Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.

Nadchodzą zmiany…

Czym byłoby nasze życie bez ciągłych zmian i prób ulepszania rzeczy, które tworzymy? Byłoby ledwie przystankiem na którym utknęliśmy. Bo przecież życie wymaga od nas wysiłku, by posuwać się do przodu; by ewoluować łagodnie choć zauważalnie.

Brush mixing paint on palette


Uczucie, że czas najwyższy podjąć konkretne działania towarzyszyło mi już od ponad pół roku. Przez ostatnie miesiące natężyło się i zaczęło nęcić na tyle mocno i skutecznie, że nie było już odwrotu. Dałam się pochłonąć tej dzikiej burzy. Pewnego deszczowego dnia, patrząc w swe odbite w lustrze oczy, powiedziałam- dobrze Kama, czas na zmiany.

Zaczęło się od miejsca zamieszkania- zmiany z jednego pokoju na dwa, być może po to, by nauczyć się rozdzielać dwie ważne sfery na przestrzeń twórczej pracy i relaksu. Pierwsza zmiana ciągnie za sobą kolejne, bo to nieuniknione, że ledwie odkryta odwaga wymaga kolejnych spełnionych marzeń. Od dawna chciałam się przebranżowić, lub mówiąc prościej- zacząć w końcu robić to, co całe życie kochałam, a na co nie pozwalałam sobie w oficjalny sposób. Bo bycie twórcą jest niemodne, jest za trudne i zubaża materialnie.

Ach, gdybym dzisiejszą świadomość mogła mieć dziesięć lat temu, wybrałabym inną  drogę zamiast iść w zgodzie z trendem rankingów. Politologia? Dziennikarstwo? Czy z dzisiejszej perspektywy miały w ogóle jakiś sens? Zdezorientowana własnymi potrzebami i wymogami potencjalnych pracodawców, przez ostatnie miesiące ważyłam, porównywałam, myślałam i kalkulowałam, nie mogąc się zdecydować między drogim kursem psychoterapii a studiami podyplomowymi na wyższej uczelni. Tak jakby wybór miałby być ostatnią życiową decyzją. W takich wypadkach dobrze jest zagrać w kości, rzucić monetą lub zaufać przestrzeni. Świat i tak wie lepiej, co dla nas lepsze i wskaże drogę.

-Jak to, nie wiecie, czy kierunek powstanie?– dopytywałam kobiety, która po serii zadanych mi pytań ostrzegła że szkoła może nie zdecydować się na otwarcie kursu.
-Zgłosiło się za mało ludzi. Jest pani dopiero siódmą chętną, a rekrutacja kończy się lada dzień…

I to był ten złoty drogowskaz mówiący, że psychoterapia to nie ta droga i nie teraz. Kilka dni później otrzymałam informację, że studia podyplomowe na które aplikowałam zostały oficjalnie otwarte a ja- przyjęta. A to szkoła nie byle jaka i kierunek jedyny taki w całej Polsce. Wygrały marzenia, choć początkowo rozsądek brał górę- bo przecież po kursie znajdę nową pracę. Bo przecież zarobię. Bo to na czasie. Bo przecież to lubię. Ale czy lubienie wystarczy?

Tymczasem życie zweryfikowało moją motywację. Rób to, co kochasz, bo tego potrzebujesz najbardziej- mogłoby rzec. Będzie trudno, będzie kosztownie, ale koszty zawsze się zwrócą, nawet jeśli nie pieniężnie, to w formie umiejętności i uczucia satysfakcji. Oczywiście, że mam obawy, a było ich jeszcze więcej przed podjęciem wyzwania. Czy dam radę pogodzić pracę ze studiami? Czy nie padnę ze zmęczenia? Skąd wezmę pieniądze na czesne? Czy introwertyk poradzi sobie na podyplomówce wymagającej zaangażowania i przyjmowania częstej konieczności bycia liderem w grupie? Statystyki przeprowadzone w ramach badań społecznych pokazały, że to czego obawiamy się najbardziej, najczęściej się nie spełnia a pozostaje groźne jedynie w sferze myśli.

Nie umiem już nie tworzyć, nie umiem już nie pisać; słowa czasem same świdrują na liniach papilarnych dłoni i łaskoczą chcąc wydostać się spod skóry. Oczywiście, że będzie trudno. Bycie twórcą wymaga nie tylko kreatywności i twórczego wysiłku, ale również przedsiębiorczości, łapania okazji i rozbudowania sieci komunikacji. Halo, to ja! Tu jestem i robię to, czego oni nie robią! Jestem na studiach które uczą jak pisać, by słowem pisanym trafić do drugiego człowieka w dobie umysłów zalanych wszechobecną treścią.

I dlatego zmieniłam stronę.
Już nie Emocjonalna, lecz Emocjonalnie.
Skończyłam z prostą szarością by dać upust barwom nieprzerwanie tańczącym w skroni.
Dlaczego pędzle z farbami w nagłówku? Bo tym dla mnie jest rozwój osobisty- twórczością, kreatywnym życiem, zabawą i zdobywaniem nowych umiejętności. Zmienił się też adres strony, na szczęście nie musicie o tym pamiętać, WordPress robi to za Was. Po prostu podejmowanie decyzji obliguje do podejmowania coraz większej ilości działań. Własna domena była nie tylko chciana, ale i konieczna. Oby było Wam tu dobrze- tak jak mi w nowym życiu.

Czarownice w Służbie Bezpieczeństwa

Co się stanie, gdy znany coach od rozwoju osobistego zacznie pisać powieść? Otóż, moi drodzy dostaniemy wszystko co przyjdzie nam do głowy, a czego nie spodziewalibyśmy się znaleźć w jednej książce.

41


I tak oto od pierwszych stron powieści spotykamy czarownice, demony, gadające koty, voo-doo a także agentów służb specjalnych, milicję i dziadów proszalnych. Brzmi jak dowcip? Zapewne Maciej Bennewicz zabawił się z czytelnikiem, kpiąc z obecnych w literaturze konwenansów i z historii PRLu.

Historia od samego początku zaczyna się tajemniczo. Poznajemy dwóch mężczyzn o zabawnych przezwiskach: Gonzo i Łasabi. Ten pierwszy jest wykształconym racjonalistą, który niewytłumaczalne rzeczy próbuje sprowadzić do możliwie prawdopodobnych teorii naukowych. Drugi natomiast cierpi na zespół obsesyjno-kompulsywny, pogłębiający się w miarę narastającej tęsknoty za Gonzo, który nie wiedzieć po co wyjechał do Islandii (śpieszę wyjaśnić, że na miejscu miał spotkać się z przedstawicielem religii Bahaitów). Pogmatwane? A to dopiero początek….

Będzie jeszcze więcej komplikacji, porównań i dziwnych powiązań agentów SB z czarną magią. Abstrakcyjna powieść Bułhakowa, „Mistrz i Małgorzata”, to przy tym mały pikuś, choć możecie spodziewać się wielu podobieństw. Autor z resztą między wierszami, sam przyznał się do inspiracji tym konkretnym dziełem. Nic dziwnego, że znajdziemy w jego opowieści gadającego kota i latającą nad miastem czarownicę.

„Przerażające oddziaływanie na odległość” spożywa się na lekko, z przymrużeniem oka. Jeżeli potraktujecie ją zbyt poważnie i dosłownie, zapętlicie się w analizie powiązań między bohaterami a nie o to przecież chodzi.

A o co chodzi?

Myślę, że przede wszystkim o przełączenie się z lewej analitycznej półkuli mózgu na prawą, odpowiedzialną za abstrakcyjne, kreatywne myślenie. Autor wyrywa nas ze znanego nam świata relatywnych zjawisk i każe balansować naszej wyobraźni między tym co prawdopodobne, a niepojęte. Maciej Bennewicz nie byłby z resztą sobą, gdyby nie wplótł swojej filozofii w fabułę książki. Rozprawia się z komunistyczną przeszłością, krytykuje przywary Polaków, takie jak picie alkoholu czy uzależnienie od mass mediów. Oberwie się też karierowiczom i tandetnym pannom, które pracowicie budują wizerunek inwestując w wygląd zewnętrzny zamiast w rozwój. Coach chciał (choć to tylko moje przypuszczenie), pokazać co powstaje z kolorowej mieszaniny którą jesteśmy karmieni każdego dnia przez media, korporacje czy zniekształconą historię- ten codzienny disneyland doprowadza do dewaluacji wartości u statystycznego młodego Polaka. Otrzymaliśmy zatem pastisz doskonały w swej przerysowanej, groteskowej formie.

Zdecydowanym plusem, za co kłaniam się autorowi, jest umiejętność prowadzenia kilku wątków fabularnych równocześnie, nie tracąc przy tym spójnego obrazu całości. W którymś momencie, wątki zbiegają się w jeden kulminacyjny punkt, który wyjaśnia wiele, choć nadal zostawia niedopowiedzenie, by zaprosić do drugiego tomu…

Książkę odradzam zakochanym w literackiej klasyce, natomiast śmiało mogę polecić ją wszystkim amatorom fantasy, political fiction, tudzież wariatom i innym nienormalnym jednostkom. Przestrzegę jednak: przed chwyceniem po powieść skonsultujcie to z waszym psychiatrą, psychoanalitykiem czy innym lekarzem. Zbytnio pobudzona wyobraźnia potrafi nieźle namieszać w głowie i zaprowadzić ku nieznanym (niebezpiecznym?) niewydeptanym ścieżkom.

Tytuł: Przerażające oddziaływanie na odległość. Cz.I Gra w kości.
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa.
Rok wyd. 2014
Ilość stron: 374


Zdjęcie: http://www.autobusikanapa.pl

Miasto. Kochać czy nie kochać?

Czym jest dla Ciebie miasto? Czy potrafisz je kochać mimo zgiełku, hałasu i anonimowości?
Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone może być inspiracją i pakietem wspaniałych możliwości. Wybór należy do Ciebie.


city-bike

When you’re alone and life is making you lonely
you can always go Downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
seems to help I know, Downtown

(Gdy jesteś sama i życie czyni cię samotną możesz zawsze pójść do miasta. Gdy masz zmartwienia, cały ten hałas i pośpiech wiem, co powinno ci pomóc. ­Miasto. Posłuchaj tylko muzyki miejskiego zgiełku. Przystań na chodniku, gdzie piękne są neony.
Jak możesz zbłądzić?)

Petula Clark śpiewała w latach sześćdziesiątych, że światła neonów miast potrafią ukoić zszargane nerwy. Do niedawna nie wierzyłam. Przecież wieś jest oazą, która wypełnia umysł spokojem i pozwala się odprężyć po tygodniu czy miesiącu wielkomiejskiej gonitwy. I pewnie miałam dużo racji, co nie wyklucza teorii, że w mieście da się żyć, można je polubić, nawet pokochać, nie będąc jednocześnie miłośnikiem betonowego świata.

Moje życie w ostatnim czasie układało się tak, że większość czasu spędzałam w Gdańsku, nawet podczas lata czy wykorzystywanego urlopu. Przeszkody? Nie. Świadomy wybór. W mieście tętni życie; nawiązanie relacji jest tak proste jak zaparzenie czarnej herbaty a samotność jest tylko wyborem. To my decydujemy czy poznamy streszczoną historię życia pani z szorstkowłosym jamnikiem w tramwaju i czy zamiast grubej książki, tym razem oddamy się słuchaniu gwaru, szmerów i śmiechów na przystanku. Hałasu, który nie musi męczyć a może być inspirujący. W ludzkich historiach, opowieściach zamieszkanych w głębokich zmarszczkach i rozbieganych oczach mieszkają ludzkie emocje i gotowe scenariusze na : powieść, obraz, wiersz czy rozwiązanie własnego problemu.

Nie bez powodu większość filmów Woodego Allena rozgrywa się w Nowym Jorku. Reżyser kocha miasto. I choć (jak sam twierdzi) jest neurotycznym samotnikiem, który najchętniej spędza czas we własnym mieszkaniu, to jego miłość jest odwzajemniona. Mimo, iż ostatnimi czasy mistrz stracił formę, bo „Nieracjonalny mężczyzna” czy „Magia w blasku księżyca” nie zachwycają tak jak „Hannah i jej siostry” czy „Annie Hall”, to jednak perspektywa miast widziana oczyma Allena urzeka i przekonuje, że miasto przygarnia wszystkie jednostki, łącznie z tymi trudnymi, neurotycznymi i wiecznie samotnymi, nad którymi chętnie podumaliby Freud i Jung.

I choć przeciwnicy szybkiego tempa życia i wysokich wieżowców (ja sama do niedawna) upierają się, że prawda jest tam gdzie dzika natura, to zadziwiającym faktem jest, że Aborygeni uważają miasta za następstwa energii- jak mówią, powstały ze „śnienia”. Są naturalnym i oczywistym zjawiskiem wynikającym ze skumulowanych energii (bardziej szczegółowo opisał to Arnold Mindell, założyciel szkoły Psychologii Procesu w książce „Śnienie na jawie”).

Jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, to trzeba Mindellowi przyznać rację. Z reszta nawet nie trzeba się zastanawiać, wystarczy doświadczyć. Wyjść pewnego popołudnia czy wieczoru z domu. Samemu. I niczym bohaterowie allenowskich komedii, pójść przed siebie, wypić powoli machiatto w małej kawiarni, a potem odwiedzić galerię sztuki i zakończyć wieczór koncertem jazzowym. Przecież miasto zawiera wszystkie możliwości. Uczy nas, rozwija, wkłada w sam środek społecznej spirali w myśl zasady, że przetrwasz albo zginiesz w tym wielkomiejskim świecie. Miasto jest kolażem biedy i bogactwa, kolorów i szarości. Karmi złaknionych wiedzy i rozrywki, podsyła nieoczekiwane spotkania. Gdzież będziemy bliżej sztuki i ludzi jeżeli nie samym środku miasta?

Ja, wychowana na wsi, cicha, spokojna (tudzież neurotyczna) Kamila Gulbicka przyznaję: napisałam odę do miasta. I dobrze mi z tym. Mogę się przeciw niemu buntować, lub mogę je kochać. Każdy wybór przyniesie identyczne w skutkach sprzężenie zwrotne. A przecież łatwiej żyć we wzajemnej miłości. Więc mój drogi, moja droga…

Światła są tu jaśniejsze
Możesz zapomnieć o wszystkich swych problemach, zapomnieć o wszystkich troskach
Więc idź do miasta, gdzie jaśnieją wszystkie światła
Miasto – czeka na ciebie tego wieczoru
W mieście – wszystko będzie już dobrze


Cytaty: „Downtown” Petula Clark. 1964 rok.
Zdjęcie: wallpaperbeta.com

W stronę świadomości

Świadomość wyklucza ignorancję. Będąc bardziej uważnymi zaczynamy dostrzegać i doceniać to, co naprawdę ważne w życiu. Nie tylko dla nas wewnętrznie ale również dla otaczającego nas świata. I co istotne- przestajemy tracić cenny czas na głupoty.

chin-mudra-on-water-600x400


Parę dni temu, nazajutrz po koncercie Natalii Przybysz w gdańskim Parlamencie, gdy siedzieliśmy z partnerem w kuchni pijąc kawę, nasunął mi się ciekawy wniosek, myśl kiełkująca już od dłuższego czasu w umyśle,a wydobyta na powierzchnię zapewne dzięki energii z głosu i serca wspaniałej wokalistki.

-Świat zmierza w stronę świadomości.
-Czemu tak myślisz?– zapytał M.
Coraz więcej ludzi jest świadomych tego, co nam służy a co nas zabija. Ludzie zmieniają swoje życie od małych rzeczy. Poszukiwanie wiedzy rozwija świadomość. A świadomość wyklucza ignorancję. Wkrótce ludzie przestaną jeść mięso i zmienią priorytety.
-Naprawdę myślisz, że to możliwe? Gdyby tak miało być, ludzie już dawno by to zrobili.
-Ale kiedyś ludzie mieli inne problemy, na przykład walczyli ze społecznym gorsetem krepujących ich wolność seksualną i słowa. Teraz, kiedy jesteśmy wyzwoleni seksualnie, dostrzegamy że wolności zabrakło w innych obszarach życia. To już się dzieje. Zobacz ilu jest mądrych ludzi. Ludzi, którzy wychodzą do świata i samymi sobą dają świadectwo szczęścia.
-Joginka i weganka Przybysz?
-Przybysz, Pawlikowska, Eichelberger, Tokarczuk, Bennewicz, Pasterski i wielu innych. To są ludzie z niesamowicie dobrą, mądrą energią i wiedzą na temat przyczyny i skutku.

Nie można ignorować faktu , że jedząc mięso przyczyniamy się do śmierci innych istot. Że zasoby Ziemi są wyczerpywalne, a korzystając z energii w takim stopniu jak dotychczas zużywamy i tak już nadszarpnięte rezerwy. Przymierze ze Wschodem przecież w niczym nie pomoże. Jedząc cukier stajemy się agresywni, spożywając tłuszcze trans fundujemy sobie przykrą śmierć i choroby miażdżycowe, wspierając przy okazji wielki przemysł farmaceutyczny, który leczy skutki a nie przyczyny. Bo gdybyśmy chcieli zająć się przyczynami musielibyśmy zacząć od siebie i własnych, niewielkich wyborów, które podejmujemy każdego dnia.

Chociażby takich, że przestajemy słodzić herbatę i jeść czekoladę.
Zaczynamy się ruszać na świeżym powietrzu.
Czytamy mądre, mało poprawne politycznie książki.
Nie zmieniamy telefonu raz w roku. Chyba, że wpadnie do rzeki i popłynie z prądem.
Ograniczamy lub całkowicie eliminujemy tłuszcze zwierzęce z jadłospisu.
Nie pijemy alkoholu.
Wysypiamy się.
Kupujemy w lokalnym warzywniaku i małym sklepiku bio, uśmiechając się do pani zza lady. Ograniczamy zakupy w wielkich supermarketach.
I innych sieciówkach wyzyskujących pracowników.
Więcej gotujemy, rzadziej jadamy na mieście.
Wymieniamy się z ludźmi tym, co najlepsze.
Dzielimy się czasem.
Ciuchami.
Książkami.
Kochamy siebie i zabieramy na twórcze randki.
Poznajemy nowe rzeczy.
Uczymy się.
Wybaczamy innym i sobie wszystkie błędy i potknięcia.
Znajdujemy dla siebie to, co przynosi radość i wypełnia nas dobrą energią.

Parokrotnie ludzie zarzucali mi, że jestem idealistką oderwaną od rzeczywistości. Że za dużo marzę i nie idę z duchem czasu. Może. Ale niby dlaczego mam iść nie swoją droga, lecz ruchliwą ulicą, na której trudno się czymkolwiek zachwycać?

Świat zmierza w stronę świadomości. Jestem o tym głęboko przekonana. Coraz więcej zestresowanych ludzi lądujących na kozetce u psychiatry bierze leki na wychwyt zwrotny serotoniny. Ludzie sfrustrowani, nieszczęśliwi, zmęczeni i chorujący w końcu zadadzą sobie pytanie: co jest nie tak, że nie odczuwam szczęścia? Jedno ważne pytanie prowadzi do kolejnego, a te z czasem przynoszą mądre i istotne odpowiedzi, które mają moc sprawczą. Dzięki nim zaczynamy dokonywać nowych, głęboko przemyślanych wyborów kierujących nas w kierunku zgodnym z tym, co gra nam w duszy.


Zdjęcie: www.oxfordyogatuition.com

Coaching nie z tej ziemi

Zadawanie sobie ważnych pytań jest dalece ważniejsze niż same odpowiedzi. Dlaczego? Bo pytanie, to poszukiwanie. A poszukiwanie, to życie, energia i radość. O tym, jak ważne jest badanie samego siebie i zmiana przekonań pisze coach, Maciej Bennewicz w książce o zabawnym tytule: „Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości”.

coaching


Tytuł każe przypuszczać, że czytelnik będzie miał do czynienia z dużą dawką humoru i abstrakcyjności. I w rzeczy samej. „Coaching…” Bennewicza jest lekturą nietypową, bo to… komiks z ilustracjami samego autora, przeplatany sesjami coachingu, podczas którego mierzymy się z własnymi przekonaniami na temat rzeczywistości i siebie samych.

Książka pełna zabawnych rysunkowych kosmitów o wdzięcznych, polskich imionach (Ryś, Grześ, Mirek i Irek) ma za zadanie wytrącić nas z poważnej równowagi. Chodzi o zmianę myślenia, o podważenie przekonań i zasianie wątpliwości. Kosmici są indywidualistami, którzy niczym chór z greckich tragedii opisują i komentują czasami zbyt dosadnie (jak dla Ziemianina) zastaną rzeczywistość. Każdy z nas ma w głowie własnego kosmitę-indywidualistę, lecz z powodu lenistwa i nazbyt mechanicznego myślenia marginalizujemy jego istnienie. Wolimy utarty, bezpieczny schemat niż samodzielne myślenie, niekiedy dalekie od poprawności politycznej.

Autor dociera do czytelnika nie tylko przez humor i nietypowość. Między kolejnymi rysunkami znajdziemy pojedyncze sesje coachingu- rozdziały poświęcone temu, co okrada nas z poczucia szczęścia i stanowienia o sobie, a co jest remedium na ów stan. Praca zaczyna się od zmiany lub chociaż podważenia własnych przekonań, które przecież w dość istotnym stopniu decydują o naszym szczęściu i skuteczności. Im bardziej elastyczni będziemy, tym więcej przestrzeni na to, co nowe. A nowe przynosi odwagę, ekscytację i poznanie. Jak pisze autor: „Mamy we krwi poszukiwanie. Szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości”.

Trudno się nie zgodzić. Czyż na ogół nie doświadczamy poczucia głębokiej radości i sensu, gdy szukamy wiedzy? Gdy pytamy? Podróżujemy? Tropimy? Wystarczy cofnąć się w myślach wstecz, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy byłem/byłam szczęśliwa? Czyż nie wtedy, gdy szukałam? To nie cel jest szczęściem, lecz droga, która do niego prowadzi.

Coach prowokuje do myślenia i zadawania pytań o własną odpowiedzialność, indywidualizm- jakże niebezpieczny w konformistycznych czasach i wolność. Całość dopełnia propozycją zagłębienia się w siebie, by odnaleźć kiełkujące pytania graniczne; pytania które burzą mury lęku, prowokują do wyjścia poza strefę komfortu i odrzucenia tego, co przestarzałe wskutek czego nie działa już od bardzo dawna. Kosmici pomagają nas nakierować na trudne, choć świdrujące pytania: „Czego ci potrzeba żeby spełniać marzenia?”, pyta jeden z nich. „Jakiego talentu nie wykorzystujesz a szkoda…???”, pyta inny. I w końcu: „Kim jesteś”?.

„Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości” jest niegrubą książką na dwa wieczory. Jest lekka, bo zabawna, lecz niech Was nie zwiedzie pozorna infantylność. To, co proste jest ze swej natury najbardziej skuteczne. W codziennej gonitwie życia zapominamy o jego istocie. Żyjemy mechanicznie, niekiedy bezmyślnie a pytania zawarte w  lekturze pozwolą na nowo otworzyć umysł na to, co znajduje się poza utartym szlakiem. Pytania zadawane samemu sobie prowadzą do głębszego poznania własnej osoby. Mądre, choć trudne przeobrażają naszą świadomość czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne życie i poczucie szczęścia. Bo przecież tylko o to chodzi. By być szczęśliwym i skutecznym człowiekiem pełnym psychicznego nadmiaru. Wtedy żyje się łatwiej nie tylko nam. My sami stajemy się również bardziej pożyteczni dla świata, który potrzebuje dziś niezależnie myślących i wolnych jednostek.

Tytuł: Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok wyd.: 2014
Ilość stron: 176


Zdjęcie: http://autobusikanapa.pl/

Happy birthday! Happy new life!

Czasem życie przesyła nam prezenty. Niespodziewane, miłe i podnoszące na duchu. Takie, które wydają się być idealne na obecny moment zwątpienia w drogę, którą idziemy. Bo przecież nic istotnego się nie dzieje…

Bridget-Jones-Diary


Zacznę kolokwialnie- przedwczoraj stuknęła mi trzydziestka . A musicie wiedzieć, że dla mnie urodziny i sylwester to dwa najgorsze dni w roku. Czas łez, bo gorzkich podsumowań, zakańczania czegoś i rozczarowań, że przecież miało być inaczej. Miałam być sławna, bogata i zapisać się w historii świata jako ta, co odkryła lek na raka. Lub chociaż spełniła jedno z innych równie dziecinnych marzeń. A tu znów kiszka i nerwowo pulsujące pytanie: co osiągnęłaś przez kolejny rok?

Niestety wybujały krytycyzm względem siebie nie pozwalał mi nigdy dojrzeć, że tego ważnego dnia dzieje się coś niesamowitego. Że żyję. Że są w tym dniu ze mną ważne i kochające osoby. Że jakkolwiek jest, to mam się dobrze. Utrzymuję się samodzielnie, mam gdzie mieszkać, mam kogo kochać a w lodówce zawsze znajdzie się coś prócz lodu i światła.

Wdzięczność.
Melodyjne słowo, pieszczące ucho, o którym trudno pamiętać. Bo przecież łatwiej narzekać.
Zwalamy na Polskę, na polityków, na deszcz i zarobki. Dzień po dniu narzekamy coraz intensywniej i żarliwiej, aż stajemy się kwaśną miną i czarną, burzową chmurą gotową wybuchnąć na powolną obsługę w sklepie i kiepski system edukacji.

A tymczasem wdzięczność, z tego co mamy jest najlepszym remedium.
Na smutek.
Rozczarowanie.
Tęsknotę.
Wyobcowanie.

Dzień, który dotychczas był najgorszym z moich dni, zamienił się w prawdziwe święto. Nie z powodu prezentów, nie z ilości wiadomości zostawionych w formie smsów, lecz z faktu podjęcia decyzji: TO BĘDZIE DOBRY DZIEŃ. Nie miałam wielkiego przyjęcia, prawdę mówiąc nie miałam żadnego przyjęcia. Miałam święto z samą sobą, skromne, choć wielkie, bo pełne ciepłych uczuć.

Zaopiekowałam się sobą, zabrałam na randkę, byłam dla siebie szczodra. Bo wierzę, że dawanie sobie wszystkiego, co najlepsze nie jest przejawem egoizmu, wręcz przeciwnie. Jest bazą, na której rośnie wszelki altruizm i wdzięczność dla życia.

I wiecie co?
Kolejnego dnia po moich trzydziestych urodzinach świat obdarował mnie naprawdę niesamowitymi prezentami, których nie mogłam się spodziewać. Dostałam wszystko to, czego jak sądziłam zawsze mi brakowało. Musiałam to dostać, bo dzień wcześniej pozwoliłam oczekiwaniom opuścić zbyt analityczną głowę. Im mniej chcemy, tym więcej jest w nas bogactwa.

Wdzięczność ma niesamowitą moc.Wdzięczność jest mądrością doświadczenia. Szkoda by było, byśmy nauczyli się tego na strość. Mędrcem można być w każdym wieku. Spokojnym, radosnym, akceptującym. Doceniając to, jak jest, otwieramy ramiona na to, co nadejdzie.
Bo chyba tak działa mechanizm brzemiennej przestrzeni. Uśmiechając się do świata wciskamy przycisk „move on” i wprawiamy w ruch energetyczną maszynerię czasu i przestrzeni. Odtąd wszystko, co spotkamy będzie właściwe i potrzebne a prezenty będą się pojawiać w najmniej oczekiwanych chwilach, czego Wam i sobie życzę.


Zdjęcie: kadr z filmu Bridget Jones Diary, www.andpop.com 

Ukłon do lustra

Miłość. Towar na który zawsze jest popyt. Słowo wykorzystywane na wszelkie sposoby, jako obietnica a także pogróżka, jeśli zasugerujemy jej brak. Idealne narzędzie marketingowe by sprzedać czekoladę, czasopismo, książkę lub nowy film. Czyżby była kluczem do szczęścia?

17675-desktop-wallpapers-love


Znamy jej kilka rodzajów. Rodzicielska, przyjacielska, romantyczna, intymna… Mogłabym wymienić jeszcze szereg innych w obrębie pokrewieństwa i poza nim, lecz chciałabym się skupić na nieco innym jej przejawie. Na tym, o którym wiemy jeszcze chyba zbyt mało- miłości do siebie.

Do napisania artykułu zainspirował mnie wczorajszy spacer  z przyjacielem, podczas którego rozmawialiśmy o tej szczególnej wewnętrznej relacji, zgadzając się, że żadny związek, przyjaźń, czy praca, nigdy nie dadzą stuprocentowej satysfakcji, jeśli najpierw nie pokochamy samych siebie. I że przecież każdy problem wynika właśnie z braku miłości. Bo owszem, w okresie dzieciństwa najważniejsza była miłość rodziców, która ukształtowała nas na obecnych dorosłych, istotna była również pierwsza przyjaźń, pierwsze zakochanie, ale wszystko to wydaje się być mijającymi etapami na drodze życia, w  przeciwieństwie do romansu z samym sobą, który raz rozpoczęty trwa na ogół całe życie.

 Co to właściwie oznacza? Jak pokochać siebie?”- zapytał w którymś momencie przyjaciel.

Zaczęłam się zastanawiać. Bo czym miłość jest w pojęciu ogólnym? Dla każdego zapewne czym innym; dla jednych przywiązaniem, dla innych bliskością. Dla mnie akceptacją i całkowitą wolnością. Kochać oznacza zwracać wolność, pozwalać na przestrzeń, jednocześnie wpuszczać drugą osobę do przestrzeni własnej. A jak to się ma do relacji z samym sobą?

Z własnej empirycznej obserwacji potrafię zauważyć, kiedy siebie kocham, a kiedy nie. To dość oczywiste, choć tak łatwo to przeoczyć. Kiedy jestem smutna, kiedy się gotuję, tłumię emocje, kiedy się złoszczę, kiedy się boję, stresuję i płaczę to wiem że gdzieś po drodze zapomniałam, by się ukochać. Że zapomniałam ze sobą porozmawiać- tak wewnętrznie, po cichu, w ciepły sposób. I unikałam własnego wzroku w lustrze, bojąc się stwierdzić, że dałam po sobie podeptać, przekroczyć własne granice.

Bo miłość to wielkie słowo i ma wielkie znaczenia. Ale kochać siebie można na milion małych sposobów. Od mówienia stanowczego nie, rzeczom i ludziom którzy chcą nas okraść z radości i z czasu; poprzez zdrowe odżywianie, długie spacery, wystawianie buzi do słońca, ośmiogodzinny sen; kończąc na takich drobnostkach jak pyszne ciastko do gorącej kawy w ulubionym kubku, kiedy za oknem temperatura niebezpiecznie zniża się do pięciu na plusie. Miłość to pozwalanie sobie na bycie sobą całkowicie. Nawet jeśli gdzieś tam w duszy czujemy, że jesteśmy dziwakami czy kosmitami. Żeby tylko my. Spójrz dookoła- świat jest pełen cieni i zielonych kosmitów, skrzętnie ukrywających się pod firmowymi ciuchami.

Miłość własna to prawo do szczęścia i wszystkich emocji. To prawo wyboru, że taka własnie chcę być- gruba, chuda, ruda, czy blondynka. Że chcę pisać lub skakać wzwyż. Że chcę malować na Monciaku groteskowe portrety. To akceptacja że taka jaka jestem jest dobre i znaczące. Bo nie jestem gorsza od nikogo i nikt inny tez nie jest gorszy ode mnie.

W jednej ze swoich książek (wybaczcie mi krótką pamieć, że nie podam tytułu) psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger napisał: „zacznijmy kłaniać się sobie w lustrze, oto początek wielkiej miłości”. I podpisuję się pod tym obiema rękoma.


Zdjęcie: 1ms.net

Tysiąc zachwytów jednego dnia

Narzekamy zamiast doceniać to, co jest dostępne tu i teraz, w chwili obecnej. Niedostrzeganie piękna wokół, odziera nas ze szczęścia i poczucia zwykłej ludzkiej satysfakcji. Ale jak tu się zachwycać skoro do pracy trzeba wstać o 5.30., za oknem pada deszcz a starsza kobieta w ciasnym tramwaju włożyła Ci parasol w żebra?

women-214792_640


Bywają takie dni, jak w powyższym opisie, a jakże! Zdarzają się niekiedy z irytującą powtarzalnością. Czy to oznacza, że jesteśmy pechowcami a świat nas nie lubi? Ależ skąd. Deszcz, parasolka w żebrach czy zaspanie po bezsennej nocy przytrafiają się każdemu, tyle że nie każdy skupia 100% uwagi na niemiłych aspektach życia. Bo po co się w nich utwierdzać i przyciągać nowe, wiecznie rozpamiętując i narzekając „masz ci los, o ja nieszczęsny!”?

Przez ostatnie dni miałam urlop. Tak- należę do tych szczęśliwców, którym zostało sporo płatnego urlopu do wykorzystania do końca roku. Jako, że jestem miłośniczką natury, codziennie po śniadaniu wychodziłam na kilkugodzinny spacer nad morze i do lasu. Każdego dnia, mniej więcej o tej samej godzinie mijałam na parkowej ławce kobietę, nie robiącą niczego szczególnego. Po prostu zawsze siedziała uśmiechając się do ludzi. Obserwowała i słuchała. Na moje około była po 80-stce. Zawsze elegancko ubrana, w długą spódnicę i karmelowy cienki płaszcz, na nosie miała wielkie, ciemne okulary. Nigdy nie była niczym zajęta. Siedziała na ławce bez żadnej książki czy telefonu i wydawało mi się, że robi to celowo, nastawia się na bycie, na wdzięczność za to jak jest, dostrzegając piękno we wszystkim co się pojawia- w drugim przechodniu, w radośnie biegających psach spuszczonych nagle ze smyczy, w promykach słońca przedostających się między kolorowymi liśćmi klonów. Tak. Ta kobieta zdecydowanie wiedziała, co to zachwyt. I wierzcie mi lub nie, ale wyglądała na szczęśliwą. W tak prosty i oczywisty sposób.

I tu stawiam pytanie do Was i sobie samej- kiedy ostatni raz zachwyciliśmy się drobną rzeczą? Rzeczą tak oczywistą jak słońce, bezchmurne niebo czy wolne popołudnie? Problem w tym, że trudno jest zachwycać się i dziękować za to, co wydaje się oczywiste. A przecież dostrzeganie małych radości budzi serce do życia i napełnia je wdzięcznością. To działa jak efekt domina. Gdy zaczynamy narzekać, umysł skupia się na negatywnych aspektach rzeczywistości, zakłada ciemne okulary i widzi tylko to, co złe. Tak go zaprogramowaliśmy- działa nawykowo.

Lecz, gdy zobaczymy to co dobre, choćby i w małym zaczerwienionym liściu na drzewie, łatwiej będzie się cieszyć kolejnymi małymi rzeczami- tym co jest, bez zbędnych oczekiwań, że przecież coś nam się należy.

Świat może działać na naszą korzyść lub szkodę. Jedno lub drugie nie jest jego kaprysem, ale naszym wyborem. A każdy wybór pachnie potężną wyzwalającą wolnością.
Byłam dziś na długim spacerze i przytulałam się do Drzew.
A Ty? Kiedy pójdziesz na spacer?


Zdjęcie: pixabay.com

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com