Mój przyjaciel, psychiatra

Co najmniej 1,5 miliona Polaków rocznie trafia do psychiatry. Większość z nich stanowią kobiety. Tak przynajmniej mówią statystyki. Ja byłam trzy razy. I trzy razy czułam, że popełniam błąd.


Nie twierdzę, że ludzie nie powinni chodzić do psychiatry, bo pewnie niektórzy powinni. Znerwicowani, schizofrenicy, z psychozą maniakalno-depresyjną, niedoszli samobójcy. Ale czasem Ci „lżejszego kalibru” chcąc nie chcąc też potkną się o psychiatrę NFZ. Tacy  jak ja. Z wypłatą poniżej średniej krajowej, których nie stać na płatną poradę.

Czy coś mi dolegało?
To, co każdemu sfrustrowanemu życiem Polakowi.
Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy, smutek, lęk.

U pierwszego psychiatry nie było tak źle.
Odwiedziłam go, bo chciałam dostać skierowanie na terapię indywidualną.

Wie pan, w zasadzie to nic mi nie dolega. Po prostu jestem zamknięta w sobie, źle się czuję w towarzystwie większym niż trzy osoby. Jestem nieśmiała. Mam melancholijne nastroje.
-A czy pani to przeszkadza?
-Proszę?
-Czy pani przeszkadza to, że jest pani osobą nieśmiałą, która nie umie funkcjonować w dużych grupach?
-W zasadzie… to nie. Ale innym chyba przeszkadza…
-A to już nie pani problem. 

Lekarz powiedział, że nie może wystawić mi skierowania na terapię indywidualną, bo skończyły się fundusze z budżetu świadczeń NFZ. „Pula została w pełni wykorzystana”

-Ale jak tylko dostaniemy nowe środki od razu do pani zadzwonimy. O tu, w tej rubryce proszę numer telefonu zostawić. A póki co, żeby spokojniej się żyło, mogę przepisać odpowiednie leki.
-To ja już podziękuję.

Wyszłam a oni nigdy nie zadzwonili.

W międzyczasie byłam jeszcze u pewnej pani psychiatry o której wolę nie wspominać, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku znad ciasno zapisanego planera … Ale trzeci raz przekonał mnie definitywnie, że wszelkie chęci korzystania z psychoterapii na NFZ są bezcelowe i jałowe.

Otóż za namową koleżanki zapisałam się do psychiatry w Sopocie. To była publiczna placówka z dobrą renomą. Na recepcji upewniłam się, czy aby na pewno to działa tak jak koleżanka powiedziała. Że oto idę na konsultacje psychiatryczne, psychiatra potwierdza, że tak, że terapia indywidualna wskazana i daje świstek a ja z tym świstkiem co tydzień przychodzę do zakładowego terapeuty.
-Dokładnie jak pani mówi– potwierdził uprzejmy pan na recepcji.

Więc oto idę 10 stycznia, odświętnie ubrana, z rozwichrzonym włosem. Siadam w poczekali, trzęsę się i nerwowo macham nogą, czekając na zaproszenie. Otwiera stary, gruby lekarz, twarz nieprzyjemna, jakiś taki zgorzkniały, zmęczony życiem. Mówi:

-Siada pani. Co dolega?
-W zasad
zie to nic takiego. Po prostu chciałabym zacząć chodzić na terapię, bo sobie nie radzę.
-Z czym?
-Mam niskie poczucie własnej wartości, dużo kompleksów…
-W Polsce kompleksy nie są chorobą. Proszę znaleźć sobie terapeutę prywatnie!
-Ale na recepcji zostałam poinformowana, że…
-To pani została źle poinformowana! Daję skierowanie tylko własnym pacjentom w ciężkiej depresji. Pani nie wygląda na chorą!
-Proszę pana. Jak tak można ludzi traktować? Ja byłam umówiona od miesiąca. W pracy sobie wolne specjalnie wzięłam.
-To proszę złożyć zażalenie. A jak pani chce sobie na terapię pochodzić, to znaleźć taką za pieniądze.
-Łatwo panu mówić. Ja jestem zwykły człowiek. Żyję za 1500.
-Pani w Trójmieście spokojnie terapeutę znajdzie 100 zł za godzinę. Nie widzę problemu. Żegnam i proszę wpuścić kolejną osobę.

Nie wymyśliłam tego. Tak się z Tobą obchodzą na NFZ.
I jak tu pracować z emocjami? Jak nauczyć się odrzucać złe nawyki? Jak dostrzegać powtarzalne mechanizmy destrukcyjnych zachowań? Co zrobić z lękami, niską samooceną, co zrobić ze smutkiem?

kama2

Jeżeli masz osobowość neurotyczno-melancholijną albo jesteś nadwrażliwy i nie jesteś przy tym uzależniony od alkoholu/narkotyków/jedzenia/seksu/hazardu to lecz się sam lub za pieniądze.

Bo melancholia to najwyraźniej wymysł Woodego Allena a w Polsce nie ma na to miejsca. Jaka szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi z potencjałem, którzy na całe życie utkną w miejscu, bo sami nie potrafią czegoś przepracować na poziomie psychologicznym. Mi siebie samej jest szkoda. Zostają mi tylko terapeutyczne książki i tysiąc rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, a nie zrobię. Bo ludzie, bo strach, bo melancholia.

 

Krótka historia pewnej znajomości

Od jakiegoś czasu prowadzę korespondencyjną znajomość z pewną 34-latką. Znalazłyśmy się cztery lata temu, gdy obie prowadziłyśmy amatorskie, choć pełne pasji blogi, po których zostały jedynie adresy widma.

CAM01579


 

Miałyśmy podobną wrażliwość i kochałyśmy czytać swoje teksty. Z tej wrażliwości urodziły się miłe i pokrzepiające komentarze, które zostawiałyśmy sobie pod postami, aż te nie mogąc już znieść bycia krótkimi formami zamieniły się w kilka maili. Jak to jednak bywa w życiu- zmiana goni zmianę i kiedy wyjechałam do Norwegii zaniedbałam bloga, inwestując czas w pisanie książki i kontakt się urwał.

W pamięci jednak miałam zachowaną wspaniałą energię Agnieszki, więc po jakimś czasie próbowałam odwiedzić jej bloga. Przeglądarka jednak wypluła napis: address does not exist. Hmm? Czyżbym pomyliła adres a może Aga przestała pisać?

Po powrocie z Bergen, jakieś dwa lata temu założyłam kolejnego bloga: emocjonalnie.com, z obietnicą że ten będzie lepszy a już na pewno bardziej profesjonalny. Bo przecież człowiek piszący musi mieć gdzie się wyżyć. Tak więc świadomie wybrałam WordPressa, kupiłam książkę o blogowaniu i przystąpiłam do dzieła. Na pierwszych czytelników nie musiałam długo czekać. Pojawili się nie wiadomo skąd, a jednym z nich była… Agnieszka. „To ty Aga?!”- dopytywałam z niedowierzaniem. „Tak, to ja. Znalazłam cię”- odpisała w komentarzu.

IMG_20151209_132136

Zaczęłyśmy ponownie mailować. Tym razem wiadomości były dłuższe i częstsze. Nie skąpiłyśmy emocji i wspierania się w trudniejszych chwilach. Okazało się, że Agnieszka zaczęła prowadzić profesjonalną stronę i zajęła się masażem. Jej największą miłością jednak pozostało pisanie, więc to jak i wspólna wrażliwość połączyły nas na nowo. Jak to również bywa u jednostek sobie podobnych, oby dwie ukochałyśmy tę samą książkę, „Wielką Magię” Elizabeth Gilbert.

Pewnego razu Aga zapytała mnie, czy kojarzę fragment, w którym Elizabeth opowiada o swojej przyjaciółce pisarce, z którą regularnie korespondowała. Robiły to, by wypisać się ze wszystkich obaw i marzeń związanych z pisaniem. „Może byśmy zrobiły tak samo?”– zapytała Aga- „Piszmy do siebie, żeby wspierać się w tworzeniu”. I tak zawarłyśmy pakt o twórczości. Pisujemy do siebie regularnie, motywujemy do pracy, do wysyłania tekstów do redakcji i wydawnictw i pocieszamy w razie odmowy.

CAM01373 (2)

A musicie wiedzieć, że pisanie to niełatwy kawałek chleba, bo trudno jest tworzyć w całkowitej zgodzie ze sobą. Zwykle wydawnictwa i zleceniodawcy mają własne wymogi, na potrzeby których musimy diametralnie zmieniać teksty. Bo są za długie, bo czytelnicy nie zrozumieją metafor, bo używamy zbyt trudnych słów, bo wszyscy lubią zdania pojedyncze a nie podrzędnie złożone. To jedna z niewielu profesji, która nieustannie wystawia nasze dzieła na krytykę. A uwierzcie mi- ta boli czasem mocniej niż uderzenie pioruna. Nawet jeśli to tylko mały prztyczek w nos, u wrażliwców może zamienić owo drganie w istne trzęsienie ziemi.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kogoś innego niż partner. Kogoś kto patrzy w tym samym kierunku i widzi podobnie. Odczuwa nawet drobne emocje, wspiera, pomaga ciepłym słowem, służy za przykład- bo on już to przeszedł. Niedawno Aga nazwała mnie Czarodziejką. Ja mogę ją nazwać Dobrym Duchem. Mimo, że nigdy się nie widziałyśmy, czuję że jest obecna w tej wspólnej, twórczej przestrzeni. Przestrzeni, która kocha marzycieli, twórców i wszystkich którzy mimo niesprzyjających warunków wciąż przypinają do ramion pierzaste skrzydła.

 

Piękne, bo zwykłe

Od zawsze mnie zastanawiało skąd ludzie biorą pomysły na książki.
Załóżmy, że podczas inspirującego spaceru wpada pisarzowi  do głowy pewna myśl, która zahacza się o umysł i trwa tam nieprzerwanie aż wysiedzi złotą ideę. Potem pisarz każdego dnia o tej samej porze siada przy wielkim biurku i tak długo ów pomysł eksploruje aż powstaje z tego skończone dzieło, bagatela 500 stron. Czy to nie zdumiewające?

CAM01543


 

I wyobraźcie sobie, że tak jest z wieloma rzeczami.
Któż z nas nie słyszał o tym jak pewien farmer z zapadłej dziury wpadł na pomysł utworzenia aplikacji dla potencjalnych klientów skupujących od niego mleko? Albo o starej kobiecinie, która od zawsze rysowała prawosławne ikony, aż raz na bazarku przechodzący tamtędy właściciel galerii zaproponował współpracę?

Jestem pod wrażeniem tych małych, niepozornie zwykłych pomysłów; maluczkich pasji i zainteresowań którym ludzie się poświęcają tak zapamiętale  aż przestrzeń w prezencie podsuwa im sukces. Niby niechcący, przy okazji, ot wynagrodzenie za nadliczbowe godziny.

Może zatem nie trzeba umieć robić wielkich rzeczy, może wystarczy zwykła miłość do tych małych? Taki Adam Wajrak na przykład, kocha Puszczę Białowieską i dzikie zwierzaki. I na tej miłości wzrósł a wraz z nim „Wilki”, „Kuna za kaloryferem” i „To zwierze mnie bierze”. Ewa Złotowska z miłości do czworonożnych i małych dwunożnych nie tylko użyczyła głosu Pszczółce Mai, ale również opisała wszystkie historie własnych zwierzaków w książce „Największe miłości świata”. Kojarzycie dokument „Suger Man”?
Czyż Rodriguez nie był po prostu zwykłym włóczęgą śpiewającym z potrzeby serca?

CAM01568

Czemu poruszam ten temat? Bo bywam zbyt ambitna a przez to sfrustrowana, gdy ambicje nie stają się zmaterializowanymi faktami. Myślę, że jest nas więcej. Bo czy nie zdarzyło Wam się choć raz obudzić się z uczuciem, że chcielibyście być kimś innym? Większym, lepszym, mądrzejszym, bardziej przebojowym? Takim dajmy na to Josephem Conradem, który właśnie wydał „Lorda Jima”. Albo Jackiem Londonem, który mimo iż był z nizin społecznych osiągnął sukces i sławę. Albo nawet Kowalskim z Warszawy, starym znajomym z podstawówki, który właśnie spełnił kolejne (i uwaga!) Twoje własne, ukochane z dzieciństwa marzenie!

Nie tędy droga…
Dziś, z perspektywy paru już życiowych doświadczeń i czasu, w którym jestem obecnie (a ten wymaga ode mnie wzmożonej pracy i kreatywności) dostrzegam, że sens jest w robieniu tego, co własne. Nie udawaniu, ściganiu się z kimś, zazdroszczeniu, nie w iluzorycznych marzeniach i ucieczce w równie iluzoryczną przyszłość. Sens to robić swoje. Działać i kochać to działanie, bo nie ma głupich, lub zbyt prostych zainteresowań czy celów. Wszystko, co wykluwa się z głowy przyszło jako konieczny i naturalny prezent utkany z doświadczeń i emocji. Bo tym właśnie jesteśmy.

CAM01539

Tak więc po kolejnym inspirującym spacerze, w trakcie którego wcale nie przyszły ogromne inspiracje a jedynie małe, zwykłe idee zasiadłam do biurka by robić swoje. Robić to co znam tak dobrze jak potrafię, choć odbiega to od awangardy i mistrzostwa. W końcu, dopóki coś sprawia mi radość, jest właściwe i potrzebne, choćby tylko dla mnie samej.

Cisza o poranku

CAM01534Mój szósty zmysł kazał mi otworzyć oczy. Intuicyjnie czułam, że za chwilę zadzwoni budzik. Spojrzałam na zegarek. Za minutę alarm posieka jeszcze spokojne, nie rozedrgane żadnym ruchem powietrze. Jest wolna, pochmurna niedziela która nie wymaga niczego prócz beztroskiego lenistwa. Wstałam więc bez pośpiechu z ciepłego łóżka i zrobiłam śniadanie- kukurydzianą bułkę z tahiną, sałatą, bazylią i parówką sojową. Do tego kawa z ryżowym mlekiem, w kubku z ręcznie malowanym morsem.

W myślach jak mantrę powtarzam: to będzie dobry dzień. Przecież wszystko jest jak należy. Jestem młoda, choć nie naiwna. Niebrzydka, zgrabna. Jestem na studiach podyplomowych. Podyplomówka zawsze podnosi człowiekowi wartość, z pewnością. Mam bloga, uczę się, rozwijam; mam pracę, stały przelew co miesiąc, jestem świadoma i uważna. Naprawdę jest się z czego cieszyć. Więc dlaczego się nie cieszę?

CAM01507

Jakkolwiek układało się w życiu, od zawsze kochałam poranki i pokładam w nie wszystkie nadzieje, bo są najprostsze i niezobowiązujące. Jest zbyt wcześnie by się obawiać i zbyt wcześnie by się rozczarować. A przy odrobinie wysiłku wychodząc w niedzielny poranek na świat, można zakochać się w skromnej ciszy. Ulice świecą pustkami, na zaśnieżonych chodnikach brakuje śladów ludzkich stóp.

Na wędrówkę wzięłam psa koleżanki, Pioruna. Nie wiem jakiej jest rasy, nigdy nie byłam w tym mocna. Jest masywny, brązowy, ma uszy jak osioł Kłapouchy i ciągle się dziwi. Kiedy do niego mówię, marszczy brwi. I gdy widzi psa na pobliskiej ścieżce też się marszczy. Taki wiecznie zadziwiony życiem zwierzak. Mogłabym nauczyć się od niego najprostszego zachwytu.

CAM01506

Brakowało mi przyjaciela, dlatego go wzięłam. Pies nie pyta, nie ględzi, nie rozmawia o bzdetach, po prostu jest i szanuje ciszę. Porozumiewamy się przez dotyk. Zdejmuję grubą rękawiczkę i głaszczę go po ciepłym, gładkim grzbiecie. Mam uczucie, że życie tętni mi pod dłonią. Idziemy krok za krokiem a topniejący śnieg chrupie pod butami. Chrup. Chrup. Chrup.

Bez psa długo nie pociągnę. Jak ludzie w ogóle są w stanie przeżyć całe życie bez psa? Od dziecka zawsze towarzyszył mi czworonożny, włochaty przyjaciel, dzięki temu nigdy nie byłam samotna a i poznawałam miejsca zwykle niedostępne dla nieśmiałej, przerażonej dziewczynki. Poza tym kto jak nie zwierzęta oswoi nas z przemijaniem, podążaniem za instynktem, ze śmiercią?

Mimo całej ciszy i pustki wśród leśnych drzew poczułam dziś rano, że w taki sposób nigdy nie można być samotnym. Z psem nie ma samotności, ani z ptakami schowanymi w koronach drzew, których ostre gałęzie chwytają za kurtkę. Nie ma samotności, gdy spotyka się inne, zagubione dusze, które też szukają ciszy w lesie. Samotność nie istnieje w niedzielny, beztroski poranek, gdy jest zbyt wcześnie by się obawiać i zbyt wcześnie by się rozczarować.

 

 

Wegańska Żabianka? Czemu nie!

Uwielbiam ludzi z pasją. 
Takich, którzy mają w życiu jakiś cel i misję. 
Lubię ich i wspieram, bo sama staram się iść we własnym kierunku, wybraną przez siebie drogą, choć nie zawsze bywa łatwo. 

zdjecie


 

Gdy widzę, jak inni zaczynają spełniać marzenia o własnym biznesie propagując szczytne a przede wszystkim zdrowe i alternatywne idee to moje serce rośnie a umysł wiernie kibicuje. Zakładający własny biznes, walczą o granty i dofinansowania, inwestują czas i pieniądze w coś, co od dawna tkwiło w ich sercu, choć nigdy nie ma gwarancji, że się uda. Bo jak pokazują minione lata- w naszym kraju dobry pomysł nie zawsze kończy się powodzeniem. Tym bardziej pasjonatów trzeba wspierać w odważnych wysiłkach.

Wege Stację odkryłam w grudniu, biegnąc w pośpiechu na SKM. Mój wzrok przykuł kolorowy szyld z warzywami i bajeczne kolory wnętrza. Czyżby remont starego wegetariańskiego baru?

Okazało się, że nie remont a coś zupełnie nowego. Wege Stacja została otwarta 19 grudnia 2015 roku przez pasjonatki: Hanię- wegankę i jej mamę, oraz przyjaciółkę Gosię, które wspólnie gotują i pieką wegańskie potrawy. Panie zatem podjęły się sporego wyzwania. Po pierwsze dlatego, że o ile wegetarianizm jest już popularny, o tyle weganizm wciąż jeszcze w Polsce raczkuje ( w świadomości statystycznego Polaka) a po drugie, miejscówka (Żabianka przy ul. Subisława SKM) nie jest najruchliwszym miejscem w Gdańsku.

Jedzenie jest smaczne, bo proste i domowe. Okazuje się, że weganizm nie odbiera przyjemności z jedzenia, wręcz przeciwnie. Gdy zapytałam Hanię co jest ich celem, odpowiedziała:  –Chciałyśmy pokazać, że ten rodzaj diety wcale nie jest gorszy od diety tradycyjnej. Krótka karta dań, opartych na sezonowych składnikach ma zapewnić świeżość i ceny dostosowane do przeciętnego obywatela (w tym studenta i seniora).

A dlaczego akurat kuchnia wegańska?

-Dlatego że weganizm jest mało rozpowszechniony i chciałyśmy stworzyć coś, czego nie ma na każdym skrzyżowaniu. Pokazać, że kuchnia wegańska wcale nie jest gorsza od kuchni typowo polskiej.

Bo nie jest gorsza, to oczywiste. Jestem żywym (i zdrowym) przykładem. A potrawy są smaczne i naprawdę w przystępnej cenie. Zupę krem można zjeść już za 3,50 zł,  kotleta czy naleśnika za 5 zł, a na deser uraczyć podniebienie sporą porcją słodkiego tofucznika (wegańską wersją sernika) również za 5 zł.

Ponadto w ofercie są także: burgery, szpinakowe ślimaczki, placki ziemniaczane z ziarnami, kotleciki marchwiowo- ryżowe, spaghetti, kotlety sojowe, sajgonki a także robione na miejscu mleko sojowe. Na potrawy trzeba chwilę poczekać, bo robi się je na miejscu, co dobrze świadczy o kuchni. Slow food w końcu znaczy bez pośpiechu, a i dzięki krótkiemu oczekiwaniu można nawiązać relację z miłą obsługą, która zawsze chętnie odpowie na wszystkie pytania a gości przyjmuje z uśmiechem.

Trzymam kciuki za Wege Stację z kilku powodów.
Po pierwsze wspiera i propaguje weganizm.
Po drugie jest zdrową i niedrogą alternatywą dla wszelkiego rodzaju sieciówek i barów mlecznych, których w Gdańsku jest pod dostatkiem, a jakość potraw nie zawsze służy zdrowiu z czego nie wszyscy nie zdają sobie sprawę- z faktu ignorancji lub zbyt słabego przepływu informacji.

Po trzecie, mimo trudów rozwinięcia własnego biznesu gastronomicznego panie zdecydowały się zaatakować rynek i nie poddawać się mimo różnorodnych warunków. Potrzebujemy marzycieli i pasjonatów. Niech pasja przejawia się również w zdrowej kuchni- dla dobra wszystkich istot. Tych dużych, jak i tych małych, bezbronnych w imieniu których przemówić może tylko człowiek.

A tu najdziecie ich fanpage: https://www.facebook.com/wegestacjagdansk/

Cicha wędrówka do korzeni

Zawsze zadziwia mnie ile szczęścia mogą dać najprostsze rzeczy i czynności. A odkąd czytam „Biegnącą z wilkami” do tego, co najprostsze zaczynam powracać z wielką wdzięcznością i otwartym umysłem.

ścieżka1


Pamiętam jak będąc jeszcze małym skrzatem niewiele potrzebowałam do szczęścia. Odrobinę swobody i rodzicielskiego zaufania oraz łąki i kontakt ze zwierzętami.

Zwykle tak spędzałam każde lato- biegałam z psem po nadwiślańskiej plaży, wchodziłam we wszystkie chaszcze w poszukiwaniu saren, obserwowałam z ukrycia czaple i bażanty. Najbardziej interesowały mnie jednak te polany na których konie i źrebaki biegały samopas. To było idealne miejsce by skonfrontować się z dziką naturą. Dotknąć jeszcze nieoswojonego źrebaka, poczuć jego szorstką, długą sierść pod dłonią, pozwolić mu do siebie podejść w odpowiednim czasie.

O zachwyt nie było trudno. Zachwyt mieszkał w moim sercu a to czyniło mnie spełnioną. I oto pozwoliłam powrócić zachwytowi do mojego serca, bo tu jest jego miejsce. To on czyni nas na powrót dzieckiem- wdzięcznym, otwartym i całkowicie ufnym. Dzieckiem które kocha to, co widzi i słyszy bo nie sprzeciwia się rzeczywistości. Żyje w niej. Jest blisko Matki Natury.

morze3

A ona jest czymś więcej niż kilkoma drzewami i śpiewem ptaków. Jest naszym oddechem i ziemią po której chodzimy. Jest ciepłem i zimnem, pokarmem i serdecznym uściskiem.

Kiedy ostatni raz byłeś na długim, wielogodzinnym spacerze? Takim bez pospiechu?

Od tygodnia pozwalam sobie na powrót do dzikich korzeni. Otwieram szeroko oczy, wpuszczam do serca kroplę wdzięczności i udaję się na długie, nieśpieszne wędrówki. Odwiedzam las a w nim przytulam się drzew. Jeżeli masz na tyle odwagi i otwartości, zrób to również. Wybierz drzewo które cię woła, zdejmij wełnianą rękawiczkę i poczuj chropowatość jego kory a potem przyłóż do niej policzek. Stój tak chwilę w bezruchu. Nie myśl o niczym a już na pewno nie myśl, że to głupie. Po prostu pozwól sobie na chwilę ciszy. Może usłyszysz w niej słowa. Może śpiew ptaka. Stukot dzięcioła. A może bicie drewnianego serca?

napis

Gdy poczujesz, że jesteś pełen miłości idź z tym w świat a zobaczysz, że zaczną się spełniać życzenia. Nielogiczne? Ależ przeciwnie! To z wdzięczności i z zachwytu biorą się wszystkie prezenty Wszechświata.

Ja na przykład marzę o psie. A gdy mam zachwycone serce, te same mnie znajdują. Wyrywają się właścicielom, podbiegają, liżą ręce, skaczą na kurtkę. Dziś w lesie na zakręcie spotkałam huskiego, który biegł z taką szybkością, że nie zdążył wyhamować i wpadł na mnie zdziwiony z całym impetem. Chyba nawet powiedział „o przepraszam najmocniej”, ale nie jestem pewna bo pobiegł dalej dotrzymać kroku właścicielce uprawiającej jogging.

Nie jesteś mną, Twoją radością może być cokolwiek innego, cokolwiek co czyni Cię rozbawionym dzieckiem. Może twórczość? Może szycie sukienek? Kolorowanki? Gotowanie? Cokolwiek to jest, pozwól temu wrócić do własnego życia i oddaj mu należne ważne miejsce. Zachwyć się i idź w kierunku własnego zachodzącego słońca; bądź sobą i pozwól sobie na życie jakiego zawsze pragnąłeś. Wszyscy o czymś marzyliśmy będąc dziećmi, lecz przytłoczeni dorosłością, wiele z pragnień zagubiło się po drodze. Wciśnij zatem wsteczny i podejmij wędrówkę do własnego domu. Do korzeni.

 

 

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Dobra marka- znana marka

Marketing jest dziś nieodłączną częścią każdego większego, czy mniejszego biznesu. Bez niego nie pociągniemy długo na rynku, nawet niszowym czy nietypowym, a jeżeli damy radę to w perspektywie czasu nie będziemy rozpoznawalni. A szkoda by było zginąć w gąszczu nic nieznaczących choć krzykliwych marek.

fresh-fruits-and-vegetables1


Podyplomówka z content marketingu zrobiła mi wodę z mózgu, bo oto zaczynam być zawodowo zboczona. A mianowicie, wszędzie tam gdzie widzę dobrą jakość lecz brak odpowiedniego brandingu czy strategii marketingowej zaczynam się poważnie niepokoić. Bo my, konsumenci jesteśmy zewsząd zasypywani reklamą i sprytnie kreowanymi potrzebami na rzeczy chałturnicze i byle jakie, podczas gdy kultura jakości chowa się w szarych okowach. Dlaczego? Przecież tak mało dziś dobrych jakościowo produktów wydobytych z rąk skromnych rzemieślników czy kucharzy, że przecież rynek aż się prosi. Pokaż, zaprezentuj, zadbaj!

Mam tak z kilkoma naprawdę moim zdaniem świetnej jakości produktami żywnościowymi, które niczym nieznane szaraki skromnie czekają na półkach wołając o zauważenie. A dziś doświadczyłam podobnego uczucia odwiedzając wegański bar w Trójmieście.

Bar odwiedziłam już po raz trzeci i kolejny raz miło się zaskoczyłam. Po pierwsze jakością potraw: wszystko jest robione na miejscu (dlatego na potrawy trzeba chwilę oczekiwać- duży plus) z warzyw i produktów zbożowych i strączkowych według własnych pomysłów (bez użycia gotowych półproduktów, jak to się gdzieniegdzie spotyka). Moje wrażliwe kubki smakowe wyczuły, że potrawy doprawiane są oszczędnie- głównie ziołami zamiast nadmiarem soli i pieprzu a właścicielka jest miłą i ciepłą osobą w dodatku pasjonatką. Moje zaskoczenie jest dodatkowo wzmocnione tym, że ów wegański bar nie zadbał jeszcze dostatecznie o markę, dlatego nie jest popularny, a szkoda. Naprawdę szkoda.

Na moje pytanie –czy posiadacie już państwo własną stronę internetową- pani odpowiedziała, że jeszcze nie, natomiast istnieje fanpage.

-Spróbujcie jeszcze z Instagramem. Użytkownicy uwielbiają zdjęcia smacznych potraw- podsunęłam.
-Niestety nie mamy dobrego aparatu a z komórki zdjęcia wychodzą słabo…
Nie szkodzi. W instagramie można na bieżąco edytować i upiększać zdjęcia zrobione najprostszym smartfonem- zachęcałam mimo to.

Czy właścicielka spróbuje? Chciałabym. Dziś odwiedziłam ich fanpge. 161 lajków. Mało. Aż prosi się by o nich zadbać. Dobre jedzenie, zdrowe, ciekawe potrawy, własnoręcznie robione mleko sojowe, wszystko niedrogie a w środku zimno, choć optymistycznie i kolorowo. Takich miejsc powinno być więcej a nasz kraj powinien im sprzyjać, zamiast utrudniać wysokimi podatkami.

Choć nawet gdyby państwo sprzyjało, to i tak bez reklamy czy strategii marketingowej się nie obejdzie. Wegetarianizm mimo iż zdobył w ostatnich latach sporo popularności nadal jest niszą, która wymaga odpowiedniej oprawy i fachowego podejścia. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie poszłam na marketing i nie odkryłam jak wiele jest kanałów dotarcia do odpowiedniego klienta, zaczynając od Facebooka, poprzez Instagram, YouTube, Twitter, Google+ poprzez blogosferę i prasę, ulotki, na bannerach kończąc. A właściwie nie kończąc, bo social mediów i nowych kanałów przybywa z każdym nowym miesiącem.

 

 

Chciwość

Zadaję sobie ostatnio pytanie dokąd zmierza świat. Próby wycinki drzew Puszczy Białowieskiej, „niebezpieczni weganie i rowerzyści”, świat na podsłuchu, żądza, chciwość, restrukturyzacje… Czy świat ostatnio oszalał i zmierza do samozagłady czy było tak zawsze?


Z tą samozagładą to oczywiście lekka przesada, ale w kontekście ostatnich wydarzeń zaczynam się niepokoić nie na żarty. Czy nie można już żyć spokojnie, próbując być prostym i szczęśliwym człowiekiem?

Pracuję w wielkiej firmie, która ostatnio ogłosiła „restrukturyzację”. W jej ramach zostanie zwolnionych około 1780 osób. Możecie zatem sobie wyobrazić co się dzieje. Odprawy są mało realne, a do odstrzału pierwsi pójdą ci, co nie wyrabiają targetu. Nie zawsze go wyrabiam, więc zaczęłam z ciekawości wchodzić na strony z pracą. A tam? To samo- handel, sprzedaż, target, prowizje od sprzedaży, mile widziana umiejętność pracy pod presją czasu i w dużym stresie. Nie dziękuję. Kilka lat życia w ten sposób całkowicie mi wystarczy.

Najtrudniej jednak przyjąć do świadomości, że nie bardzo jest w czym wybierać. Jak to powiedziała mądra biolożka, Jane Goodal światem rządzi chciwość. Firmy zajmują się głównie produkcją na wykreowane przez specjalistów potrzeby, a pośrednicy to sprzedają. W ostatecznym rozrachunku wygląda to tak, że spędzamy życie na nie-życiu, lecz na konsumpcji, zaspokajaniu kolejnych pseudopotrzeb, pracując na kogoś, a nie na siebie. Nieświadomi wzbogacamy wielkie koncerny farmaceutyczne, hodowle przemysłowe i produkcyjnych potentatów, takich jak Monsanto czy Nestle.

Chciałabym powiedzieć, że potrzebujemy świadomości, bo wtedy się zbuntujemy przeciw zachłannym firmom, które rujnują nasze zdrowie, portfele i uzależniają od suplementów i cukru, ale czy to nie jest pobożne życzenie? Ilu jest świadomych obywateli, którzy wybierają produkty eko, czytają etykiety i zamiast chodzić do lekarza zmieniają niszczące nawyki? Niewielu…

The-Big-Short-2

W piątek do kin w Polsce wszedł film Adama McKay’a „Big short” i widzę jak bardzo są nam potrzebne takie produkcje jak i twórcy, którzy kochają prawdę i nie boją się o niej mówić, mimo iż narażą się na krytykę i ostracyzm. Edward Snowden, bohater „Citizenfour” zaryzykował niemal wszystko dla przykrej prawdy o inwigilacji obywateli USA. Rozmowy z nim odbywały się w Hongkongu, bo musiał uciekać.

Sceptycy i konserwatyści będą mówić, że to czysta fikcja lub przerysowana groteska stworzona, by zadowolić ambitnych kinomaniaków. Czyżby? Czyż nie z powodu przekrętów i ludzkiej chciwości w 2008 roku rozpoczął się kolejny kryzys gospodarczy? Czyż możemy mieć absolutną pewnośc, że nasze maile, facebook, smsy są wciąż jedynie naszą prywatnością? Czyż kraje trzeciego świata nie są zadłużone z powodu obżarstwa mięsem krajów wysoko uprzemysłowionych?

Od razu odpowiadam, zanim padną pytania. Nie. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych. Jestem zwolenniczką faktów. Zbyt długo to zgłębiałam, by nie móc teraz powiedzieć, że przez kolejne nowoczesne telefony komórkowe które kupujemy w  salonach, w Afryce jest finansowana jakaś grupa przestępcza która akurat ma dostęp do tantalu. A sięgając po raz kolejny po mięso, zubażamy kraje trzeciego świata o pola uprawne i wodę, o śmierci niewinnych istot, nie wspominając. Banki wcale nie mają ochoty finansować naszych marzeń, chcą się jedynie wzbogacić. Naszym kosztem.

Żyjemy w świecie większych możliwości, ale czy to lepszy świat od tego sprzed wieku, kiedy tych możliwości nie oferował? Czy wciąż z ręką na sercu możemy przyznać, że żyjemy w bezpiecznym świecie? Coraz więcej mam w sobie niepokoju. Jestem niebezpieczna, bo jestem weganką, w dodatku z utopijnymi poglądami. Gdzież tu szczęście, gdzież tu spokojne życie bez pośpiechu, pełne wdzięczności i uważności na codzienne detale, które czynią świat pięknym wizualnie obrazem? Gdzie tu miejsce na głębokie relacje i sensowne, pasjonujące życie? Najzabawniejsze jest to, że statystyczny Kowalski, który właśnie zjada tabliczkę czekolady z tłuszczem palmowym, siedzi na kanapie kupionej na raty za 0%, w zadłużonym mieszkaniu, bezrefleksyjnie ogląda telewizję i cieszy się, że tak mu się w życiu powiodło. Oto Kowalski jest panem swojego życia…

 

Doświadczeni

Roczne podsumowania i refleksje, mimo iż wydają się nudne, są nam tak samo potrzebne jak szklanka wody po przetańczonej nocy. Bez refleksji nie sposób docenić siebie i własnych przeżyć, a wiele z nich może umknąć niezauważona z powodu zbyt małej jaskrawości i siły przebicia.

12362543_1098046170240307_1824353471_n


 

Myślałam, że to był nudny rok. Właściwie to byłam o tym głęboko przekonana, dopóki dziś o poranku nie zrobiłam rachunku sumienia. Jak każdego dnia o siódmej rano otworzyłam dziennik, by wypisać się z własnych myśli. A że dziś mamy 31 grudnia, ostatni dzień roku, to i zaczęłam wspominać, co się działo, gdzie byłam i co robiłam. Ku mojemu zaskoczeniu, gruby zeszyt A4 wypełnił się kilkoma stronicami zapisanych wydarzeń, o których nie pamiętałam z racji wciśnięcia ich do nieświadomości.

A tu niespodzianka.

To wcale nie był nudny rok i wbrew pozorom wcale nie wiodę tak schematycznego życia na myśl o którym można jedynie zapłakać z poczucia frustracji. Podczas dzisiejszej rozmowy ze wspomnieniami zobaczyłam, że przeżyłam w ciągu roku to, czego w ogóle nie doświadczy część ludzi nigdy w życiu.

Były wakacje w Niemczech i buddyjski kurs medytacyjny; poszłam na studia podyplomowe, dostałam się na warsztaty dziennikarstwa filmowego w Warszawie organizowane przez największy w Polsce portal filmowy. Był i koncert Dub FX w Gdańsku, i Natalii Przybysz, na który poszłam z okazji 30-tych urodzin. Przeprowadzka, zamieszkanie z partnerem, psychoterapia, biopsja, moja pierwsza narkoza, krótki pobyt na chirurgii i wspaniałe słowa lekarki: „jednak nie ma pani raka”. Kupiłam własną domenę i logo, współpracowałam ze znanym coachem, odnowiłam starą wieź z zapomnianą rodziną, przeszłam na weganizm, skończyłam pisać książkę, zapisałam się do Kongresu Kobiet. To ledwie większe rozdziały roku a przecież tyle w nich akapitów i słów.

Te wszystkie wydarzenia składają się na mnie obecną. To moje doświadczenia, które za jakiś czas zobaczę w lustrze na twarzy i ciele; w sposobie w jaki mówię, jak się poruszam i jak myślę. Zbyt często narzekałam na swoje życie- że jest inne niż pragnęłam, że przecież nie tak miało być. Wciąż mam za mało kasy, brakuje mi własnego mieszkania i pracy która satysfakcjonowałaby mnie w 100%.

Ale są inne obszary, za które powinnam być wdzięczna i tego się uczę. By doceniać, to co mam, i widzieć w trudnej, wyboistej drodze skarby. Doświadczenia są warte wszystkich pieniędzy, bo to one ostatecznie wydobywają z nas mądrość i czynią nas mędrcami i wiedźmami- tymi którzy wiedzą więcej.

Dziękuję również Wam, za to że czytacie, odwiedzacie, śledzicie moje poczynania. Dziękuję, że udostępniacie pojedyncze posty. Dzięki temu moja strona w 2015 roku była odwiedzona ponad 10.000 razy. Z blogiem też wiążą się doświadczenia; co dzień uczę się czegoś nowego. WordPressowych aplikacji, zabawy z social mediami, dbania o społeczność jak i nieprzejmowania się zanadto krytyką, bo wychodzę z założenia że robić coś dobrze, to być sobą i przedstawiać światu swoje ja, mimo iż nie każdemu to w smak.

A postanowienia noworoczne? Mam tylko jedno. Nauczyć się wdzięczności i akceptacji tego, co jest. Chcę iść naprzód, rozwijać się, ale z całkowitym poczuciem akceptacji, że to kim jestem jest absolutnie właściwe. Nie jestem bogatą kobietą z wielkim biustem i jedwabistą cerą. Ale mam jedną ważną rzecz w życiu- cenne doświadczenie, które przefiltrowane przez dystans i wiek wykiełkuje mądrość. A to o wiele więcej niż wszystkie bogactwa świata.