może być jedynie zamknięty i przestraszony umysł. Wszak, „jest on jak spadochron. Nie działa gdy jest zamknięty”.


Zdjęcie: www.youwall.com