Archiwa kategorii: emocje i psychologia

Opowieści z moich bioder

„Wsłuchaj się w swoją Beyonce.
I w serce.” – Usłyszałam na koniec
sobotnich zajęć jogi.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
nauczycielka wcale nie powiedziała „BEYONCE”,
a „BIJĄCE” – bijące serce.

Kiedy to sobie uświadomiłam,
uśmiechnęłam się pod nosem, by
po chwili przyznać, że jednak chodziło
o Beyonce.

Może nie tyle prowadzącej zajęcia,
ale mi – a szczególnie moim biodrom,
które od tygodnia domagały się uwagi.

Biodra wołały – wsłuchaj się w swoją
Beyonce, znajdź swoją Beyonce.

A więc zaakceptują kobiecość,
nie walcz z krągłościami,
nie neguj posiadania bioder.

Zadbaj o nie, bo są kruche i
mieszka w nich cały świat.

Psychologowie, którzy pracują w nurtach
takich jak POP czy Gestalt nie negują ciała.

Wręcz  przeciwnie, wiążą je z resztą człowieka
twierdząc, że wszystkie emocje mieszkają w brzuchu
i to z niego biorą początek.

Moje doświadczenie podpowiada mi,
że emocje mogą mieszkać wszędzie, bo
przecież lubią podróżować w zależności
od tego, gdzie akurat podąża świadomość.
Lub gdzie powinna powędrować.

Moja upatrzyła sobie biodra.
Miejsce, którego się wstydziłam,
przez lata.

Zwykle wyglądało to tak:

Jako nastolatka pakowałam się
w bojówki – bezkształtne, workowate spodnie,
żeby tylko zakryć te miejsca, które odróżniały
mnie od prostych jak brzoza chłopców.

Potem, gdy miałam już 20-kilka lat
i pierwsze miłosne uniesienia za sobą,
wciąż się chowałam – zwykle pod
tunikami i swetrami, które kończyły
się poniżej linii bioder.

Nawet teraz, z podziwem patrzę na młode
dziewczyny i starsze kobiety, które beztrosko
odsłaniają właśnie ten element kobiecego ciała.

Zakładają spodnie z wysokim stanem,
które uwypuklają boczki. Ubierają
rozkloszowane spódnice, które biodra
optycznie powiększają.

Nie wiem, czy robią to w sposób
analityczny i przemyślny, czy
raczej intuicyjny, ale myślę, że
cechuje je jakaś wewnętrzna zgoda
na własną kobiecość i odrębność.

Podoba mi się to. Podziwiam.
I trochę zazdroszczę.

Bo moje biodra zwykle służyły do
przemieszczania mnie z jednego
miejsca w drugie. No i często zawadzały.

Dopiero na jodze zaczęłam baczniej
je obserwować i czuć, mimo że wcale
tego nie chciałam. Zmusiły mnie bólem.

Warto wtrącić, że biodra nie powinny boleć.
Jeśli bolą, to coś jest zdecydowanie nie tak.

Oczywiście, nie chodzi o to, by walczyć
z bólem. Skoro jest ból, to jest i bólu
przyczyna. Teraz należy sprawdzić,
o co dokładnie chodzi.

20181221_084005

U mnie przyczyną byłą przesada.
Znów to sobie robiłam.

Byłam swoim kierownikiem,
policjantem i sędzią. Narzucałam sobie
ostry reżim, by stać się doskonała w tym co
robię.

Bo przecież brak doskonałości będzie
oznaczać mizerność, słabość i kruchość.
Czytaj: Bycie przegranym,  gorszym.

Każdego dnia więc robiłam długie i wyczerpujące
pozycje Virabhadrasany  i Parvsakonasany,
(tej pierwszej, o ironio, polską nazwą jest
„Wojownik”), które jeśli nie są wykonywane
z szacunkiem dla własnych granic mogą
przyprawić o kontuzję. Lub ból.

Czyli znów – przemoc zamiast miłości.
Przesada zamiast umiaru.
Perfekcjonizm zamiast radości.

Ciało jest mądre. Jest o wiele bardziej
mądrzejsze i bliższe prawdy niż nasz umysł
i myśli o naszym ciele. Ciało bardzo często mówi STOP.
My natomiast odpowiadamy: ja ci jeszcze pokażę!

Gdzie tu miłość? Gdzie szacunek?
Gdzie życzliwość i współczucie?
Zatrzymałam się. Fizycznie i mentalnie.

Biodra powiedziały STOP, a jednocześnie
skierowały nań moją uwagę. Oto, po
raz pierwszy w życiu zaczęłam gadać
ze swoimi biodrami. Zadaję im pytania
i uważnie nasłuchuję, czego im potrzeba.

Masuję je, głaskam
i czule otulam kocem.

Po raz pierwszy wklepuję w nie balsam
życzliwie, a nie po macoszemu, bo przecież trzeba.

20181221_083943

Dziś je narysowałam.

Kupiłam pastele i papier o dużej gęstości.
Zaparzyłam imbryk truskawkowej herbaty
i zaczęłam słuchać.

Nie uchem, ale sercem.

Powędrowałam do bioder
i przeskanowałam je wyobraźnią „od stóp do głów”.

Po czym wzięłam kredki i zaczęłam rysować,
Bez analiz, bez „wypada” i „muszę”.
W ruch poszedł fiolet, błękit i róż.
Pojawiły się owale i kanciastość.

Bo to nie była jedna opowieść bioder, a wiele.

Dziś obrazek stoi
w centralnym miejscu
w moim małym pokoju.

Spoglądam na niego co chwilę
i jestem pełna podziwu. Nie dla
własnego talentu, bo jeśli chodzi
o rysowanie, to bogowie zapomnieli
o tym darze.

Jestem pełna podziwu dla bioder.
Że przez całe życie ze mną, miały w sobie
tyle opowieści, kwiatów, zwierząt, słońc
gwiazd i korzeni.

A ja nigdy wcześniej
nie chciałam ich usłyszeć.
Nigdy tak naprawdę nie poświęciłam
im choćby minuty miłości.

Do niedawna.

Wiecie co się stało?
Biodra przestały boleć.

Teraz ból przesunął się w kierunku pachwin.
Tak jakby wysłuchana część ciała odpuściła,
a teraz przyszedł czas na kolejną.

I będzie to trwało dopóty, dopóki
nie zrozumiem, że jestem całością.
Że mieszkam i w biodrach
i w brzuchu i w karku i małym palcu stopy.

I że jednocześnie mieszka w nich
Wszechświat.

Moje biodra są pełne Beyonce.
Pachwiny są muzyką Beyonce.
I kark.
I barki
I dłonie
mają opowieści na niejedną
wielowątkową bajkę.

 

Reklamy

Spokojnie! Mam to pod (wieczną) kontrolą

Sebastianie. Z góry przepraszam,
że na blogu zamieściłam nasze zdjęcia.
Nie miałam innych, które nadawałyby się
na okazję tego wpisu.

Bo tematem ma być „zabawa”.

Dziś, z kolegą z pracy zrobiliśmy
sobie kilka zdjęć przy okazji świątecznej
atmosfery jaka panowała w firmie.

Mikołaj, mnóstwo lampek choinkowych,
wesołe piosenki, pierniki, poczęstunek,
mnóstwo ludzi i mnóstwo śmiechu.

Gdy patrzę na te zdjęcia widzę Sebastiana –
z modelowym amerykańskim uśmiechem.
Wyluzowany jak zawsze.

I siebie – niepewną, spiętą, z podniesionymi
barkami. Czuję się nie na miejscu. Bo
przecież „dobra zabawa”, to nie moja działka.

Moim terytorium są reguły i schemat.
Kocham wszelkie jasne zasady.
Kocham kontrolę i porządek.

Czy mnie uszczęśliwiają? Niekoniecznie.
Raczej uspokajają rozbiegany
i wiecznie martwiący się umysł.

Kontrola i reguły zamykają drzwi
przed nieznanym. A to, co znane
jest zawsze bezpieczne.

Mała, słodka depresja, ale jednak własna.

Kiedyś terapeutka zapytała mnie
czy poszłam do kina na film,
o którym opowiadałam jej od trzech tygodni.

-Nie – odparłam.
-Dlaczego nie?
-To smutny film i podobno źle się kończy.
Po co to sobie robić?
-Boisz się życia…- skomentowała .
-Boisz się przeżywać emocje, a co za tym idzie
przeżywasz życie na pół gwizdka.

Wkurwiła mnie. Bo emocji to ja mam
pod dostatkiem. We wtorek depresja,
a w środę ekstaza. W sobotę melancholia
a w niedzielę gniew i rozbite talerze.

Mimo to, miała rację. Bałam się
przeżywać to kim jestem naprawdę. Nadal się boję.
Bo jestem wrażliwcem, który niejednokrotnie
musiał tłumaczyć się ludziom z własnych uczuć.

Partnerzy upatrywali w tym PSM.
Koleżanki szukały przyczyn w tarczycy.
Rodzice w ludziach, którzy mieli na mnie zły wpływ.

Ja sama tłumaczyłam to:
niewyspaniem,
złą dietą,
kiepską pogodą,
pełnią księżyca
księżycem w nowiu,
cudzym spojrzeniem,
samotnością
nadmiarem kontaktu z ludźmi,
brakiem kontroli wreszcie.

Cóż więc mogłam robić?

Bardziej podkręcałam kontrolę,
aby dopuszczać mniej światła do ziaren, które
w każdej chwili mogły zapuścić korzenie
i wybuchnąć gorzkim owocem

smutkiem
zazdrością
gniewem
poruszeniem
rozczarowaniem
melancholią
w końcu mieszanką ich wszystkich.

I tak właśnie stałam się starym człowiekiem.
70-latką zamkniętą w ciele 30-latki.

Po latach musiałam przyznać terapeutce rację.
Strach przed emocjami, to strach przed życiem.
To przede wszystkim strach przed sobą.

Kiedyś zapytałam ówczesnego chłopaka,
też wysoce wrażliwego:

– Czy to się kiedyś skończy?

Oby dwoje wiedzieliśmy, że ten dzień
nigdy nie nadejdzie.

Że jesteśmy tym, kim jesteśmy.
I że największa słabość ostatecznie
może stać się największą siłą, jeśli dobrze
nią pokierujemy.

Czyli puścimy kontrolę.

Pozwolimy sobie na bycie sobą.

Na płacz przy pięknej piosence.
Na głęboki smutek po dobrym filmie.
Na gniew pełen przekleństw i krzyku,
gdy ktoś nas zezłości.

Jeśli pozwolimy sobie na bycie dzieckiem
który z ciekawością przygląda się światu,
ludziom i wreszcie własnej wrażliwości, to
zaadaptujemy ją do lepszych celów,
zamiast tych, które niszczą i oddalają społecznie.

We wrażliwości mieszkają opowieści,
wielka empatia do drugiego człowieka,
i do wszystkiego co żyje.

Wrażliwość to posiadanie kanałów, o których inni
mogą pomarzyć,

Wrażliwość to głęboka duchowość i życie za dwóch.

To życie bardziej,
więcej,
mocniej.

Ale też wieczny lęk.

Przed nowym.
Przed głośnym i szybkim.
A nawet przed drugim człowiekiem.

Bo w przeciwieństwie
do dzisiejszego pokolenia milenialsów,
nie potrzebujemy zbyt wielu bodźców.
Dla nas bodźcem może być wszystko.

I jak niczego na świecie boimy się relacji –
-to tam mieszkają Dzikie Stwory.

Otwieramy na oścież serce, a otwartość zawsze
zwiększa ryzyko zranienia. To
w relacjach bywamy porzucani,
zdradzani, osądzani i wyśmiewani.

A potem, jakby tego było mało
sami jeszcze sobie dokładamy.
Gadamy w głowie, że nie jesteśmy warci
cudzej przyjaźni, że jesteśmy do niczego.

Nic dziwnego, że bywamy
często bardzo samotni.

Jednak, to co przeraża najbardziej
ma największą moc transformacji.

Dlatego potrzebujemy czasem puścić kontrolę
i otworzyć wrażliwemu dziecku
furtkę do wszystkich kolorów świata.

Do wszystkiego, co tak bardzo napawa nas strachem:

Do emocji.
I zranień.
I zabawy.
I relacji.
I do siebie w końcu.

Może na zdjęciach za rok nie będę już
tak spięta? A może będę tak samo.
Ale jednak za własnym przyzwoleniem
i całkowitą wyrozumiałością do wszystkich
wrażliwych tego świata… W tym siebie.

 

Wciąż się zakochuję!

Ostatnio ciągle się „zakochuję”.
W 20-letnim chłopcu mijanym na ulicy.
I w brodatym mężczyźnie w kawiarni,
co w oczach ma całe bezchmurne niebo.

Zakochuję się w chłopaku znajomej.
Zakochuję się w Tomie Odellu,
którego piosenki towarzyszą mi w pracy.

Zakochuję się charyzmatycznej kasjerce w Piotrze i Pawle.
I w nowym koledze w pracy, który ma tatuaże i dzikie spojrzenie.

I nawet zakochuję się w najlepszej
koleżance. Jej głośnym śmiechu i energii, która
rozsadza te drobniutkie ciałko i niepozorną twarz.

A za tymi miłościami idą sny.
Czasem pełne znaczenia,  czasem
kompletnie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Erotyczne, emocjonalne i koszmary jednocześnie.

A potem są uczucia. Najczęściej gniew.
Energetyczny i potężny jak fale podczas sztormu.
Na zewnątrz spokój, a w środku ktoś się wyrywa.
Do miłości, do życia, do popłynięcia z nurtem
rwącej rzeki.

Mimo to, wciąż trzymam stopę na hamulcu.
Nie pozwalałam sobie na żadną miłość,
na erotyzm, na dziecięcą beztroskę, na
szaleństwo i późne godziny snu.

Bo przecież gdybym pozwoliła, to musiałabym przyznać,
że moja tożsamość znów musi się rozpaść
po raz enty. Poza tym w lesie są wilki i demony;
mnóstwo znaków zapytania i nieobliczalność.

Nie wypada puścić hamulców
w świecie pełnym zakazów – gada mi w głowie
ta wiecznie uporządkowana i nieśmiała dziewczyna.

Bo kim będę, gdy
pozwolę sobie na to wszystko
w czym się zakochuję? Co jeśli stanę się
tymi wszystkimi wypartymi elementami siebie
w jednej chwili? Co jeśli eksploduję?

Prawda o miłości jest taka, że nie zakochujemy się
w drugiej osobie. Zakochujemy się w sobie. Ponownie.

A może po raz pierwszy od czasu,
gdy dorośliśmy i staliśmy się „poważnymi” ludźmi.

Zakochujemy się w czułości, której sami sobie
nigdy nie chcieliśmy dać.

W całkowitej akceptacji.
W łagodności.
W szaleństwie.
W tym jak ktoś
dotyka nasze ciało.
Zakochujemy się w czyimś
spojrzeniu. Pełnym radości i namiętności.

Oto w tej krótkiej chwili, widzimy
kim możemy być, jeśli dostrzeżemy
własny potencjał, który zawiera wszystko
i każdą część. Również tę zepchniętą na margines.

Czyż nie byłoby wspaniale zostać tym, kim się
czujemy w fazie zakochania? Zamiast tego
zalewają nas krępujące nawyki zachowań.

Zakazy. Nakazy. Oczekiwania. Głupie
plany i durne pomysły, których przecież
obiecywaliśmy nie mieć nigdy więcej.

A jednak.

Zakochuję się po raz setny w tym tygodniu.
Moje ciało nie chce się już powstrzymywać.
Chce tańczyć. Krzyczeć. Wzruszać się.
Smakować, doświadczać, pozwalać sobie.

Życie wzywa. A stopa wciąż hamuje.

 

Ile w nas prawdy, gdy nikt nie patrzy?

-Czemu nie kupisz sobie maty – zapytałam
koleżankę, która od roku wytrwale chodzi
na zajęcia jogi.

-Ale po co? W studiu mają mnóstwo – odparła.

-Jeśli będziesz miała własną, w końcu
będziesz mogła rozpocząć praktykę własną.
W domowym zaciszu. Tylko ty, cisza i mata.

-E tam. Ćwiczyć samej? Po co?
Nie chcę. Nuda. Potrzebuję innych obok.

Czyż nie jest tak ze wszystkim?
Czyż nie jest tak, że odmawiamy
sobie prawa do przeżywania świata
w najlepszy możliwy sposób, jeśli nikt
nie patrzy?

Ja nie mam problemu z ćwiczeniem
jogi samej w domu, w absolutnej ciszy.
I nie mam problemu z medytacją, której
nikt nie widzi, której nikt nie ocenia
i o której pewnie nikt nie wie.

Ale złapałam się na innych rzeczach, które
rezerwowałam tylko dla cudzych oczu.

Ładną sukienkę. Najlepszy sweter.
Wyjście do kina. Palenie świeczek,
wytarcie biurka po porannej kawie.

Czyż nie jest tak, że od dziecka
nosimy w sobie program, by starać
się dla innych, ale dla siebie już niekoniecznie?

To dlatego z jednego związku zaraz pakujemy się
w inny. To dlatego, niektórym nie wystarcza
jedno dziecko lub jeden kot czy pies. To dlatego
w każdy weekend planujemy wyjście na miasto.

A gdy jesteśmy sami paplamy w głowie,
oglądamy seriale, i puszczamy głośną muzykę.

Boimy się samotności, bo nie znamy siebie.
A co gorsza, boimy się poznać. Nie chcemy
zbliżyć się do środka, w którym tętni gniew,
smutek, zazdrość,  może nuda. Wolimy
stwarzać pozory.

Założyć ładną sukienkę
do kawiarni z koleżanką i chcieć ugotować
obiad na wizytę bliskiej rodziny. To dla nich
rezerwujemy twarz z makijażem, ułożone
włosy i drogą knajpkę.

Jeden kolega zapytał mnie wczoraj:
-Spotykasz się z kimś?

Odparłam, że nie. Że przecież
dopiero co wyszłam z pięcioletniego związku,
że na wszystko potrzeba czasu – a przede
wszystkim na spotkanie ze sobą, by zweryfikować,
kim jestem, czego chcę, co mogę dać i dokąd zmierzam.

Oraz skąd tyle smutku i gniewu i powielanie schematów.
Poza tym, dodałam,
w samotności nie ma niczego złego.
Od urodzenia w pojedynkę jesteśmy kompletni.

Zdawał się nie słyszeć co mówię.
Albo usłyszał, lecz nie zrozumiał.

-Od lipca minęło już tyle czasu!
Znajdź sobie kogoś!

Podziękowałam drogiemu koledze
i poszłam na randkę. Do domu.

20181110_084913

Zapaliłam zapachowe świeczki. Przygasiłam światło.
Zaparzyłam poziomkowej herbaty w nowy imbryk, i
ubrałam najlepszą sukienkę.

Patrzyłam jak deszcz stuka o szyby i po prostu
siedziałam w swojej obecności.
Świadoma emocji. Świadoma oddechu.
Świadoma zmęczenia.

Prawdziwa, autentyczna, obecna, przytomna
dla samej siebie, a jednocześnie
dla całego świata. Bo przecież nie jestem oddzielna
od nikogo i jestem częścią reszty.
Nawet wtedy, a może zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy.

Gdy już usłyszałam przekaz deszczu, a świeczki się
dopaliły, wzięłam do ręki książkę Jona Kabat-Zinna,
którą sączę od miesiąca. Jeden dzień- jedna strona,
bez pośpiechu. Tym razem czekała mnie niespodzianka.

„Gdy medytujesz w domu, może dodawać ci otuchy
i inspirować cię świadomość, że na świecie dokładnie
w tym samym momencie medytują dosłownie miliony
ludzi takich jak ty.

Jesteś całością, a równocześnie jesteś częścią
większych i jeszcze większych całości, nawet
jeśli o tym nie wiesz. Nigdy nie jesteś sam.

Już teraz przynależysz. Należysz do ludzkości.
Należysz do życia. Należysz do tej chwili, która jest
do tego właśnie oddechu.”

Jon Kabat-Zinn
Praktyka uważności dla początkujących

And again…

-To co? Dziś kolejna przeprowadzka?
Pyta mnie mój kolega z redakcji.
-Która to już? Szósta? – dopytuje.

Liczba, którą mu podałam sprawiła,
że zaniemówił.

-Jak to: DWUDZIESTA TRZECIA???

Tak. Dwadzieścia trzy.
Dokładnie tyle razy przeprowadzałam się
w swoim krótkim, bo zaledwie 33-letnim życiu.

Dużo? Tak, ja też myślę, że dużo.
A najzabawniejsze jest to, że jedną z
moich głównych wartości jest stabilność.

Uważam się za domatora. Lubię wrastać
korzeniami w miejsce, do którego czuję silne
przywiązanie.

A jednak – Wszechświat daje
coś zgoła odmiennego.

Brak stabilności, wieczne zmiany,
ruch i chaos, niepewność.

Może wie lepiej, czego mi potrzeba?
Może przy osadniczym trybie życia
zapomniałabym po co jestem i jaki jest mój sens?

Może bym zgnuśniała w dobrobycie
powielając styl życia milionów ludzi na świecie:

kupowałabym rzeczy, których nie potrzebuję i na
które mnie nie stać, by wywrzeć wrażenie, na tych
za którymi nie przepadam…? Kto wie…

20180929_113341

Cuda zdarzają się wtedy, gdy odpuszczam.
Gdy mówię na głos: UFAM CI.

UFAM CI
Wszechświecie.
Kosmosie.
Energio.
Losie.
Czymkolwiek jesteś.

Przyjmę co mi dasz,
pogodzę się z tym, co odbierzesz.

I choć to pięknie brzmi, a słowa
rodzą się bezwysiłkowo, to
praktyka przychodzi z trudem.

Ale jednak – zdarza się.
Są momenty, gdy naprawdę ufam i
poddaję sie strumieniowi życia,
akceptując wszystko, bo nie mam już sił
walczyć ani się sprzeciwiać.

Tak jak dwa tygodnie temu,
gdy mokłam w deszczu czekając na
pociąg, wiedząc że muszę natychmiast
się wyprowadzić choć nie mam dokąd.

Mieszkanie, które miałam kupić
okazało się bublem, a tymczasowy pobyt u koleżanki
zmienił się w trudną lekcję przetrwania.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon –
jakiś nieznany numer.

-Halo?
-Kamila? Cześć! Tu Malwina. Chcesz u mnie mieszkać?
-Ale jak to? Skąd…?
-Jakoś mi się obiło o uszy, że szukasz…
-Malwinka, ja mam dużego psa…
-Wspaniale, bardzo lubię psy 🙂 To, co?
-Od kiedy?
-Od końca września? Pasuje?
-Noooo…!
-Świetnie. Dostaniecie wielki pokój
z balkonem i z oknami wychodzącymi na wschód.
jesteśmy umówione! To pa!

20180929_073913

Nie mogłam w to uwierzyć.
Bo Malwina to koleżanka, którą
zawsze chciałam lepiej poznać.

Inspirowało mnie to, że jeździ do Indii i do Katmandu
i przywozi stamtąd masę historii, których można słuchać
godzinami przy kubku herbaty. Ale zawsze brakowało
nam czasu, okazji, przestrzeni…

Często powtarzałam w duchu: jak fajnie byłoby ją
bliżej poznać. No i proszę. Jest potrzeba,
Wszechświat działa i daje prezenty w czasie,
który jest właściwy. I jak nie ufać? Jak wciąż wątpić?

Prawda jest taka, że lubimy walczyć
i szamotać się z życiem, bo tak nas nauczono.
Zewsząd zalewają nas slogany pseudocoachów i
„PożalSięBożeAutorytetów”, że życie polega
na ciągłej walce.

Walcz, zdobywaj, osiągaj.
Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

A ja mam inną filozofię, której
kluczem jest prostota: pokochaj to, co masz
i zaakceptuj, to czego nie lubisz.

Przede wszystkim zadbaj o wnętrze.
Bo jeśli wnętrze będzie zdrowe, to
zewnętrzny świat zacznie rezonować z każdą
pojedynczą komórką w Twoim ciele oraz narratorem
w umyśle. Przede wszystkim kochaj i bądź wdzięczny.

Prawda jest taka, że mamy wiele.
Mamy życie, ciało, sprawny mózg,
dach nad głową, przejrzysty umysł,
świadomość, i słońce na niebie.

Tak naprawdę nie ma potrzeby
osiągania czegokolwiek. Bo mamy
wszystko, czego nam potrzeba.

Dokładnie teraz, dokładnie tutaj.
Dostosowane do nas samych ❤

 

Niewygodna prawda jest zawsze bezcenna

Czy wiesz, co to znaczy żyć w prawdzie?
Ja myślałam, że wiem. Przynajmniej
tak mi się wydawało.

Ciało jednak twierdziło inaczej.
Bo gdy odcinasz się od uczuć, i
nie przyznajesz się do prawdy,
to wiedz, że ciało z pewnością ci ją pokaże.

Jak?

Na różne sposoby: chorobą.
Wiecznym zmęczeniem.
Bólem.
Odrętwieniem.

I będzie robić to dopóki, dopóty nie spojrzysz w lustro
i nie przyznasz. Ok, myliłam się.
Rozminęłam się z prawdą.

Bardzo łatwo jest nam być trzema małpkami,
które nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć, a na
pewno już o tym nie dyskutują.

Bo przecież prawda jest niewygodna. Bywa odkryciem
smutnej rzeczywistości o nas. Jest totalną nagością.

Jeśli decydujesz się żyć w prawdzie, na nic
ci filtry w Instagramie i na nic tylko ładne
zdjęcia na Facebooku. Że niby zawsze
promieniejesz i jesteś pełny wigoru.

Uśmiech nie schodzi z twarzy,
sukces goni sukces, a już na pewno
nie przeklinasz. Jest dobrze. Hej! Jest OK!

Myślę, że większość ludzkich kryzysów
bierze się z życia w kłamstwie.

Udajemy przed partnerami i uśmiechamy do szefa,
twierdząc, że nic nas nie uwiera.

Aż w którymś momencie tama puszcza
i rzeka zatapia całe krainy, które tak
skrzętnie budowałeś przez lata. I wiesz co?

To dobrze! Tak ma być! To pierwszy
krok do uzdrowienia.

Zdrowie zawsze
zaczyna się od prawdy.

Od przyznania: czuję wewnętrzną
martwotę. Zgorzknienie. Jestem wypalona.
Boję się. Każdego dnia coraz bardziej.
Nikogo nie lubię. Wszyscy mnie wkurwiają.
Jestem samotna i od roku cierpię na bezsenność.

Tak. To wtedy pęka tama i zalewa
świat łzami. Bo między słowami
powiedziałeś o wiele więcej.

Że nie lubisz siebie.

Że nigdy tak naprawdę z sobą nie byłeś.
Że zawsze uciekałeś, gdy było trudno.
Że nie chce ci się zawalczyć o siebie.
Że nie żyłeś własnymi priorytetami.

Że siebie porzuciłeś. Gdzieś dawno
temu, na jednej z wielu dróg.

Więc teraz trzeba na chwilę przystać.
Poodychać. I wrócić. Do siebie i
jednocześnie z sobą u boku.

Pogadać. Zaprzyjaźnić się. Zadbać o siebie.
A przede wszystkim być całkowicie szczerym
i autentycznym.

Jakiś czas temu zaczęłam tę drogę.
A życie wybrało ją za mnie.

Tak długo kłamałam i udawałam, aż ciało się wycofało
odrętwiałe do strefy letargu.

A z odrętwiałym i zimnym jak sopel
człowiekiem nie sposób dłużej żyć.

Ileż to razy obwiniałam się za to, że
próbowałam być szczera. Że przyznałam
się do niepewności lub niewiedzy.

Ileż to razy wahałam się, czy mogę odsłonić
własną skórę, mówiąc: jestem zależna,
bywam słaba, wrażliwa…

Ale nagle dostałam od losu fantastyczną
szansę na spotkanie siebie. I na uzdrowienie.

Zaczęłam żyć w prawdzie. Nie uśmiecham się,
gdy mi nie do śmiechu. Nie jem, czego nie lubię,
nie mówię tego, czego w duszy nie myślę.

Bywam okrutna. Bo klnę jak szewc i mówię
wprost co widzę. Czasem odmawiam, bo mi
się nie chce. Ale czasem się zmuszam, bo
intuicyjnie widzę w tym rozwój.

Kiedy ktoś mnie pyta o zdanie, potrafię powiedzieć:
nie czuję tego, nie widzę w tym potencjału.

Czy mogę kogoś zranić? Jasne. Ale przecież
nie przedstawiam faktów, tylko to, co czuję.
A swoich uczuć nie wyprę. Robiłam to zawsze.

Więc teraz się uczę spoczywać w prawdzie.
W niewygodnej, czasem niemiłej, brzydkiej
i odpychającej.

Bo jeśli jesteś w stanie wytrzymać:
samotność, lęk, gniew i własne pomieszanie,
to w końcu odejdą. Ale mniej groźne, bo
przerobione na zrozumienie.

Za każdym gniewem kryje się coś większego.
Za każdą ucieczką stoi twój wielki jak góra lęk.
Lub pamięć o lęku. Lub niezrealizowana potrzeba,
wycofana do strefy cienia. W końcu i nasi partnerzy
stają się lustrem tak jaskrawym, że uciekamy.

Tak. Dobrze myślisz. Dziś twierdzę, że
niemal każda choroba i niepokój
bierze się z życia w kłamstwie.

Kłamstwo natomiast dzieli cię na pół.
A wtedy własna integracja jest niemożliwa.
Uciekasz od siebie i przestajesz mieć ze
sobą kontakt. Bo przecież kłamca zawsze
ucieka a śledczy kluczy i szuka po omacku.

Wróć do siebie. Pokochaj się. Nawiąż więź.
Brzmi sztampowo? No pewnie. Miłość własna
to największa życiowa sztampa. Ale jeśli jej
nie doświadczyłeś, minąłeś się z życiem.

Gdy odpuszczasz, dzieją się cuda

Pisałam już, że kocham piec i gotować, prawda?
Tak. Na pewno pisałam. Z tysiąc razy, więc
pewnie pisanie o tym po raz enty wydaje się nudne.

Dziś więc podejdę do czynności kulinarnych z lupą,
jak naukowiec, który bada nieznane rośliny.

Otóż odkryłam, że pieczenie może być nie tylko
fantastyczną terapią ale również miernikiem
emocji.

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, że
w zależności od tego, jakie emocje
towarzyszą podczas pracy w kuchni,
to one zawsze przekładają się na efekt końcowy?

Zaskakująco często ciasto „które zawsze wychodzi”
okazuje się zakalcem.

A potrawa, którą kochają wszyscy
nagle się zważyła/nie wyrosła
/jest za słona/ za sucha/za mokra.

Przypadek? Nie sądzę. Już kilka lat temu
przeprowadzono badania na grupie chętnych,
którzy mieli komunikować się z roślinami.

W jednej grupie osoby, które podlewały kwiaty
wodą miały je głaskać i mówić komplementy.

Druga grupa miała natomiast
krzyczeć, przeklinać i „obrażać” rośliny,
podlewając wodą w tej samej ilości.

Co się okazało? Że kwiaty, na które
krzyczano, zwiędły, lub nie wyrosły.

Te natomiast, które były traktowane
z szacunkiem i miłością, rozwijały się szybciej
i były odporne na ataki szkodników.

20180728_104119 (1)

Tak samo jest z ludźmi. I tak samo
jest wypiekami. I z każdą inną czynnością,
której poświęcamy uwagę.

Jeśli robimy to z miłością, jest wielce prawdopodobne, że
przyniesie owocne rezultaty. Jeśli coś robimy
pod górę, z przymusem i niechęcią… Cóż…

Sami skazujemy się na rolę mitycznego
Syzyfa, który mizernie toczy głaz na szczyt.
Bez celu przecież, bo i tak się stoczy.

Piszę o tym nie tylko w kontekście
wypieków. Ale akurat teraz jest to dla mnie
zauważalne. Po prostu wszystko mi wychodzi!

I ciasto jest pyszne jak nigdy (a niczego nie zmieniałam).
I bezmleczny jogurt chia smakował tak, że
pół dnia samą siebie chwaliłam. A lody wegańskie!
Najlepsze jakie kiedykolwiek jedliśmy!

Ach! A muffiny orzechowe? Cała blaszka
poszła na raz, bo były tak pulchne, słodkie
i miękkie! Zaczęłam więc myśleć: taki mam
talent, czy po prostu dobry czas?

A może… A może to jednak emocje?
Eureka! Faktycznie.

To co się zmieniło – to kontrola.
Odpuściłam.

Przestałam na chwilę szukać mieszkania.
Czułam się bezsilna z myślą, że jestem za
biedna na duże przestrzenie, a wszystko
w okolicach centrum przekracza moje
skromne możliwości.

Za dużo było siłowania,
kombinowania, analizowania.

Skąd wziąć pieniądze? Jak dorobić?
Czy kupić 23 metry, w których się nie
pomieszczę, czy może 27 metrów, ale
koniecznych do remontu?

I że przecież muszę już, natychmiast, bo we wrześniu
nie mamy z Luną gdzie mieszkać!

Brak kontroli wywoływał panikę,
a panika siała zbyt destrukcyjne emocje.
Przede wszystkim lęk. Próbowałam na siłę
wycisnąć z przestrzeni coś,  czego ona sama
dać nie chciała, lub nie mogła.

Odpuściłam. Pieprzę to. Coś się
znajdzie. Ktoś nas przygarnie. Lub
ktoś coś odstąpi.

Albo mieszkanie samo nas znajdzie.
A raczej nie mieszkanie, tylko DOM.

Miejsce, gdzie włożymy serce, bo będzie oazą,
w której schronimy się przed
zgiełkiem miasta i pędem głośnych ulic.

20180721_150351

Może będzie blisko lasu. Może będzie miało taras lub balkon.
Może będzie duża kuchnia. A może  będzie mała, ale
sympatyczna i pełna słońca? Odpuszczam.

Niech będzie najlepiej – tak jak ma być.
Niech będzie taki dom, żeby nam
sprzyjał. Żeby nas kochał.

Żeby zachęcał gości do wpadania,
i żeby mnie motywował do medytacji.

Żeby dawał ukojenie, dobry sen
i energię do radosnego działania i przekuwania talentów
w energię, która nakarmi serce.
Nie tylko moje, ale też innych.

Odpuszczam. DOM się znajdzie. Sam. Tak.
Naprawdę w to wierzę.

DOM pojawi się w odpowiedzi na emocje i myśli.
Tak jak czasem pojawia się drugi człowiek. Tak jak przypływają
pieniądze. Tak jak przychodzą odpowiedzi na ważne pytania.

Emocje się uspokoiły. Kontrola odeszła.
Pojawiły się wypieki. Pulchne, wysokie,
miękkie i smaczne. Lepsze niż w najdroższej
restauracji.

A wraz z wypiekami pojawiły się
Kobiety. Dzwonią, piszą, pukają do drzwi.

I co ciekawe, w ogóle nie prosiłam, by
wpadły. Odłożyłam na bok telefon.
Po prostu piekłam, śpiewając pod nosem.

Jest potrzeba, są więc odpowiedzi.
Są wypieki, ktoś musi je chcieć zjeść 🙂
Tak samo będzie z DOMEM. Pojawi się,
gdy będziemy gotowe. Gdy emocje i myśli
będą puchate, dobre i lekkostrawne.